Wróć do katalogu

Umowa

Przygody pisarza w niecodziennym środowisku;-)

gropolopublikowano 13 czerwca 200344 min czytania 4,3 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

UMOWA

Zbliżała się trzecia nad ranem. Zmęczony dziesiątą godziną budowania imperium odchyliłem głowę na oparcie krzesła. Zamknąłem oczy. „Czas iść spać” - pomyślałem leniwie. W tym momencie, jakby na potwierdzenie tych myśli, ziewnąłem szeroko i długo. - No dobra. Koniec na dziś. Jutro dokopię Aztekom - powiedziałem do siebie. Jednak zanim komputer wykonał polecenie zakończenia gry, ponownie położyłem głowę na oparciu krzesła. Przymknąłem oczy, a w zasadzie to powieki same mi opadły. Ziewnąłem raz jeszcze. I poczułem, że zaraz odlecę. „Jeszcze tylko wyłączyć komputer. Jeszcze tylko wyłączyć komputer...” powtarzałem w myślach jak w modlitwie. Już miałem wcisnąć alt+F4, gdy resztki zmęczonego umysłu dostrzegły pewną zmianę na tapecie. Pamiętałem, że miałem jakiś cholerny wodospad. A teraz widniała na ekranie jakaś paskudna gęba, niczym z gry „Diablo 2”. - Co za cholerne pudło! Znowu sam zmienił tapetę! - powiedziałem wkurzony na psujący się ciągle komputer. - Pieprzony wirus 98 - zdążyłem jeszcze dodać, gdy nagle tapeta ożyła. Diabelska twarz na ekranie zaczęła rosnąć mi w oczach. Miałem wrażenie, jakby ktoś po drugiej stronie wchodził po schodach, coraz wyżej. Był już na wyciągnięcie ręki. Z monitora wyskoczyła wielka, czarna łapa. Złapała mnie za głowę i pociągnęła. - To niemożliwe! - przeszło mi z trudem przez gardło, kiedy głowa była już po drugiej stronie monitora, a nogi jeszcze w pokoju. W odpowiedzi usłyszałem tylko diabelski rechot. Po chwili poczułem, jak puszcza moją czuprynę. Byłem przerażony i jednocześnie wściekły na niego, gdyż wyrwał mi prawie połowę włosów z tych, które mi jeszcze zostały. Ból był tak mocny, że myślałem tylko o tym, aby mu porządnie wygarnąć, ale zanim otworzyłem usta, usłyszałem głębokie, jakby ktoś krzyknął ze studni: - Idziemy! Wziąłem głęboki oddech, żeby zaprotestować, ale on nie czekał, aż powietrze zdąży poruszyć moje struny głosowe, tylko złapał mnie za rękę i pociągnął tak mocno, że czułem jak moje oczy zapadają się w głąb czaszki i zatrzymują dopiero gdzieś na potylicy. Nie wiem jakim cudem, ale właśnie w tym momencie ujrzałem oddalające się z prędkością światła schody, kończące się przejściem podobnym do lustra oraz fragment mojego pokoju o przekątnej 14 cali. Do tej pory wściekłość i zdumienie tłumiły inne uczucia. Dopiero widok niknącego w szaleńczym tempie pokoju ponownie rozbudził przerażenie, które w ekspresowym tempie przeszło w to najbardziej pierwotne uczucie - strach. Nie zdążyłem wykonać nawet jednego ruchu, gdy nagle wszystko się zatrzymało. Byłem na zniszczonym przystanku autobusowym z napisem: „Dla wysiadających”. Rozejrzałem się. Oprócz nitki szosy mknącej aż po horyzont i cholernego przystanku, wokół mnie nie było nic. Dokładnie nic, bo trudno nazwać czymś wysuszone łąki, ciągnące się jak okiem sięgnąć oraz plantacje błota, odchodzącego płatami od ciała ziemi - ślad po dawno zapomnianych stawach. Wiata, zabudowana z trzech stron przyspawanymi byle jak kawałkami blachy falistej, rzucała długi cień. Zbliżał się wieczór. Wszystko, co mnie otaczało miało pomarańczową poświatę przechodzącą powoli w krwistoczerwoną. Słońce - jak przypuszczałem - musiało być dokładnie za przystankiem i nisko nad horyzontem. Prażyło niesamowicie. Było chyba ze czterdzieści stopni w cieniu, jak nie więcej. Nie wyobrażałem sobie wtedy, co innego mogłoby tak grzać, jeżeli nie słońce i to pewnie gdzieś w tropiku. „Gdzie ja, do cholery, jestem? Dlaczego tu tak pusto? A może coś kryje się za przystankiem?” - pomyślałem i nie zastanawiając się długo, wyszedłem poza cień rzucany przez ostatni chyba zabytek surrealizmu. Nagle wszystko się zmieniło. Wokół mnie wrzały wulkany, lawa płynęła leniwie kilka centymetrów od czubków butów. Po mojej lewej stronie gotowały się jeziora siarki, a po prawej w wielkich kotłach smażyli się jacyś nieszczęśnicy. Wszędzie było pełno dymu, tworzącego lokalne skupiska smogu przy co większych paleniskach. Miałem wrażenie, jakbym trafił na jakieś ważne posiedzenie związku palaczy piecowych. Jednak syk lawy połykającej kolejne fragmenty podłoża, na którym stałem, bulgot siarki, jęki i krzyki, prawdopodobnie torturowanych ludzi, sprowadziły moją wyobraźnię na ziemię. Zanim ochłonąłem z pierwszego wrażenia, pojawił się przede mną diabeł, klasyczny aż do bólu. Wysoki. Czerwono-czarny. Z wielkimi koźlimi rogami na łbie. Z koźlimi nogami. Z wielkim ogonem, którym machał na prawo i lewo jak pies. Tak do pasa to był nawet ludzki. W miarę przystojny. Miał hiszpańską bródkę. Wściekle czerwone oczy z żółtymi białkami i wyszczerzone stalowo-szare zęby. Przebiegł mnie dreszcz. To był pełny garnitur zębów przypominających bardziej piłę tarczową niż uzębienie. - O Boże! Jestem w piekle! - powiedziałem głośno. - Który boże, małą czy dużą literą - spytał usłużnie diabeł. - Jak to który? - spytałem oburzony. - Ten najważniejszy! No ten z brodą... - Takich to mamy z piętnastu. - Noo... - przeciągało się, a ja myślałem intensywnie. Im więcej myślałem, tym mniej przychodziło mi do głowy. I wtedy bezmyślnie albo wręcz genialnie (kwestia gustu) wypaliłem: - Ten dużą literą! Diabeł skrzywił się niemiłosiernie. - Nigdy nie mów o tym dużą! - ryknął. Następnie łaskawie zaczekał, aż przestanie dzwonić mi w uszach. - Możesz mówić „o bogowie”! Brzmi dużo lepiej - dodał spokojnym tonem. - A najlepiej to mów „do diabła!”. Będzie to mile widziane, jako oznaka poparcia dla wyparcia, tfu, co ja też mówię, to znaczy eee... chciałem powiedzieć, dla naszej pracy. Oczywiście, że mam na myśli poparcie dla naszej pracy! - oparł łapę na moim ramieniu jak stary kumpel i patrząc mi w oczy kontynuował. - Nie zdajesz sobie jak bardzo ważne jest takie poparcie. Bez takiego poparcia nasza praca straciłaby sens. A przecież nie chcesz tego, prawda? No powiedz, że nie! No... - No nie! - Ha! I tu cię mam obłudniku jeden! - klepnął się w uda, jakby udało mu się zrobić komuś dobry kawał. Niestety, tym kimś byłem ja. I zupełnie nie wiedziałem, o co mu chodzi i czym mi to grozi. A diabeł jakby nie zdawał sobie sprawy z mojego zmieszania i niepewności, co do najbliższej przyszłości, skakał sobie w najlepsze, klepał się po udach i śmiał jak mały traktor na wolnym biegu. Stałem tak i patrzyłem na niego. Im dłużej patrzyłem, tym bardziej podnosiła głowę nadzieja, że to jednak sen, głupi sen, jakiś koszmar, może pół-koszmar albo coś jeszcze innego. Zachowanie diabła było tak dziwne, tak niesamowite, tak bardzo odbiegające od wszystkiego, co do tej pory kiedykolwiek słyszałem o diabłach, że to musiał być tylko sen. Zaczynałem już w to wierzyć, ale na wszelki wypadek uszczypnąłem się w rękę. Zabolało! To nie był sen! Strach już dawno się wyczerpał, a teraz jeszcze skończyła mi się nadzieja. Byłem w piekle! „I co teraz?” - myślałem bardzo intensywnie, lecz poza to pytanie nie udało mi się odbiec daleko. Tym bardziej, że ten diabeł nie był w sumie taki straszny, jak to nieraz zdarzyło mi się słyszeć. Miał czarne poczucie humoru, ale to zrozumiałe. Jakby nie patrzeć, był to diabeł. Prawdopodobnie. - Uch! Już dawno się tak nie uśmiałem. Jak was, ludzi, łatwo przestraszyć? - To nie jest zabawne! W środku nocy wciągasz mnie przez monitor, ciągniesz gdzieś - nie wiadomo gdzie, zadajesz głupie pytania i jeszcze się ze mnie nabijasz! - poniosły mnie nerwy. Jego śmiech, a zwłaszcza to, że się mną bawił, wyprowadziło mnie z równowagi. A kiedy się wciekam, brnę na oślep, nie patrząc na konsekwencję. - Chciałbym wiedzieć, gdzie jestem! Znać reguły gry, w której się znalazłem! A poza tym, o ile wiem, macie zdaje się umowę z niebem, że żywych do piekła nie bierzecie, czyż nie? A ja zdecydowanie czuję się żywy! - ostatnie dwa zdania miały przekonać bardziej mnie niż jego. - O, to tylko ci się tak wydaje! Zresztą, nawet jeżeli, to zaraz to naprawimy! - wyciągnął nie wiadomo skąd ogromną kosę i machnął nią w powietrzu nad moją głową. Po plecach przemaszerował mi oddział mrówek, jak zwykle niezawodny w takich sytuacjach. Oczywiście nie obeszło się bez zimnego potu. Tradycyjnie też nogi ugięły się pode mną i byłbym upadł, gdyby nie krzesło, które pojawiło się znikąd. - No tak! Byłbym zapomniał, że jesteś gościem, a nie kolejnym klientem - powiedział gospodarz uśmiechając się, oczywiście, od ucha do ucha. Prawdę powiedziawszy, to miałem już dosyć śmiejącego się szatana rodem z najbardziej surrealistycznej bajki. - Pozwolisz, że oprowadzę cię po moim przybytku, moich włościach, mojej fabryce, czy jak to jeszcze nie nazwiesz. Oczywiście jako dobry, brr chciałem powiedzieć zły przewodnik pójdę przodem. I nie czekając na moją zgodę, ruszył. Nie pozostawało mi nic innego, jak pójść za nim, zwłaszcza, że czułem na sobie spojrzenie trzech par oczu piekielnego kundelka. Oczywiście nie uprzedził mnie o takim drobiazgu, że mojego bezpieczeństwa będzie pilnował Cerber - piesek większy od słonia, a na dodatek z trzema głowami. Klasyka po prostu! Lecz nie wiem czemu, miałem niejasne wrażenie, że ta klasyka pilnuje, abym za bardzo nie zbaczał z trasy i, co ważniejsze, nie próbował uciekać. - Proszę szanownej wycieczki. Proszę nie kręcić się, nie schodzić ze szlaku. Grozi poparzeniem. A i co złośliwsze duszyczki do kotła mogą wciągnąć. Historia naszego zakładu zaczęła się wkrótce po stworzeniu człowieka. Naszym pierwszym klientem był Kain. Tak, tak... Długo by opowiadać, co było dalej, ale to zajęłoby nam zbyt wiele cennego czasu, a mamy jeszcze tyle do odwiedzenia. Oto podchodzimy do kotłów z okresu PRL-u. Niespodziewanie diabeł zaczął podskakiwać i nucić głośno, strasznie przy tym fałszując: - Na prawo gar, na lewo gar, a dołem lawa płynie... Piosenka była idealnie dostosowana do otoczenia. Istotnie, jak okiem sięgnąć na prawo i na lewo od ścieżki, którą podążałem, ciągnęły się kotły zawieszone na wielkich żelaznych łańcuchach ginących gdzieś wysoko w ciemnościach nad moją głową. Dla odmiany, obszar pod kotłami był rzęsiście oświetlony płynną lawą. Do łańcuchów były przyczepione tabliczki. Ponieważ kręciły się, nie mogłem przeczytać, co było na nich napisane. Mój przewodnik nagle odwrócił się, spojrzał na mnie, zobaczył moją skrzywioną minę i powiedział: - Wybacz! Miał być kocioł, ale nijak nie pasował do rymu. Jego czoło zachmurzyło się, ale za chwilę uśmiechnął się dentystycznie, zakręcił na kopytkach, wywinął młynka ogonem, po czym złapał ogon w łapy jak mikrofon i udawał, że śpiewa. Nie jestem krytykiem muzycznym, ale w tym momencie przypominał mi Elvisa na koncercie. A może był to któryś z polskich wykonawców końca lat sześćdziesiątych? - Fajne piosenki pisali tam u was, w komunie - przerwał nagle występ - nie ma co. W czasie największego ruchu z duszyczkami w latach pięćdziesiątych puszczaliśmy je sobie i praca od razu szła raźniej. A i duszyczki wtedy jakoś bardziej zgrzytały zębami. Oczywiście ma się rozumieć metafizycznymi, he he he. A może nie? To teraz takie mało istotne. Niemniej, muzyka robiła wrażenie. Tak, tak! Muszę przyznać, że pochodzisz z utalentowanego muzycznie narodu. No, te pieśni z okresu wojny, zwłaszcza o rąbankach, palce lizać - powiedział i faktycznie polizał swoje palce. Przez moment miałem wrażenie, że zamiast palców widzę kiełbasę krakowską, toruńską albo podwawelską. - Proszę nie zatrzymywać się przy kotłach i nie drażnić prominentów z byłej epoki. Dzisiejsza wycieczka jest wyjątkowa. Na dłużej zatrzymamy się tylko w jednym, specjalnie przygotowanym na tę okazję pomieszczeniu. Pełne zwiedzanie piekła po wykupieniu wieczystych biletów. Proszę nie robić tłoku i przesuwać się do kolejnej sali. Tempo wycieczki było iście piekielne. Nie dość, że zaczęliśmy zwiedzanie piekła od Sekcji Polskiej, Okres PRL-u - zdaję się, że taką zauważyłem wywieszkę u wejścia do sali kominkowej, tzn. kotłowej czy może raczej kociołkowej, to prawie biegliśmy obok tych wszystkich piekielnych atrakcji i niestety nie mogłem przyjrzeć się dokładniej, komu z prominentów udało się załapać na ogniste wczasy. Zresztą u nas wszystko było na opak. Nawet pierwszy sekretarz mniejszej czy większej instancji prywatnie był wierzący. I wcale bym się nie zdziwił, jakby niektórych, tych bardziej znanych, tu brakowało. - A teraz, szanowna wycieczko, przechodzimy do następnej sali, tzw. krytycznej, he he he. Nie bardzo rozumiałem, z czego diabeł tak się śmieje, ale wkrótce się to wyjaśniło. Sala była ogromna. Poza ścieżką pośrodku wszystko pokryte było na wpół zastygłą lawą, jeszcze parującą. Zaraz przy wejściu nadziany na rożen nad wielkim ogniskiem smażył się jakiś człowiek. Poczułem zapach palącego się ludzkiego ciała i zrobiło mi się niedobrze. Na szczęście zdążyłem opanować torsje. - Kto się tam smaży na ogniu? - A ten! To kiepski krytyk! Bardzo kiepski krytyk. Smaży się w ogniu swojej krytyki. He he he... Czyż to nie pomysłowe? Nie bardzo się z nim mogłem zgodzić. Tym bardziej, że wiele razy także mnie zdarzało się krytykować czy to uznanych autorów czy też debiutantów. Czułem, że zasycha mi w gardle. „Czyżbym miał dołączyć do tych nieszczęśników?” - myślałem na pograniczu paniki. Następnym „obiektem do zwiedzania” był mężczyzna przybity do krzyża. Z tym, że krzyż, cały z metalu, był wbity krótszym końcem w zastygłą, ale wciąż gorącą lawę. Mężczyzna, nie dość że przeżywał straszne męki, wisząc głową w dół - jego twarz była już sina od napływającej krwi, to jeszcze był przypalany rozgrzanym prawie do czerwoności krzyżem. Przełknąłem z bólem ślinę i zapytałem się: - A ten co zrobił? - Ach ten! To krytyk katolicki. Wszystko oceniał z katolickiego punktu widzenia i to, co w jakikolwiek sposób nie zgadzało się z wartościami chrześcijańskimi krytykował straszliwie. - Ale to chyba jeszcze nie powód, żeby tu wylądować? - Ale cała zabawa polegała na tym, że robił to wszystko na pokaz. Prywatnie miał gdzieś wartości chrześcijańskie i wszystkich tych, którzy prosili o ocenę swojej twórczości. Nawet molestował seksualnie jedną początkującą pisarkę - piętnastolatkę. Nigdy już nic nie napisała. Że nie wspomnę o miłym siedemnastoletnim chłopcu, którego zgwałcił. Obiecał mu wydać tomik wierszy. Zapomniałem dodać, że miał własne wydawnictwo. - No tak! Pewnie miał jeszcze więcej grzeszków na sumieniu. - Nawet sobie nie wyobrażasz ile! Długo by mówić... - miałem wrażenie, że zacznie opowiadać, ale ku mojej niewymownej uldze zmienił zdanie. - Zapraszam do następnego obiektu. Przeszliśmy obok. Na betonowym fundamencie stała zwykła betoniarka, taka jaką można zobaczyć na prawie każdej budowie. Jednak zamiast przerabiać piasek, wapno i wodę w beton, przerabiała na miazgę człowieka. Jak został wciśnięty do betoniarki, to jeden diabeł chyba wie. - A ten nie dość, że był kiepski, choć bardzo znany, a raczej głośny, to spowodował przynajmniej jedno samobójstwo, kilka głębokich depresji, alergię na tworzenie i pewnie coś jeszcze. Jedna z młodych, dobrze zapowiadających się pisarek, po tym jak dostała od niego bardzo niepochlebną odpowiedź, rzuciła się z mostu. A nawet nie czytał jej opowiadań. Nie chciało mu się. Byliśmy dopiero przy trzecim delikwencie, a sala ciągnęła się daleko. Wszędzie, jak okiem sięgnąć przymocowani do różnych urządzeń, najczęściej metalowych, byli jacyś ludzie, głównie mężczyźni. Zewsząd dochodziły jęki, krzyki, prośby o litość. To było nie do wytrzymania. Zastanawiałem się jak długo mam jeszcze zwiedzać tę salę tortur. Rozumiałem już, dlaczego sala nazywała się krytyczna. Dość osobliwe poczucie humoru. Jeszcze jedna rzecz nie dawał mi spokoju. Spojrzałem na przewodnika, który z miną dobrego gospodarza rozglądał się po swoich zbiorach i spytałem się: - Myślałem, że kwestią sprawiedliwości zajmuje się niebo. - O, to wszystko, to kwestia umowy. Mamy taką z górą. Oni, jak wiesz... Wzruszyłem ramionami. - A nie wiesz! To nie szkodzi! W każdym razie oni na górze budują idealne społeczeństwo. Taką sobie he he... utopię. A dokładnie, to zaczęli budowę ósmego nieba. Z tego, co wiem w planach mają dziewiąte i dziesiąte. Takie zabezpieczenie na wszelki wypadek. Po prostu kłania się doświadczenie. Kiedyś chcieli poprzestać na jednym, ale okazało się, że ludziom ciężko rozstać się ze swoim byłym życiem. Każdy próbował przemycić coś, co kiedyś bardzo kochał za życia. Dla tych najbardziej zarażonych cielesnością zrobili pierwsze niebo. Reszta została przeniesiona na wyższy poziom duchowości. Ale po jakimś czasie i to okazało się niewystarczające. Wobec czego wybudowali trzecie niebo. A potem kolejne. I tak do dziś. A teraz są, jak to wspominałem, na etapie ósmego nieba. Nie wierzyłem mu. - Czytałeś Herberta? - spytał ni stąd ni zowąd i nie czekając na odpowiedź dodał - Genialny poeta! Napisał „Sprawozdanie z raju”. Jak wrócisz, to sobie przeczytasz. U góry jest dokładnie tak jak w „sprawozdaniu”. Znajdziesz tam pełen opis. Oczywiście, że czytałem Herberta. I „Sprawozdanie z raju” i „U wrót doliny” i jeszcze kilka innych wierszy. Było to dawno temu, ale mniej więcej pamiętałem, co w nich było. Czułem, że robi ze mnie idiotę. Zgoda! Herbert był genialnym poetą, ale jakim cudem mógł widzieć prawdziwe niebo, ba opisać je jeszcze? Pamiętałem z lekcji... - Rokita - krzyknął gdzieś w przestrzeń za sobą - wyłącz hologram! Wszystko znikło, jak ręką odjął. Nie było już rożnów, kotłów, lawy i siarki. Byliśmy w normalnym gabinecie, tak na oko z pierwszej połowy XX wieku, chyba lata dwudzieste albo trzydzieste. - Witam w moim gabinecie. Pozwól, że się przedstawię. Rezydent Piekła na Polskę Boruta Łęczycki - powiedział i wyciągnął w moim kierunku prawą dłoń. Byłem zupełnie zaskoczony tak zmianą otoczenia, jak i wyglądu rozmówcy. Prawdę powiedziawszy to już przyzwyczaiłem się do obecności diabła w klasycznej formie. Tymczasem przede mną za mahoniowym biurkiem w wielkim ciemnozielonym fotelu siedział postawny mężczyzna w garniturze o fasonie z tego samego mniej więcej okresu, co gabinet. W dłoni trzymał cygaro. Na stole stała mała lampka z ciemnozielonym kloszem, przybornik na ołówki, stara niemiecka maszyna do pisania i jeszcze kilka drobiazgów. Ciężkie atłasowe zasłony w ciemnozielonym kolorze dokładnie zasłaniały okna, tak że nic nie można było dostrzec. O ile były tam okna. Ściany pokrywała wiśniowo-czarna boazeria. Zaczynałem wątpić już we wszystko, co widzę. Ufałem jeszcze jedynie swojemu rozsądkowi. Chociaż przyznam, że był wystawiany na ciężką próbę po tym, jak mój materialistyczny pogląd na świat uległ załamaniu. Na szczęście człowiek jest elastyczny, no w każdym razie ja jestem elastyczny... Mimo dwudziestowiecznego ubrania, gospodarz miał w sobie coś ze szlachcica. Postawa, spojrzenie i wąsy były zdecydowanie starsze niż gabinet, w którym siedzieliśmy. Po chwili niezdecydowania, w czasie której Boruta ciągle uśmiechał się idealnie białym jak z reklam uśmiechem, podałem mu swoją rękę, którą mocno uścisnął. - Bardzo mi miło! Ja jestem... - chciałem przedstawić się, ale bardzo szybko mi przerwał. - O, to niepotrzebne! Doskonale wiem, kim jesteś... - Czy my się znamy? - było to głupie pytanie, ale jedyne, które w tej chwili cisnęło mi się na usta i to tak intensywnie, że nie szło go zatrzymać w więzieniu zębów. - O, zapewniam cię, że tak! Nie raz prowadziliśmy wspólne interesy...! - odpowiedział, uśmiechając się promieniście, jak doskonały biznesmen. - Nie przypominam sobie... - powiedziałem niepewnie, jednocześnie próbując intensywnie przypomnieć sobie jakiekolwiek okoliczności naszego ewentualnego wcześniejszego spotkania. - Bo z wami ludźmi to tak zawsze! - już nie uśmiechał się tak promieniście. W zasadzie w tym momencie był to uśmiech zachmurzonego nieba, co nie wróżyło dobrze na przyszłość. - Najpierw się człowiek, pardon, diabeł naharuje, napoci, żeby takiego delikwenta zainteresować ofertą piekła - kontynuował mocno gestykulując rękoma. - A ile to trzeba na reklamę wydać? Wzruszyłem ramionami. - No pewnie, że nie wiesz, bo skąd masz wiedzieć! Ale to było pytanie retoryczne. Nie przerywaj mi jak mówię! Na czym to stanąłem? A tak... I jak już uda się wszystko załatwić, to taki delikwent umiera i trzeba wszystko zaczynać od nowa - pokiwał smutno głową. - Nie rozumiem... - Nie rozumiem, nie rozumiem... - przedrzeźniał mnie. - A o reinkarnacji słyszałeś, co? - Słyszałem! Co nieco... Ale co to ma...? - Jak to co? Mnóstwo! - Ludzie się rodzą i umierają. Jak duszyczka była, tfu, dobra, to prawie zaraz wraca na ziemię do nowego ciała. A jak była zła, to musi nieco odpokutować i też wcześniej czy później wraca na ziemię. Jak nie uda się sfinalizować umowy, zanim nasz klient spotka się z kościstą, to dupa. - Dupa koścista? - Euhh! Jeszcze długo będziesz musiał się uczyć! Koścista to śmierć. A dupa to null, zero, nieudane przedsięwzięcie. Trzeba zaczynać od nowa. I cała robota do... na nic. Rozumiesz? Nie wiedziałem, co powiedzieć. Zacząłem rozglądać się po pokoju. Moją uwagę zwrócił obraz wiszący na ścianie z mojej lewej strony. To były schody prowadzące do lustra. Z wrażenia aż wstałem. Spojrzałem na Borutę. Następnie na ścianę. Jeszcze raz na Borutę. Uśmiechał się tajemniczo. Podbiegłem do ściany. Nie myliłem się! W lustrze z obrazu zobaczyłem fragment mojego pokoju. - Jak to możliwe? - powiedziałem głośno. - Mogłem się domyśleć, że zauważysz. Masz rację. To jest przejście. - To jak to jest? Przejście jest tylko w moim pokoju, tak? A jak przeniosę monitor, to je zamknę? Czy może to monitor jest przejściem? - Nie! No co ty? Ha! Już widzę jak obracają się trybiki w twoim mózgu. Nie ma tak dobrze. To byłoby zbyt proste! To my otwieramy przejście tam, gdzie chcemy. Ono z tej strony jest zawsze otwarte. Potrzebna jest tylko brama z drugiej strony. Po tym jak nagromadzi się odpowiedni potencjał, może to być równie dobrze lustro jak i monitor. Taka Alicja czy Funky Koval przeszli na przykład przez lustro. - Zaraz! Zaraz! Przecież to były postacie fikcyjne! Ktoś mnie tu robi w balona! - O, zapewniam cię, że nie! Były jak najbardziej prawdziwe. Prawdę powiedziawszy, pisarze nie wymyślają niczego nowego. Oni mają tylko dar zaglądania... Nie! Czekaj!…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych