Wróć do katalogu

...umrze ptak...

"Anybody seen my baby?". Czworo przyjaciół, młodzi ludzie, pozbawieni wzorów i ideałów postanawia szukać ich na własną rękę... A na razie szukają dziewczyny jednego z nich.

eXistenZ, opublikowano , 42 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

{b}Umrze ptak{/b} czyli requiem dla marzeń

{i}„I Kruk wcale nie odlata, jakby myślał czekać lata Na Pallady biuście przy drzwiach, pośród dwóch kamiennych kruż Krwawo lśni mu wzrok ponury, jak u diabła, spod rzęs chmury; Światło lampy rzuca z góry jego cień na pokój wzdłuż, A ma dusza z tego cienia, co komnatę zaległ wzdłuż, Nie powstanie - nigdy już!”{/i} (Edgar Allan Poe, „Kruk”)

Stukot przejeżdżającego po Moście Królewskim tramwaju zagłuszył ostatnie słowa Marka. — Co mówiłeś? — spytałem — Pytałem, ile już tu stoimy. Karl spojrzał na zegarek. — Ponad godzinę. Dobrze chociaż, że nie mokniemy — odpowiedział, spoglądając na strugi deszczu zalewające miasto. Staliśmy pod mostem, a więc nam deszcz nie groził. Co nie zmienia faktu, że było zimno, szczególnie po ponadgodzinnym wyczekiwaniu na Matthiasa. — Chce nam się tutaj tak stać? — Powiedział po chwili ciszy Marek — Co mu znowu odbiło, żeby kazać nam czekać tu ponad godzinę? Mówił wam coś? — tu spojrzał na mnie — Co ci mówił? — Zadzwonił do mnie wczoraj i powiedział, żebyśmy tu byli o dziesiątej. Miał przyprowadzić i przedstawić nam tą dziewczynę, którą poznał na początku wakacji, i wprowadzić ją do drużyny. — Tyle się nią chwalił, że chętnie bym ją poznał, a jego nie ma... — stwierdził Karl, po czym zwrócił się do mnie — Ty ją już poznałeś, nie? Jaka ona jest? — Nie poznałem jej. Miałem ją poznać, mieli oboje do mnie wpaść na początku lipca, gdy byłem na wakacjach u rodzinki. Mieli do mnie przyjechać na jeden dzień, ale nie wypaliło. — Eee tam, nie wypaliło.... — Marek pokręcił głową — Wierzysz w te bajki? Pewnie mieli cos lepszego do roboty, niż do ciebie jechać. Takiego żartu można się było po Marku spodziewać. Ale nawet Karl się uśmiechnął. Karla niewiele łączyło z krajem jego pochodzenia. Był zupełnie nietypowym przedstawicielem mieszkańca Rzeszy. Średniego wzrostu, z wiecznie rozczochranymi ciemnymi włosami, spokojny, rzadko się denerwował, rzadko w ogóle uzewnętrzniał uczucia. Niby była to cecha mieszkańców naszego wschodniego sąsiada, ale jego zamykanie uczuć w sobie wynikało z czegoś zupełnie innego — on po prostu był wiecznie zamyślony. Tak jak teraz. — A kiedy ty nam przedstawisz tą swoją słynną dziewczynę? — spytał Marek. Uśmiechnąłem się pod nosem i nie patrząc na niego, odpowiedziałem: — Może kiedyś.... Nie wiem, czy w ogóle ci ją przedstawiać, bo to się zwykle źle kończy. — Jak to się źle kończy? Spojrzałem na niego. — Nie udawaj niewiniątka. Mam dziewczynę i nie chciałbym jej stracić. — nie musiałem mówić dalej. Wszyscy znaliśmy kobieciarską naturę Marka. Pod tym względem znała go cała szkoła. Wszystkie dziewczyny wiedziały, żeby na niego uważać i najlepiej trzymać się od niego z daleka. Ciekawe, bo Marek raczej nie zachwycał wyglądem. Był niski, miał dosyć długie włosy i był wiecznie nieogolony. Do tego nosił okulary. Za to był mistrzem konwersacji. Potrafił zagadać do każdego (właściwie „do każdej”, można by rzec, że jedynymi chłopakami, z jakimi rozmawiał, byli jego najbliżsi koledzy, w tym my) na dowolny temat i zawsze potrafił wtrącić do cudzej rozmowy swoje trzy grosze, w ten sposób zwracając na siebie uwagę co inteligentniejszych przedstawicielek płci pięknej, którym imponowała raczej elokwencja niż muskuły. Marek był zupełnie nietypową odmianą podrywacza. — Swoją drogą — powiedziałem po chwili — zastanawiam się, czy Matthias dobrze zrobi, przedstawiając ci tą swoją dziewczynę. Biedny chłopak, pierwsza w życiu dziewczyna i straci ją, bo będzie na tyle nierozsądny, by ją tobie przedstawić. To by go zabiło. Wiesz, jak się chłopak cieszył? — Jasne, że wiem. Każdemu z drużyny wysłał list, w którym próbował dać wyraz swojej radości i tym podobne. Że koniec poszukiwań, że nareszcie znalazł miłość swojego życia i tak dalej. Standardzik. — wzruszył ramionami — Gdzie on jest, do cholery? — Pewnie jej pociąg się spóźnił. — powiedziałem. — Co? Jaki pociąg? — spytali obydwaj. — Nie mówiłem wam? — odparłem zdziwiony — Ona dzisiaj rano miała wrócić ze stolicy i Matthias miał ją odebrać, po czym przyprowadzić do nas. Marek zaśmiał się pod nosem — Pewnie coś ich zatrzymało... — powiedział — Czy mieli w planach zahaczyć o jej lub jego dom? — spytał — Nie wiem, ale gdzieś chyba musiałaby zostawić bagaże z podróży. Przecież nie będzie z tymi wszystkimi pakunkami łazić po mieście. — No, to już wiemy, co ich zatrzymało. — teraz śmiał się już jawnie. Resztę jego wypowiedz zagłuszył dochodzący z mostu stukot tramwaju. — A ja jednak myślę, że to pociąg — stwierdził Karl, gdy już zapanowała względna cisza — Może znajdziemy go na stacji — to mówiąc odwrócił się w stronę schodów, prowadzących na most. Spojrzał na nas. — No chodźcie, co tu będziemy tak sterczeć? Popatrzyliśmy z Markiem po sobie i ruszyliśmy za naszym przyjacielem.

Na nasze szczęście z pobliskiego przystanku na Dworzec Główny jechała więcej niż jedna linia, więc mimo dnia świątecznego nie musieliśmy na tramwaj czekać zbyt długo. A gdy przyjechał, z zadowoleniem stwierdziliśmy, że nawet da się do niego wsiąść - o tej porze w dni powszednie, a często także w niedziele, pojazdy komunikacji miejskiej są dosłownie obwieszone ludźmi, którzy chwytają się czego się tylko da, byle móc się nimi zabrać. Podczas naszej jazdy na dworzec poruszyliśmy ten temat. Oczywiście zaczęło się od tego, że Marek zaczął narzekać na brak tłumu. — Gdyby był, a ja musiałbym wisieć na dyszlu czy czymś takim, raczej mała byłaby szansa, żeby ktoś mi sprawdzał bilet. Oczywiście Marek nie skasował biletu. On kasuje bilety tylko dziewczynom, z którymi gdzieś jedzie komunikacją miejską. Gdy jedzie sam lub z nami, nigdy tego nie robi. „Strata forsy” - tak się tłumaczy. Obydwoje z Karlem zastanawiamy się, czy jakiś kontroler kupi taką wymówkę. — Ale do ciebie to oczywiście nie trafia — skomentowałem nie pierwszy zresztą raz sposób postępowania Marka — Poczekaj, aż cię kiedyś złapią. Wtedy pogadamy. — Słuchajcie — Karl postanowił przerwać naszą dysputę, zapewne dlatego, że słyszał ją już nie po raz pierwszy i doskonale wiedział, jak to się skończy — co Matthias miał w dzisiaj planach po tym, jak przedstawi nam tą swoją dziewczynę? — Mówił, że poprowadzi nam wszystkim najlepszą sesję w historii gier fabularnych tego miasta — odpowiedziałem — Chce w ten sposób pokazać tej swojej dziewczynie RPG z prawdziwego zdarzenia. Ona ponoć jest tym zainteresowana, ale nie grała nigdy na poważnie. Ja natomiast stwierdziłem, że w takim razie ja wam poprowadzę najlepszą sesję. — dodałem nieskromnie. Czekałem teraz na komentarze. Nie musiałem długo czekać. — Oooo, odezwał się Mistrz Mistrzów, Połykacz Kostek i Znawca Wszelkich Zasad — odparł z uśmiechem Marek. Karl jednak nie podjął tematu i jak zwykle z poważną miną spytał: — Panowie, co sądzicie o naszym przystąpieniu do Gildii RPG? Skrzywiłem się. — Do tej bandy nadętych bufonów, którzy dopiero są Znawcami Wszelkich Zasad i Połykaczami Wszystkiego? Żeby się rządzili i mówili nam, jak grać? Żeby się czepiali każdego słówka na sesji? Nigdy w życiu. — odpowiedziałem z niesmakiem. — A poza tym to jest jakieś szemrane towarzystwo — dodał Marek. Spojrzeliśmy na niego z Karlem. — No, jacyś tacy dziwni są, tacy.... hermetyczni. Jak jakaś mafia. — wyjaśnił. Dziwiło mnie, skąd u Marka takie dziwne wnioski - co RPG ma wspólnego z mafią? - ale nie podjąłem tego tematu, bo nasz środek transportu zajechał na docelowy przystanek - Dworzec Główny KLK.

Budynek dworca mieścił się właściwie w centrum miasta, ale blisko z niego było do Miejskiego Lądowiska Zeppelinów. Dlatego nad budynkiem stacji kolejowej widać było ogromne, majestatyczne sylwetki sterowców, kierujące się na i z lądowiska. Niestety, podróże sterowcami były jeszcze daleko poza zasięgiem naszych kieszeni, ale zawsze marzyłem o tym, by skorzystać z tego środka transportu. Tymczasem jednak byliśmy na przystanku nieco bardziej dostępnego środka transportu. Marzenia o podniebnych eskapadach sterowcami trzeba było odłożyć na kiedy indziej, na razie naszym celem było znalezienie - o ile tu w ogóle był - naszego przyjaciela Matthiasa. W ogromnej, niedawno odnowionej poczekalni, która teraz prezentowała się naprawdę imponująco - piękne żyrandole, marmury, odnowione ławki - chodziła tam i z powrotem lub przesiadywała na tych nowych ławkach masa ludzi, a wśród nich - być może - nasz zaginiony kolega. Zaczęliśmy przechadzać się między ławkami, rozglądając się po ludziach, wypatrując znajomej ciemnej czupryny na czubku wiecznie pochylonej głowy Matthiasa. Matthias był wysokim chłopakiem, czego jednak nie było od razu widać, bo zawsze chodził nieco przygarbiony, często wpatrzony w ziemie i w chłodne dni - których na jesieni było wiele - jakby wtulony i schowany w swoim jasnobrązowym długim płaszczu. Gdy był sam lub z innymi, ale w nastroju, w którym raczej wolał słuchać innych niż się udzielać, zawsze patrzył zamglonym, zamyślonym wzrokiem. Tym, co go nie znali, mógł wydawać się zatopiony w rozmyślaniach. Istotnie, często tak było, ale zawsze słyszał i orientował się, co się dookoła niego dzieje. Takiego właśnie - „chmurnego”, jak to ktoś kiedyś powiedział - Matthiasa znaleźliśmy na jednej z ławek w odnowionej poczekalni Dworca Głównego Książęcych Linii Kolejowych, wciśniętego między tęgą kobietę a pokaźnego mężczyznę w stanie nieco wskazującym na spożycie. Ale Matthias, jak zwykle, wcale nie wyglądał na zainteresowanego albo chociaż trochę przejętego swoim sąsiedztwem na tej ławeczce. Siedział z łokciami opartymi o kolana, zgarbiony i wpatrzony w piękną marmurową posadzkę poczekalni i - co on tam robił? Marzył? Rozmyślał? Matthias zawsze był wiecznym, rozmarzonym, pasowałoby tu wstawić jeszcze słowo „niepoprawnym” optymistą. Mimo tego wiecznie chmurnego wyrazu twarzy zawsze z nadzieją spoglądał w przyszłość. Mógłbym się założyć, że teraz także rozmyślał o samych przyjemnych rzeczach. W końcu miał prawo - po tylu latach miłosnych rozterek i poszukiwań tej „jednej jedynej” wreszcie odnalazł. — Matti! — głos Marka przerwał rozmyślania zarówno mnie, jak i Matthiasowi. Choćby nie wiem, jak był głęboko w tym swoim świecie, zawsze łatwo go było wywołać i przywrócić do tej szarej rzeczywistości. Podniósł głowę, spojrzał na nas tym swoim nieprzytomnym wzrokiem i w końcu uśmiechnął się lekko — O! Cześć, ekipo. Co tu robicie? — Co my tu robimy? — spytał nieco mniej łagodnie niż wcześniej Marek — Zaraz chyba ci coś urwę... Przez ponad godzinę czekaliśmy pod tym cholernym mostem, a ciebie niet. Siedzisz sobie i grzejesz kuper w ciepłej i suchej poczekalni, podczas gdy my mokniemy... — Jak to mokniecie? Staliście pod mostem, nie? — gdy już Matthias wróci do naszego świata, potrafi być zadziwiająco rozsądny. — Ale jak już szliśmy na przystanek, to nas zlało, nie? — odparł Marek — A po kiego się stamtąd ruszaliście? Jakbyście się stamtąd nie ruszali, to byście nie zmokli, proste? Marek gorączkowo szukał kolejnych argumentów. Postanowiłem mu przerwać, zanim jeszcze dojdzie do rękoczynów w miejscu publicznym. — Rozumiem, że nie przyjechałeś pod most, bo siedziałeś tutaj. — powiedziałem — Może nas oświecisz, czemu tutaj siedzisz od blisko trzech godzin? — Czekam na dziewczynę, przecież ci mówiłem. — No, mówiłeś, ale jej pociąg miał przyjechać, o ile dobrze pamiętam, nieco po dziewiątej, a mamy prawie dwunastą. Państwowe pociągi się czasem spóźniają, ale nie trzy godziny. Już nie te czasy. — Nie spóźnił się, był o czasie, ale ona nim nie przyjechała. Postanowiłem poczekać na następny. Pociągi ze stolicy jeżdżą kilkanaście razy dziennie. — No i co? Kiedy przyjedzie następny? — Jeden już przyjechał. Godzinę temu, ale nim też nie przyjechała. — I chce ci się tu tak siedzieć? — spytał Marek — No wiesz, ona się w wiecznie spóźnia, czasem nawet całe godziny. To w jej stylu. — A dzwoniłeś do jej rodzinki w stolicy? — Nie znam numeru. Zapadłą chwila ciszy. Wszyscy wiedzieliśmy, o czym teraz myśli Matthias. Ma głęboką nadzieję, że nie został wystawiony do wiatru. Właściwie nawet nie dopuszcza takiej możliwości. Tak się cieszył z tego swojego niewiarygodnego szczęścia, którego tak długo szukał. W ogóle niemożliwe, żeby to wszystko się tak nagle skończyło. No, bo jak? Nieee.... Wszystko na pewno jest w jak najlepszym porządku, tylko ona się spóźniła na pociąg. Pewnie zaspała, pewnie coś jej wypadło w ostatniej chwili.... W końcu to nie pierwszy raz, ona taka już jest itp. itd. Tak, wszyscy dokładnie znaliśmy tok myślenia Matthiasa. Znaliśmy go w końcu nie od dziś. Jego wieczne problemy z dziewczynami także. — Wybacz to pytanie, ale ile jeszcze masz zamiar tak tu siedzieć? — spytał Marek. Matthias spojrzał na niego. Prawie widziałem te sztylety, które w niego ciskał wzrokiem. Pytanie rzeczywiście było niedorzeczne. Oczywiście, że Matthias miał zamiar czekać... — Do czasu jak przyjedzie — odpowiedział, zgodnie z moimi przewidywaniami. — A może wróciła wcześniej? — Karl jak zwykle zaproponował racjonalne wyjaśnienie. Odpowiedziało mu milczenie. — Sprawdzałeś? Dzwoniłeś do niej do domu? — spytał Marek. Matthias pokręcił głową. — Tam też nie znam numeru — wyjaśnił, po czym uprzedził nasze pytania — Ona się dopiero co przeprowadziła. Wiem, gdzie mieszkała wcześniej, ale przez długi czas jej pobytu w stolicy ona sama jeszcze nie wiedziała, gdzie się przeprowadza. Cała ta przeprowadzka odbyła się pod jej nieobecność. — Ale teraz wiesz, gdzie mieszka? — Nie. Nie mówiła mi. Sama jeszcze nie wiedziała ostatnim razem, gdy z nią rozmawiałem. — A kiedy z nią rozmawiałeś? — Marek najwidoczniej postanowił pobawić się z detektywa. — Nie wiem... dwa tygodnie temu? — To dosyć dawno. Czemu przez te dwa tygodnie nie rozmawialiście? — Nie dzwoniła. — A może ktoś, kto teraz mieszka tam, gdzie ona mieszkała wcześniej, będzie coś wiedział? — Karl jak zwykle wpadł na coś mądrego. — Byłeś u niej kiedyś? — spytałem — Nie. Już na początku lipca, kiedy jeszcze tam mieszkała, razem z rodziną zaczęła się przygotowywać do wyprowadzki. Nie chciałem im się zwalać na głowę. — Ale wiesz, gdzie to jest? — No, znam adres. — Słuchaj — odezwał się po chwili milczenia najbardziej przedsiębiorczy z nas wszystkich Marek — zrobimy tak, pojedziemy teraz do jej starego mieszkania i może tam się czegoś dowiemy, co? — A jak ona teraz przyjedzie? — oponował Matthias — To będzie miała nauczkę, żeby się więcej nie spóźniać. A do nowego domu chyba trafi. Najwyżej pojedzie do ciebie. — widząc trochę niezdecydowaną minę Matthiasa, dodał — No daj spokój, będziesz tu sterczeć cały dzień, a ona może teraz siedzieć w domu i do ciebie wydzwaniać. A ciebie nie ma. — Ale... — Oj, przestań nudzić. Jedziemy. — Marek zadecydował za nas wszystkich i skierował się w stronę wyjścia. Ja z Karlem poszliśmy za nim, ciągnąc za sobą nieco przybitego Matthiasa. Czas, żeby on w końcu też trochę zmókł.

Niestety, mieliśmy pecha, bo jak tylko wyszliśmy z budynku, okazało się, że deszcz poważnie zelżał i Matthias nie zmókł za bardzo w drodze na przystanek. Marek oczywiście nie omieszkał tego faktu zaznaczyć. — Ty cholerny szczęściarzu! Wreszcie cię wyciągnęliśmy na deszcz, to ten przestaje padać. — narzekał dosyć głośno. Wszyscy ukradkiem spoglądaliśmy na adresata tych słów, ale na pochmurnej twarzy Matthiasa nie pojawił się nawet cień uśmiechu. Cały czas był poważnie zmartwiony tym bezowocnym wyczekiwaniem. W tramwaju postanowiliśmy go trochę rozruszać. — Ej, smutasie, powiedziałbyś coś o tej swojej dziewczynie. Spojrzał na nas. — Co? — Nie wiem, cokolwiek. Właściwie nic o niej nie wiemy. — Co ja mogę wam powiedzieć... Jest ode mnie młodsza o rok... Interesuje się fotografiką... — uśmiechnął się — Mimo, że jest młodsza, jest o wiele dojrzalsza niż wielu dorosłych. Dojrzalsza psychicznie — dodał, patrząc na nasze miny. A raczej głównie na Marka, bo wredne komentarze i wychwytywanie dwuznaczności były jego specjalnością. — Żebyście wiedzieli, ilu rzeczy ona mnie nauczyła... Pokazała mi wiele rzeczy, takich różnych błahostek, z których nigdy sobie nie zdawałem sprawy... Niby małe sprawy, a jednak to z nich składa się życie. I ona mi to pokazała. Nauczyła mnie kochać i praktycznie nauczyła mnie żyć. — To piękne... — odezwał się po chwili ciszy, wypełnianej stukotem kół tramwaju, Marek, i to wcale nie prześmiewczo. Nawet jemu czasem zdarzały się chwile powagi. Zresztą nawet jeśli, to nie trwają one długo. Zaraz wróciła mu złośliwość — A teraz pytanie-siekiera: jakiego koloru ma oczy? Wszyscy spojrzeliśmy z uwagą na Matthiasa. Byliśmy ciekawi, czy wie. On, widząc nasze miny i nasz wzrok, chyba się tego domyślił i się uśmiechnął pod nosem — Co wy myślicie, że nie wiem? Tak się składa, że wiem! — Dobra, nie graj na zwłokę, tylko mów. Wziął głęboki wdech. — Zupełnie niezwykłe, zresztą jak cała ona. Głównie zielone, ale na brzegach robią się jasnobrązowe, wręcz złote. Zresztą, gdyby się przyjrzeć, można by w jej oczach odnaleźć każdą barwę. — A ty się przyglądałeś. — raczej stwierdził niż spytał Marek. — Czym jeszcze się interesuje? — postanowiłem zapytać o coś sensownego, zanim Markowi znowu przyszedłby do głowy jakiś komentarz. — Jak to czym? — odpowiedział Matthias — Tym co ja - kinem. Pełnia szczęścia. — Muzyka? — padło kolejne pytanie w teleturnieju — Tutaj też właściwie to, co ja — blues, folk, rock. — Literatura? — Właściwie gustujemy w podobnych gatunkach, ale każde czytało i ma coś innego, więc oboje będziemy mieli od kogo pożyczać. Karl, który od jakiegoś czasu się nie odzywał, tylko patrzył w okno, wreszcie przerwał swoje milczenie: — Panowie, czy to przypadkiem nie tu? Wysiedliśmy.

Pod adresem ul. Zielona 1/8 znaleźliśmy kilkudziesięcioletnią dwupiętrową kamienicę, zbudowaną z czerwonej cegły. Dowlekliśmy się na drugie piętro i odnaleźliśmy drzwi do mieszkania numer 8. — Byłeś tu już kiedyś? — spytałem — Nie. Ona była już w trakcie przygotowań do przeprowadzki i nie chciałem jej się zwalać na głowę. Zwłaszcza, że mówiła, że to mieszkanie jest malutkie i nie byłoby się gdzie zmieścić. Zapadła chwila ciszy. — No, zapuka ktoś? — spytałem i spojrzałem po wszystkich. Marek w końcu wzruszył ramionami i zastukał w drzwi. Minęła dłuższa chwila i Marek już się przygotował do ponownego zastukania, gdy usłyszeliśmy szczęk zamka i odgłos naciskania klamki. Drzwi uchyliły się i naszym oczom ukazała się niewielka staruszka. Spojrzała na nas, nieco przelękniona. Po chwili milczenia odezwał się Karl — Dzień dobry. Proszę pani, chcielibyśmy się dowiedzieć czegoś na temat eee... rodziny, która tutaj wcześniej mieszkała. Bo nie możemy ich znaleźć... Staruszce uśmiech rozjaśnił twarz. — Ach, oczywiście, wejdźcie, wejdźcie — cofnęła się, gestem zapraszając nas do środka. Nieco skonsternowani weszliśmy. Staruszka - pani Figiel, jak głosiła tabliczka na drzwiach - zamknęła drzwi i zaprosiła nas głębiej. Mieszkanie wcale nie wydawało się takie małe. Nie było to co prawda M-4, ale pokój dzienny był dosyć duży. Pani Figiel, po tym, jak już zakazała nam zdejmowania butów, ale nakazała zdjąć przemoczone kurtki, zaprosiła nas do niego i usadowiła przy stole, po czym skierowała się w stronę jednych z drzwi, prowadzących do sąsiedniego pomieszczenia. Po chwili wróciła stamtąd z tacą pełną ciasteczek. Postawiła je na stole — Częstujcie się. Zaraz zaparzę herbatki... — Ale nie, nie — przerwał jej Marek, wstając — proszę sobie nie robić kłopotu, my chcieliśmy się tylko dowiedzieć, gdzie oni teraz mieszkają, bo nie znamy adresu, a chcieliśmy ich odwiedzić. — Ach, jedną chwileczkę — pani Figiel wstała i skierowała się do niewielkiej szafki z książkami. Zaczęła grzebać w jakiejś szufladzie — Bardzo mili państwo tu mieszkali, rzeczywiście, bardzo mili. A jaką mieli śliczną córeczkę. — cała nasza trójka natychmiast spojrzała na Matthiasa, Marek nie mógł się powstrzymać od śmiechu, ja zresztą też. Karl ograniczył się do uśmiechu. Pani Figiel kontynuowała, wracając do stolika z kopertą. — Często tu do mnie pisują. Znamy się w końcu kilka lat i wszystko wiem, co się u nich dzieje. Na tej kopercie jest ich adres, przepiszcie sobie. — położyła na stole list. Marek sięgnął do plecaka po notes i zaczął przepisywać. W pewnym momencie twarz wykrzywił mu grymas zdumienia — To oni mieszkają w Kornaustadt? — spytał. Wszyscy popatrzyliśmy na adres na kopercie - istotnie, Kornaustadt, ulica Pałacowa 17. — Oczywiście — powiedziała pani Figiel — Mają bardzo przyjemny domek jednopiętrowy z niewielkim ogrodem w bardzo miłej dzielnicy. Ciągle coś tam robią w tym domu - coś naprawiają albo wymieniają. — Jak to po przeprowadzce — wtrąciłem — No tak, ale wszystko co ważniejsze zrobili już na samym początku. Teraz tylko zmieniają…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych