Upadek - Ysteriny cz. 6
Proszę o konstruktywną krytykę i opinię.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Rozdział 12
Po czterech dniach żeglugi po otwartym morzu jeden z marynarzy radośnie wykrzyczał tak długo oczekiwane słowo: „Lithnar!”. Po chwili na pokład wybiegła reszta załogi krzycząc wesoło i ściskając się nawzajem. Na statku zapanował rumor, wszyscy przekrzykiwali się nawzajem dając upust swej radości. Kapitan stanął pośród nich sprawiając, iż załoga ucichła w mgnieniu oka. Spoglądał na nich w milczeniu przenosząc wzrok na każdego. - Chłopcy! – rzekł po chwili – Jesteśmy w domu. - Wszyscy obecni wybuchnęli jeszcze radośniejszym krzykiem niż poprzednio. Co poniektórzy udali się podpokład wracając z beczką wina zakupionego na Północnym Kontynencie i tylko zdrowy rozsądek kapitana powstrzymywał ich przed przedwczesnym świętowaniem. „Po pijaku chcieliby do portu wpływać” pomyślał rozbawiony kapitan. Trzymając się na uboczu i nie biorąc udziału w ogólnej szczęśliwości, Faddin obserwował kupców, którzy po kilku miesiącach spędzonych w podróży w końcu wracali do swych domów z towarami, za które na miejscu otrzymają sowitą zapłatę. Do małej fajeczki, którą trzymał w ręku, włożył odrobinę tytoniu, po czym wciągając powietrze zmrużył oczy. Tytoń uległ zapłonowi, po czym natychmiast zgasł. Zaciągnął się delikatnie przypominając sobie postać Ayrova, który nie tak dawno temu nauczył go tej prostej sztuczki wykraczającej już poza domenę magii ziemi, w której się specjalizował. Choć był dobrym uczniem, musiał jednak wiele czasu poświęcić, aby z tak niewielkiej ilości ognia, jaką w sobie posiadał, wykrzesać iskrę. Po kilku godzinach ponaglana przez kapitana załoga zrzuciła wszystkie żagle za wyjątkiem kilku, które miały być siłą napędową potrzebną do manewrowania. Żaglowiec powoli wpływał do największego portu na Południowym Kontynencie. Minęli wystający równolegle do ladu półwysep z charakterystycznym klifem, o który rozbijały się morskie fale czyniąc z portu oazę spokoju i chroniąc przed potężnymi sztormami. „Ster lewo!” zakrzyknął znajdujący się na dziobie mężczyzna, a sternik delikatnie popchnął ster we wskazanym kierunku. „Ster zero!” po chwili ponownie usłyszeli głos tamtego. Statek powoli wyrównał kurs względem wiatru i z wolna wpływał do portu. Przed nimi wyrosły wysokie zabudowania, które stanowiły wewnętrzną część doków. Tuż za nimi wznosiły się gigantyczne budynki będące centrum Wiecznego Miasta – Lithnaru. Podchodzili do kei ostro na wiatr ze zbyt dużą prędkością. Załoga zrzuciła resztę żagli, po czym część udała się na burtę gotowa do wyskoku na ląd. Keja zbliżała się bardzo szybko, dwie długości statku, jedna, pół. Z przodu dobiegł ich wrzask tego samego mężczyzny, który kierował statkiem przy wpływaniu do portu: „Cała na nawietrzną!”. Sternik błyskawicznie zareagował wykonując kołem kilka obrotów w lewo. Statek powoli odbił od nabrzeża, lecz ciągle był za blisko. Dziób uniknął uderzenia, lecz nie udało się z prawą burtą, która zahaczyła o kamienne nadbrzeże wywołując lekkie szarpnięcie całego statku. Na umówioną komendę załoga wyrzuciła liny cumownicze na keję, gdzie pracownicy portowi natychmiast zarzucali je na najbliższe pale. Statek przybił do Lithnaru. Załoga wystawiła na brzeg rampę, po której zaczęto zwozić towary przeznaczone na sprzedaż i ustawiano je na nadbrzeżu. Faddin, po uprzednim rozliczeniu się z kapitanem, opuścił statek przechodząc obok zapracowanych handlarzy. Tu kończy się bezpieczeństwo, pomyślał. Na tę okazję ubrał się w stosowny strój biednego mieszczanina, który połatany był niemalże w każdym miejscu, dzięki czemu stał się dobrym kamuflażem, gdyż w mieście kontrastów, gdzie istniały tylko dwie wielkie grupy społeczne: biedota i burżuazja, postać Faddina wzbudzała jedynie żal i współczucie, lecz nic poza tym. To dawało mu ten bezpieczny komfort, przynajmniej na razie. Wyszedł z doków kierując się w stronę rzadziej uczęszczanej ulicy czerwonych latarni - najmniej bezpiecznego obszaru w całej metropolii. Przylegała ona bezpośrednio do doków, dzięki czemu kwitł tu handel ludźmi, rozwijała się prostytucja i nader często można było dostać w łeb. W dzień jednak było tu nieco spokojniej, choć i tak niewielu mieszkańców zapuszczało się na własną rękę w te tereny. Przy zrujnowanej rybackiej chacie stał mężczyzna oparty o sporej wielkości wielbłąda, który był najczęściej stosowanym środkiem transportu na Południowym Kontynencie z racji występującego tam pustynnego klimatu. Nieznajomy wyszedł naprzeciw podnosząc rękę w geście pozdrowienia. Faddin skinął głową, po czym przypatrzył się masywnemu zwierzęciu. - Piękny – powiedział cicho. - O tak! – odrzekł dumnie nieznajomy – Czysta krew Theasporyjska. Wytrzymała bestia. Doprowadzi cię przyjacielu choćby do serca pustyni. – Faddin nie przywiązując większej uwagi do jego słów zbliżył się do potężnego zwierzęcia i zwinnym ruchem wspiął się po strzemieniu i przekładając nogę na drugą stronę zasiadł za pierwszym garbem, gdzie urządzono dość wygodne siedzisko. Dopiero w tej chwili Faddin dostrzegł niewysokiego konia gryzącego trawę tuż za wielbłądem. Ten parsknął pogardliwie na znak niezadowolenia ze zwiększenia się ciężaru na grzbiecie, po czym wrócił do przeżuwania spalonej przez ostre słońce trawy. - Jak daleko jest do stanowiska? – zapytał mag chwytając za lejce - Pięć dni drogi stąd. – oznajmił sucho nieznajomy wskazując ręką kierunek na południe – Stanowisko znajduje się na zachód od zakola Issy. - Jak tam trafić? – Faddin niecierpliwił się z każdą chwilą, a nieufność jaką darzył obcych ludzi potęgowała jego irytację wobec nich. Wyciągnął z torby podróżnej białą chustę, którą założył na głowę w Karakynajski sposób zakrywając całą twarz poza oczami. Dzięki temu był lepiej chroniony przed wiatrem pustynnym i ostrym słońcem oraz pomagało mu to niejako chronić swoją tożsamość przed innymi ludźmi. Tożsamość maga. - Dzięki mnie. Wynajęto mnie, abym doprowadził cię na miejsce i czy tego chcesz czy nie przyjacielu jesteś na mnie skazany, przynajmniej na najbliższe kilka dni. – ostatnie słowa powiedział z uśmiechem, co zupełnie nie poprawiło jego sytuacji w oczach maga. „Głupi pyszałek” pomyślał Faddin. - Ruszajmy zatem, czas nagli. Przewodnik wzruszył bezradnie ramionami odsuwając od siebie myśl o uczczeniu zawarcia nowej znajomości w przydrożnej karczmie. Zasiadł na swym koniu i po chwili ruszył kierując się w stronę południowej bramy Lithnaru. Podróż przebiegała gładko i bez większych problemów. Przez swoją nieufność do obcych Faddin nie zdobył się na odwagę, by odezwać się z własnej woli do swego przewodnika, dlatego też całą drogę pokonali w niemalże całkowitym milczeniu. Towarzysz maga nie był świadomy kim był jego kompan, a ten nie kwapił się, aby go poinformować, dlatego ich rozmowa opierała się jedynie na krótkich odpowiedziach maga na zadawane przez tamtego pytania. Wydostali się z terenów podległych administratorom Lithnaru jako wolnemu miastu zarządzanemu przez trzy sąsiadujące państwa, lecz posiadające własną autonomię wyrażającą się w dysponowaniu odrębnym wojskiem oraz chociażby obsadzaniu urzędów centralnych swoimi ludźmi czy stanowieniu prawa. To wszystko sprawiało, iż miasto to było wyjątkowym miejscem na całym świecie. „Gród dobrobytu” jak mawiali niektórzy był często marzeniem wielu, lecz z powodu surowego prawa uzyskanie pozwolenia na osiedlenie się w tym miejscu graniczyło z cudem. Miasto rozrosło się do kolosalnych rozmiarów, a brak wolnej przestrzeni zmusił konstruktorów do stawiania budynków wznoszących się wiele pięter ponad poziom miasta. Pierwszą przeprawę przez Issę dokonali jeszcze wieczorem tego samego dnia. Tym samym wkroczyli na terytorium królestwa Khredin i będąc skrzętnie przeszukani oraz po okazaniu odpowiednich dokumentów mogli ruszyć w dalszą podróż. Co jakiś czas spotykali na swej drodze wojskowe patrole pograniczne, które wszelaki akt sprzeciwu wobec obowiązującego prawa, zaostrzonego zresztą po ostatnich wydarzeniach, karali nad wyraz surowo. Drugi raz przeprawiali się w środkowym biegu Issy, która w pewnym momencie zakręcała znacząco na zachód, a następnie tworząc olbrzymie zakole kierowała się do Lithnaru. Zmuszeni zostali tam do wypłacanie sporej sumy przysadzistemu Karakynajczykowi, który uparcie twierdził, iż przeprawa była w tym czasie niemożliwa. Tym razem znaleźli się w przestrzeni królestwa owego przewoźnika, który skorumpowany do granic możliwości nie dbał o obowiązujące przepisy, lecz starał się jak najbardziej nachapać pieniędzmi ze swojego „pływającego interesu”. Królestwo Karakynakh było rozległym państwem swoim terytorium sięgającym daleko w głąb Południowego Kontynentu. Śmiałkowie twierdzili, iż Khredin własną rozległością i potęgą ustępowało miejsca swojemu sąsiadowi, którego posiadłości ciągnęły się jakoby daleko za Górami Przeznaczenia. Stanowisko badawcze znajdowało się tuż przy małej wiosce w odległości kilkunastu kilometrów od Jeziora Dusz. Tubylcy zachowywali się przyjaźnie w stosunku do przybyszów ofiarowując im jedzenie oraz wodę, co znacznie ułatwiało tamtym prace. Faddin dotarł na miejsce tuż przed południem, gdy z nieba lał się potworny żar i nawet ludność miejscowa kryła się w tym czasie w swych lepiankach chroniąc się dzięki temu przed typową chorobą dla tych szerokości geograficznych - udarem słonecznym. Mag zeskoczył ze swojego wielbłąda na twardy grunt, by rozprostować zastane kości. Był cały mokry i zmęczenie ostro dawało mu się we znaki po trzeciej z rzędu nieprzespanej nocy. Czuł się fatalnie, a upał jaki do tego dochodził niemal pozbawiał go przytomności. Pragnął jak najszybciej znaleźć się w jakimś chłodnym pomieszczeniu, najlepiej w swoim pokoju w Akademii Magów, gdzie panował sprzyjający dla niego klimat i temperatury nie sięgały tak ekstremalnych wartości jak tutaj. Z tunelu, do którego wejście wykute było w litej skale urwiska, wydostała się ubrana w szarą od kurzu szatę kobieta, a za nią równie ubrudzony mężczyzna o jasnobrązowych włosach i z kilkudniowym zarostem na twarzy. Zbliżył się powoli do maga mrużąc oczy, po czym nie kryjąc radości rzucił mu się na szyję ściskając serdecznie. - Faddin, cieszę się, że przyjechałeś! - Dobrze cię widzieć przyjacielu. – odrzekł mag zadowolony, iż ten męczący etap podróży został nareszcie zakończony. - Wejdźmy do środka, tu jest zbyt gorąco. – zaproponował tamten, któremu pot wystąpił na czoło po kilku chwilach spędzonych na powierzchni. Mówiąc to podszedł do przewodnika, który niezłomnie na pełnym słońcu czekał, aż zostanie poświęcona mu choćby odrobina uwagi. Naukowiec wyciągnął z kieszeni saszetkę, po czym wręczył mu ją do ręki dziękując za pomoc. Po odebraniu zapłaty przewodnik Faddina zawrócił swojego krępego konia wyruszając w powrotną drogę. Postąpili kilka stopni w górę, po czym przekraczając próg wkroczyli do ciemnego tunelu. W miarę jak schodzili wąskimi schodkami temperatura malała z każdą chwilą. Faddin poczuł przyjemny chłód i doszedł do wniosku, iż za przebywanie w takim miejscu, jeszcze kilkanaście minut temu dałby sobie uciąć rękę. Po kilkudziesięciu metrach korytarz kończył się zawalonym przejściem. Tuż przed zawaliskiem znajdowało się wąskie przejście do komnaty obok, które ocalało od zawalenia. Stąpając po niewielkich odłamkach Faddin przypomniał sobie swoją pracę w kompleksie tuneli pod Akademią Magów, gdzie stan korytarzy prezentował się nad wyraz okazale w porównaniu do tego miejsca. Weszli do środka. Niewielka komnata była niemalże identyczna jak te, które znajdowały się w Inthassie. Te same zdobienia nad progiem, ten sam stół. O zgrozo, te same regały zawalone starymi pismami i księgami. W pierwszym pomieszczeniu pracowały dwie osoby razem z kobietą, która towarzyszyła im odkąd Faddin tu przyjechał. Przeszli po zakurzonej posadzce gdzieniegdzie wypolerowanej przez obuwie pracujących naukowców. Przekroczyli jeszcze jeden próg wchodząc do drugiego pokoju, który zachował się równie dobrze jak poprzedni. W tym miejscu Faddin odczuwał już niezbyt miłe zimno, które przejmowało do kości i sprawiało, że zaczął się trząść. Tak duże wahania temperatur na jakie natrafił dzisiejszego dnia z pewnością nie wychodziły mu dobrze na zdrowie. Komnata była przestronna, o wiele większa od poprzedniej. Strop znajdował się nieco wyżej, a tuż pod nim zwisały z sufitu olbrzymie sieci pajęczyn, których właściciele zginęli tysiące lat temu. Kobieta, która cały czas im towarzyszyła nie zamieniając z nikim ani słowa znikła z pola widzenia pozostając w sąsiedniej komnacie. Dookoła kamiennego stołu wielkości zwyczajnego biurka ustawione były wypolerowane kamienie w kształcie zbliżonym do sześciennego pudła. Naukowiec podszedł do jedynego regału znajdującego się w pokoju, po czym zabrał z półki kilka zwojów, które położył na blacie. - To miejsce wygląda jak system tuneli. Wiadomo coś o jego pochodzeniu? – zaczął Faddin rozglądając się po pokoju - Jedynie domysły. – odparł z rezygnacja tamten – Nie ma jasnych dowodów do czego mogłyby służyć te korytarze. Może system ewakuacji z jakiegoś miejsca albo biblioteka. - W takim miejscu? - Zwróć uwagę na fakt, iż nie wiemy co kiedyś znajdowało się na powierzchni. Tunele w Inthassie są łatwiejsze do zbadania – Faddin popatrzył krzywo na przyjaciela - mniej tajemnic co do pochodzenia. Tam zawsze była Akademia, a tu... nie jesteśmy pewni. - Może dotarcie do końca da jakieś rozwiązanie? – Faddin podszedł do ściany i dotknął ją całą powierzchnią dłoni. Była zimna... i mokra. Nic poza tym. - Tymczasowo jest to dla nas niewykonalne. Korytarz jest zawalony na długości co najmniej dwudziestu metrów. – Naukowiec poukładał delikatnie stare zwoje obok siebie – Istnieje też zagrożenie ponownego tąpnięcia. Nie mogę ryzykować. Po zakończeniu badań naradzimy się co powinniśmy dalej robić. Faddin rozglądał się bacznie po pokoju jakby czaiło się w nim ukryte zło, którego nie mógł uchwycić. Czuł się nieswojo, choć swoimi zmysłami nie wyczuwał żadnych wibracji czy przepływów energii. Mimo wszystko miejsce to napawało go dziwnym lękiem i jednocześnie wzbudzało pewną ciekawość. - Spójrz co odkryliśmy niedawno – kontynuował naukowiec - Co to jest? – zapytał mag podchodząc do stołu i przyglądając się starym zwojom, które przypominały bardziej rozkładające się resztki niż prawdziwy pergamin. Przy silniejszym chwycie prawdopodobnie rozsypałyby się w drobny proszek. - Normalnie rzecz biorąc nie wzbudziłoby to mojej ciekawości, gdyż jestem człowiekiem nauki. Zabobony pozostawiam magom i motłochowi. - Miło z twojej strony, że stawiasz mnie w jednym szeregu z motłochem. – odparł Faddin z przekąsem – Ja również jestem naukowcem i interesuje mnie głównie analityczna strona danego zjawiska, więc mów natychmiast co odkryłeś. - Chodzi o zwoje znalezione w tym pomieszczeniu. Ukryte były w niewielkiej szczelinie za tamtym regałem. – Faddin patrzył obojętnie na swojego przyjaciela, chciał nawet się podrapać po swoim zaroście na znak, iż gówno obchodziło go gdzie zostały znalezione te zwoje. Mężczyzna chrząknął – Napisane są w prastarym języku, którego nie potrafię zidentyfikować. Jednak większość form gramatycznych jest bliźniaczo podobna do języka Karakynajczyków, inna część do języka rodowitych mieszkańców Lithnaru. Wszystko się zazębia. - Co masz na myśli? – Faddinem zawładnęła ciekawość. Zaintrygowała go tajemnica ukryta w tym pomieszczeniu. Nikt nie poznał jej, nie odwiedził tego miejsca. Aż do dziś. - Nie jestem pewien. Jakieś państwo, potęga światowa lub... siedlisko heretyków. - Heretyków? - Sam posłuchaj. Mężczyzna rozwinął delikatnie jeden ze zwojów i powoli wodząc palcem po pergaminie ruszał bezgłośnie ustami jakby właśnie odczytywał starożytny język. Po chwili wyprostował się i wyrecytował cichym głosem dwa wersy rymowanego tekstu. - Cytujesz mi wiersz? Po to mnie tu ściągnąłeś? – wybuchnął nieoczekiwanie mag – Myślisz, że to było zabawne... - Nic nie rozumiesz. – przerwał tamten – Nie jestem na tyle dobrym tłumaczem, lecz jedno mogę powiedzieć na pewno – to nie jest wiersz. Faddin obrócił ku sobie zwój z rozgoryczeniem patrząc na obcą kaligrafię. Rzeczywiście nie był to jeden z teraźniejszych dialektów choć widać było w pewnych miejscach podobieństwa. Spojrzał na sam dół oczekując, iż znajdzie tam imię i nazwisko autora dzięki czemu udowodni swemu kompanowi, iż to co odkrył było jedynie wymysłem poety, a transkrypcja na zrozumiały język wprawiłaby w zachwyt jedynie grono literatów. Znalazł ciąg znaków, które wymyślnie pofalowane i wygięte składały się na imię autorki. „I... Id... din... Idina” składał litery w myślach. Psiakrew! Idina Menzl! Potężna wieszczka żyjąca stulecia temu. Była największą wróżbitką w historii i nikt nie śmiał kwestionować jej wyroków. Miała dar, a co najważniejsze była wiarygodna. Jej przepowiednie zawsze się sprawdzały i nawet Faddin szanował jej wielkość, choć twierdził, iż jej proroctwa były zwyczajnym bełkotem, który przypadkowo pokrył się z następującą rzeczywistością. - To jest – zaczął niemrawo mag nie będąc pewnym czy powinien o tym mówić – Prawdopodobnie jedna z wielu zaginionych przepowiedni Idiny Menzl. Wszystko co byłą z nią związane przepadło bezpowrotnie wraz z upadkiem…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Ignis
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…