Wróć do katalogu

Upadła

Taka opowieść okołobiblijna. Coś o aniołach, o śmiertelnych. Trochę o uzdrawiającej mocy uczucia któremu nie wolno się spełnić.

gorzkiblotnica, opublikowano , 51 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Wyschniętym językiem usiłowała zwilżyć spieczone wargi. Pustynne słońce prażyło niemiłosiernie. Żar drgał falami nad jałową, kamienistą ziemią. Spróbowała się poruszyć, lecz paraliżujący ból ponownie strącił ją w mroczną otchłań niebytu.

Szczęk oręża niósł się poprzez niebiańskie równiny. Ci, którzy dotychczas zespoleni w jeden ogromny, jednogłośny chór, wznosili pieśni ku chwale nieskończonego Stwórcy, mordowali się w krwawym szale. Tym, którzy pozostali wierni, bluźnierstwem wydawała się sama myśl, by w jakikolwiek sposób przeciwstawić się Przedwiecznemu, nawet jeśli już nie nakłaniał ucha ku ich śpiewom, a swe myśli poświęcał innym istotom, ulepionym z prochu ziemi. Choć wprawdzie i im, wiernym do końca, wstrętną wydawała się myśl oddania pokłonu tym słabym, bezskrzydłym istotom z ogrodu Eden. Wola Stwórcy była jednak najwyższym wyrokiem. Pragnęli przeto zetrzeć na proch przeniewierców, by ich krwią zmyć tę straszliwą hańbę kładącą się cieniem na świetlistych szeregach.

Buntownicy walczyli zaciekle. Bez krzyku, w ponurym milczeniu, broniąc już jedynie szczątków swego honoru. Przedwieczny pozostał głuchy na prośby. Nie zwrócił ku nim swego oblicza. Wielka gorycz paliła serca. Oni - dumne istoty powstałe z czystej światłości, mieli padać w proch ziemi przed tymi uczynionymi z błota? Duma wespół z żalem zaślepiała ich serca. Walczyli przeto z zaciętą determinacją, a niebiańskie pola spływały szkarłatną krwią nieśmiertelnych.

Wreszcie zgiełk bitewny dotarł do uszu Pana. Przebrała się miara Boskiej Cierpliwości, gniew Przedwiecznego zapłonął jasno. Kolumna gorącego jak samo jądro słonecznego żaru, uderzyła w pobojowisko, przewracając walczących. Płomienie wirowały z hukiem. Przerażeni Aniołowie odrzucili broń i padli na twarze. - Cóż żeście uczynili? - potężny głos zdawał się rozsadzać czaszki. – Czemu przelewacie krew bratnią? Widzę wasze serca, są czarne od przenikającej je pychy. Jam was stworzył i powołał do życia, a wy odpłacacie mi zdradą? Po przepięknych, anielskich twarzach popłynęły gorzkie łzy. - Przeto odwracam od was swoje oblicze -głos Boży wnikał wibracją do samego jądra duszy. Naraz wszyscy zbuntowani poczuli ogromną pustkę w swych sercach. Tak dojmującą, że sprawiała fizyczne cierpienie, znacznie gorsze niż to, od odniesionych w walce ran. Lament tysięcy głosów wzniósł się nad niedawnym polem walki. - Wasza niegodziwość woła głośno do mnie o pomstę – słup ognia i obłoków rozjarzył się oślepiając – Niegodni jesteście przebywać w chwale niebios. „Upadłymi” od dziś zwać się będziecie. Bądźcie przeklęci! Precz! Kolumna żaru eksplodowała ognistą falą. Omijała tych którzy dochowali wierności, ciała zaś Upadłych, osmalone i pokaleczone, odrzuciła daleko poza obszar niebios. Wielu zrodzonych ze światłości zginęło owego dnia.

Spadała. Połamane i spalone ogniem Gniewu Bożego skrzydła nie chciały utrzymać jej w powietrzu. Nieliczne lotki furkotały żałośnie. Wokół unosiło się mrowie czarnego, poplamionego krwią puchu.

Spadała. Ból i śmiertelne przerażenie dławiły oddech. Spękana, jak wysuszony słońcem czerep, powierzchnia ziemi, zbliżała się złowrogo. Świst powietrza ogłuszał. Zamknęła oczy by nie widzieć nieuniknionego. Uderzenie o twardy grunt wydusiło resztę oddechu ze ściśniętych płuc i w pojedynczym błękitnym rozbłysku, strąciło w bezdenną czeluść mroku.

Utraciła poczucie czasu. Na przemian mdlała i odzyskiwała przytomność. Bezlitosne słońce zdawało się nieubłaganie wysączać resztkę życia z poranionego ciała. Najgorsze jednak miało przyjść dopiero wieczorem.

- No i po kiego grzyba, Josifie,leziemy pod tę górę – kłótliwy dyszkant przedarł się przez czarną watę otępienia – Zaraz będzie ciemno, a tu jak nic są wilki. - Ej, głupiś Mojsze– zawtórował mu drugi, schrypnięty jakby od nadmiaru kiepskiego alkoholu. – Na wilki mamy kije i proce. Głosom towarzyszyło coraz wyraźniejsze skrzypienie żwiru roztrącanego drewnianymi sandałami. - Pomóżcie mi! – jęknęła usiłując otworzyć sklejone zakrzepłą krwią powieki. Mężczyźni pokonali ostatnie metry stromizny. - Popatrz! Jest! - zawołał młodszy. - A nie mówiłem, że widziałem jak spadała? - starszy wydobył z worka kawał konopnego sznura. - Bierzmy ją, zanim ktoś jeszcze się przywlecze. Nie zważając na ogrom cierpienia, jakiego jej przysparzali, przykrępowali ciasno połamane skrzydła do pleców. Również ręce brutalnie wykręcone do tyłu zostały mocno związane powrozem. Łzy bezsilnego bólu wsiąkały w spieczoną ziemię, do której jej umęczone ciało przyciskał kolanem jeden z oprawców. Wreszcie któryś kopniakiem odwrócił ją na wznak. W przyschnięte już nieco rany wbiły się ostre kamienie. Jęk, który wydostał się ze spieczonych ust przypominał raczej skowyt zwierzęcia. - Strasznie brudna – skonstatował z niesmakiem Mojsze. - Ale ma to co potrzeba – Josif wyszczerzył w lubieżnym uśmiechu resztki poczerniałych zębów. Rozdarł białą niegdyś szatę i brutalnie wpakował lepką od potu dłoń między jej uda. Mimo otępienia spowodowanego cierpieniem i upałem, szarpnęła się w więzach wstrząśnięta odrazą.

Wysoki świst przeszył powietrze. Josif odskoczył z wrzaskiem łapiąc się za ramię z którego sterczał opierzony koniec bełtu. - Zostawcie ją! - Natan wyszedł spomiędzy skał dzierżąc gotową do strzału kuszę, - albo sępy będą miały dziś ucztę. - Nie zabijaj – począł skamleć młodszy z mężczyzn padając na kolana, - to on mnie namówił. Przymusił mnie! - Wynoście się stąd! Ale już! - Natan kopnął wyrostka tak, że tamten zjechał w dół zbocza, szorując po ostrych kamieniach. Josif był już prawie na dole. Biegł niezdarnie, przyciskając postrzeloną rękę.

Anielica bardziej poczuła niż zobaczyła, kiedy wybawiciel pochylił się nad nią. Przerażona, jak zaszczute zwierzątko, skuliła się na ile pozwalały więzy. On jednak delikatnie uniósł jej głowę i wsączył pomiędzy spieczone wargi odrobinę wody z bukłaka. Płyn zwilżył wyschnięte gardło przynosząc nieopisaną ulgę. Rozluźniła napięte mięśnie. Łapczywie przywarła do naczynia. Zanim znów zapadła w niebyt, udało jej się przełknąć kilka łyków. Nie czuła już nic, kiedy Natan uwolniwszy ją z więzów, wziął ostrożnie na ręce i zniósł ze skalistego wzgórza. Prawie całą noc trwała powrotna droga do jego obejścia. Cały czas szedł obok ciągnących dwukółkę wołów wypatrując co większych wybojów, by oszczędzić Upadłej bolesnych wstrząsów.

Obudził ją przyjemnie chłodny dotyk na spalonej słoneczną spiekotą skórze. Dojmujący ból zmniejszył się do poziomu tępego pulsowania. Uchyliła powoli powieki uwolnione już od skrzepów zaschłej krwi. Natan zmoczonym w wodzie ręcznikiem obmywał jej ciało. Czynił to niezwykle delikatnie. Westchnęła. Gdy tylko spostrzegł, że się ocknęła przystawił jej do ust kubek wody zaprawionej sokiem jakichś kwaskowych owoców. Piła łapczywie, a każdy łyk chłodził od środka rozpalone gorączką ciało. - Powoli, – uśmiechnął się mężczyzna – bo się zakrztusisz. Odetchnęła dopiero, gdy wysączyła ostatni łyk. - Widziałem jak spadasz – odezwał się po chwili, wracając do opatrywania jej skaleczeń. - Tamci dwaj to zwykłe mendy. Dobrze, że zjawiłem się na czas. Spróbowała ułożyć usta w kształt uśmiechu. - Wiem, że jesteś aniołem. W zasadzie Anielicą – zarumienił się. Nie czuła wstydu, mimo swej nagości. Spokojny głos wraz z delikatnym dotykiem koiły. - Masz jakieś imię? Poruszyła kilkakroć ustami, zanim udało jej się pracowicie ulepić zrozumiałe słowo. - Agar – szepnęła. - Ja jestem Natan. Kowal Natan. Oczyścił zranienia kwaśnym winem i oliwą, po czym opatrzył porwanym na pasy lnianym płótnem. - Teraz – powiedział przekręcając ją ostrożnie na bok – muszę się zająć twoim skrzydłem. Krzyknęła boleśnie kiedy tylko dotknął opuchniętego miejsca. - Wybacz, - pogłaskał uspokajająco jej kruczoczarne włosy - trochę zaboli. Gdy szarpnął nastawiając złamane kości, błękitny płomień rozbłysł wewnątrz jej czaszki i ponownie osunęła się w miękka ciemność. Nie czuła kiedy unieruchomił złamane skrzydło w łupkach i przybandażował starannie. Ułożył dziewczynę tak, by się nie uraziła i okrył miękką, puszystą skórą. Sam zaś nie mając gdzie się położyć, usiadł obok posłania, by czuwać nad jej snem.

Drobinki kurzu wirowały leniwie, niczym złoty pył w smudze światła, wpadającej przez szczelinę uchylonej okiennicy. Promień musnął wyszorowaną powierzchnię stołu i dotknąwszy drżącego lustra wody w dzbanie, bezgłośnie eksplodował na miliony maleńkich refleksów. Agar poruszyła się otwierając oczy. Złamania nadal przypominały o sobie tępym bólem, ale czuła się już odrobinę silniejsza. Spojrzała wokół ciekawie. Izba wydała się jej schludna, choć nad wyraz uboga. Trzcinowy dach wspierały pobielone wapnem drewniane ściany. Podłogę wyrównano glinianą polepą. Za całe umeblowanie służył prosty stół, ława pod oknem i trzy drewniane zydelki. Całości dopełniał duży, z kamienia murowany piec, oraz zastawiona glinianymi naczyniami półka schowana w ściennej niszy. Dzień trwał już czas jakiś, choć zapewne był jeszcze ranek, gdyż zza przymkniętych okiennic dochodziło pobekiwanie wypuszczanych na pastwisko zwierząt. Dolatywał również radosny śpiew jakiegoś ptaka. - Widzę, że czujesz się już lepiej - Natan postawił na stole cebrzyk udojonego świeżo mleka i pchnął okiennice, wpuszczając dzień do mrocznego wnętrza. Uśmiechnął się. W strudze światła, sam zdawał płonąć wewnętrznym światłem. Nie był najmłodszy. W gęstwinie ciemnej czupryny pobłyskiwały już pasma siwizny, a wokół błękitnych, jakby wypłowiałych od ognistego blasku i suchych, gorących wiatrów, oczu, poczynały powstawać już pierwsze zmarszczki. Był niewysoki, ale krępa sylwetka sugerowała znaczną siłę. Gdy wchodził, Agar zauważyła, że utyka. Całym sobą, łagodnością ruchów, uśmiechem, zdawał się budzić spokój. Odwzajemniła uśmiech. - Powinnaś coś zjeść – powiedział nalewając mleko do glinianego kubka. - Mam nadzieję, że Anioły nie gardzą strawą śmiertelnych. Pomógł jej usiąść wygodnie, podkładając pod plecy dobrze wypchaną poduszkę. Anielica po raz pierwszy w swym liczącym całe eony życiu miała okazję skosztować ziemskiej strawy. Tam w niebie nie musiała jeść, nie odczuwała głodu. Tu było inaczej. Włożyła do ust kawałek jęczmiennego placka. Był twardy, spieczony, ale i smaczny. Cienka stróżka mleka popłynęła po brodzie, gdy zanadto przechyliła kubek. Natan uśmiechnął się i otarł ją rogiem lnianego ręcznika.

Była jeszcze bardzo słaba, czuła jednak powracające z każdym dniem siły witalne. Mogła już wstać, co prawda z trudem i przejść kilka kroków po izbie. Czułej trosce opiekuna zawdzięczała coraz lepsze samopoczucie. Pierwszy haust świeżego powietrza sprawił, że straciła równowagę. By nie upaść przytrzymała się framugi. Zawrót minął po kilku głębokich oddechach. Ostrożnie, uważając na złamane skrzydło usiadła na niskiej ławeczce. Wstające słońce dotknęło promieniami jej skóry. Z lubością zwróciła twarz w stronę życiodajnego ciepła.

Gospodarstwo Natana ukryte malowniczo w niewielkiej, zielonej dolinie, tuż nad brzegiem strumienia, było w zasadzie niewielką oazą pośród nieprzyjaznych, łysych wzgórz. Kilkadziesiąt kroków dalej zaczynała się już jałowa szarożółta pustynia. Tu jednak krystalicznie czysta woda, spiętrzona w niewielki stawek, lśniła w słońcu, obdarzając życiem całą dolinę. Strumień szumiał na drewnianym upuście, napędzając turkoczące poniżej koło wodne. Połączony z nim miech sapał miarowo, nad kopulastym piecem do wytopi żelaza, dymiącego wąską błękitnawą smugą . Całości dopełniała murowana z kamienia kuźnia oraz szopa dla zwierząt, które pasły się teraz po drugiej stronie strumienia. Tuż obok leżało niewielkie poletko dostarczające warzyw.

Ciepły wiatr od wschodu pieścił długie, czarne włosy Agar. Myśli snuły się wolno wokół osoby jej wybawcy, który teraz pracował w ciemnych sztolniach wydrążonych w zboczu pobliskiej góry, wydobywając rudę żelaza, by potem przetworzoną w pocie czoła w rozmaite narzędzia, odsprzedać wędrownym handlarzom. Dziewczyna sama jeszcze nie przyznawała się przed sobą, ale jej myśli coraz częściej były przy nim. Wspomnienie chłodnego dotyku jego wprawnych dłoni, gdy zmieniał opatrunek, lub pielęgnował jej ciało, nawet teraz budziło przyjemne drżenie. Nigdy wcześniej, gdy jeszcze przebywała w Niebie, czegoś takiego nie odczuwała. Nie rozumiała tego. Wręcz bała się nieco, ale jednocześnie w jakiś sposób łagodziło to ból i poczucie pustki w jej sercu, sprawiało, że ten tak obcy przecież dla Anioła świat wydawał się przyjaźniejszy.

- Myślę, że twoje skrzydło się już się zrosło – powiedział któregoś wieczora Natan, licząc karby na długim kiju służącym mu za kalendarz. Kolorowymi sznurkami zaznaczone tam były początki kolejnych miesięcy i tygodni. Anielica usiadła na niskim zydelku opuszczając z ramion tunikę. Mężczyzna ostrożnie rozwinął unieruchamiające skrzydła bandaże. - Wkrótce pewnie odlecisz – uśmiechnął się. - Anioły nie mogą latać bez Boskiej łaski, a Przedwieczny wyrzucił nas ze swego serca. - Agar spuściła głowę. Nastała chwila niezręcznej ciszy, przerywanej jedynie brzęczeniem muchy, zaplątanej gdzieś w pajęczynę. - A ty czemu kulejesz – spytała dziewczyna, chcąc przerwać milczenie. - W sumie nic wielkiego. Ze stropu w chodniku oderwała się skała i zgruchotała mi kości. Młody wtedy byłem, mieszkałem w wiosce trzy dni na zachód stąd. Potem odszedłem i sprowadziłem się tu. - Wypędzili Cię? - Nie. Miałem dość fałszywej litości. Zresztą nieważne. Pan dał, pan wziął, Jemu chwała na wieki. Fachu uczyłem się od jednego z „Pierwszych”. Twierdził, że urodził się z samej matki Ewy, zaraz po wygnaniu z Raju. Wiesz, oni są praktycznie nieśmiertelni, nie znać na nich upływu czasu. On sam obróbki metali i budownictwa uczył się od Aniołów Pańskich, ja zaś od niego – dokończył, zdejmując drewniane łupki unieruchamiające kość. - Słyszałeś może o naszych, którzy zakochali się w śmiertelnych? - spytała znienacka. - Słyszałem, chociaż nie rozumiem ich do końca. - A co w tym dziwnego? - No wiesz, wasze ciała są doskonałe – przesunął opuszkami palców po aksamitnej ciemnooliwkowej skórze. - My zaś po wygnaniu z raju zostaliśmy skażeni chorobami, ułomnościami, a wreszcie starością i śmiercią. Zresztą, Stwórca przecież zakazał śmiertelnym łączyć się z Aniołami. - Stwórca to! Stwórca tamto! - wykrzyknęła gniewnie, rozprostowując uwolnione już skrzydła na całą szerokość. Syknęła, gdyż zastałe stawy zaprotestowały bólem, a postrącane z półki garnki posypały się na podłogę. - Ostrożnie, bo zdemolujesz mi mieszkanie – Natan chwycił czarne lotki. Agar, nieco zawstydzona, potulnie złożyła skrzydła. - Ty nie rozumiesz, że On nas wypędził? - kontynuowała głosem przepełnionym goryczą – Nie wiesz, co czuje anioł odłączony od jego miłości. Gdybyśmy mogli umrzeć, zapewne poumieralibyśmy z jej braku. To tak, jakby zabrał nam serca, a wszystko dlatego, że raz jeden chcieliśmy, by zmienił swe wyroki. Ale on przestał nas słuchać. Zrobił sobie nowe zabawki. Rozkazał nam powstałym z samej światłości, kłaniać się tym ulepionym z prochu ziemi istotom. Przed tymi robakami, słabymi i głupimi. Nakazał byśmy śpiewali im pieśni. My przedwieczni! To obrzydliwe! – wstrząsnęła się z odrazą. - Nigdy nie padnę na kolana przed śmiertelnikiem. Gardzę nimi! - Wiesz co, Agar? – Mężczyzna kończył właśnie wcierać maść w zgrubiałe jeszcze nieco miejsce po złamaniu, – tak się składa, że ja też jestem śmiertelny. - Przepraszam... - wyszeptała zawstydzona. Miała ochotę zapaść się pod ziemię. – Ja.. Ja o tobie tak nie myślę. Spuściła nisko głowę, a policzki i końce uszu zarumieniły się wstydem. - Posłuchaj, – Natan ujął ją pod brodę. Przysiadł teraz przed nią i wysiłkiem woli zmusił się by nie patrzeć na idealnie kształtne, odsłonięte teraz piersi. Spodziewała się , że wybuchnie złością, ale on tylko delikatnie uniósł jej głowę i spojrzał bez cienia gniewu głęboko w zielone jak wiosenna łąka oczy, w kącikach których lśniły łzy. - Ja wiem, kim jestem. - powiedział łagodnie - Moje ciało rozpadnie się kiedyś w proch. Ale wiedz, że dla mnie jesteś idealna. Najpiękniejsza ze wszystkich istot, jakie dane mi było zobaczyć. Mimo to muszę wypełniać prawo, choć nie ja je tworzyłem, i nie do końca się z nim zgadzam. Wszak jestem tylko stworzeniem.

Poranne słońce grzało już przyjemnie. Stanęła przed chatą i przeciągnęła się leniwie, wyciągając ręce i rozprostowując na całą szerokość swe czarne skrzydła. Natan wyszedł wcześnie rano, by zdążyć przed zmrokiem z nową porcją rudy, na nią zaś czekał kolejny dzień wypełniony.. No właśnie, czym? Przysiadła na progu domostwa. W obejściu zalegała cisza przetykana jedynie śpiewem ptaków w koronach drzew, miarowym pluskiem oraz posapywaniem miechów. Znak, że w piecu wytapiała się nowa porcja żelaza. Myśli pobiegły znów do Natana. Niemal widziała oczyma wyobraźni, jak samotny w wiecznej ciemności, rozświetlanej nikłym płomykiem olejnego kaganka, podąża pracowicie za barwnymi żyłami rud metalu. Zawsze w ruchu pomiędzy sztolnią, piecem i kuźnią. Z racji swej ułomności poruszający się tym charakterystycznym, nierównym krokiem. Jego dłonie zajęte pracą i ten niebiański wręcz spokój. A ona? Przygarnął ją, ocalił. Choć sam przecież tak zapracowany, ani razu nie okazał zniecierpliwienia. Nie zapytał o odpłatę. Pielęgnował ją i żywił. Miałaby być jedynie pięknym, lecz nieprzydatnym, rajskim ptakiem. Siły przecież już wróciły w jej ciało. Spojrzenie samo powędrowało w kierunku nieco zapuszczonego już poletka warzyw na brzegu strumienia. Pod kuźnią znalazła motykę. Wiedziała jak pielęgnuje się rośliny, Stwórca wszak wyposażył Anioły we wszelaką wiedzę. Zagłębiła narzędzie w opornej ziemi. Zaczęła okopywać warzywa, oczyszczając grządki z chwastów. Jak ciężka jest praca, kiedy trzeba raz za razem schylać się nad kamienistym zagonem, pod coraz silniej piekącym słońcem. Jak bolą nienawykłe do pracy ramiona, a szorstkie stylisko ociera delikatną skórę dłoni. Wielkie skrzydła złożone na plecach, też raczej pracy nie ułatwiają. Końcówki lotek szorują po wilgotnym, tłustym piachu. Pracowała jednak wytrwale. Trud podjęty z własnej woli, wydawał jej się miły, po raz pierwszy w swym życiu robiła coś dla kogoś jej bliskiego. Bliskiego inaczej niż Przedwieczny. Godziny największej spiekoty przeczekała, odpoczywając w cieniu pod rozłożystym drzewem. Kiedy upał zelżał, znów powróciła do pracy. Gdy wyplewiła ostatni zagonek słońce opadało ku zachodowi. Zagoniła więc beczącą na łące trzódkę do zagrody, a sama korzystając z ostatnich blasków dnia, wykąpała się w nagrzanym ciepłym dniem jeziorku przed stawidłami. Już wypluskana, pozwoliła przez długa chwilę, by woda pieściła jej nagrzane ciało, unosząc swobodnie na swej powierzchni. Wyszła na brzeg. Ostatnie słoneczne promienie zagrały rozbłyskami w kroplach zdobiących niczym klejnoty jej ciemną, oliwkową skórę. Strzepnęła skrzydła. Nie zakładała tuniki na mokre ciało, lecz naga pobiegła na przełaj przez zieloną murawę, wprost do domu.

Wracając, Natan zastał Upadłą w zamiecionej czysto izbie, przygotowującą wieczerzę. Wyraźnie widziała ten błysk zaskoczenia w jego oczach i wdzięczność z odrobiną niedowierzania, gdy przyjmował z jej rąk miskę ze strawą.

Gdy po posiłku zbierała naczynia dostrzegł bąble, które starała się ukryć. Ujął jej dłoń i dotknął delikatnie szorstkich zgrubień. Spojrzał pytająco w oczy. - Pracowałam w ogrodzie – powiedziała spuszczając wzrok zażenowana. – Chciałam pomóc. - Jesteś Aniołem – uśmiechnął się ciepło – Anioły nie są stworzone do tak przyziemnych czynności, w Niebie nie zaznaliście zmęczenia. Ja cieszę się, że mogę cię gościć pod moim dachem. Nie musisz pracować, wystarczy że tu jesteś. - Natan, Anioły to nie są niebieskie ptaki. Ty pracujesz, więc ja też będę. Jestem już zdrowa. - Dobrze, ale nie ma potrzeby żebyś przez to cierpiała. Pozwolisz? - Sięgnął do stojącej pod oknem skrzyni i wydobył naczynie z gęstą maścią. Ostrożnie naniósł specyfik na otarcia. Balsam chłodził przyjemnie i przynosił ulgę. Mając świadomość jak musi być obolała położył dłonie na jej ramionach i począł ostrożnie przez tkaninę masować zesztywniałe mięśnie. - Lepiej teraz? – Spytał. - Mhmm... - mruknęła zsuwając odzienie. Skrzydła opuściła, by mógł swobodnie stanąć za nią. Wprawne ruchy jego dłoni sprawiały, że bolesne napięcie mijało. Natan czuł jak skóra Anielicy pod wpływem dotyku staje się ciepła i wilgotna. Agar odprężona oparła głowę o jego pierś, poddając pieszczocie. Zmęczenie mijało, przechodząc w błogą senność. Przez myśl przemknęło jej, jak człowiek zajmujący się na co dzień obróbką żelaza, może być jednocześnie tak łagodny. Mężczyźnie również sprawiał przyjemność dotyk jedwabiście gładkiej skóry, lśniącej w ciepłym świetle olejnego kaganka. No i zapach. Anielica pachniała czymś nieokreślonym, ale bardzo przyjemnym. Jej ciało kusiło. - Myślę że już wystarczy – pochylił się całując ją w czoło. Zarzuciła mu ręce na szyję. Ich oczy spotkały się przez mgnienie. Dostrzegł w nich ocean wdzięczności. - Dzięki, że chciałaś mi pomóc, - szepnął dotykając jej policzka. - Dobranoc.

Wyszedł, zostawiając ją samą. Leżąc już, na chwilę przed snem, wspominała budzący przyjemne mrowienie, ciepły dotyk na swej skórze. Przez chwilę rozważała nawet czy nie wdrapać się na to poddasze gdzie Natan zapewne ułożył się już do snu. Postanowiła jednak uszanować jego wolę. Zasnęła spokojnie, gdyż dotychczasowa bolesna pustka w sercu zdawała się powoli rozpływać.

Chłodny poranek powoli przechodził w upalny dzień. Wraz z jasną smugą światła do wnętrza chaty napłynął przytłumiony, miarowy stukot napędzanego kołem wodnym młota. Mała pustynna roślinka, która znalazła swoje miejsce w wyszczerbionym kubku napełnionym ziemią, rozchyliła ciekawie główkę pierwszego kwiatu. Agar dotknęła nieśmiało delikatnego, biało-lilowego płatka. Uśmiechnęła się, patrząc na maleńką tęczę lśniącą w kropli rosy. Kwiaty były na ziemi tym, co przypominało jej szczęśliwą wieczność w Drugim Niebie. Pewnie miejsce w chórze, które niegdyś zajmowała było teraz puste. Ciekawe jak wyglądały niebiańskie równiny? Czy Stwórca powołał do życia nowe zastępy w miejsce tych straconych? Czy są tak samo piękni? Westchnęła. Wrosła już jakoś w to miejsce. Zapuściła korzenie zupełnie jak ta mała roślinka w uszkodzonym naczyniu. Dzięki troskliwym staraniom kowala, jej maleńkie szczęście rozkwitło jak delikatny kwiat. Ale przecież ten kamienisty, pustynny świat nie był jej prawdziwym domem, Jak i kwiat nie został przecież stworzony do życia w glinianej skorupie. Mimo że roślina kwitła, jej życie nie mogło być dopełnione. Miłość, którą darzyła Natana, również miała pozostać niezupełna, pozbawiona spełnienia. Choć nigdy wprost o tym nie wspomniał, domyślała się, że i on ją kocha. Widziała to w każdym jego spojrzeniu i geście. Niestety zakaz Stwórcy położył się między nimi murem nie do przebycia. Anielica szanowała decyzję mężczyzny. Inna sprawa, że nieraz nocą, rozgrzana snem, pragnęła pobiec i wśliznąć się na jego posłanie . Wiedziała jednak, że tego nie zrobi. Pozostawały jedynie te chwile, kiedy o zmroku, już po wieczerzy siadywali na progu domostwa. Cały dzień czekała na ten czas, by poczuć ciepło jego ciała, łagodną pieszczotę dłoni głaszczącej leniwie jej lśniące, czarne włosy, wreszcie delikatny, nieśmiały jak muśnięcie motylich skrzydeł pocałunek, gdy odchodził na spoczynek. Kiedy już zostawała sama, jej ciało skamlało o więcej, jednak rozumiała, że tylko na tyle może liczyć. „Człowiek nigdy nie zwiąże się z Aniołem” Ten Boży zakaz był jak niewidzialna klatka oddzielająca ich od siebie.

Zamyślona nie dostrzegła cienia, który na chwilę przesłonił smugę światła wpadającego przez uchylone drzwi. Szarpnęła się dopiero, gdy wielka, włochata i cuchnąca zastarzałym potem dłoń przysłoniła jej usta. Targnęła się, dławiąc własnym krzykiem, ale napastnik trzymał zbyt mocno. Potrącona gliniana skorupa, spadła rozbijając na kawałki i grzebiąc wątłą roślinkę pod stertą rozsypanej ziemi.

Napędzany kołem wodnym młot uderzał miarowo w rozżarzony kęs żelaza. Ogniste iskry sypały wokół kaskadami. Niekształtna bryła nabierała powoli kształtów lemiesza. Natan zanurzył obrabiany przedmiot w kadzi z wodą i zastygł w bezruchu na widok wycelowanej w siebie kuszy. Pomimo panującego gorąca poczuł lodowatą strużkę potu, pełznącą wzdłuż kręgosłupa. - Nie rób nic głupiego, to może pożyjesz jeszcze trochę – mężczyzna trzymający kuszę wyszczerzył w krzywym uśmiechu poczerniałe pniaki zębów. - Bardzo krótkie „trochę” - dodał drugi stojący za nim i zarechotał brzydko. Kowal bardzo powoli odłożył narzędzie na brzeg paleniska. Odsunął się trzymając ręce szeroko. Z zewnątrz dobiegały rozpaczliwe jęki Agar. - Przyszliśmy po naszą Anieliczkę – kontynuował Mojsze – Miło żeś ją wyleczył i wypielęgnował. - Widzieliśmy ją wczoraj jak się pluskała – wtrącił drugi. – Ładniutka jest. - No właśnie. Po co kowalowi taka ślicznotka? W Gomorze zapłacą za nią pewnie ze dwa złote talenty. - A i my wcześniej uszczkniemy co nieco z tych anielskich wdzięków – Josif uśmiechnął się obleśnie. Odgłosy szamotaniny na podwórzu ucichły. - Kończcie z nim – zawołał ktoś z zewnątrz. – Czego się guzdrzecie. - Spokojnie Aron. Mam z tym kowalem do pogadania za moją przestrzeloną rękę. Jak tam chcesz. Natan kombinował. Każdy nieopatrzny…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych