Wróć do katalogu

Urodziny

Współczesna wersja Jasia i Małgosi. Trzech przyjaciół trafia do mieszkania dzieciożerców.

sopocianka, opublikowano , 18 min czytania, 3,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Szare, warszawskie blokowisko nie jest najciekawszym miejscem do obchodzenia dziesiątych urodzin. Do takiego wniosku doszedłem, gdy tylko dotarliśmy w umówione miejsce. Od razu podzieliłem się tym spostrzeżeniem z Wojtkiem, moim o dwa lata starszym bratem. - Co chcesz? Jacek nie mógł przecież zaprosić gości do domu. Cudowne byłoby przyjęcie wśród kupy rozwrzeszczanych bachorów, jego grubej matki i ojca-choleryka – mruknął z sarkazmem, o jaki nikt by nie podejrzewał tego wysokiego jedenastolatka z ładną buzią. - Fakt. Myślisz, że zaprosił kogoś oprócz nas? - Nie sądzę. Jesteśmy jego jedynymi przyjaciółmi. Poza tym u niego w domu się nie przelewa. Jestem pewien, że poczęstunek dla nas dwóch i tak musiał go kosztować wiele wyrzeczeń. Kiedyś wyznał mi, że zbiera specjalnie na ten dzień pieniądze. - Mam wyrzuty sumienia. Sami mogliśmy bez problemu kupić mnóstwo słodyczy i jeszcze zaprosić go do nas do domu. Nasi rodzice są o wiele bogatsi. - Lepiej brzmi: bardziej zamożni – poprawił nieco zarozumiałym tonem. – Jacek się uparł i nic na to nie możemy poradzić. Za miesiąc skończę dwanaście lat, wtedy my go zaprosimy i urządzimy huczne przyjęcie. Idzie! – zawołał wskazując zbliżającego się Jacka. Ubrany był w sprane spodnie i sweter, trochę na niego za mały. W dłoniach trzymał kilka foliowych woreczków. - Cześć, Maciek. Cześć, Wojtek – pozdrowił nas wesoło – Obawiam się, że będzie padać. Proponuję pójść na ganek. Kilka ulic dalej, przed jednym z domów, pod niewielkim dachem stała stara ławka. Miejsce to nazywaliśmy potocznie „gankiem”. Często siadaliśmy na niej we trzech i patrzyliśmy na przejeżdżające jezdnią samochody. Teraz zajęliśmy ją z poczuciem doniosłości tego dnia. I ja i Wojtek wyczekująco patrzyliśmy na Jacka. Siedział pomiędzy nami w milczeniu. Po chwili wstał i rzekł uroczyście: - Panowie, zebraliśmy się tutaj, aby uczcić okrągłą rocznicę moich narodzin. - Teraz – zakomendował mój brat. Wstaliśmy obaj i zaczęliśmy śpiewać „Sto lat”. Przechodzący ludzie oglądali się na nas zdegustowani, ale nie zwracaliśmy na to uwagi. Dzisiaj liczył się tylko nasz przyjaciel. Musieliśmy uprzyjemnić mu te urodziny. Chcieliśmy, aby chociaż na dwie godziny zapomniał o biedzie, brudzie panującym w jego mieszkaniu, licznym rodzeństwie i wiecznie awanturującym się ojcu. - Wszystkiego najlepszego, Jacku. Mamy dla ciebie prezent. Maciek, wyjmuj go! – rozkazał Wojtek. Z uśmiechem sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni kurtki. Prezentu nie było! - Co się stało? Nie mów, że zgubiłeś! - Obawiam się... – zacząłem i wybuchnąłem płaczem. Żal ściskał moje dziewięcioletnie serce. Tak się cieszyłem, że damy Jackowi coś ładnego... - Ja z tobą nie mogę! – wściekł się Wojtek, który najwidoczniej był równie mocno sfrustrowany jak ja, tylko inaczej to okazywał. – Co mnie podkusiło, aby takiemu smarkaczowi powierzać... - Nie kłóćcie się – wtrącił Jacek. – Największym prezentem jest wasza przyjaźń. Wzruszyła mnie ta odpowiedź. Otarłem łzy i zasmarkany nos rękawem. - Co to było? – spytał jubilat. - Scyzoryk – odpowiedział Wojtek – z dwunastoma funkcjami. - Dziękuję wam za dobre chęci – rzekł dzielnie Jacek, choć mina mu się wydłużyła. – Proponuję zacząć ucztę. Uczta okazała się paczką czipsów, czekoladą, garścią cukierków i puszką coca-coli. - Chciałem kupić dwulitrową butlę, ale nie starczyło mi pieniędzy. - W porządku. Dobrze jest. Po kwadransie „uczta” znalazła się w naszych żołądkach. - I co teraz? – zapytałem. - Nie marudź. Jesteś najmłodszy i nie powinieneś... – strofował Wojtek. - Mam pomysł – odezwał się Jacek – Dzisiaj nie będziemy patrzeć na samochody. Będziemy obserwować ludzi. Każdemu przechodniowi nadamy jakiś przydomek. A najciekawszą postać będziemy... – w tym miejscu zbliżył nasze głowy do swojej i szepnął – ...śledzić. - To głupie – skrytykował pomysł Wojtek. - A ja uważam, że to fantastyczna myśl! – zawołałem i dodałem z naciskiem – To są urodziny Jacka i to on powinien wymyślać zabawy. - No, dobrze – zgodził się mój brat. – Co powiecie o tej staruszce z pieskiem? - Psiaruszka – wymyślił jubilat i spojrzał na nas, oczekując aplauzu. Ta nazwa nie przypadła mi do gustu, Wojtkowi chyba też nie. Jednak kiwnęliśmy głowami, nie chcąc robić mu przykrości, zwłaszcza, że zgubiliśmy scyzoryk dla niego. No dobrze, ja zgubiłem. - A więc jest już Psiaruszka! – zawołał Jacek ucieszony, a oczy mu się śmiały. – Spójrzcie na tego grubasa, jedzącego pączka! Jak go nazwiemy? - Grubączek? – zaproponowałem niepewnie. Chłopaki wybuchli śmiechem. - Maciek nieźle kombinuje! Gratuluję, bracie! – Wojtek poklepał mnie z uznaniem po głowie. Mile tym połechtany poszukałem kolejnej „ofiary”. - Zbliża się w naszą stronę jakiś facet z siatami. - Pantoflarz – natychmiast powiedział mój brat. - Dlaczego? Przecież nie ma w siatkach butów. - Ja też nie znam tego słowa – wyznał Jacek. - Ignoranci... – westchnął Wojtek. – On jest najciekawszą postacią. Śledźmy go. Wyjaśnię wam wszystko po drodze. Po minucie znaliśmy już znaczenie słowa „pantoflarz”. - Nie mamy pewności. Być może to tylko samotny mężczyzna, robiący zakupy na cały tydzień – zauważył Jacek. - I używa podpasek? – spytał ironicznie najstarszy z nas, pokazując znacząco artykuł typowo kobiecy znajdujący się w jednej z przezroczystych siat faceta przed nami. To rozwiało wszelkie wątpliwości. Niewątpliwie śledziliśmy Pantoflarza. Szliśmy za nim dobre piętnaście minut, chwilami udając, że podziwiamy wystawy sklepowe lub wiążemy sznurowadła. W końcu przystanął. Odwrócił się i spojrzał na nas. - Chłopcy – zawołał. – Podejdźcie do mnie. Spojrzałem na Wojtka z lękiem. - Co robimy? – szepnął w panice Jacek. - Cóż... Chodźmy. Podeszliśmy do śledzonego osobnika. Stanęliśmy kilka kroków przed nim. - Zaczekajcie tu na mnie. Zaraz wrócę, tylko zaniosę zakupy żonie – uśmiechnął się zachęcająco i zniknął w drzwiach pobliskiej kamienicy. - Rany! Prawdziwy pantoflarz! – Jacek był pod wrażeniem. - Jak myślicie, co nam powie po powrocie? Może zauważył, że go śledziliśmy? – zastanawiałem się na głos. - Może lepiej wracajmy do domu. Może to jakiś pedo... - W życiu! – przerwał mu jubilat. – Pierwszy raz mam okazję porozmawiać z prawdziwym pantoflarzem i nie zamierzam z tego zrezygnować! Ledwie to wykrzyknął, otworzyły się drzwi kamienicy i rozległ się przynaglający głos: - Chodźcie do środka, chłopcy! Moja żona chciałaby was poznać! - Idziemy! – Jacek już biegł do drzwi. - Nie powinniśmy... – zawahał się mój brat. - To jego urodziny – nalegałem. – Musimy pójść z nim. - Niech wam będzie – westchnął. - Moja żona uwielbia dzieci – mówił mężczyzna, gdy wchodziliśmy za nim do mieszkania. – Nazywam się Zachariasz Glębski, a wy? Przedstawiliśmy się. Wtedy wprowadził nas do obszernej kuchni. Pomieszczenie było wyjątkowo ciemne, wszędzie wisiały jakieś zioła, przeważał czosnek. - Jacy ładni chłopcy! – wykrzyknęła pani Glębska, wchodząc do kuchni drugimi drzwiami. Słodziutki głos absolutnie nie pasował do jej wyglądu. Była to niska kobieta o ostrych rysach. Haczykowaty nos i długie rozczochrane włosy upodabniały ją do wiedźmy. Zacząłem się bać. - Prawda? – pan Zachariasz powiedział to tonem dumnego ojca. Wojtek zmarszczył czoło. Wyglądał na zaniepokojonego. - Gdzie ich znalazłeś? - Pod jakąś ruderą. Świętowali urodziny. - Skąd pan wie? – spytałem drżąco. Glębski zaśmiał się, jak mi się wydawało przebiegle. - Wasz śpiew słychać było w promieniu kilometra – oznajmił z przekonaniem. - A który z naszych ślicznych gości obchodził dzisiaj urodziny? – kokieteryjny ton żony Pantoflarza zmroził mi krew w żyłach. - Ja – odparł dumnie Jacek, który najwidoczniej nie czuł najmniejszego strachu. - Miałeś pewnie wspaniały tort ze świeczkami? – zainteresował się Glębski. - Niestety nie – zasmucił się nasz przyjaciel. - Och, co za niedopatrzenie! Biedaku mały! Ciocia Matylda zaraz to naprawi – wdzięczyła się Glębska. Pocałowała Jacka w policzek. Spojrzałem ze zgrozą na Wojtka. Jego oczy wyrażały lęk, ale i zrozumienie. Po chwili ja również zrozumiałem. Nasz przyjaciel nieczęsto spotykał się z czułością ze strony swoich rodziców. Dlatego pocałunek tej obcej, podejrzanej kobiety, przyjął z wdzięcznością. Tymczasem pani Matylda otworzyła lodówkę i wyjęła z niej olbrzymi trzypiętrowy tort z dziesięcioma świeczkami. Najdziwniejsze było to, że na wierzchu ciasta znajdował się napis z lukru „Wszystkiego najlepszego, Jacusiu!”. Przełknąłem nerwowo ślinę i chwyciłem kurczowo rękę Wojtka. - Widzę, że przyjaciele jubilata zgłodnieli. Usiądźcie, chłopcy. Mój brat chrząknął zażenowany i rzekł przepraszająco: - Wydaje mi się, że powinniśmy już wracać do domu. Niedługo się ściemni. - Zostańmy jeszcze trochę – wymruczał Jacek, jak urzeczony

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych