Volft von Grandrich cz.I i II
Opowieść o Łowcy Czarownic, niejakim Volftie von Grandrich. Pisana stylem dramatu. "Śledztwo"
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Małe miasteczko Hsods, niedaleko granic Kislevu.
Pochmurne niebo, późne godziny wieczorne, w małej alejce między budynkami stoi patrol strażników miejskich. Wszyscy skoncentrowani są na ciele osobnika płci męskiej, leżącego u ich stóp.
-To już czwarty, sierżancie.- Wiem, Urs nie denerwuj mnie. - Jak tak dalej pójdzie w ciągu paru miesięcy, wyrżnie w pień całe miasteczko - Zamkniesz w końcu mordę, czy nie! - Tak jest, sierżancie!- Próbuje właśnie coś wymyśleć zanim przyjedzie... .- Kto, ino ma przyjechać?- Niejaki Volft von Grandrich. Ma nas zaszczycić swoją obecnością i rozwiązać sprawę morderstw.-Kto?- Łowca Czarownic, pacanie!- Jasna cholera... .- Dobra chłopaki, koniec gadania. Zabierzcie ciało do Cyrulika niech on się nim zajmie, a reszta na patrol... .-
Środek nocy, w siedzibie straży miejskiej rozlega się głośne pukanie. Zaspany strażnik podchodzi do drzwi.
-Tak, czego?- Otwierać!- Po co! komu się nazbierało chęci o tej porze nachodzić kwatery straży!- szybko dodał -Przyjdźcie rano!- na to dobiegło dość szorstki i poważny głos - Otwieraj, albo jeszcze dzisiaj twoje wnętrzności będą jeść miejskie psy!- Ktoś żeś że grozisz... -mówiąc te słowa strażnik otworzył drzwi, gotowy ciąć mieczem i zdębiał.- Pan Vo... .- Masz szczęście że nie mam czasu zajmować się takimi kretynami.- do izby wszedł, całkowicie olewając strażnika dość wysoki mężczyzna i zapytał - Gdzie izba kapitana? - Kapitan teraz śpi i... - Czy Ty naprawdę nie rozumiesz co się do Ciebie mówi, tępy kmiocie!- Po schodach, drzwi na wprost- No!-
Po kilku minutach, w izbie kapitana.
-Zrozum mnie panie, nie spodziewaliśmy się że zjawisz się tak... o tak późnej porze - Zaspany głosem kapitan gorączkowo tłumaczył się gościowi, który właśnie zdjął z siebie przemoknięty płaszcz i postawiwszy buty na kominku, usiadł w fotelu i zaczął grzać się w najlepsze.- Zazwyczaj goście z stolicy przybywają rankiem i przeważnie uprzedzają nas o swojej wizycie... - Gość położył wilgotne bose stopy na drewnianym taboreciku na przeciw ogniska i odpowiedział- Niech i tak będzie, kapitanie. Powiedzmy że to był mój błąd... - kapitan aż zerwał się z łóżka, stając prawie baczność- NIE! ALEŻ SKĄDŻE!! PO PROSTU... .- Czyli jeżeli to nie była moja wina,... - MY POPROSTU... - ... ani wasza.- NIE SPODZIEWALIŚMY SIĘ ŻE... - to czyja. Że ja tak niefortunnie was zaskoczyłem i zostałem potraktowany jak pierwszy lepszy wędrowiec. -kapitan skinął głową i odpowiedział- Wybacz nam, to już się więcej nie powtórzy.- Łowca spojrzał się w ogień i odpowiedział - No.. ja myślę.-
Nad ranem, kilka godzin po przybyciu Łowcy Czarownic, w mieście już wiedzieli co się święci. Mieszkańców przywitał chłodny świt i wrzask biczowanego człowieka, na głównym targu. Wokół zebrało się kilku ludzi i tak prawili.
-Czy to nie przypadkiem... - Kto niby ?, ja spod tych jego kudłatych włosów i plam krwi nikogo znajomego nie dostrzegam -Tak, to jest syn Padrigo. Ten który niedawno temu zaciągnął się do straży miejskiej! - CO! To niedorzeczne! Przecież tamten... no tak. Mój Ty panie... przecież to był taki dobry chłopak. - Po kilku minutach, uniósł się wrzask nie do zniesienia i po dwudziestym piątym bacie, młodzian zwinął się z bólu. Na środek zaś, wyszedł dość postawny człowiek. Ciemny płaszcz i czarne jak noc włosy, dawały mu niesłychaną powagę a kilka szram na twarzy, ciemny zarost i jasno-niebieski oczy dodawały do jego wyglądu szaleństwa. - Tak więc wygląda ten nasz Łowca Czarownic... ten Volft. - Odezwał się ktoś cicho z tłumu i wsłuchiwał się razem z nim, w słowa przemawiającego Imperialnego Sługi.
"Widzicie tego człowieka! Widzicie jego krew i pot? Widzicie te ślady prawdy wyryte w jego skórze! TAK, imperium leczy tych którzy ponoć są śmiertelnie chorzy. Tak, imperium szuka i znajduje tych którzy są zagrożeniem dla ludu i wiary! To nie jest okrucieństwo, to jest łaska przebaczenia (przemawiający podniósł dłonią głowę ubiczowanego i powiedział) teraz chłopcze Sigmar dał Ci swoje miłosierdzie, odpuścił ci grzechy i przewinienia! Zabrał od Ciebie głupotę, dając tobie mądrość. (po chwili rozwiązał mu ręce, pomógł wstać tak aby dzieciak spojrzał się na tłum i dodał) Ten chłopak w oczach Sigmara jest już na dobrej drodze, (wskazawszy nagle, wszystkich palcem szybko dodał) lecz ci którzy nie znają lub nie chcą znać łaski Sigmara, niech od dzisiaj się boją. Bo o to przyszedł sąd do waszego przybytku, i osądzi was wszystkich. S p r a w i e d l i w i e... "
Mówca gdy skończył, pomógł zanieść ubiczowanego do miejskiego znachora. Później zaś powędrował do strażnicy, gdzie w pokoju kapitana, czekali na niego wszyscy ważni tego miasteczka. Wśród nich byli, kapitan straży miejskiej Konrad Disstr, burmistrz Panz Kregt, Sierżant Blake Bown oraz Henrish, lokalny przewodniczący gildi kupców. Gdy Volft szedł korytarzem, w kierunku pomieszczenia wszystcy zebranii siedzieli i gorączkowo rozmawiali. Lecz gdy tylko postać Łowcy Czarownic wkroczyła do pokoju, nastała gwałtowna cisza.
-A więc to tak!- Odezwał się Volft - Już spiskujecie przeciwko mnie! Choć dopiero przed chwilą przyjechałem!- Wszyscy wręcz z łzami w oczach i duszą na ramieniu zaczęli przekrzykiwać siebie nawzajem, zapewniając, błagając i żartując żałośnie w obronie własnego życia i zdrowia, na co Volft odpowiedział.- Panowie, uciszcie się... Ja tylko żartowałem.- Zebrani aż usiedli, nie wiedząc co mając powiedzieć. - No, a teraz możecie spokojnie opowiedzieć mi, o co dokładnie chodzi ? - Widzisz Panie. - zaczął burmistrz.- kilka tygodni temu zginął na ulicy pewien chłopiec. Został zasztyletowany, kilkunastoma pchnięciami w brzuch. Jego flaki leżały... zresztą to nie istotne. Ciosy zostały na pewno zadane przez człowieka, dlatego wykluczyliśmy...- co wykluczyliście? -przerwał mu Volft. Burmistrz natomiast wiedział że jakiekolwiek bezpodstawne użycie określeń chaosu, potworów lub jakikolwiek innych istot może przynieść na niego i nie tylko, święty ogień. Więc próbował jak mógł wybrnąć z tej sytuacji, i wtedy na ratunek przybył kapitan straży miejskiej.- Widzisz mistrzu. Wykluczyliśmy wszelkie inne możliwości, na przykład zwierzyna.- Łowca spojrzał się na niego jak na idiotę, ale nie zareagował.- Dobra, co dalej? - Burmistrz kontynuował, przepłukawszy sobie gardło winem - Potem, po kilkunastu dniach od tamtego zdarzenia, znów znaleźliśmy ciało. Była to starsza kobieta, około 35 lat. Znana jako zielarka i matka dwóch synów, których nie ma w miasteczku, dorośli już wyjechali w świat.- Zgaduje że te same ślady morderstwa?- Tak, Panie.- po chwili wtrącił się kapitan straży.- Pomyśleliśmy wszyscy na początku że po prostu, że ten chłopiec i kobieta, mieli pecha...-Co?- ... wiesz przecież dobrze, mistrzu że rozboje i morderstwa zdarzają się często.-Tak wiem, ale nie pchnięcia w brzuch, których można naliczyć się więcej niż wy wszyscy macie klepek.- Kupiec, nagle wstał i przeprosiwszy powiedział - Panie, wybacz moje wtrącenie ale jeżeli chodzi o trzecią ofiarę, to była moja żona... .I proszę samego Sigmara i Ciebie Mistrzu abyście znaleźli tego sukinsyna!.- Grandrich spojrzał się na kupca, nie wiedział co powiedzieć. Czy go zbesztać za takie zuchwalstwo czy uspokoić jego zranione serce.- Siadaj, znajdziemy go. A co do was, mam jeszcze jedno pytanie. Kim była ostatnia ofiara, czyli wczorajsza.-wstał sierżant i przedstawiwszy się odpowiedział.- To był jakiś mieszczuch panie, nic specjalnego. Nie miał przy sobie pieniędzy nawet za życia, więc napad rabunkowy też się wyklucza. - Czyli mamy cztery trupy. Zadźgane sztyletem po przez wykonanie kilkunastu pchnięć w brzuch. Pierwszy z nich jest chłopiec... właśnie ile miał lat?- około trzynastu - odezwał się burmistrz. -Dobra, drugą ofiarą jest kobieta w podeszłym wieku 35 lat, też nie zamożna, z nizin społecznych, tak?- tak, tak.. -przytaknął Panz Kregt- Trzecią ofiarą była pańska żona... Gdzie ją znaleźliście? - Właściwie w domu, a dokładnie przy otwartych drzwiach wejściowych. -odpowiedział kapitan, na co dodał kupiec - Panie, ja ją znalazłem gdy wróciłem do domu, przed nocą.-Coś zginęło?- Nie, panie.-Czyli też nie możemy założyć że był to rabunek. No i ostatni denat, mieszczuch. Wiek? - Ludzie mówią że miał około trzydziestu lat. -odpowiedział sierżant.- No nic, trzeba więc się wziąć do roboty. Pierwsze co, to pokażcie mi te ciała.-kapitan szybko odpowiedział- Mistrzu, tylko jedno mamy, bo reszta za nim przyjechałeś była już w stanie rozkładu.- Psia krew... dobra prowadźcie do niego-.
Godziny wczesne, przed południem. Małe krematorium, miejsce urzędowania grabarza z sąsiadującym go pokojem cyrulika. Przy zwłokach mężczyzny stoją wszyscy poprzednio zebrani u kapitana straży, oraz sam grabarz i cyrulik.
Łowca czarownic, rozejrzawszy się po pomieszczeniu, podszedł pewnie do ciała leżącego na stole i począł uważnie się jemu przyglądać. Wszyscy zebrani, milczeli czekając na rozpoczęcie kolejnego etapu w śledztwie. Cyrulik wiedział trochę, na temat śmierci denata, grabarz też co nie co. Lecz nie odzywali się, formalnie nie mieli prawa. Nie będąc zapytanym, nie mogli nic powiedzieć, bo ich stanowiska były niczym, dla jego świątobliwości. Volf co jakiś czas, spoglądał na denata z różnych pozycji. Oglądał usta, małym stalowy skalpelem grzebał w okolicach ran kłutych. Sprawdzał źrenice, przyglądał się uważnie podeszwom denata. Oglądał paznokcie, i wykonywał masę innych czynności które miały chociaż trochę przybliżyć go do rozwiązania śledztwa. Ale nie mógł uchwycić nic, co mogło dać mu jakikolwiek trop. Oprócz małego brązowo-żółtego liścia, który nagle zleciał, odkleiwszy się od rany nieboszczyka. Gdy liść opadł na ziemi, Łowca spojrzał się na sierżanta i zapytał – Czy w miejscu śmierci denata, było drzewo?- Blake odpowiedział – Nie, Panie. To była alejka między budynkami.- Po kilku minutach pytanie padło do Cyrulika –Ty!- wskazał palcem obiekt zainteresowania- Jesteś w stanie stwierdził ile czasu leżał tam na ziemi, za nim znaleźli go strażnicy? – Cyrulik poprawił pogięte oprawki okularów i odpowiedział.- Około kilku godzin... – Konkretnie! –zażądał Vollft- No, może 2, 3 godziny – Łowca Czarownic, przeciągnął się i poprawiwszy kapelusz zapytał grabarza. – A Ty! Jak składałeś te trupy do grobów, to czy nie miały one nic podejrzanego na ciele? – Grabarz, spochmurniał i odpowiedział – Nie rozumiem Panie, pytania... – od razu po tych słowach spuściwszy głowę.- Czy nie miały w kieszeni albo na ubraniach liści? – Grabarz podrapał się po czole i odpowiedział – Nie Panie, tamte trupy to nic z takich rzeczy nie miały. Ino przy sobie tylko zapach śmierci, i mętny wzrok.- No tak, nic nie miały.- Volft schyliwszy się, wziął liść i schowawszy go do kieszeni odpowiedział.-Ma ktoś coś mądrego do powiedzenia jeszcze? – po kilkunastu minutach ciszy, dokończył wypowiedź- To idziemy na miejsce zbrodni.- I wszyscy wyszli, prócz Cyrulika i Grabarza, którzy wrócili do swoich codziennych obowiązków.
Południe. Miejsce zabicia czwartej ofiary. Jedna z południowych uliczek przechodząca koło murów miasteczka. Kamienisty bruk i pełno piachu, gdzieniegdzie ślady zaschniętej krwi. Wszech ogarniający, cuchnący odór kanalizacji miejskiej, południowej części slumsów. W miejscu morderstwa stoją: Kapitan straży miejskiej Konrad Disstr, Burmistrz Panz Kregt, Sierżant Blake Bown oraz jego Świątobliwość Volt Grandrich. Kupiec Henrish powędrował dojrzeć swego interesu w zachodniej dzielnicy miasteczka.
Sierżant stojąc lekko zgarbiony oglądał wręcz teatralną pracę mistrza, który z spostrzegawczością lista wymieniał każdą sekundę ofiary dochodząc aż do straszliwego końca. Oglądając to, widowisko, by trzeba przyznać, że Łowca Czarownic wiedział, co i jak trzeba zrobić i dojrzeć. Można by pomyśleć, że ta praca jest dziecinnie łatwa. Że nie trzeba spędził połowy swego życia w akademii, a potem oddać się całą duszą i umysłem służbie Sigmarowi*. Ten człowiek, ten geniusz, właśnie był jednym z nich. Z tych ludzi, którzy nie znali określenia „żyć” ale „służyć”. - Widzicie tą stróżkę krwi, tutaj na ścianie, tutaj jest jej najmniej. To oznacza, że w tym miejscu napastnik musiał zadać pierwszy cios.- Stanął w postawie ofiary wykonał kilka odskoków i dalej kontynuował. - W tym miejscu po kilku pchnięciach, ofiara upadła na ziemie. Ta plama jest dość duża, ale nie największa, co świadczyć może, że ofiara chciała odczołgać się od zabójcy, natomiast ta czerwona linia świadczy o czołganiu się ofiary w kierunku miejsca jej wiecznego spoczynku…- po chwili odezwał się sierżant. -Mistrzu, ale co za idiota pozwoliłby, ofiara próbowała uciec? Albo nawet dać jej szanse krzyknąć?!- -Widzisz, nie idiota,
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Żubr
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…