Wróć do katalogu

W przenikającym smutku...

Choroba. Samotność. Początek końca. O Tym, jak zdarzają się cuda.

agatqopublikowano 28 sierpnia 200626 min czytania 4,8 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

{i}-Widzisz? To spadająca gwiazda. Pomyśl szybko życzenie!- Hania zerwała się na równe nogi, wskazując palcem migoczące światełko na niebie. -Przestań. Chyba nie wierzysz w takie rzeczy?- Michał uśmiechnął się pobłażliwie. Hania zamknęła oczy. Tak bardzo wierzyła w moc tych gwiazd...Gwiazd, którymi kierował i rządził Bóg. ‘Skoro któraś z nich spada, to znaczy, że Bóg chce sprawić, by jakiś zagubiony człowiek na Ziemi odnalazł szczęście’- myślała. Być może to było dziecinne rozumowanie, ale wierzyła w to z całego serca. Mimo tego, że na każdym kroku ludzie powtarzali jej, że gwiazdy nie spadają z nieba i że Bóg jest tylko wymysłem ludzkiej wyobraźni{/i}. * To był zwykły dzień. Szary i ponury- jak każdy dzień mojego życia. Nie potrafiłam wyrwać się z tej rutyny, która pochłonęła mnie już całkowicie. Idealny spokój. Właściwie nic nie układało się tak, jak układać się miało. Ale jedno było dziwne- zawsze istniał ten spokój, który, wydawał mi się wręcz nienaturalnie przesadzony Tego ranka cały plan powtarzający się od wieków gdzieś zanikł, pierwszy raz od dłuższego czasu stało się coś nieprzewidywalnego, coś, co zakłóciło porządek całego domu. Właściwie każdemu z członków mojej rodziny wydawało się, że to tylko ‘na chwilę’. Byli pewni, że zaraz wrócimy do starych przyzwyczajeń. Było inaczej, bo ja byłam inna. Pamiętam...Tego dnia znalazłam się po raz pierwszy w szpitalnym korytarzu. Nienawidziłam szpitali. Niby białe ściany, fartuchy i pościele, a wszystko wydawało mi się tak brudne. Czy szpital nie może być kolorowy? Czy nie łatwiej byłoby gdyby pomarańczowe ściany dodawały sił w walce z chorobą, a zielone podłogi wyścielały drogę nadziei i optymizmu? Nie. Oczywiście łatwiej, gdy wszystko jest białe. Tak strasznie nijakie. Tak, więc siedziałam w tym nijakim korytarzu i obserwowałam równie nijakich, nienaturalnie białych ludzi. Mogłabym wstać i zacząć krzyczeć ‘hej! Czy ktoś mnie tu widzi? Siedzę już tu dobrą godzinkę i czekam aż jakiś biały człowiek łaskawie do mnie podejdzie i zapyta, co mi jest!’- ale milczałam- pewnie już z przyzwyczajenia, bo to również zaliczało się do mojej ciągłej rutyny. Lekarz zadawał pytania, które uważałam za śmieszne. -Czy często miewasz zawroty głowy? -Czy często miewasz bóle głowy? -Czy często miewasz bóle i zawroty głowy? Taak. Na nic innego nie było go stać. No cóż. W końcu do jego obowiązków nie należy wymyślanie i układanie dość inteligentnych pytań. On tylko leczy. To fakt. Ja, jako grzeczna i ułożona dziewczyna pokornie odpowiadałam kiwnięciem głowy- na TAK, lub na NIE. Oczywiście Pan nijaki nie wiedział, co mi jest, więc, skierował mnie na badania, na które poczekałam sobie kolejną godzinę. Później z kolei dwóch nijakich stwierdziło, że skoro już tu jestem, to mogę zostać na obserwacji. Oczywiście ja nie miałam prawa głosu. Nikogo nie obchodziło, że nie mam piżamy, szczoteczki do zębów i żadnych innych rzeczy potrzebnych do normalnego funkcjonowania. Miałam zostać i koniec. Tej nocy wcale nie spałam. Byłam zupełnie sama w obcym szpitalu. I wcale nie pocieszał mnie fakt, że z samego rana przyjadą do mnie rodzicie, by przywieźć mi dużo więcej rzeczy, abym została sobie tu na dłużej. Nie przemawiało do mnie również zdanie ‘To dla twojego dobra’. Jedna noc w tym brudnym szpitalu wystarczyła, bym z pewnością mogła powiedzieć ‘Chcę do domu, do tej cholernej rutyny’- za którą tak zaczęłam tęsknić. ● Otworzyłam oczy. Tak bardzo chciałam zobaczyć ten mój niebieski sufit- a na nim przeróżnej wielkości kolorowe kwiaty, malowane przez mojego tatę. Nic z tego. Przede mną, nade mną i obok mnie była tylko biel. Od razu po moim przebudzeniu przyszedł biały z pytaniem czy czegoś mi nie brakuje. Owszem, brakowało mi kubka kakao, dobrej książki, mojego ulubionego ciepłego swetra i mojej rutyny! Brakowało mi właściwie wszystkiego. Moi rodzicie zjawili się jakoś w południe, kiedy już całkiem nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Na szczęście pomyśleli o wszystkim. Proszę jest i moja szczoteczka. Właściwie, po co to nie wiem, skoro wieczorem jadę do domu, no, ale cóż zawsze po obiedzie można umyć zęby. I wtedy zaczęła moja mama... -Widzisz kochanie, będziesz musiała chyba zostać na dłuższych obserwacjach w tym szpitalu. Lekarze wolą sprawdzić czy faktycznie wszystko jest w porządku. Nie martw się, będziemy cię codziennie odwiedzać.- ‘Coo? Mam tu zostać na dłużej?’ Czułam, że coś jest nie tak. Przecież zdrowych ludzi nie zostawia się na tak długiej obserwacji! ’Przecież ja nie zniosę tygodnia tutaj!’ I choć chciałam wykrzyczeć te wszystkie słowa i myśli, które kłębiły mi się teraz w głowie, to jednak milczałam. Mimo wszystko. ● Minęły dwa tygodnie. Nienawidzę bieli i wszystkiego, co jest białe. Siedzę sama w pustej sali i wpatruję się ślepo w kolorowe liście na wygiętych gałęziach drzew. Nienawidzę jesieni. Gdzie to słońce, ciepły wiatr i kolorowe kwiaty? Ech nie chcę o tym myśleć. Właściwie nie myślę już o niczym. Odsuwam się od okna i patrzę w kalendarz. To ile mi jeszcze zostało? Miesiąc, dwa a może nawet rok? Nie rozumiem tego, który wydaje wyroki na ludzi. To wszystko jest takie niesprawiedliwe. Mam białaczkę. Nie wiem, jak to się stało, że nowotwór wybrał właśnie moją krew. Może to i lepiej niż, gdyby miał wybierać jakąś kobietę, która ma męża i dzieci, albo malutkie niemowlę, które ma jeszcze praktycznie całe życie przed sobą. Tak, to zdecydowanie lepiej. W końcu ja mam o wiele mniej do stracenia niż oni. Wmawiam sobie, że jestem silna. Nieprawda. Jestem cholernie słaba i wiem, że przyjdzie taki moment, w którym będę Cię potrzebowała. Kiedy upadnę i nie będę w stanie sama się podnieść. Bądź wtedy obok. Tak bardzo Cię proszę. ● Czy to nie cudownie być z kimś sam na sam? Tak, to cudowna chwila dla zakochanych. A być sam na sam z chorobą, która Cię zabija? Czy to nie wspaniałe uczucie? Mama płacze. Cały czas. Jest mi jej tak strasznie żal. Nie potrafi zrozumieć, że rak zaatakował, tak młodą osobę- Jej córkę. Z resztą ja tez tego nie rozumiem. Boję się. Tak bardzo się boję. Czy lęk to coś normalnego? Nie potrafiłam usiedzieć w jednym miejscu. Mogłabym zwariować od natłoku myśli i retorycznych pytań. Nogi same poprowadziły mnie do pokoju 77. Czy to nie piękna liczba? Dwie siódemki. To mogło oznaczać tylko podwójne szczęście mieszkańca tegoż pokoju. Zawsze wszędzie wchodziłam bez pukania., tak było i tym razem. Spodziewałam się wielkiego wybuchu złości połączonego ze zdaniem „jak cię wychowali w domu”- bo to najczęściej mogłam usłyszeć. Jednak ku mojemu zdziwieniu zobaczyłam uśmiechniętą, blond włosą dziewczynkę, leżącą w zielonej pościeli wśród zawieszonych na ścianie złocistych gwiazd wyciętych z kolorowego papieru. Jakie te gwiazdki były cudne. Nierówno poprzycinane ramiona każdej z nich idealnie pasowały do dziecinnych rączek małej dziewczynki. Boże Ty mój! Po raz pierwszy w tym szpitalu widziałam coś, co nie kojarzyło mi się z tą znienawidzona bielą! -Mogę?- wskazałam niepewnie krzesło stojące obok. Nie otrzymałam odpowiedzi. Ekhm a więc nawet mała istotka, która zapewne jeszcze nie wiele z życia rozumie, nie chce mnie tu widzieć. Czy ja jestem już skazana na samotność do końca swych dni? Do końca swych krótkich, durnych dni, które powinnam spędzać na spełnianiu swoich ostatnich marzeń. Boli. Coraz mocniej... Wyszłam z gwiaździstego pokoju, potrącając po drodze maleńki krzyżyk stojący na stole. Z grzeczności podniosłam i położyłam go obok tych wszystkich kolorowych kredek i pisaków, nie zauważając ważniejszej rzeczy- mnóstwa kartek z wypisanymi słowami, które zapewne miały ogromne znaczenie. ● Czym jest chemioterapia dla kogoś, kto nigdy przez coś takiego nie przechodził? Pewnie niczym szczególnym. Być może odpycha ludzi wtedy tylko wygląd...B o gdzie są moje kruczoczarne długie włosy? Tak, wiem nie raz narzekałam, że mam z nimi sporo kłopotów, ale na Boga! W życiu nie myślałam, by zamienić je na kolorową chustę, która będzie mi wciąż zawadzała! To tyle, jeśli chodzi o wygląd... Jednak ten, kto przez to nie przeszedł nie ma pojęcia, co dzieje się w środku człowieka. Nie myślałam, że mogę czuć się jeszcze gorzej. Właściwie nie jadam już prawie nic, ale mimo tego wciąż mam mdłości. Jestem tak słaba, że nie potrafię zwyczajnie się podnieść. Leżę w swoim łożu i nie robię nic. A nicnierobienie jest czymś, czego nienawidzę. Za oknami zima. Taka prawdziwa zima, z białymi płatkami wirującymi w powietrzu. I znów wszystko białe. Tyle, że teraz nawet cały świat sprzysiągł się przeciwko mnie. Nie ma już soczyście zielonych drzew, kolorowych kwiatów czy złocistego słońca. Jest biel- biel tak bardzo znienawidzona przeze mnie. Byli u mnie rodzice. Właściwie w kółko jest to samo. Mama w mojej obecności chce być twarda, ale niezbyt Jej to wychodzi. Tata w takich momentach milczy, a mi wtedy jeszcze bardziej potrzebny jest Ktoś, kto nie uciekałby od rzeczywistości, kto nie oszukiwałby się, że wszystko jest w porządku i że wszystko to, co się w około dzieje można zwyczajnie pominąć milczeniem. Bo tak jest łatwiej... łatwiej... Tylko dla kogo łatwiej?!

I jak w takich chwilach mam wierzyć w Boga?! Jak mam sobie tłumaczyć to, że jestem śmiertelnie chora, że jestem sama jak palec i właściwie nikomu niepotrzebna...?! Być może kiedyś gdzieś tam był, ale dzisiaj Bóg dla mnie nie istnieje, bo gdyby był, nie pozwoliłby, żebym tak cierpiała...Prawda? Pierwszy raz od dłuższego czasu na moim policzku pojawiła się łza. Nie było sensu wmawiać sobie, że wszystko będzie w porządku, że trzeba myśleć optymistycznie, chciałam umrzeć. Tak, właśnie w tej chwili chciałam umrzeć, ale widocznie to nie był najlepszy moment dla Tego na górze, bo usłyszałam delikatnie pukanie do mych śnieżnobiałych drzwi. Próbowałam zapanować nad moim drżącym głosem i jak najnormalniej w świecie wydukać „Proszę”. Drzwi lekko rozchyliły się i ku mojemu zdziwieniu ukazała się w nich mała, uśmiechnięta blondyneczka z pokoju 77. Chciałam się podnieść, żeby jakoś się z nią przywitać, ale niestety byłam na to zbyt słaba. Mała jednak, jakby czytając w moich myślach, podeszła do mojego łóżka i podała mi rękę. -Cześć. Jestem Hania.- Udało mi się powiedzieć bardzo spokojnie i radośnie. Blondyneczka jednak wciąż stała w tym samym miejscu, uważnie mi się przyglądając. I wtedy zauważyłam w jej drugiej, małej rączce blok rysunkowy i trzy kolorowe kredki, które bardzo mocno ściskała. - Jak masz na imię?- Zapytałam, ale ona milczała, jak zaklęta. Rozglądała się po śnieżnym pokoju, aż w końcu wstała. Wyrwała jedną kartkę z bloku rysunkowego i położyła na moim stoliczku. Kompletnie zgłupiałam. Wychodząc Mała znów uśmiechnęła się do mnie, a ja wiedziałam, że jest to najśliczniejszy uśmiech, jaki kiedykolwiek miałam okazję zobaczyć. ● Rysunek, który dostałam od Małej wisi nad moim łóżkiem. Żółta gwiazda, a pod nią napis ‘Marysia’. A więc ma na imię Marysia. To miłe z jej strony, że podarowała mi własnoręcznie namalowaną gwiazdę. Jednak z tyłu kartki jest jeszcze coś. Są słowa, piękne słowa, których nie spodziewałabym się usłyszeć z ust tak małej dziewczynki. „Gwiazda. Ludzie widzą ją tylko w nocy, kiedy słońce zasypia i robi się ciemno. Jednak ona świeci zawsze. Musisz ją tylko dostrzec, bo tylko wybrańcy, którzy bardzo tego pragną, mogą ją widzieć i wtedy, kiedy świeci słońce. Jej światło nie umiera, nigdy nie gaśnie.” Gwiazda wisi nad moim łóżkiem, żeby mnie chroniła, żeby nie pozwoliła i mi zgasnąć na zawsze... • Zdecydowanie za dużo czasu mam na myślenie. Na szczęście lekarz stwierdził, że przydałaby mi się przerwa w otrzymywaniu leków, które sprawiają, że jestem obecna tutaj tylko ciałem, więc mam trochę siły, by chociaż przejść się po korytarzu. Idę do świetlicy. Staję przy oknie i obserwuję świat- świat naprawdę piękny. Kiedy świeci słońce, nawet cała ta groźna zima staje się miła i przytulna. Zabiegani ludzie, którzy mają pewnie mnóstwo problemów na głowie idą wtedy jakby wolniej, rozglądając się uważniej i zachwycając się każdym promykiem zimowego słońca. Uwielbiam wtedy patrzeć na ich radosny uśmiech, są wtedy jakby szczęśliwsi. Aż dziwne, że jeden promień słońca może dać człowiekowi tak wiele. -Hania! Czas wziąć leki!- I tak o to z tych rozmyślań wyrwała mnie moja pani pielęgniarka, która zawsze znajdzie odpowiedni moment, a żeby wkłuć mi igłę w ramię. Posłusznie wlokę się za nią i siadam na łóżku. -Słyszałam, że odwiedziła cię ostatnio Marysia.- Zagaduje mnie pani Zosia, chcąc odwrócić moją uwagę od ogromnej igły. -Tak, była u mnie, ale tylko na chwilkę.- odpowiedziałam. -To pewnie od niej.- rzuciła, wskazując palcem gwiazdkę wiszącą nad

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych