Wróć do katalogu

W stronę piekła

zwykle tego nie robie, ale tym razem umieszczam wstęp do czegos większego. ocenicie czy warto pisac dalej..:P ponury horror, ale mam nadzieje ze nie tylko...

dominik, opublikowano , 23 min czytania, 4,8 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Obudziłem się. Zupełnie nagle, momentalnie wracając do stanu pełnej przytomności. Jakby lata, które dzieliły mnie od ostatniego zmrużenia oczu były zaledwie nieudaną próbą zaśnięcia. Przytomność szła w parze z pełną świadomością. Gdy człowiek się budzi, zadaje sobie automatycznie pytanie o to, gdzie jest, co tam robi i co go czeka. Wtedy dopiero, po uporządkowaniu wszystkich wiadomości gotów jest do działania. Ja byłem gotów od momentu, w którym cienkie, nie spełniające już swojego zadania firanki powiek uniosły się, krusząc częściowo i opadając na dno trumny.

Otaczała mnie ciemność. Przez chwilę leżałem nieruchomo, przygotowując się do wykonania pierwszego od tak dawna ruchu. Moje ciało było kłodą, która już dawno straciła elastyczność i odporność. O ile nie można było mogłem mówić o strachu, czułem swego rodzaju niepokój przez poruszeniem ręką. Czy moje mięśnie, zastygłe w trupim bezruchu, przeżarte przez bezlitosne robaki, pełzające w najciemniejszych zakamarkach ludzkiego jestestwa, były gotowe do tego, by znów mi służyć..? Ciemność zdawała się nie mieć granic. Zanim się poruszyłem nie wiedziałem czy jestem pięć centymetrów od jej krawędzi, czy może pół metra. Krawędzią ciemności było dla mnie bliżej nieokreślone wieko trumny. Wiedziałem, że wisi nade mną, a na nim spoczywają tony piachu, a nad nimi... życie... Po mojej twarzy nieświadome mojej przytomności krążyły zapracowane owady, oddając się swoim nieustającym obowiązkom, pełzając, nie zdając sobie sprawy z upokorzenia jakim jest egzystencja na peryferiach życia, na samym zatęchłym końcu łańcucha pokarmowego. Ale to czysto ludzki punkt widzenia – oparty na pojęciu godności, wolności i blasku życia. Na wygodnej, optymistycznej iluzji życia na powierzchni, odcinającej się od wszystkiego, co w głębi, co ukryte, odpychające odorem wstrząsającego naturalizmu. Robaki, które wędrowały po moim ciele, pozbawione były złudzeń. Czułem, jak wnikają w moje uszy, pełzają po podniebieniu, ich krótkie odnóża przemykały po martwej skórze, pokrywającej nieruchome dłonie. O ile w ogóle je jeszcze miałem. Nie brzydziłem się już. Leżałem spokojnie, gromadząc siły. Nie czułem przerażenia, daleki byłem od paniki, mimo iż doskonale wiedziałem gdzie jestem. Ale to było jedyne, co wtedy wiedziałem. Mój świat, z całą wiedzą i kojarzeniem, z krwawiącymi słońcem i radosnym śmiechem wspomnieniami, wszystko to zamknięte było w puszce z drewna, w zimnej ziemi. Świat ten tętnił innym życiem niż ten pamiętany przeze mnie. Ale instynktownie chyba zdawałem sobie sprawę, że teraz jestem częścią już tylko tego świata, pośród przyjaciół karmiących się moimi resztkami. Tylko tyle ze mnie zostało, wiedziałem o tym już w pierwszej sekundzie przebudzenia. Tylko tym mogłem dysponować, byłem ułomny, byłem odrażający, w niezrozumiałym szaleństwie natury znowu żyłem. Nie mogłem mieć już pragnień. Przez ułamek sekundy poczułem ulgę. Czyżby dopiero teraz nadeszło wyzwolenie? Czy to jest właśnie raj? Czułem ruch dżdżownicy, sunącej bez pośpiechu po dolnej krawędzi mojego oka. Nie mogłem nią już gardzić. Nie budziła we mnie obrzydzenia jej podziemna, pozbawiona światła i nadziei egzystencja. Czym bowiem różniła się od mojego obecnego położenia? Kim więc teraz byłem...?

To pytanie nasunęło mi się dopiero później, ale to ono stanowiło największą frustrację mojego nowego wcielenia. Prześladowało mnie, tak jak prześladowało mnie obrzydzenie wobec mojej nowej postaci. Jedynie wśród robaków czułem się dobrze. Ale nadszedł czas żeby wydostać się z trumny. Leżenie w niej może śmiertelnika doprowadzić do utraty zmysłów. Klaustrofobiczna atmosfera, bliskość śmierci, a może jeszcze bardziej osamotnienie i świadomość oczekiwania na powolny i pełen cierpienia zgon. Nie czułem tego. Jedyne co pamiętam to poczucie lekkiej irytacji i zdziwienie. Czyżby to miał być kolejny etap życia? Czy każdy budzi się któregoś dnia albo którejś nocy (we wnętrzu trumny to nie ma specjalnego znaczenia) by jako żywy trup, wybryk natury, egzystować przez długie wieki w ciemności, w towarzystwie przeróżnych owadów, pająków i innych przeklętych i wyklętych stworzeń. Może to ma być to, co wierzący nazywają czyśćcem? A może piekłem. Tak, to był jedyny moment gdy poczułem to, co za życia zwie się zimnym potem. Ale stan ten nie trwał długo. Skutecznym antidotum okazała się decyzja o podjęciu działania. Mój brak strachu można wytłumaczyć również inaczej. Otóż człowiek, który już raz umarł, nie lęka się już zagrożenia związanego z własnym życiem. Bo nie żyje. Ma większy dystans do swojej śmierci, może nieco cyniczny. Nie wierzy w nią tak naprawdę – powrót do życia jest przecież wystarczającym powodem by zwątpić w to, w co wierzyło się dotychczas. Zaobserwowałem te prawidłowość dopiero później. Tak sobie to teraz tłumaczę - fakt, iż nie czułem strachu, gdy ludzie polowali na mnie jak na dzikie zwierze. Może pocieszałem się tym, że oni byli o wiele bardziej przerażeni. W pewien sposób karmiłem się ich strachem. To, że nie odczuwałem lęku po przebudzeniu również dało się wytłumaczyć dystansem, którego uczy cię pierwsza śmierć. Poza tym nigdy nie wierzyłem w piekło. Do momentu, gdy wydostałem się na powierzchnię...

Poruszyłem dłonią. Ciemność wydawała się drżeć w momencie, gdy mój mózg, który miałem jeszcze nadzieję mięć, wysyłał sygnał do mięśni. Pierwsza próba nie odniosła jednak rezultatu. Wtedy zwątpiłem, czy na pewno mam jeszcze rękę. Jednak z nieznanego mi źródła czerpałem siłę i wiarę (o ile dwa metry pod ziemią, w przeklętej ziemi przesyconej śmiercią można w ogóle mówić o wierze). Długo koncentrowałem się przed drugim podejściem. Teraz widzę, że chyba zbyt długo. Ale odwlekałem kolejne starcie z własnym ciałem z obawy przed porażką. Nie wiedziałem co zrobię gdy okaże się, że nie jestem w stanie panować nad żadnym elementem własnego ciała. Nie wiedziałem jeszcze jak pozbędę się zalegającej nade mną ziemi, jak zdejmę pod jej ciężarem wieko trumny. Starałem się odsuwać od siebie to oczywiste pytanie i utrzymać je jak najdalej jak najdłużej. Częściowo nawet mi się to udawało. Nie miałem pojęcia jak długo pozostawałem martwy. Mogły to być dni, wtedy nadzieja na zmartwychwstanie mojego ciała była całkiem realna. Mogłem też nie żyć całe lata, mogłem być już tylko bezwładną masą, która nic nie jest w stanie i pozostaje jej tylko czekać na nadejście Apokalipsy. A mogło to być naprawdę długo. Jedynym pocieszeniem wydawał się być fakt, że czuję się w sumie dobrze. Nic nie czułem, ale znaczyło to, że nic mnie nie boli. Dopiero potem przekonałem się o tym, że w ogóle nie jestem w stanie nic odczuwać. Nie było mi już zimno, nie czułem bólu gdy ktoś tasakiem ciął moją twarz. Cóż, miało to swoje dobre i złe strony. Pamiętam myśl, która rozbawiła mnie kiedy zbierałem siły na kolejną próbę pobudzenia mięśni. Pomyślałem, że nigdzie mi się nie spieszy – mam dużo czasu. Całe szczęście, że nie muszę oddychać... W tym dekadenckim niemal nastroju zdecydowałem się na kolejną próbę ożywienia swojej dłoni. Poruszyłem nią. Poczułem, że moje palce delikatnie się unoszą, mięśnie napinają. Trudno wyrazić radość z tego spostrzeżenia. Dało mi to entuzjazm do podejmowania kolejnych prób pobudzania kolejnych części martwego ciała. Udawało się. Czasem za pierwszym, niekiedy za czwartym razem. Ale generalnie mogłem stwierdzić, że jak na trupa jestem całkiem sprawny. Jedyny ból sprawiało mi tylko wspomnienie siebie samego, mojego pierwszego życia. Słynąłem jako uosobienie dobrej formy, szczyt sprawności fizycznej. Teraz musiałem pogodzić się ze swoim własnym, żałosnym ciałem. Pojednać sprawność umysłu z okropnym, odpychającym wyglądem – obrazem zatrzymanego w nieodpowiednim momencie procesu rozkładu. Jednak dużo czasu minęło, nim poczułem, że panuję mniej więcej nad swoim ciałem. Tysiące razy napinałem każdy mięsień, zmuszałem go do wysiłku nim doszedłem do wniosku, że nie można marnować wieczności na bratanie się z dżdżownicami.

Teraz miałem wydostać się na powierzchnię gleby, w której spędziłem nieokreśloną ilość czasu. Pchany jakąś nieznaną siłą, prawdopodobnie tą, która wróciła mnie do życia, pragnąłem po raz kolejny stanąć na ziemi o własnych siłach. Lecz nie czułem się już człowiekiem. Nie wiedziałem nawet, kim mam się czuć. W ciągu tych najwyżej paru godzin, które przeleżałem wewnątrz trumny (po śmierci naprawdę trudno zachować rachubę czasu) myśli coraz szybciej kłębiły się w mojej głowie. Rozpędzały się z każdą minutą spędzoną za mojego nowego życia w tej śmiertelnej pułapce. Pierwotny spokój zaczął przeobrażać się w coraz większą irytację i egzystencjalną wręcz niepewność. A największą zagadką zdawało się być to, co czeka mnie na zewnątrz. Czy mam wrócić do życia? Niby jak... A może nadszedł już czas tego w co nigdy nie wierzyłem - może doczekałem Apokalipsy. A jeśli powróciłem jakimś złośliwym kaprysem natury, by jako monstrum straszyć po nocach dzieci..? Może jestem nowym Jasonem albo Freddim. Ta myśl zdawała się być nawet zabawna. Czułem się jednak coraz mniej pewien swojego położenia i psychicznie zaczynałem już dusić się we wnętrzu pudła, w którym według pierwotnych planów miałem spędzić całą wieczność. Ale nadal była to w większość ciekawość świata. Rozczarowanie, a za nim gniew miał zrodzić się dopiero na górze.

Całe szczęście miałem wystarczająco dużo miejsca, by ugiąć ręce w łokciach i ustawić je prostopadle do dna trumny. Tylko ten sposób wyważenia wieka przychodził mi do głowy. Zaparłem się więc i ustawiłem ręce w pozycji dwóch dźwigni, które miały uwolnić mnie z tego coraz bardziej irytującego miejsca. Zacząłem pchać. Przez pierwsze sekundy pokrywa mojego sarkofagu ani drgnęła. Przez następne też nie. Opadłem na chwilę z sił. Słyszałem tylko głębokie charczenie, wydobywające się z mojego przeżartego przez robaki wnętrza. Odczuwałem zmęczenie, jednak nie było one związane z żadnym bólem mięśni. Przedstawiało się raczej w formie braku sił. Zaskoczyło mnie jak krótki czas musiał upłynąć od pierwszej próby, w którą włożyłem całą swą trupią energię, bym znów być w pełni sił. Nie zdawałem sobie wówczas sprawy jaka nieludzka siła jest skumulowana w tych szczątkach, w tym bliżej nieokreślonym ciele, które miało mi teraz służyć.

Drugą próbę podjąłem niemal natychmiast. Nieznośnym stawało się oczekiwanie i niepewność. Tym razem przekręciłem się na brzuch, co było prawie niemożliwe w ciasnej trumnie, zwłaszcza, że za życia byłem dość dobrze zbudowanym mężczyzną. Sporo czasu zajęło mi pokonanie oporu własnego ciała, przewrócenie się na bok, a potem znów na brzuch. „Dlaczego to wszystko musi trwać tak cholernie długo”, rzuciłem w ciemność. I wtedy po raz pierwszy usłyszałem swój nowy głos. Wcześniej nawet nie zastanawiałem się nad jego brzmieniem, nie myślałem w ogóle, czy jestem jeszcze w stanie wydusić z siebie cokolwiek podobnego do ludzkiej mowy. „Ile jeszcze prozaicznych spraw zaskoczy mnie w najbliższej wieczności...?”, pomyślałem. Głos, który odbił się echem w spróchniałych deskach trumny sprawiał wrażenie tak samo spróchniałego jak one. Co prawda dało się odróżnić poszczególne wyrazy, całość sprawiała wrażenie całkiem zrozumiałej, jednak w pierwszej chwili głos, który usłyszałem tak jakby obok siebie wydał mi się mieszaniną pijackiego bełkotu z odgłosami człowieka mającego w ustach piasek. Do tego wszystkiego dochodziło jeszcze ostre, charczące brzmienie, związane zapewne z ubytkami w mojej…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych