Wróć do katalogu

"Wakacyjny pamiętnik"

Wyjazd do Czarnego Lądu może zmienić każdego...

Carmilla, opublikowano , 1 godz. 5 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Zdecydowanie moim ulubionym środkiem transporu jest pociąg. Właśnie siedzę w jednym z wagonów i zamyślona nie mogę sie doczekać kiedy dojadę na miejsce. Słońce piecze niemiłosiernie, ale zbierają się chmury. Przez ostatnie dni powietrze jest bardzo suche, a ziemia nieurodzajna. Przyznaję, że tęsknie za deszczem. Mój wagon jest wypełniony po brzegi. Na szczęście za chwilę wysiadam... właśnie zaczęło padać. Najwyraźniej modlitwa została wysłuchana. Zaraz koło stacji znajduje się przystanek autobusowy. Zapomniałam peleryny i zaczekam na przewóz. Owszem, cieszę sie deszczem, ale nie na tyle, żeby narażać się na przeziębienie. Dla jasności tłumaczę, że jestem w tej chwili w miejscowości zwanej Czarnym Lądem. Tu przyjechałam na tegoroczne wakacje, aby odpocząć od codzienności i zobaczyć nowe krajobrazy. Pojawiłam się tu za namową mojej ciotki Walerii - wróżbiarki z wieloletnim stażem. Nie mam zamiaru korzystać z jej ofert, mimo tego, że ma niesplamione żadną nieprawoscią sumienie i idealną opinię. Po prostu nie wierzę w takie zabobony, które są dla niej całym życiem. Ciotka zawsze przyjeżdżała do nas z wizytą, a my do niej nigdy, dlatego jestem tu pierwszy raz. Zaczekałam dziesięć minut, aż przyjechał bus. Jechałam pół godziny, a potem wysiadłam na właściwym przystanku. W drodze do jej domu wstąpiłam do małego sklepiku z ozdobami, pamiątkami i niezbyt drogą biżuterią. W końcu za dwa tygodnie ciotka będzie świętować urodziny - przydałoby się już teraz kupić jakiś prezent. Wybór był bardzo szeroki - od drewnianych szkatułek po złote kolczyki, eleganckie pierścionki. W końcu zdecydowałam się na lustro z ciekawą, metalową ramą. Oprawa miała bogate, barokowe wzory. W świetle dawały wiele odblasków, mieniły się wielobarwnymi odcieniami. W tym sklepie schroniłam się od upragnionego deszczu, lecz nie na długo. Od razu po zakupie ruszyłam w dalszą drogę. Lustro upchnęłam na siłę do walizki, żeby ciotka go nie widziała i nie zastanawiała się czy to dla niej. Jest na tyle ciężkie, ze mam problemy z ciągnięciem bagażu, mimo tego, że jest na kółkach. W sklepie zobaczyłam chłopaka w moim wieku, bruneta z orzechowymi oczami. Miał czyste i mądre spojrzenie, choć gdy na niego spojrzałam przeleciał po mnie lekki dreszczyk emocji. Sama nie wiem czemu przykuł moją uwagę. Miał na sobie kruczo-czarną koszulę i dżinsy, a do koszuli dopięte czarne okulary przeciwsłoneczne. Byłam zdziwiona tym strojem - kto nosi czarne ubranie w środku lata? Jednak byłam pewna, że nie to spowodowało moje zainteresowanie nim. Nie był bardzo wysoki, zaledwie z kilka centymetrów więcej ode mnie. Pomyślałam, że może kupuje coś swojej dziewczynie, bo oglądał różne wisiorki i kolczyki. W końcu zdecydował się na ciemnozielone, kryształowe kolczyki. W chwili, gdy za nie płacił pożałowałam swojego wyboru - przypomniałam sobie, że ciotka uwielbia zgniłą zieleń (pasuje do koloru jej oczu). Mogłam jeszcze się wrócić i wziąć takie same zamiast lustra, bo on stał w kolejce przede mną. Stwierdziłam jednak, że lustro jest o wiele ciekawsze. Wyszłam ze sklepu przed nim, ponieważ rozmawiał jeszcze przez telefon. Słyszałam strzępki rozmowy, która dotyczyła czegoś smutnego, bo chłopakowi spochmurniały oczy. Sklep znajduje się na ulicy Słonecznej, tej samej co dom cioci. Chyba było po mnie widać, że się męczę z bagażem, bo nie przeszłam paru metrów, a dogonił mnie tamten chłopak. - Czy pomóc ci z walizką? Wygląda na ciężką. - Wcale nie jest taka ciężka, dam sobia radę sama. - Nie wygłupiaj się, widziałem jak wkładałaś do niej to wielkie lustro. Już ono samo waży chyba z pół tony. - Nie mam dalekiej drogi, za chwilę będe już w domu. Daj mi spokój. - Bardzo śmieszne... wiem, że idziesz do pani Walerii. To długa droga. Ta ulica ma pewne przerwy, gdzie zamaiast domów są pola uprawne. Chyba nigdy tu nie byłaś. Ale cel przyjazdu jest tego wart.Pani Waleria potrafi przepowiadać przyszłość... - Nie jestem zainteresowana żadnymi wróżbami. To głupie. I skąd wogóle wiesz, że przyjechałam do pani Walerii? - A widzisz! I ja mam pewne zdolności - odparł. - Właśnie przestałam z Tobą rozmawiać. - wyrzucilam to zdanie z nutką buntu w głosie. - Ohh... jak chcesz. - z moim postanowieniem trzymałam się dopóki nie minęło bite czterdzieści minut. Potem odezwał się: - Nie wiem czy sie zorientowałaś i po prostu tak miło ci się ze mną idzie, ale parę minut temu mineliśmy dom pani Walerii. - To dlaczego mi o tym nie powiedziałeś? Przecież ja nie mam takich zdolności INTUICYJNYCH jak ty. Kiedy się zamyślę, to zwyczajnie tracę kontrolę nad wieloma sprawami. - Nic nie mówiąc wskazał mi bramę z numerem trzynastym. Pokuśtykałam do niej z tą ciężką walizą i nagle zmieniłam nastawienie. - Dziękuję za spacer i dobre chęci. Do zobaczenia! Z wrażenia, a raczej przerażenia powiedział tylko ciche "Cześć" i odszedł. Razem z nim zniknął deszcz.

Niepewnym krokiem szłam ścieżką na podwórku, mijając mały ogródek z dzikimi różami. Stojąc przed drzwiami, cicho zastukałam. Nie usłuszałam żadnych kroków, więc odważyłam się zrobić to głośniej, aż w końcu zwyczajnie zapukałam. Drzwi otwarła mi szczupła pani w średnim wieku, a na twarzy nie miała żadnego śladu zmęczenia. Tylko pogodny uśmiech. Tak wygląda zawsze ciotka Waleria. - Witaj kochana Anielko! Tak dawno Cię nie widziałam. - powiedziała ciocia zasypując mnie falą całusów. - Ja też się za ciocią stęskniłam - odparłam ledwie łapiąc dech w piersiach. Po gorącym przywitaniu wpuściła mnie do środka mieszkania. W przedsionku poczułam się dziwnie - był ciemny, a w powietrzu unosił się zapach stęchlizny. Ciotka zaprowadziła mnie do pokoju trzymając za ręke. Wytłumaczyła mi, że ciągle zapomina o wkręceniu nowej żarówki na korytarz, dlatego jest ciemno. Mówi, że dzięki temu ma wyczulony wzrok i wie gdzie co się znajduje. To zadziwiające - zapomina o wkręceniu żarówki, ale doskonale pamięta gdzie co jest na korytarzu. W salonie było za to bardzo przytulnie. Ściany miały delikatny odcień czerwieni, a sofa i fotele bordowe. Ku miłemu zaskoczeniu nie znajdował się w nim telewizor, tylko biblioteczka z różnymi książkami. Pod stopami czułam miękki dywan, on również był w miłym kolorze - wiśniowym. Miał na sobie złotawe, wschodnie ornamenty.Następnie uważnie przyjrzałam się cioci - nic się nie zmieniła. Rodzice mówili, że mamy to samo w oczach - taki błysk nieprzewidywalności, nigdy nie wiadomo co nam przyjdzie do głowy. - Dlaczego nie ma tutaj twojego ulubionego, ciemnozielonego koloru? - spytałam po chwili milczenia. - Ten kolor zarezerwowałam dla kuchni. Ostatnio lubię spędzać tam dużo czasu. Chcesz już ją zwiedzić? - Czemu nie. - Do kuchni prowadzą tylko jedne drzwi, a wchodzi się do niej od salonu. Pierwsza rzeczą na jaką zwróciłam uwagę był religijny obraz wiszący na przeciwko drzwi. Przedstawiał on Maryję z dzieciątkiem Jezus. Już wszystko rozumiem. Ciocia postanowiła bardziej oddać się dla wiary. Jestem z niej dumna, bo to na pewno dodało jej otuchy w przeżywaniu żałoby po wujku. Właśnie minął rok. Kolejną rzeczą, która mnie zainteresowała była drewniana, elagancka komoda, w ciemnobrązowym kolorze. Ładnie dopasowała sie do ciemnozielonej barwy ściany. To pomieszczenie było mocno oświetlone, przez wielkie okna, po prawej stronie od wejścia. Wisiała również wielkia lampa. Tak poza tym wszystko to co w każdej kuchni, tylko, ze ładnie poukładane na drewnianych szafeczkach. - Aniołku, co zjesz na kolację? - tak zawsze zwraca się do mnie ciocia. - Co mi ciocia poda, może być kanapka z konfiturami i herbata. - Dobrze, to ja już ci szykuje, a ty pójdź na górę i rozpakuj się. Pewnie nie wiesz jak trafić? Twój pokój to jedyny u góry. Widziałaś schody, kiedy wchodziliśmy do salonu? - Tak.. widziałam, myślę, że spokojnie trafię. Wyszłam z tego przytulnego pokoju i znów wpadłam w mroczne czeluście korytarza. Z dziwnym lękiem macałam ściany, ciocia nie uświadomiła sobie, że nie każdy zna tak dobrze ten dom. Schody miały kształt spirali na szczęście już nieco u góry zobaczyłam okno, które rozjaśniło mi drogę. Ściany są tam białe, a pod sufitem unosi się lekka mgiełka z pajęczyny. Na drugim piętrze mieszczą się trzy wejścia - jedno prowadzi do łazienki, drugie do strychu, a trzecie do mojego pokoju. Mój pokój jest śliczny - ma oryginalny kszatł owalny, a ściany są błękitno-mleczne. Na łóżku mam świeżą, jasną pościel. Meble też są białe, a w nich mieści się mała biblioteczka z książkami o tematyce przedwojennej, historycznej, powieściami grozy oraz poezją. Na dodatek łóżko jest ustawione tak jak lubię, bo koło okna. A za oknem mam balkon z marmuru, z grubymi, uwypuklonymi szczebelkami.Szybko i sprawnie rozpakowałam najważniejsze rzeczy i już bez większego lęku zeszłam na dół, choć na plecach czułam zimny pot. - Ciociu, oszukałaś mnie, mój pokój to nie jest jedyny u góry. - powiedziałam z małym wyrzutem. - Jedyny, w którym można zamieszkać. A na stole w kuchni masz kolacje. - odparła spokojnie. Poszłam zatem do kuchni i usiadłam na przeciwko obrazu. Konfitury były z jabłek i bardzo smaczne, a herbata kwaśno-słodka, o ciemniejszym zabarwieniu niż zwyczajna. Podobo ulubiona mojej cioci. Pierwszy raz taką piłam. Chyba było to po mnie widać, bo ciocia spytała sie czemu tak się krzywię. Ja nie lubię wogóle cytryny, co dopiero takiego kwasu. Po kolacji porozmawiałam jeszcze trochę z ciocią. Opowiadałam, co działo się w tym roku szkolnym, jakie oceny miałam. Wyszłam nieco gorzej niż zazwyczaj, ale obiecałam samej sobie się poprawić. Chłopaka nie mam, bo uważam, że teraz byłby dla mnie jak piąte koło u wozu. Jeśli chodzi o plany na wakacje, żadnych innych oprócz tego wyjazdu nie przyszykowałam. Rodzice pojechali do Nowego Orleanu, a ja zostaję w kraju i dobrze mi z tym. U cioci była teraz żałoba, ale nie chcemy o tym mówić. To dla każdego przykre. Mamy natomiast wspólną tajemnicę - ciocia postanowiła przestać wróżyć! Jakże się cieszę, że po tylu latach podjęła nareszcie dobry wybór. Nigdy nie stałam po stronie takiej magii. Ciocia z zawodu jest historykiem i wolałam żeby to było jej największą pasją. Na razie trzymamy tę tajemnicę do jej urodzin. To jej prezent dla mnie. Przed snem długo myślałam nad chłopakiem, którego spotkałam w drodze do "pani Walerii". Byłam dla niego taka zgryźliwa, bo go nie znałam i nie miałam do niego zaufania. Nad lampą krążyła zagubiona szara ćma i nie wiem dlaczego, zamiast na balkon, wypuściłam ją na korytarz. To łóżko jest bardzo wygodne, lecz mimo tego nie mogłam zasnąć. Zmieniałam pozycję, przewracałam się z boku na bok. Było mi coraz cieplej i sennie... - Nie wiem jak Ci to powiedzieć... Twój przyjaciel umarł. - mówi do mnie obcy mężczyzna. Nie jestem w stanie odpowiedzieć mu, ale przypuszczam, że on nawet nie oczekuje odpowiedzi. Ciągle płaczę, a nowe łzy nie przestają spływać po policzkach. Moje ciało sztywnieje, nagle nie mogę poruszać rękoma, takie są drętwe. Serce bije coraz wolniej. Co się dzieje? I na mnie przyszedł czas? Obraz się rozmywa... tracę kontakt ze światem... Ach, to tylko zły sen. Obudziłam się w środku nocy. Trwa burza, a niebo jest na zmianę czarne i białe. Po raz pierwszy w życiu boję sie piorunów. Na szczęście okna są szczelnie pozamykane. Na wszelki wypadek zmówię "Aniele boży, stróżu mój". To zawsze pomaga.

12 lipca Obudziło mnie poranne krzątanie się Walerii po mieszkaniu. Przeciągnęłam się i wyszłam na marmurowy balkon. Gdy spojrzałam prosto przed siebie, spotkałam piękny widok - za domami na ulicy Słonecznej rozrastały się rzeczne doliny. Przez to, że ciotka budzi się wraz ze wschodem słońca, mogłam zobaczyć łunę, tuż za wzgórzem. Zamyślona stałam tak przez dłuższą chwilę, a orzeźwiający wiatr stwarzał fale na mojej cienkiej, zwiewnej halce, w której spałam. Czułam się jak szekspirowska Julia, tylko, że nie było Romea. Nagle z werwą pobiegłam na pierwsze piętro, a żeby nie przeżywać po raz kolejny dramatu z ciemnym korytarzem, wzięłam latarkę (znalazłam ją w szafce, między książkami). - Witaj aniołku, po obiedzie przyjdzie odwiedzić mnie znajoma. Będziesz z nami siedzieć, czy masz już jakieś plany na dzisiaj? - tak przywitała mnie tym razem ciocia, niecodziennie zabiegana. W tej chwili siedziała na fotelu w salonie i szyła jakąś długą, falbaniastą spódnicę. Takich ciotka nie nosiła, może należała do tej znajomej. - Dziwnie się czuję, chyba zostanę po prostu u góry i trochę poleżę. - skłamałam, zwyczajnie nic mi się nie chciało. - Ale śniadanie zrobię sobie sama, widzę, że jesteś już czymś zajęta. - dodałam po chwili namysłu. Po zjedzeniu śniadania udałam się na górę, udając osłabienie. Z walizki wyjęłam płyty zespołów Wilki oraz Closterkeller i włączyłam bardzo głośno w discmanie, a słuchałam przez słuchawki. Wolałabym obyć się bez nich, ale wtedy symulowany ból wyszedłby na jaw. Z biblioteczki wyjęłam jakąś nieznaną mi powieść grozy i zaczęłam ją czytać, leżąc na łóżku. Tak minęło mi kilka godzin - z muzyką w uszach i wczuwając się w życie bohaterki książki, aż nagle usłyszałam pukanie do drzwi. Otworzyłam je, ale nikogo nia zobaczyłam. Zeszłam na dół, ale zapomniałam zabrać latarki. Idąc po schodach słyszałam urywki zdań, dobiegały z salonu. Ciocia musiała głośno rozmawiać, skoro było ją słychać na korytarzu. Rozmowa dotyczyła chyba przeprowadzki, bo kobieta podawała jakiś nowy adres i numer telefonu, mówiła ile pokoi mieści się w danym mieszkaniu oraz o swoim wnuku, który bardzo przeżywa tę życiową zmianę. Niespodziewanie poślizgnęłam się... i wpadłam w czarną głębie pomieszczenia. Miałam nieodparte wrażenie jakbym tak leciała w nieskończoność, w końcu poczułam chropowatą, betonową powierzchnię podłogi. - Anielko, nic Ci nie jest?! - zawołała Waleria, gdy wybiegła z salonu. - Obiecuję wam, że dziś wkręce żarówkę. - Nic mi ciociu nie jest, mogłam wziąć latarkę, to by nie było kłopotu. - Te schody też trzeba wyremontować. Przynoszą wiele nieszczęść... - odparła dziwnym głosem, prowadząc mnie do fotela. - To ja już idę Walerio, na pewno przyjdę na urodziny. Trzymaj się! - powiedziała kobieta, nieco zmartwiona moim stanem. Obejrzałam siebie i żadnych poważnych obrażeń nie miałam, tylko mnóstwo sińców. Waleria przyniosła mi do pokoju ciepłą zupę, a sobie naparzyła kwaśnej herbaty. Usiadła na przeciwko mnie i patrzała na sińce. - Ciociu, chciałabym porozmawiać na poważny temat. - Stwierdziłam, że to najlepsza pora, żeby zadręczyć ją tym ciężkim pytaniem. Waleria kiwnęła głową na znak gotowości. - Jak wyglądała śmierć wujka? - spytałam czując ciarki na plecach. - Hm... wujek dostał zawału, akurat gdy schodził po schodach na korytarzu. To była najgorsza chwila w moim życiu, a jego ostatnia. Dlaczego akurat teraz zadałaś to pytanie? - Nie wiem, stwierdziłam, że to dobra pora na rozmowę, a wcześniej nie miałam odwagi się spytać. - Niedobre zrządzenie losu. Może wezwę fachowca i niech zobaczy te schody.Teraz odpoczywaj, a ja pójdę wkręcić żarówkę. Wróciła po godzinie, bo jak się okazało nie zapamiętała miejsca każdego przedmiotu na korytarzu, więc przez pół godziny szukała żarówki, oświetlając przedsionek latarką. Gdy wróciła, poprosiła mnie, żebym wychodząc na korytarz była przygotowana do strasznego widoku. Najszybciej jak się tylko da, wybiegłam z salonu, a na korytarzu zobaczyłam: - wielkie warstwy kurzu na podłodze - mnóstwo pudeł z zepsutymi, świątecznymi ozdobami, zepsutymi zabawkami, brudne szmaty - nieżywego szczura w rogu pomieszczenia (stąd ten niemiły zapach) - pajęczyny pod sufitem - spleśniałe połacie sufitu, odpadający tynk - i wiele innych "atrakcji", o których nie warto wspominać Nie byłam jednak gotowa na ten widok. Kiedy pomyślałam, że wpadłam do tego bagna ogarnęło mnie obrzydzenie. *** Niecałe dwa tygodnie później odbyły się urodziny cioci Walerii. Została obdarowana wielką stertą prezentów od przyjaciół, bliskich i znajomych. Pojawiła się oczywiscie tamta pani, która obiecywała swoją obecność na uroczystości. Zjawił się również jej wnuk... a może wszystko opowiem od początku. Po śniadaniu zaczęłam pomagać Walerii w uporządkowaniu mieszkania na dzisiejsze święto. Pozamiatałam straszne schody, trzymając się kurczowo ich barierki. Później wywietrzyłam przedsionek i wyczyściłam tamto pomieszczenie - innymi słowy zajęłam się najbrudniejszą robotą. Różne niepotrzebne rzeczy wyniosłam na strych, żeby nie zawadzały. Po tych porządkach udałam się na szybki prysznic. Później przeszłam do czerwonego salonu. Na stół postawiłam mały torcik z tyramisu, ciasto rabarbarowe roboty ciotki oraz różne cukierki, z których najbardziej lubię karmelki o smaku mlecznym. Gdy do drzwi zadzwonił pierwszy gość, akurat parzyłam kawę, a ciocia piła swoją ulubioną herbatę. Otworzyłam drzwi, a za nimi stała tamta znajoma Walerii oraz ... chłopak, który zaprowadził mnie do domu cioci! Nie wierzyłam własnym oczom. Nie wiedziałam czy się cieszyć czy płakać. Znów miał na sobie tę czarną koszulę i dżinsy. - A to mój wnuk, Filip. - usłyszałam, kiedy podawał mi swoją dłoń, udając, że mnie nigdy wcześniej nie widział. - Cześć, a jak ty masz na imię? - spytał z niewinnym uśmieszkiem. Odpowiedziałam mu grzecznie na pytanie, a potem normalnie rozmawialiśmy. Byliśmy zajęci sobą przez całą uroczystość, nawet ciocia była zdziwiona, że tak swobodnie się nam gawędzi. Później zjawiły się inne ciocie wraz ze swoimi dziećmi, trzy najbliższe przyjaciółki Walerii: Melania, Sara, Emilia oraz Robert - jej stary znajomy ze szkolnej ławki. Dopiero pod koniec urodzin odbyło się rozpakowawynie prezentów. Ciocia była zachwycona moim wielkim, wielobarwnym lustrem i powiesiła je w kuchni, słusznie twierdząc, że pasuje do jej kolorystyki. Ostatni prezent, który otworzyła był od Filipa. Były do ciemnozielone, kryształkowe kolczyki (te, które kupił w sklepie z ozdobami). Waleria od razu je założyła i wyglądała w nich prześlicznie. Naprawdę pokreślały kolor jej oczu, a do tego pasowały do skórzanych szpilek, jakby były w komplecie. Na uroczystość założyła kremową sukienkę, sięgającą do kostek, marszczoną pod biustem. Na dole zmieniała odcień w brązowy, wyglądała jak posypana cynamonem. Jej włosy mają złotawy odcień, więc ładnie komponują się z ubiorem. Ciocia jest szczupła, dlatego sukienka dobrze podkreśla jej sylwetkę. Szkoda, że wujek nie mógł jej zobaczyć w tamtej chwili. Na pewno byłby nią zachwycony tak samo jak ja, albo jeszcze bardziej. Po cioci Walerii też widać, jak dużą raną w jej sercu jest śmierć wujka Michała, mimo, że stara się to ukryć. Wśród ludzi jest wesoła, miła i towarzyska, ale czasem podglądam ją w ukryciu. Siedzi przy stole, a głowę ma opartą na rękach. Patrzę na jej zamyślone, smutne oczy. Domyślam się, że w takich chwilach odtwarza sobie w głowie obrazy z przeszłości. - Cieszę się, że masz podobne upodobania muzyczne co ja. Może wybierzemy się kiedyś razem na koncert? - spytał mnie Filip, gdy go odprowadzałam do wyjścia, bo uroczystość się skończyła, a gości trzeba odprowadzić przynajmniej do bramy. - Nie lubię koncertów, tam jest tłoczno i niebezpiecznie. - powiedziałam tak tylko dlatego, ponieważ chciałam go zbyć. Ciaglę czułam przy nim nieuzasadniony niepokój. - To na kogo występie ty byłaś, skoro wyciągasz tak negatywną opinię? - spytał z jakby tłumionym gniewem, chyba odkrył moją niechęć. No cóż, nie jestem jeszcze dobrą aktorką. A on jest bardzo nerwowy. - Nieważne, w każdym razie mam złe wspomnienia. Proszę, nie mówmy o tym.. - skłamałam, po raz kolejny, bo nie byłam jeszcze na żadnym koncercie. Zaczynam się wprawiać w zawodzie aktorskim. - W razie czego będe twoją tarczą i Cię obronię. - szedł w zaparte, ale przynajmniej opanował nerwy. - Przykro mi, nie uda Ci się mnie przekonać. - stanowczo odparłam. Tak naprawdę chętnie poszłabym na rockową imprezę, ale z kimś innym i w większej grupie. - Spotkajmy się... - powiedział z oczami przepełnionymi nadzieją. Przez dłuższą chwilę zastanawiałam się co zrobić - zgodzić się czy nie? Widząc jak się niecierpliwi, wybrałam pierwszy wariant. Zaproponowałam sobotę, a jemu pozostawiłam wybór miejsca. Umówiliśmy się na spotkanie w parku, dokładnie pod starym kasztanowcem. Podobno to charakterystyczne miejsce, ale nie mam pojęcia gdzie to jest! Byłam już w różnych zaułkach Czarnego Lądu, lecz park zostawiłam sobie na późniejszy termin. Wieczorem, od razu po uroczystości poszłam do ogródka. Obok rosnących na dziko róż, stała drewniana chuśtawka, na której kiedyś chuśtała się córka pani Walerii. Usiadłam na niej, a nogami odbijałam się od ziemi. Co pewien czas zmieniałam sposób chuśtania się na coraz szybszy. Pobawiłam się w małą dziewczynkę. Machałam nogami i było mi wesoło. Nikt nie wiedział o tym, że postanowiłam wybrać się na koncert ze starą grupą znajomych. To Filip zasiał w mojej głowie taki pomysł, nawet nieświadomy tego. Tymczasem trzy przyjaciółki cioci zostały jeszcze na kawę. Przestałam się chuśtać, gdy wychodziły z mieszkania. Nie wiem ile czasu minęło, ale zaczęły mi dokuczać komary, więc poszłam już do domu. Nadal w korytarzu czułam się dziwnie, choć nie było już w nim wielu nieprzyjemnych rzeczy. Ciągle panowała jednak przygnębiająca atmosfera, ale skąd się wzięła? Posprzątałyśmy po gościach, wyniosłyśmy talerzyki, szklanki, sztućce. Po jedzeniu nie zostało ani śladu. Razem zmywałyśmy naczynia, a po sprzątaniu jeszcze porozmawiałyśmy. - Widzę, że polubiałaś się z Filipem. - Jest w porządku i fajnie się z nim rozmawia. - To miły chłopak. Jest bardzo zżyty z Czarnym Lądem, ale niestety kolejne wakacje spędzi już w całkiem innej miejscowości. Będzie się przeprowadzać. - teraz już wiem o czym rozmawiał w sklepie, gdy go pierwszy raz zobaczyłam. Dowiedział się o swojej przeprowadzce. - Z jakiego powodu musi opuścić to miasto? - spytałam, nieco zainteresowana już tematem. - Liceum, do którego będzie chodził jest w tamtej miejscowości, a jego mama dostała tam pracę. Nic ważnego go tutaj nie trzyma. - Później ciocia opowiadała mi jaką minę miały jej przyjaciółki, gdy dowiedziały się, że zrezygnowała ze swojej "magicznej" pracy. - Myślały, że to nigdy nie nastąpi, że nie potrafię żyć bez tej pracy. - To z czego będziesz teraz siebie utrzymywać? - Przyjęli mnie już jako nauczycielkę w szkole średniej. Będe uczyć historii sztuki. - rozmowę przerwało niespodziewane dzwonienie mojego telefonu. To byli rodzice. Zadawali zwyczajne pytania, aż nagle zaproponowali mi wyjazd do... Nowego Orleanu. Za piętnaście dni miałam gotowa, spakowana wyjechać samolotem za granicę i wrócić dopiero pod sam koniec wakacji. Oczywiście, jeśli tylko chcę. Chyba w snach... W nocy miałam sen. Szybko pakowałam walizki, spieszyłam się, ale do pokoju wszedł bez pukania nieznajomy mężczyzna. Powiedział, że mój przyjaciel umiera. Po oznajmieniu takiej wiadomości wyobraziłam sobie co by się stało z naszą przyjaźnią gdybym wyjechała. Jestem osłabiona i omdlewam. Tracę świadomość. *** - ..... idąc leśną ścieżką, zobaczyłem z daleka, jak jakaś dziwna postać w podartym ubraniu przeleciała mi przez drogę. Myślałem, że będe ją widział w głębi lasu, w tym kierunku gdzie ona pobiegła, ale schodząc ze ścieżki niespodziewanie zniknęła. Zdecydowanie to była jedna z najdziwniejszych rzeczy jakie widziałem w życiu. Nie wiem, może to była wiedźma. - Filip właśnie opowiadał mi jego niesamowitą historię... - Bardzo śmieszne. Już Ci wierzę. Może opowiem Ci coś mało fascynującego, ale nie dającego mi spokoju. W pierwsze dni pobytu w Czarnym Lądzie, gdy byłam u siebie w pokoju, usłyszałam pukanie do drzwi. Gdy je otworzyłam nikogo tam nie było. Co to mogło być? - To nic niesamowitego... - Jak to? - Masz na myśli chyba dzień, w którym przyszedłem do domu twojej ciotki, razem z babcią. Babcia rozmawiała z panią Walerią, a ja nie chciałem im przeszkadzać. Kręciłem się tu i tam, chciałem Cię odwiedzić, choć miałem pewne wątpliwości. W końcu w dniu kiedy Cię poznałem byłaś dla mnie strasznie zimna i niedostępna, jak Królowa Śniegu. Twoja ciocia powiedziała mi gdzie masz pokój i wszedłem tam na górę, do Ciebie. Swoją drogą podziwiam Cię za to, że codziennie wspinasz się po tych schodach. Są stare, drewniane, skrzypiące... - Do rzeczy! A z resztą, już się domyśliłam. To ty zapukałeś wtedy do drzwi, a później stchórzyłeś, tak? Bałeś się Królowej Śniegu? Filipku, za czasów Williama Szekspira o takich ludziach jak ty, mówiło się, że mają blade serce. Pobiłeś samego siebie. - powiedziałam z sarkazmem w głosie, co przyprawiło Filipa o gęsią skórkę. ACHCH.... jak lubię to robić. Dokuczanie mu sprawia mi taką uciechę, jak czarownicom odprawianie swoich zaklęć. Niestety muszę się w tym ograniczać, żeby to nie wyszło na jaw. - Anielko, doprawdy nie wiem po kim odziedziczyłaś geny, ale ktoś w twojej rodzinie musi być niezłym dominatorem. - odparł, myśląc, że w ten sposób mi dogryzie. Lubię dominować i lubię się do tego przyznawać. - Dawno nie słyszałam tak pochlebnego słowa z Twoich ust. Powinnam im to wynagrodzić... - i po raz pierwszy go pocałowałam! Sama nie wiem co we mnie wstąpiło, ale ogród cioci Walerii ma specyficzny urok, którego nie da się opisać. W nim człowiek czuję się dziwnie prowokowany do różnych rzeczy. Na dodatek te róże dostarczają bardzo silne i słodkie zapachy. A właśnie podczas tej rozmowy siedzieliśmy na tamtej chuśtawce, ale wcale się nie chuśtaliśmy. - Teraz już mam pewność, że nie jesteś podobna do Królowej Śniegu. - odparł z dziwnym błyskiem w oczach. Nie znałam takiego Filipa. Czy na pewno chciałam poznać jego nowe oblicze? Pogodziłam się z wizją innego Filipa i dlatego wolałam pójść na koncert ze starymi znajomymi. Bo do tej pory niczym mnie nie przyciągał. Na szczęście w tej chwili z domu wyszła ciocia Waleria. Naprawdę, tyle Filipa wystarczyło mi na dzień dzisiejszy. Małymi krokami zbliżał się wieczór. Poszłam do swojego pokoju nieco wcześniej niż zazwyczaj. Gdy zachodziło słońce, ja tak jak kiedyś stałam na balkonie, nawet byłam w tej samej halce. Tylko, że po raz pierwszy nie czułam się samotna, mimo, że mój Romeo nie stał przecież pod tarasem. Ale czułam go telepatycznie i byłam pewna, że on mnie również.

1 SIERPNIA, sobota (czyli następnego dnia) Obudziło mnie po raz pierwszy nie pianie koguta, lecz śpiew ptaków. W swojej zwiewnej halce zatańczyłam tango. Wiem, że do tanga trzeba dwojga, ale nic się nie stanie, jeśli poćwiczy się go wpierw samemu. Otworzyłam na oścież okno i wystawiłam za nie głowę. Nawiązałam język z ptakami. To ja pierwsza skończyłam rozmowę, żeby powitać dzień na dole mieszkania. Polubiłam mój korytarz i jego tajemniczość, już nie taką obmierzłą. Gdy go ostatni raz sprzątałam, nie zebrałam tylko jednej pajęczyny, dlatego, że zobaczyłam uwięzioną w niej ćmę. Pomyślałam, że to była ta, którą kiedyś tam wypuściłam, zamiast za okno. Biedaczka. Śniadanie zrobiłam sobie sama, bo cioci nie było w domu. To nie tak, że jestem leniuchem, po prostu kiedy ciocia jest w mieszkaniu, zazwyczaj nie pozwala mi go zrobić, bo już gdy schodzę jest na stole. Dwunasty lipca był wyjątkowy pod tym względem. Przyszykowałam sobie świeżą kromkę chleba (ciocia musiała kupować dziś pieczywo) i nałożyłam na nią twarożek ze szczypiorkiem. Zaparzyłam kwaśno-słodką herbatę, ale bardziej kwaśną niż słodką, którą już polubiałam. Po zjedzeniu śniadania znów poszłam do swojego pokoju, żeby się ogarnąć, przyczesać włosy, ubrać. Dostałam sms-a od Filipa z pytaniem czy dzisiejsze spotkanie nadal aktualne. On jest moim stróżem, bo zapomniałam całkiem o tym, że się umówiliśmy! Tak dużo o nim myślałam, że w końcu wyleciało mi to z głowy. Czy ze mną jest coś nie tak? Przez godzinę leżałam bezczynnie na łóżku. Później stanęłam przed wielkim lustrem w mojej sypialni. Wyciągnęłam z kosmetyczki szminkę o delikatnym, różowawym odcieniu. Była matowa, taka jaką chciałam. Nie przypominam sobie kiedy korzystałam z pudru, ale zawsze pałętał się w moich kosmetykach i teraz go użyłam. Założyłam moją jedyną, białą sukienkę, o prostym i dziewczęcym kroju. Do tego czarne czółenka oraz mała, skórzana i błyszcząca torebeczka o odcieniu smoły. Te dwa ostatnie artykuły pasują do koloru moich ciemnych włosów. Znów stanęłam przed lustrem i stwierdziłam, że mój ubiór jest bez zarzutów najodpowiedniejszy. Co prawda zajęło mi to pół godziny (mój czasowy rekord - zawsze szykowałam się krócej), ale było warto. Dlaczego tak się stresuję? Kiedy się z nim umawiałam byłam pewna, że to spotkanie będzie dla mnie jak każde inne, nieco obojętnie do niego podchodziłam. A wczoraj ten jeden pocałunek uczynił z niego księcia. Najwyraźniej ogród mojej cioci też jest zaczarowany. Wiedziałam gdzie jest park i bez trudu odnalazłam starego kasztanowca. Przyszłam przed Filipem, a przynajmniej takie miałam wrażenie. Pod kasztanowcem stała wolna ławka, więc usiadłam na niej. Muszę przyznać, że park jest bardzo dobrą scenerią dla randki. Mimo tego nikogo w nim nie widziałam. Zaczęłam się irytować, dlaczego jeszcze go nie ma, ale spojrzałam na zegarek - miałam tu być dopiero za kwadrans. Minęło pięć minut i wstałam z ławki. W tym samym momencie odwróciłam się i zawiesiłam spojrzenie w głąb ścieżki idącej od lasu. Zauważyłam czyjąś niewyraźną sylwetkę, wychodzącą z za zakrętu. Postać była ubrana na ciemno, może to ta wiedźma, którą kiedyś spotkał Filip, znów zażartowałam sobie z niego. Jednak później zobaczyłam, że to chłopak. To był Filip. Kiedy się do mnie zbliżył poczułam dreszcz na plecach. - Mój aniołku, wyglądasz zjawiskowo. - odparł i widziałam, że ledwo łapie dech w piersiach. Pierwszy raz zwrócił się do mnie "aniołku". - Ty również prezentujesz się nie najgorzej, hihi - wyglądał jak pan ciemnej strony mocy. Miał na sobie czarny płaszcz i skórzane spodnie tego samego koloru, jedynie białą bluzkę. Jako buty założył glany. Na swoje kędzierzawe włosy nałożył trochę żelu. Oczywiście w myślach postawiłam mu o wiele wyższą ocenę. - Jesteś dziś black and white, doskonałą równowagą zła i dobra. Nie to co ja. - dodał starając się mówić normalnym głosem. Królowa Śniegu była ubrana cała na biało, a mimo tego jest typowo złą postacią. - kusiło mnie żeby mu dogryźć, ale w czas opanowałam się. To zdanie mogłoby zaważyć na naszym samopoczuciu, a mi przecież zaczęło zależeć. Pierwszym miejscem w jakie mnie zabrał była mała kawiarenka niedaleko parku. Kupił nam capuccino, a mi zamówił jeszcze czekoladowe ciastko z wisienką. Rozmawialiśmy o błahostkach, opowiedziałam mu między innymi mój straszny sen, który nawiedza mnie co pewien czas. Biała postać z czarnymi, rzadkimi włosami przenika przez bramę od cmentarza i biega po dróżkach. Ma wypalone oczy, zniekształcony kształt głowy i poniszczone, poprute ubranie. Tej zmory nie da się polubieć. Gdy wyszliśmy z kawiarenki zaczął padać deszcz. Kolejne miejsce podobno leżało daleko od niej, więc żeby nie tracić czasu złapał mnie za rękę i pobiegliśmy. Chyba w tym pośpiechu nie zapłacił nawet rachunku... Kiedy mijaliśmy starego kasztanowca przestało padać i znów wyszło słońce. Poszliśmy tą ścieżką, która prowadzi do lasu. W pewnym momencie wyjęłam swoją dłoń z dłoni jego. Było mi trochę niezręcznie. Szliśmy w milczeniu, ale nie byliśmy na siebie obrażeni. Rozglądałam się na około siebie. Ten las mnie fascynował - po deszczu liście i trawa były mocno nasycone zielenią. Cała przyroda biła tutaj zdrowiem i siłą. Każdy kwiatek z dumą trzymał swoją główkę skierowaną w górę. Było tak kolorowo. Widziałam jednak, że Filip wcale nie zachwyca się tak jak ja. Popatrzałam mu się w oczy i uśmiechneliśmy się do siebie. Zaczynamy dogadywać się bez słów. - Posłuchaj, wiem, że w tym lesie jest bardzo ładnie, dlatego tak się ubrałem. Żeby skupić na sobie twą uwagę. - Przepraszam, już powracam do pionu. - odrzekłam filuternie. - Za chwilę pokażę Ci prawdziwy krajobraz. Można go uwiecznić na obrazie. Później milczeliśmy, ale tylko do chwili kiedy minęliśmy kolejny zakręt, a po nim był już drewniany mostek, nad szemrzącym strumykiem. Tu się zatrzymaliśmy. Po prawej stronie był jeszcze las, ale właśnie tam się skończył. Po drugiej stronie strumyka były łąki i pola, a nasza dróżka chyba nigdy się nie kończy. Z daleka widać zielone doliny i wzgórza, a między nimi płynie sobie rzeczka. Słońce uśmiecha się tam za dolinami... Filip mnie nie oszukał. Tu jest naprawdę ślicznie. Niebo jest wielobarwne, a na dole żółć przechodzi w burgundową czerwień, taką jaką teraz mają jego oczy. - Filipie, to najpiękniejszy widok jaki widziałam. Teraz wiem dlaczego tak lubisz Czarny Ląd. I ja go polubiłam. - Nie, ja go nie lubię tylko kocham, zapamiętaj to. I niestety muszę się z nim rozstać po wakacjach. - Wiem, ale przecież możemy tu razem…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych