Wróć do katalogu

Warszawa 5055

Polska wizja. Wizja świata za trzy tysiące lat. Warszawa po zagładzie nuklearnej, oczami człowieka, który jedyne czego chce to poznać prawdę.

Radioaktywna, opublikowano , 32 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Witaj. Witaj w świecie, w którym od dobrych chęci gorsze są tylko marzenia. W świecie, w którym strach jest dobry, bo tylko on pozwala przeżyć. Witaj w świecie idealnym. W świecie,w którym nie rządzą już ludzie. W świecie, w którym stworzono coś lepszego niż my. Witaj w roku pięć tysięcy pięćdziesiątym piątym. Wiesz po co żyjesz? Nie? Nikt nie wie.

Wydawało się, że wszystko będzie dobrze. Pamiętasz jeszcze moment, kiedy ludzkość ujrzała pierwszy prototyp Hiro? Czegoś, co miało wyręczyć nas w codzienności. Pamiętasz rok, w którym jego dostępność była już powszechna? I wreszcie... Pamiętasz, kiedy zaczął być samodzielny?

Mamy rok pięć tysięcy pięćdziesiąty piąty. Mieszkamy w kraju, który już dawno stracił swoją nazwę, pod rządami czegoś, co nie jest człowiekiem. Naszym światem rządzą roboty. Mówimy językiem, tak samo mechanicznym jak wszystko, co nas otacza. Jedynie nocą, przy szczelnie zamkniętych oknach, stworzonych ze szkła, które nie przepuszcza trujących gazów do naszych mieszkań, wracamy do czasów, w których byliśmy panami. Do czasów ludzi, którymi jesteśmy. Bez masek przeciwgazowych i kombinezonów, chroniących nas przed promieniowaniem. Odgrodzeni od wieżowców otoczonych chmurami iperytu. Bezbronni wobec świata, w którym bez skafandrów jesteśmy jak muchy, które też już dawno wyginęły.

Spójrz za okno. Śmiało. Widzisz to? Warszawa. Rok pięć tysięcy pięćdziesiąty piąty. Pamiętasz, jak, kiedy jako dziecko biegałeś wśród kamienic, otoczonych hałasem codzienności? Szmer samochodów przejeżdżających po asfalcie i krzyk twojej matki, wołającej cię na obiad z ostatniego piętra bloku? Teraz jesteś kilkadziesiąt lat starszy. Nie jesteś już dzieckiem. A świat, w którym żyjesz, nie jest już światem, do którego należysz. Nawet twoją matkę zabił wszechobecny iperyt. A może nie on? Może to oni? Istoty idealne. No tak. W końcu pozbawione są uczuć.

A teraz. Spójrz na mnie. Pamiętasz mnie? Urodziłem się, bo moja matka była na tyle głupia, że postanowiła mnie nie zabijać. Urodziłem się, kiedy światem rządziło już coś, co stworzyliśmy sami. Pamiętasz tę historię? Poród mojej matki wśród krwi i kobiecego krzyku? Pamiętasz, kim była? Miała na imię Maria. A potem umarła. A ja jestem "Mechaniczny" - mam na imię Mero i nawet to nie jest we mnie normalne. Tak samo jak elektroniczne dłonie i prąd płynący w moich żyłach zamiast krwi. Kiedy to się stało? Nie pamiętam. Ale nie jestem już człowiekiem. Pamiętasz to wszystko? Nawet nie wiesz jak bardzo ci zazdroszczę. W rzeczywistości moje życie zaczęło się zaledwie dwa lata temu. I od samego początku nie było usłane różami. Patrzysz na mnie. Widzisz to. Wiesz. To, że muszę tu żyć, każdego dnia uśmierca mnie coraz bardziej. Zakładasz maskę przeciwgazową a ja otwieram okno. Biorę głęboki wdech. Iperyt w moich stalowych płucach wywołuje mdłości. Pomimo to nic mi nie jest. Oddycham. Podnoszę powieki. Powietrze drażni oko. Tylko jedno. Drugie to soczewka, tak samo sztuczna jak połowa mnie. Mierzę wzrokiem drogi dawnej Warszawy. Po ulicach powolnym krokiem przechadza się nasze dzieło. Nie ma już szmeru samochodów. Wszystkie pojazdy unoszą się w powietrzu, dziesiątki metrów nad powierzchnią ziemi, na żółtym niebie, wśród oparów gazu musztardowego. Są czarne. Czarne jak moje myśli. Wieżowce w połowie ukryte w chmurach nie są już siedzibami ludzi. Teraz zajmują je roboty. Ludzie nie pracują. Niepotrzebne są pieniądze. I tak wszyscy są głodni. Bo wszystko jest trujące. Kiedyś była to ulica Stawki. Teraz chyba nie ma już nazwy. Jakiś bezdomny, pozbawiony zabezpieczenia zbiera z ziemi kawałki swojego poparzonego ciała. Niepotrzebnie. Chyba wciąż nie wierzy w to, że za chwile umrze. Rozglądam się w poszukiwaniu ludzi. Nie ma ich. Nie widzą sensu w wychodzeniu z domu. Mimo to ulice są zatłoczone. Sam powiedziałeś kiedyś, że tak łatwo pomylić ich z ludźmi. Tylko, że oni nie mają skafandrów. I przechadzają się po Stawki jakby przez ostatnie trzy tysiące lat nic się nie zmieniło. Pamiętasz pierwszy prototyp? Nie wyglądał jak człowiek. A potem ktoś zaczął go udoskonalać. A dziś są ich tysiące. Wyglądają tak niewinnie. Budzi się we mnie gniew. Nie słychać rozmów. Jedynie wszechobecny, mechaniczny dźwięk. - Mero, wystarczy. - Dyszysz. Pomimo maski przeciwgazowej iperyt sprawia ci ból. Zamykam okno. Włączają się wentylatory. Spoglądam na ciebie spod przymrużonych powiek. Jesteś stary. Pamiętasz jeszcze czas, kiedy widać było słońce i błękitne niebo. Ja już tego nie pamiętam. Gdybyś zdjął skafander zobaczyłbym siwą brodę i resztę włosów na poparzonej głowie. Jesteś profesorem. Masz na imię Adam. Adam Nocek, jeden z niewielu, którzy przeżyli zagładę. Zdejmujesz ochronę, gdy wentylatory oczyszczają powietrze z iperytu. Kiwasz głową z niedowierzaniem. Nie ufałeś mi. Nie wierzyłeś, że potrafię przeżyć. A teraz stoję przed tobą. Z płucami wypełnionymi trującym gazem. A ty wiesz, że nie stoi przed tobą człowiek. Wiesz, że nim nie jestem. Mam dwadzieścia dwa lata. Ty ponad dziewięćdziesiąt. Jesteś człowiekiem. A ja? W połowie robotem. Po co tu przyszedłem? By poznać prawdę. Czym jest Hiro? Co spowodowało zagładę? Dlaczego stworzyli ze mnie to...To coś. - To było tak dawno... - Wzdychasz. Zdaję sobie sprawę, że nie chcesz mówić. Ale tylko ty żyjesz. Tylko ty wiesz! - Mam świadomość, że pan to pamięta. - Odpowiadam, a gdyby moje serce było w stanie, teraz z pewnością zabiłoby szybciej. Odwracasz się do mnie plecami. Podchodzisz do metalowej skrzyni i zakładasz rękawice. Otwierasz ją i wyciągasz książki. Spoglądasz na mnie krztusząc się, a ja czuję, że wszystkie karty przesiąknięte są trującymi oparami. Pewnie czymś jeszcze gorszym niż to, co teraz wisi w powietrzu. Rzucasz jedną z nich na stół i ruchem głowy pokazujesz, że mam podejść. - W skrzyni jest ich więcej. Twoja matka nie chciałaby, żebyś to widział. Ale ty już nie jesteś człowiekiem, Mero. Jeśli nie tak, dowiedziałbyś się w inny sposób. - Mówisz, po czym wychodzisz z gabinetu trzaskając drzwiami. Żegna mnie jedynie twój suchy kaszel i odgłos kroków w ciężkich butach, odbijający się echem od ścian ze stali.

Warszawa, styczeń. 4901 rok.

Nazywam się Jan Nocek. Jestem twórcą. A moje dzieło nazywa się "Hiro".

Zamieram. Jestem sam. Wyszedłeś. Biorę wdech. Zyskałem coś, co znaczy więcej niż ostatnie dwadzieścia dwa lata. Widzę twarz mężczyzny, który właśnie wyszedł. Obliczam ile lat minęło od tego zapisu. Czyżby Jan Nocek był twoim ojcem? Przewracam plazmowe strony, oglądając skomplikowane szkice pierwszego robota. Na jednym z nich jest dłoń. Spoglądam na swoje ręce. Stworzone z tysięcy kawałków metalu i śrub. Sprawne, a jednak sztuczne. Identyczne jak te na rysunku. Zaciskam pięści. Po chwili wracam do pierwszej strony.

Znajduję się w laboratorium, mieszczącym się pod budynkiem numer 14 przy ulicy Stalowej w Warszawie. Jest rok 4901. Pracuję nad stworzeniem istoty idealnej, którą mam zamiar nazwać Hiro. Moim asystentem jest Krzysztof Post. Naszym zadaniem jest stworzyć to, czego nie udało się osiągnąć nikomu przez tysiące lat - stworzymy sztuczną inteligencję.

Reszta strony jest pusta. Kilka następnych zapełniają rysunki i szkice. To wszystko, co już wiem. Przerzucam karty, a elektroniczne litery drgają pod wpływem narastającej we mnie niecierpliwości. To tylko szkice, tylko notatki na temat budowy Hiro. A nie takich informacji szukam. Podnoszę się. Podchodzę do stalowego pudła. W środku nie ma ich wiele. Przeglądam każdą, powoli tracąc nadzieję, ze cokolwiek w nich znajdę. Uśmiecham się, lecz gniew rodzi się w moich trzewiach. Wzdycham. Przerzucam kolejne strony. Po chwili namysłu wracam do pierwszych ksiąg przyglądając się uważniej rysunkom. Zagryzam wargi. Świadomość, że to wszystko byłoby łatwiejsze gdybym pamiętał całe swoje życie budzi we mnie gniew. Mój świat zaczął się dwa lata temu w pokoju bez okien i drzwiami bez klamki. W sterylnej bieli, na zimnej podłodze. Z okropnym bólem głowy. Wtedy byłem już... Taki. W połowie mechaniczny, zmuszony ukrywać swoją twarz pod maską, by nie pokazywać szklanego oka i metalowych części zastępujących kości. Zginam palce. Są o wiele sprawniejsze niż ludzkie. Metal błyszczy w świetle halogenów. Czego ja właściwie szukam? Przyglądam się swoim dłoniom, tak jak robię to każdego dnia od dwóch lat, myśląc, że znajdę w wygrawerowanych liniach papilarnych odpowiedź na wszystkie dręczące mnie pytania. Wszystko, co wiem to tylko domysły. A pytań jest zbyt wiele. Wyciągam kolejne książki. Przeglądam je, nie wiedząc, czego dokładnie szukam. Spędzam tu cały dzień. Gdy światło dnia zamienia się w błękitne promieniowanie na linii horyzontu wciąż tkwię na podłodze obok skrzyni. Nie czuję zmęczenia. Wpatruję się w słowa i nie widzę sensu.

Warszawa, październik 4906 rok.

Krzysztof Post odszedł. Zrezygnował z zaszczytu bycia moim asystentem. Nie popiera nowego pomysłu na stworzenie prototypu. Zapomina, że każdy sukces zbiera za sobą ofiary. Jest nas wielu, nikt nie zauważy braku jednej osoby. Kogoś, kto nawet nie ma rodziny. Ale on tego nie rozumie. Jego strata.

Czytam. Czytam to po raz piąty. Zastanawiam się, kim jest ofiara. Patrzę w okno. Warszawa nigdy nie jest prawdziwie nocna. Blask promieniowania jest jak drugie słońce. Przerzucam kolejne strony. To piąta - ostatnia księga. Od pierwszych pomysłów minęło pięć lat.

Warszawa, grudzień 4906 rok.

Zniknęły wszystkie moje projekty. W nocy z 20 na 21 grudnia ktoś włamał się do mojej pracowni i wykradł wszystkie moje plany. Nikt nie wie, że jednocześnie tworzę dwa projekty, jeden – główny, znajduje się w laboratorium. Prawdziwy robot, prawdziwa sztuczna inteligencja. W niższych kondygnacjach znajduje się coś, nad czym pracuje nocami. Człowiek. To właśnie na jego anatomii wzoruję prototyp Hiro. Utrzymuję go w stanie trwałej narkozy, by móc pracować nad jego ciałem. Do tej pory udało mi się wymienić połowę jego narządów na mechaniczne i wciąż żyje. Tu już ósma próba stworzenia działającego, elektronicznego serca. Poprzednie przypadki zmarły z powodu wadliwej pracy stworzonej repliki. W czterech innych stwierdziłem zgon na wcześniejszych stadiach modyfikowania.

Zaciskam mechaniczne palce na plazmowych stronach. Litery rozmazują się. Zamykam oczy. Nie wiem czy chcę wiedzieć co jest dalej. Ile osób musiało zginąć by powstał Hiro? Spodziewam się, że i ten przypadek zginie. Otwieram oczy. Czytam dalej.

Po długich zmaganiach przy tworzeniu mechanicznego serca, kolejny pacjent umiera. Zgon nastąpił pod wpływem nieprawidłowego działania zastawek. Aktualnie pracuję nad stworzeniem wyjścia z sytuacji. Jednym z najbardziej racjonalnych wydaje się zastąpienie krwi czymś innym, by nie ryzykować uszkodzenia części mechanicznych. Nie przyjęła się również lewa dłoń, która w badaniach poprzedzających zgon nie wykazywała zdolności ruchu. Jedyną możliwością naprawy tego, jest wymiana mięśni na ich mechaniczne zamienniki. Na dzień dzisiejszy należy stworzyć je tylko dla pracy dłoni. Zamontowanie w nich systemu odbierającego fale mózgowe i powinno stanowić większego problemu.

Po moich plecach przebiega dreszcz. Czytam słowa człowieka, dla którego czyjaś śmierć jest nic nieznaczącym epizodem w drodze na szczyt kariery naukowej. Kolejne karty znów zajmują rysunki. Dostaje szanse zobaczenia jak wyglądają pierwsze plany sztucznych mięśni. Omijam to. Nie jestem w stanie na nie patrzeć. Przestaję przewracac strony dopiero, gdy widzę tekst.

Warszawa, styczeń 4907 rok.

Znalezienie kolejnego człowieka do badań wcale nie jest takie trudne. Tym razem jest to mężczyzna.

Wpatruję się w zdjęcie kolejnej ofiary. Szare oczy, gęste brwi ukryte pod zmierzwionymi, ciemnobrązowymi włosami sięgającymi ramion. Wystające kości policzkowe, szczupła twarz pokryta szczeciną kilkudniowego zarostu. Nieśmiały uśmiech błąkający się na bladych ustach, odznaczających się na tle brązowej cery. Nie mogę odwrócić wzroku. Zamiast czytać dalej patrzę. Nie wierzę. Próbuję wmówić sobie, że to zwykła pomyłka.

Omijam informacje o ofierze. Kończy się strona. Nie mam siły przerzucić karty. Opieram głowę o ścianę. Dopiero teraz uświadamiam sobie, że zaciskam zęby. Serce bije mi tak samo spokojnie jak zwykle. Ono nigdy nie bije inaczej. Przewracam stronę.

Czuję, że tym razem mi się uda. Organy, których działanie sprawdziłem zainstalowane są już do prototypu Hiro. Wszystko działa w zupełności sprawnie. Postanowiłem stworzyć w sercu swego rodzaju agregat, którego zadaniem jest produkować energię, która przepływać ma przez żyły zamiast krwi, jednocześnie odżywiając organizm. W późniejszym czasie, kiedy zastąpię już większość narządów częściami mechanicznymi, owa substancja będzie jednocześnie napędzała wymienione już członki oraz utrzymywała przy życiu organy wciąż ludzkie. Aktualny obiekt badań jest mężczyzną silnym i zdrowym. Jego ciało nie jest atakowane przez żadne groźne choroby. Organizm nie jest wyniszczony przez używki. Obiekt nie jest od niczego uzależniony.

Znajduję się na etapie wymieniania części już sprawdzonych. Wątroba i płuca działają sprawnie. Żołądek po drobnych komplikacjach przyjął się do organizmu. Pozostałe organy czekają na przeszczep. W późniejszym terminie zajmę się wymianą narządów krwionośnych i mięśni. Profesor Krzysztof Post grozi mi Trybunałem Naukowym. Uważa, że moje działania są niemoralne. Uczelnia Obiektu zamieściła ogłoszenie o poszukiwaniach jednego ze swoich uczniów.

Ucisk w gardle staje się coraz mocniejszy. Przełykam ślinę. Czytam dalej.

Warszawa, marzec, 4907 rok

Po długim i bardzo skomplikowanym zabiegu wszystkie narządy krwionośne zostały zmechanizowane. Wszystko pracuje prawidłowo. Zamienniki nie utrudniają ruchów, a energia przepływa sprawnie. Agregat działa bez zastrzeżeń. Nie ma również żadnego problemu z wymienionymi mięśniami. Pozostała jedynie zamiana dłoni na elektroniczne. Kolejnym etapem jest twarz. Pracuję nad stworzeniem sztucznego oka, bezpośrednio połączonego z płatem czołowym. Do tek pory nie udało mi się stworzyć mechanicznego mózgu, jednak jestem bliski celu, po badaniach przeprowadzonych nie nieżyjących już obiektach. Organizm obiektu jest odporny na wszelkie skutki uboczne modyfikacji. Udało mi się stworzyć prototyp kości. Wypróbuję go podczas montażu gałek ocznych. Z początku zajmę się tylko lewą częścią twarzy, by w razie komplikacji nie uszkodzić zbyt wiele. Jestem bliski osiągnięcia celu. Profesor Krzysztof Post domaga się zaprzestania moich badań. Wciąż grozi mi Trybunałem Naukowym. Uczelnia obiektu nie ustaje w poszukiwaniach swojego ucznia. Do sprawy włączyła się policja.

Wstaje. Chodzę po pokoju, patrzę na swoje stopy w ciężkich, czarnych butach. Mija długa chwila zanim znów wracam do lektury.

Warszawa, czerwiec, 4907 rok.

To niemożliwe! Zginął! Do tej pory udało mi się wymienić lewą część twarzy. Soczewka działa bez zarzutu. Obiekt jednak zniknął! Miało miejsce kolejne włamanie. Pomimo zwiększonych zabezpieczeń włamywaczowi znów udało się dostać do laboratorium. Tym razem nie zniknęły żadne dokumenty. Zniknął obiekt. Byłem już tak bliski stworzenia mechanicznego mózgu. Po dzisiejszej sytuacji zamknąłem trwale wejście do pracowni. Teraz można dostać się do niego jedynie wejściem nieznanym nikomu poza mną. Czas zacząć badania od początku. Skradziony obiekt nie przeżyje dnia. Działanie jego organizmu musi być stale kontrolowane. Poza tym w jego systemie zainstalowana jest samo destrukcja, która dokona się w momencie braku możliwości podtrzymania pracy narządów wewnętrznych. Doprawdy, złodziej nie przemyślał swoich czynów.

Mam już dość. Zaciskam powieki. Nie chcę więcej tego czytać. Wracam kilka kart wstecz. Znów widzę zdjęcie. Po prawym policzku spływa łza. Łza rozpaczy i gniewu. Wpatruję się w…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych