Wróć do katalogu

wersja robocza

wersja robocza k

oddball, opublikowano , 5 godz. 34 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

ROZDZIAŁ I

Jest piątkowy wieczór. Siedzę u dziewczyny i próbuję ją namówić do najlepszego. Jej siostra siedzi ze swoim dzieckiem w pokoju obok. Mieliśmy, tak jak i ona, zamknięte drzwi, ale w tej sytuacji też odczuwaliśmy niepokój. Miała długie włosy, cudowną pupę i wystarczająco duże piersi. Wpatrywałem się w nią od godziny i myślałem tylko o jednym. Jej mama wyszła z domu zanim przyszedłem, pozbywając się nieprzyjemnej roli przyzwoitki. Marzyłem o tym zanim jeszcze pomyślałem, że dzisiejszy wieczór spędzę właśnie z nią. W mieście było dużo dziewczyn, ale Maria od samego początku rzuciła mi się w oczy. Traktowała ludzi z szacunkiem, z uśmiechem i z życzliwością. Z natury jestem bardzo nieśmiały, więc pierwsze, co zrobiłem, to zamówiłem browara. I tu jej podpadłem. Miała swoje zasady. Jedną z nich było: nie upijać się na pierwszym spotkaniu. Jak wiadomo dotyczyło to drugiej połówki, czyli mnie. Kobieta twardo stąpająca po ziemi. Była za bardzo arogancka, ale dzięki temu zdobyła najbardziej oddanego faceta w mieście. Mam nadzieję, że o tym wie. Minęło trochę czasu, gdy wszystko zaczęło się jakoś układać. Pozwoliła mi pić piwo, a sama ograniczyła się do znikomych uwag. Kiedy zaczęliśmy się trwale spotykać, dostrzegłem cały obraz jej charakteru. Jej oczy miały wyraz dziecięcej naiwności, a zarazem pewności siebie. Wydała mi się chłodna. Nie paliła. Uznałem, że tak być powinno i umówiłem się z nią na kolejne spotkanie. Jestem zodiakalnym rakiem. Piekielnie nieśmiały wyraz twarzy mógł zdradzać mój nie profesjonalizm i zbyt olewające podejście do niej. Chociaż była o cztery lata młodsza, przy każdym spotkaniu wydawało mi się, że to ja jeszcze nie ukończyłem osiemnastu lat. Czułem się głupio. Ostatnio przeszedłem ostrą szkołę mającą na celu zwiększenie pewności siebie i otwartości. Trzydzieści dni przebywałem u cioci, która każdego dnia starała się zrobić ze mnie człowieka. - No, nie pesz się tak – mówiła, gdy razem robiliśmy gołąbki. Zauważyłem, że rumienię się nadzwyczaj często i to w sytuacjach dość normalnych dla normalnego człowieka. Może w młodości za rzadko chodziłem do pubów. Nie jestem postury siłacza ani nie mam charakterystycznego dźwięku w głosie, dzięki któremu wszystkie kobiety mogłyby być moje. Tak, więc, gdy zżerały mnie nerwy przy robieniu gołąbków, ciocia powiedziała, że muszę sobie znaleźć pracę. Nie wiem, dlaczego, ale po pół godzinnej rozmowie na temat mojej przyszłości i pracy, denerwowałem się jeszcze bardziej. Nikt z was nie uwierzy, ale za każdym razem, gdy miałem się spotkać z ciocią i porozmawiać o postępach, moje serce zaczynało podchodzić do gardła. Za każdym razem, gdy słyszałem chichoty moich kuzynów, mój wzrok spoczywał na najbliższym przedmiocie spoczywającym w kuchni. Jedyne, co mogłem zrobić, to myśleć o Asi. Starałem się jak mogłem, aby jej zaimponować. Jej wyraz twarzy był nieodgadniony. Z próbą zaimponowania komuś jest różnie. Czasami wychodzisz na tym dobrze, a czasami robisz z siebie błazna. Ją wprawiało w zachwyt. Próby auto promocji wychodzą mi chyba najlepiej. Ciocia przyglądała się mojemu zachowaniu, które jak tylko mogłem, doprowadzałem do granic perfekcyjności. Podeszła do mnie i klepnęła mnie w ramię, jakby chciała powiedzieć: jestem z Tobą. Samodzielnie posprzątałem cały taras. Była zachwycona. - ??? – powiedziała. Jak zwykle czułem się nadzwyczaj zadowolony, ale nie wiedziałem, z czego to wynikało. Może przy niej nie czułem się tak samotny. Łaknąłem czyjeś ręki na moim ramieniu, czyichś miłych słów na dobranoc, porannego śniadania w gronie przyjaciół – jak najwyraźniejszych oznak czyjejś obecności. Czułem się dobrze. - Zamierzasz zostać na dłużej czy tylko na weekend? – spytała ciocia. Nie pamiętam, jaką wtedy zrobiłem minę, ale na jej widok, ciocia spuściła głowę. Jej oczy były poszerzone, a głos nie zmienił się nawet o pół tonu, nienawidzę, kiedy zdarza się taka sytuacja. Od razu ogarnia mnie poczucie winy. Ktoś kiedyś powiedział, że gdy byłem mały, zostałem poniżony, to, dlatego, gdy rozmawiam z drugim człowiekiem, obniżam oczy na dół. Wyglądam wtedy jak wystraszony pięciolatek. - Przepraszam – powiedziała – mówię głupstwa. Nic nie powiedziałem. I od razu uzmysłowiłem sobie, że robię głupstwa. Moje życiowe doświadczenie jest jeszcze zbyt niedojrzałe. Czasami wydaje mi się, że mam kompleks mniejszości. Rozmowa z kobietą w moim wieku nie należy do łatwych zadań, ale długi dialog z ciocią to zupełnie skomplikowane. Za bardzo się staram, ale tak bardzo mi zależy. Kolejnym dniem była niedziela. Rozprostowałem ręce spoglądając na resztki po grillu. Ciocia też wstała. Jak zwykle promieniała miłością i życiem. Posprzątałem po gościach. Ona zajęła się przygotowywaniem śniadania. Gdy skończyłem, wszedłem do kuchni, gdzie zmywała naczynia. Gdy tylko usłyszała moje kroki, od razu się odwróciła i niepewnie uniosła ku mnie twarz. Wyglądała jakby czekała aż coś powiem. Naprawdę chciałem coś powiedzieć. Bardzo. - Skończyłeś? – zapytała nagle. Sprzątaliśmy jeszcze kilkanaście minut rozmawiając o różnych rzeczach. Czułem się dziwnie uradowany tym, że jest do mnie wciąż pozytywnie nastawiona. Od samego początku traktowała mnie najlepiej jak mogła. Mówiłem jej o sprawach w domu, co u dziadków, a ona mówiła, czym teraz zajmuje się wujek i moi bracia. Dzwonili, by zapytać, czy nic nie trzeba kupić. Byli na strzelnicy. Niedziela to dzień treningu. Kiedyś tego próbowałem, byłem w tym nawet dobry, ale wszystko rozeszło się po kościach. Ciocia bała się o swoich chłopców, bo oni nie nawiedzili tego robić, ale wujek miał wobec nich własne plany. - No, skończone – powiedziała – mamy piękny dzień. - Tak… – wymamrotałem. - Nigdy nie mam na nic czasu. - Ja też nie. - Ależ ten czas szybko leci – spojrzała na mnie. - To prawda. Później wyszła, zostawiając mnie ze szklanką herbaty i ciszą, która jak nigdy była zbyt dobrze słyszalna. Poczułem się samotny. Znowu. Czasami wydaje ci się, że dzisiejszy dzień jest twoim ostatnim, że nigdy nie zrobisz tego, o czym marzyłeś, tego, co zaplanowałeś. Każda minuta wydaje się być wtedy tak ważna. Cały dzień spędziłem na oglądaniu starych i nowych książek w ogromnej domowej biblioteczce. Nigdy nie przypuszczałem, że kiedykolwiek będę to robił, a jednak ostatnio lubię to robić. Gdy czytam biografie autorów, czuję się jeszcze bardziej samotny niż zwykle. Jestem chyba jedynym człowiekiem na ziemi, którego życie wygląda tak beznadziejnie. Dziesiątki książek przyglądały mi się badawczo. Czułem się słabo. Jak dziecko, które nie może sobie poradzić bez mamy. Ostatnie dwa lata była szare, długie i do dupy. Asia nie chciała dłużej mieszkać w naszym mieście. W te wakacje była moda na wyjeżdżanie do Włoch w celach zarobkowych. Nie chciała ugrząźć w swoim rodzinnym mieście. Zdała maturę. Była wolna. Nikt jej do niczego nie zmuszał. Marzył się jej wyjazd do Włoch, gdzie dziewczyny z Polski, są rozchwytywane przez bogatych i przystojnych Włochów. Tam mogła rozwinąć skrzydła. Rodzinne miasto nie dawało tych perspektyw. Pojechała, więc do Włoch. Mój kolega od razu powiedział mi, żebym o niej zapomniał. Nie odzywała się wcale. Nie liczyłem na wiele. Chyba nadal łudziłem się, że wróci. Może nadal ją kochałem. Odkąd wyjechała moje życie zaczęło się sypać. Nie jestem ani cierpliwy ani wyrozumiały. Miałem ochotę po użalać się nad swoim losem. Przyszłość nie malowała się w jaskrawych barwach. Szczerze mówiąc nie rysowała się w ogóle. Wydawało mi się, że najbliższy okres przyniesie tylko porażkę. Cały czas martwiłem się też tym, że z miesiąca na miesiąc staję się coraz starszy. Życie wymykało mi się z rąk, a ja nie potrafiłem z tym nic zrobić. Nie wiem, dlaczego będąc młodszy myślałem, że mam jeszcze tak dużo czasu. Nie ma go nawet w połowie tyle, ile nam się wydaje. Chodziłem po pustym domu. Natrętne komary nie pozwalały mi na leżakowanie. Co chwila słychać było Migi lecące z zachodu na wschód. Dźwięk był koszmarny, ale wszyscy zdążyli się już do niego przyzwyczaić. Kiedyś, gdy tylko je słyszałem od razu wyglądałem przez okno, aby je policzyć. Dziś nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Robiłem się senny. Poszedłem do kuchni i zaparzyłem kawę, mając nadzieję, że do końca dnia nie będę miał smętnych myśli. Dochodziła trzecia, a o czwartej ciocia kończyła pracę. We wtorek wybraliśmy się do miasta, jedynego tak dużego w promieniu trzydziestu kilometrów. Było zimne i brudne, chociaż, gdzie niegdzie dało się wyczuć przyjemny klimat. Do jedenastej zwiedziliśmy połowę sklepów. Chociaż nie lubiłem tego robić, zasuwałem jak głupi i nie pisnąłem nawet słowem. Rozpoczęliśmy od największego centrum, gdzie nawet o ósmej rano można spotkać wszystkich wyznawców najróżniejszych kultów. Dwóch mężczyzn trzymało się za rękę i spokojnie jadło swojego cheeseburgera popijając czarną kawą. Z wyrazu twarzy można było wyczytać, że dyskutowali o czymś mało ważnym. Jadąc schodami na górę, jakaś kobieta o mało nie wrzasnęła, gdy młody chłopak o mało nie przewrócił się na nią z całą torbą zakupów. My oglądaliśmy ubrania. Różowy kolor dominował w całym budynku. Przymierzyłem bluzkę z długimi rękawami. Ekspedienta powiedziała, że mi pasuje. Musiała być przyzwyczajona do różnego rodzaju narzekań, bo obsługiwała mnie z wyjątkowym spokojem i koncentracją. Sama była ubrana w różową bluzkę i brązowe spodnie. Moim zdaniem ten strój pasował do niej jak ulał. Druga kobieta wyglądała trochę na zaspaną i w ogóle nie starając się tego ukryć, obsługiwała innych klientów. Jeden facet był trochę niezadowolony z tego, jak jest przez nią obsługiwany, ale jej nie robiło to zbytniej różnicy. Gdy zobaczył cenę spodni, które przymierzał, jego mina zrobiła się od razu weselsza. Z pewnością nie mógł sobie na nie pozwolić. W kolejnym sklepie robiliśmy zakupy do domu. Płatki śniadaniowe, nutella, kuksu. Wszystko, co kończy się szybciej, niż zdążysz nawet o tym pomyśleć. Kupiliśmy też zgrzewkę piwa i zestaw kadzidełek do odstraszania komarów. Nie znaleźliśmy rozpałki pod grilla ani plastikowych talerzy i kubków. Gdy weszliśmy do trzeciego sklepu, wydawało się, że wszyscy mieszkańcy miasta jeszcze śpią. Ogromny hipermarket świecił pustkami. Panie za ladą niechętnie krzątały się po znanym terenie. Jedna z nich, gdy tylko nas zobaczyła, zaczęła szybko, niczym robot, wycierać blat przed kasą. Wiadomo było już, kto tu rządzi. Kierowniczki nigdy nie powinno się przyłapać na bezczynności. Różowy neon świecił dokładnie nad jej głową. Podeszliśmy do kasy nie dając się zbytnio zastraszyć groźnej zmęczonej minie. Na jej twarzy roiło się od różowych zmarszczek. Wiedziała, na czym polega jej praca i wydawało się, że nic nie jest w stanie jej zaskoczyć. W myślach pomyślałem sobie, że ta kobieta być może ma jeszcze bardziej zepsute życie niż moje. Widać było, że pracuje tu od dawien dawna i orientuje się we wszystkich promocjach, jakie tylko mogą wystąpić, gdy kupujesz pięć paczek tej samej herbaty. Reklama mówiła: „Kup dwie a trzecią otrzymasz za darmo. Kup pięć a być może uda Ci się wyjechać na Ibizę.” Tak, jasne. Zawsze to samo. Nasza kobieta na pewno nie była na Ibizie. - Sześćdziesiąt cztery, dwadzieścia – powiedziała bez nuty rozmarzenia w głosie. – Czy mają Państwo kartę stałego klienta? Przy zakupie powyżej… bla, bla, bla. W milczeniu pakowałem zakupy, a ciocia za nie płaciła. Dzisiaj sam dźwigałem dwie duże torby, bo moi bracia byli na treningu. Udawałem prawdziwego mężczyznę, przy którym każda kobieta może czuć się bezpiecznie. Robiłem pewnie przy tym niezłe miny, bo część ludzi, która też pakowała zakupy, przyglądała mi się z dużym zdziwieniem. Musiałem wyglądać męsko i odważnie, bo starsze babcie widząc mnie, wykrzywiały tak dziwnie twarz, jak tylko one potrafią i jak zwykle wpędzały mnie w poczucie winy. Ruszyliśmy do wyjścia, gdy usłyszeliśmy przeraźliwy pisk i kilka mocnych epitetów. Kobieta kłóciła się o to, że cena na półce była inna niż ta, którą widzi teraz na monitorze. - To jest właściwa cena – rzekła spokojnie kobieta patrząc na reakcję klientki. Podrzuciłem do góry torby i poszedłem w stronę wyjścia. Samochód wiózł nas wygodnie przez najgorsze zakątki tego miasta. Staraliśmy się ominąć wszystkie dziury, ale nawet jadąc terenowym samochodem wydaje się to nadzwyczaj trudne. Gdy patrzyłem na mijających nas ludzi ze złości żyłka wychodziła mi na czoło. Ich miny oznaczały jedno. Jest mi ciężko. Zabijcie mnie. Wyglądało na to, że tylko nasza dwójka jest w tym świecie szczęśliwa, a reszta tylko narzeka i marudzi. Spojrzałem na ciocię i westchnąłem. Piękny kraj. Kupiliśmy trzy paczki Cheeriosów, cztery opakowania kuksu i pięć słoiczków nutelli, bo ta wyjątkowo szybko znika z domowej spiżarni. Piwa nie kupiliśmy, bo nie mieli w butelkach. Całość kosztowała ponad pół stówy a starczy może na dwa dni. Piękny kraj. Pogoda robiła się coraz mniej ciekawa, a prognoza w radiu nie napawała zbytnim optymizmem. Wjechaliśmy na dwu pas mówkę i ludzie za oknami samochodu stali się rzadkością. Gdy ostatnim razem tędy jechaliśmy, zatrzymała nas policja, chcąc oskubać nas na cztery stówy. Schowali się tak sprytnie, że w ogóle nie było ich widać i jak się okazało mają nas nagranych na kasecie. W dodatku jadąc dobrze ponad sto na godzinę nie zwykliśmy zapinać pasów, co dodatkowo zwiększyło zainteresowanie policji. Ciocia prowadzi wóz dynamicznie i z polotem, przez co szybko osiąga niedozwoloną prędkość. Ja oczywiście chciałem powiedzieć temu policjantowi parę słów od siebie, ale ona spokojnie wyłożyła całą sumkę. Policja rzekomo powinna pomagać obywatelom, a nie ich osłabiać finansowo czy duchowo, ale u nas wszystko jest możliwe. Nie muszę chyba mówić, że całość pokryła z własnej kieszeni, a cała historia poszła w niepamięć już dziesięć minut potem. Wtedy też przekonałem się, że życie jednak ma sens, bo gdybym sam musiał zapłacić za ten mandat? Policja nie miała do nas żalu, że płaciliśmy drobnymi, a ja w myślach, chcąc nie chcąc, zmieszałem ich z błotem. W sumie lubiłem to miasto, gdyby tylko na jezdni było mniej idiotów. Miałem niesmak. Co dziwnego – nie pracuję jeszcze, a tym samym nie zarabiam. Stan, kiedy człowiek nie ma pieniędzy, ma zasadniczo jedną wadę. Brak zalet. Praca nigdy nie wydała mi się czymś, co mógłbym robić. Od wczesnego dzieciństwa każdą wolną chwilę spędzałem przy komputerze. Nie jestem przyzwyczajony pracować. Jak się zdaje, praca powinna przynosić satysfakcję i zadowolenie. Nie widziałem tego w ten sposób. Gdy byłem młodszy i nosiłem szerokie spodnie, ludzie często brali mnie za dealera narkotyków. Cholera, ludzie, wiecznie to robią. Możliwe, że łatwo się pomylić. Nie wszyscy potrafią odróżnić chłopaka z dobrego domu od tego, co codziennie sprzedaje w liceach towar. Moi koledzy nigdy nie mieli z tym problemu. Jeżeli ludzie już ich tak spostrzegają, to, dlaczego by nie spróbować. Są żałosni. Jeden z nich do tej pory ubiera się jak czarny rap er. Nosi nawet tę śmieszną czapeczkę. Dwudziestka na karku a on z wyglądu przypomina szczeniaka, który nie wie, co zrobić z wolnym czasem. Myślę, że to źle oceniać ludzi po wyglądzie, sam kiedyś taki byłem, więc zostawiam tę sprawę tak jak jest. Gdy siedzę sam w domu i już kompletnie nie mam, co robić, to chyba powoli zaczynam mieć negatywne myśli na temat innych ludzi. Zdarza się to dość rzadko, jednak zdarza się. Ostatnio wymyśliłem oryginalną teorię, na temat tego, dlaczego ludzie nie lubią pracować. Jeden typ ludzi będzie, jak tylko to możliwe, szukał pracy i robił wszystko, żeby najlepiej nic nie robić, co oczywiście prowadzi do tego, że ktoś musi nad nim stać i kazać mu coś zrobić. A drugi typ będzie wykorzystywał swoje możliwości, doświadczenie i umiejętności i jemu praca nie będzie się wydawać takim ciężarem. Zgadnijcie, do jakiego typu ja należę. Dlatego decyduję się na ludzi, którzy nie chcą pracować, a zarazem sam nie robię kompletnie nic, żeby zmienić mój stan. Wszystkim chyba wydaje się, że im się należy. Że jako jedyni mają prawo do niezliczonych atrakcji tego świata. Może ich ego rozrosło się do zbyt dużych rozmiarów? Może po prostu są głupi. Czasem zastanawiam się, dlaczego ludzie mają wciąż o coś pretensje. Może nie nauczyli się w dzieciństwie samodyscypliny i teraz jest im piekielnie ciężko. Nie wiem. Jest to jednak przygnębiające i nie ma, co do tego żadnych zastrzeżeń. Moi koledzy codziennie o siódmej rano, z niewyraźnym uśmiechem na twarzy, zapieprzali na najlepiej płatną budowę i harowali tam po dziesięć godzin dziennie. Wiedzieli, że nie gwarantuje im to kokosów i że są małe szanse na rozwinięcie tam jedynej w swoim rodzaju osobowości, ale co robić. Przez cały dzień marzyli tylko o jednym. Jak po pracy przelecieć jakąś bosko rozwiniętą dupcię. Ich mrzonki szybko nabierały rzeczywistych kształtów. Żadna kobieta nie marzy o tym, by przespać się z nie-bosko zbudowanym facetem. Zdarzały się takie, co chciały, ale przypuszczalnie też całymi dniami robiły na budowie, z czego połowę spędzały na obsłudze taczki. Jedynie ci, którym powodziło się znacznie lepiej, mogli sobie pozwolić na niezobowiązujący numerek z laską, na którą mieli ochotę. Gdy intelekt i urok osobisty nie wystarcza, w grę zaczynają wchodzić pieniądze. Gdy ja walczyłem z rodziną, moi koledzy walczyli z trawą. Palili ją na różne sposoby. Dobrze wychodziło im palenie przez shishe – wodną fajkę z Egiptu. Oprócz dziadka w mojej rodzinie nikt niczego nie palił, tak, więc i ja nie palę papierosów. Nie czułem się przez to ani lepiej ani gorzej. Ktoś mógłby powiedzieć, że marzenia klasy średniej o tym, by być lepszym od innych, zawsze się tak kończą – pewnego dnia składa się postanowienie, że będzie się ponad innych, biednych frajerów, którzy całymi dniami harują i nic z tego nie mają. Gdy tylko sobie o tym pomyślę, znowu ogarnia mnie poczucie winy. Myślałem o cioci. Teraz już się tak nie uśmiecham, nie mówię tak głośno, ani nie jestem tak dumny. Lepiej ożenię się z jakąś kobietą i będę pędził znany wszystkim tryb życia. A ja chciałem wyjść na ludzi. Śmiechu warte. Nawet już sam nie czułem, jak nisko upadłem. Jestem nikim. Od początku studiów moje życie robiło się coraz bladsze. Student wyższej ekonomicznej uczelni. Jasne. Aż roi się od perspektyw na przyszłość! Chociaż to niedobrze porównywać się z kimś innym i tak to robię. Moi koledzy wyglądają na zadowolonych z życia. Nie mają do nikogo o nic pretensji i w dużej mierze wiedzą, dokąd zmierzają. Jeden monotonnie po pracy pił piwo w ilościach tak dużych, że aż trudno go sobie wyobrazić następnego dnia w pracy. Jego oczy muszą zdradzać poprzedni wieczór i balangę. Nikt tak jak on nie potrafił ukryć tego, że ma wszystko daleko w dupie. W chwili, gdy zaczynałem mieć już nadzieję, że zmieni swoje życie, on robił coś, co nie pozwalało mi tak sądzić. Szlag mnie trafiał, kiedy moje słowa wsparcia nie robiły na nim żadnego wrażenia. I tak już nieraz dostawał od rodziców. Powoli traciłem do niego cierpliwość. Nie miałem ochoty nawet z nim rozmawiać. Pomimo to, patrzyłem jak mój najlepszy kolega, stacza się z dnia na dzień coraz niżej i niżej. Zastanawiałem się, kiedy mnie to czeka. Zamknąłem oczy i pogrążyłem się w zadumie. Było mi wstyd z powodu cioci. Dlaczego moje życie układa się tak a nie inaczej. Cały czas pod prąd. Żadnych postępów. Gdy wydaje mi się, że coś osiągnąłem, od razu dzieje się coś, co zwala mnie z nóg i nie pozwala bujać w obłokach. Moja ciocia. To jest klasa. Być, choć w połowie takim jak ona. Niemożliwe. Ale zawsze można mieć mrzonki i marzenia. Może muszę przejść pewien okres w moim życiu, po którym będzie już tylko lepiej? Wydaje mi się, że i tak wszystko bym schrzanił, sprawił, że wszystko poszło na marne. Szkoda, że się w ogóle urodziłem. Ktoś klepnął mnie w ramię. Otworzyłem nerwowo oczy. Mężczyzna miał opaloną twarz i długie blond włosy. - Ma pan papierosa? – zapytał – i zapałki? Miał sympatyczny głos. Nie pretensjonalny ani nie protekcjonalny. Wstałem i spojrzałem mu w twarz. - Mam tylko zapałki – odparłem najspokojniej jak tylko mogłem. - A papierosa? – spróbował po raz drugi. - Nie palę. - No tak – burknął pod nosem bez większego zdziwienia, po czym mrugnął okiem. – Mogą być i te zapałki – mruknął. Dałem mu pudełko zapałek. - Dzięki stary – sapnął. Moi koledzy woleliby zapalniczkę, ale on nie miał wyboru. W gazetach od pewnego czasu roiło się od artykułów o tajemniczym osobniku – człowieku elfie. Przypominający pismo Elfów, albo czego tylko sobie zapragniecie, napis był głęboko wygrawerowany na obu podeszwach człowieka, który zostawił te ślady – tak zaczynało się spotkanie, a raczej śledztwo w sprawie nie cierpiącej zwłoki. Poszukiwany osobnik włamuje się do domów w czasie, gdy właściciele są w pracy – schemat prosty i stary jak świat. Problem polegał tylko na tym, że nikt nie wiedział po co włamywał się ów człowiek – albo raczej powinno się powiedzieć outsider, który wszedł na złą drogę. Dalej był wywiad z komendantem –Co za brednie mi tu wciskacie? Sugerujecie, że włamywacz włamuje się, nie znajduje nic interesującego i po prostu opuszcza mieszkanie? – Komendant chciał delikatnie podważyć hipotezę postawioną przez jednego z podwładnych.

- Gdybym był pana przyjacielem to zakazałbym panu palić papierosy – powiedział posępnie. Pokiwałem głową i spuściłem lekko głowę. - Moim drugim i największym wrogiem są Moskale. Moskale i wódka – ciągnął mężczyzna tonem leniwego zwierzenia. – Moja była żona od dwóch lat stoi na placu i bierze pół stówy za loda. Kiedy myślę, ile razy dziennie mnie zdradza, robi mi się niedobrze. Nie miałem ochoty go pocieszać, wystarczy, że słuchałem z zaciekawieniem tego, co mówi. - Nadal pan ją kocha? – zagadnąłem niezręcznie. - Tak, do k… nędzy – mężczyzna znacznie się ożywił. – Przez całe dziesięć lat tyrałem na budowie tylko po to, żeby ją zadowolić. Zwolnili mnie rok temu. Teraz zatrudnia ją jakiś alfons, a ja skończyłem czterdziestkę i jestem sam jak ten palec. - Nic dodać nic ująć – pomyślałem. Na placu stoi dużo kobiet. Niektóre mają po szesnaście lat. W tym przypadku po trzydzieści z hakiem. Niezależni komentatorzy – tacy jak mój rozmówca – obarczają pracodawców winą za całe zło, jakie się im przydarzyło na planecie Ziemia. Marzą im się stare czasy, kiedy nie trzeba było myśleć, wystarczyło robić to, co ci kazano. I na co liczył? Że życie zawsze będzie się do niego uśmiechać? Dawać drugą szansę? Coś należało zmienić, nie, dlatego, że poprzedni model się nie sprawdzał, ale dlatego, że przynosił same straty. Zastanawiałem się, co by było, gdyby dowiedział się, że ja także kiedyś kochałem kobietę. - Ma pan dzieci? – spytałem, chcąc jakoś wesprzeć go na duchu. Jego wyraz twarzy zmienił się w o wiele bardziej nieuprzejmy. - Trójkę. Chłopca i dwie dziewczynki. Mieszkają razem ze mną, bo z nią by nie wytrzymali. Piję teraz na całego! Przynajmniej za nią nie tęsknię, I nie mam zamiaru tęsknić – poklepał mnie po ramieniu. – Nareszcie mogę rwać te wszystkie młode dziewuszki z sąsiednich bloków. Żyć nie umierać. Na jego twarzy pojawiła się łza. - Właśnie – pomyślałem. Ale gość nadal nawijał tekstami dla twardzieli. Słuchałem jeszcze przez chwilkę, udając, że nie widzę tu żadnej tragedii. Moim kolegom to jeszcze nie doskwiera, ale nie wiadomo, dlaczego, od razu pomyślałem sobie o nich i o ich życiu. Porównania. Miałem już tego dość. Patrzyłem na tego faceta i zrobiło mi się przykro. Jego życie runęło w gruzach, a on nadal się uśmiechał. Show must go on. Zapewne wszyscy nim gardzą, ale on udaje twardziela, co to nie straszne mu lekkie pstryczki w nos od życia. Tym, co dobiło gwóźdź do trumny było to, że koleś, co minutę obracał się wokół i każdego pozdrawiał. Wydawało mu się, że komuś na nim zależy, albo, że zyska nowego przyjaciela? Smutne. Wolę rozmawiać z dziećmi. Tam przynajmniej nic nie jest jasne, ale wiem, że dziecko jakoś sobie poradzi z problemem. Ten facet był przegrany i nie widziałem dla niego ratunku. Głupi świat, cholerne miasto, które nie daje człowiekowi szansy na normalne życie. Odrapane domy, brudne od smogu niebo, stary facet, którym wzgardziła kobieta. Stan zewnętrzny odzwierciedlał mój stan wewnętrzny. Postanowiłem, że się przejdę. Poranna rozmowa z zdesperowanym facetem każdego potrafi doprowadzić do refleksji. Gdy mijałem obcych ludzi, nie było mi do śmiechu. W ustach czułem smak porażki. Cały czas przed oczami miałem tego mężczyznę. Gdy przeszedłem pół miasta, spotkałem kolegę. Załatwiał właśnie przez telefon jakiś ważny interes. Kiwnął, żebym zaczekał, co też uczyniłem, starając się pracować nad cierpliwością. - Co tam? – burknął, odłożywszy słuchawkę. Lala był prawie alkoholikiem i człowiekiem, który znał najwięcej osób w tym mieście. Posiadał dziewczynę (od niedawna) i dobry humor. Bez którejś z tych dwóch rzeczy na pewno by nie wytrzymał. I oczywiście pracował na budowie. Miał już na wpół łysą głowę, czego szczerze mu nie zazdrościłem. Choć był moim rówieśnikiem wyglądał jakby był o pięć lat starszy. Lubił nosić obcisłe spodnie i gangsterską opaskę. Wyglądał w niej nie za dobrze, ale on uważał, że jest trendy. Co nie znaczy, że miał rację. - Idę do sklepu – oznajmiłem. – Źle się czuję. - Moralne rozterki! – prychnął. - Może. Uniósł wyżej głowę i przeszedł na mniej oficjalny ton. W końcu, od czego są przyjaciele. - Co ci jest? – spytał. - Źle się czuję. - Spojrzał na telefon komórkowy. - Nie masz roboty, co? - Bynajmniej. Robotę mogę znaleźć w każdej wolnej chwili. Satysfakcjonującą i poszerzającą horyzonty. Każdego ranka myślę tylko o tym, jakim jestem szczęściarzem i jak hojnie los mnie obdarzył. Nic nie powiedział. Wiadomo. Gówno obchodził go mój los. - Może powinieneś zostać psychiatrą – powiedział. - Zawsze o tym marzyłem, serio. - Nienawidzę jak ktoś narzeka, wiesz? Mówiąc to, złapał się za serce, udając, jak to jest mu mnie szkoda. - Reszta ludzi zapierdala od bladego świtu do późnego wieczora i nawet słowem nie piśnie. Fakt, to jest, przejebane, ale przynajmniej wiedzą, dlaczego to robią. Wiedza, że w świecie musi być zachowana harmonia. Jeśli coś weźmiesz, musisz to oddać. Jin i Yang hmm… Czarne – białe. Zimne – ciepłe. Jeśli sam nic nie dasz, to nie masz, co liczyć, że inni ci coś dadzą. Podrapał się po brzuchu i zadumał się chwilę. - Wszyscy tak mają. Jeśli Ci się to nie podoba, znajdź sobie inny sposób na życie. Jeśli nie podoba Ci się mój sposób, to znajdź sobie lepszy. Masz prawo. Czy kogoś obchodzi, że dzisiaj nie zdążyłem wypić nawet kawy? Ale jestem potrzebny i to się liczy. Lubię być potrzebny, rozumiesz? A jak się komuś coś nie podoba to i tak leję na niego. Z wysoka. - Skończyłeś? - Tak, spadaj – machnął ręką. – I pomyśl o swoim życiu. Kiedy zacząłem powoli się oddalać, krzyknął w moim kierunku. Obróciłem się i spojrzałem na niego zmęczonymi oczami. - Wiesz, jaki jest Twój problem? Jesteś cholernym leniem. - Wiem – odparłem. – Już mi to mówiono. Wróciwszy do domu zrobiłem sobie dużego shake’a czekoladowego i wielką porcję spaghetti. Lubię makaron, a shake’a robię zawsze, gdy nie ma nic normalnego, czytaj wody, do picia. Robi się go szybko, łatwo i tanio. Odkąd wróciłem od cioci moje kubeczki smakowe są zupełnie zdezorientowane. Zmienił mi się apetyt, a przede wszystkim zacząłem inaczej postrzegać smak potraw. Mieszkam w nienajlepszej dzielnicy, dlatego robię zakupy cztery przecznice wcześniej, gdzie jeszcze można kupić coś jadalnego, jak na przykład ser żółty klasy Los Angeles. Na mojej ulicy kompletnie nic się nie dzieje, nie licząc hałaśliwych kłótni sąsiadów czy codziennej dawki sprzeczek nieletnich. Tu się żyje na całego lub w ogóle – innej możliwości nie ma. To ciocia pomogła znaleźć mi ten dom i wprowadziłem się następnego dnia, by na nowo rozpocząć wymarzone życie. Nie zapraszam znajomych, bo trochę mi wstyd. Niektórzy byliby bardzo rozczarowani i zawiedzeni. Świat inaczej wygląda z perspektywy jednogodzinnego gościa, a inaczej z właściciela mieszkania. Świat z moich parterowych okien wygląda lepiej niż z ulicy i nie tak ponuro jak z centrum miasta. Domy, ulice, drzewa są bardziej kolorowe. Z drugiego piętra widać ogromne kominy fabryk i ogromne światła stadionu miejscowej drużyny, które w dniu meczu dają więcej światła niż wszystkie lampy całego miasta razem wzięte. Chociaż pół życia spędziłem na wsi, to urodziłem się właśnie w takim zmechanizowanym mieście. Tam, gdzie jedni widzą rozpacz, inni dopatrują się szczęścia. Nienawidziłem tej hałaśliwej części miasta. Nie posłałbym tam nawet diabła. Dziecko sąsiadów z dużą werwą uczyło się grać na trąbce. Smarkacz był studentem i zaczynał swoje dmuchanie dokładnie o ósmej rano. Zamknąłem okno. Słońce dało mi znać, że temperatura nie będzie zbyt zadowalająca. Marszcząc czoło, spoglądałem na śmieciarza, którego samochód robił więcej hałasu, niż karetka na sygnale. Sąsiadka z naprzeciwka właśnie splunęła na chodnik i weszła dziarskim krokiem do mieszkania. Jak na zawołanie na ulicy pojawiło się nagle masę samochodów. Byłem wdzięczy losowi, że nie mam swojego. Grunt to ponosić jak najmniejszą odpowiedzialność. Zapewne byłby szczególny. Coś, co odróżniałoby go od innych. Może różowy? Kiedyś miałem zamiar kupić jakiś mały pojazd, ale pomysł padł tak szybko jak powstał. Nie lubię mieć własnego samochodu. Za dużo z tym kłopotu. Musiałem coś zjeść. Zrobiłem jajecznicę z czterech jajek na mleku oraz dwie średniej wielkości parówki. Wypiłem też bezmyślnie pół piwa, po którym z pewnością później będę miał kaca. Wyszedłem przed dom po gazetę. Mick Jagger znowu urządza tourne po Europie. Tacy starzy, a tacy modni i uśmiechnięci. To nie może być wina wyłącznie pieniędzy. Popatrzyłem na jego zdjęcie, potem na mój pokój i znowu na zdjęcie. Ostatnio słyszałem teorię, że jest w porządku. Co prawda w pewnym okresie brał narkotyki, ale i tak wypada bardzo dobrze. Patrzysz na niego i widzisz, że nie możesz oczekiwać złych wydarzeń. Co innego Putin albo Kir-cośtam Sen. Na jednym czole widać szczęście, na innym nienawiść. Mnóstwo. Na dole krzyczała reklama: Simply the best from Poland, a pod spodem: W najlepszym polskim stylu. Jakież to wieśniackie. Miasto mające kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców musi być bardzo sławne. Gdy weźmie się pod uwagę, że to tylko jedno z tysięcy miast na tej planecie, wydaje się, że człowiek w ogóle nie zna świata. Nikt nie wie, jak czuje się człowiek na swoim, póki nie spróbuje. Czuć się kompletnie samotnie. Nigdy nie poznałbym tego cierpkiego smaku, dopóki nie wyprowadziłbym się od rodziny. Super było przez pierwsze dwa miesiące. Później było już coraz gorzej. Czy ktoś kiedykolwiek zaczynał życie od początku w obcym mieście? Czy budził się rano i wiedział, że nie zna nikogo, z kim mógłby normalnie porozmawiać? Czy to miasto jest tak wielkie, czy to ja jestem taki mały? Jest tu mnóstwo atrakcji. Od wspinaczki górskiej aż po narty latem. Ludzie lubią tu przyjeżdżać, bo w ich mniemaniu, cudownie spędzą wolny czas. Odpoczną. Nic bardziej mylnego. Większość znaczących miejsc, takich jak opera czy najcudowniejsze kino znają tylko z gazet lub telewizji. Gdyby nie to nikt nie znałby tego zaułku śmierci. Trzeba to otwarcie powiedzieć. Dzieje się tu źle. Pewnie kilkadziesiąt lat temu wszystko wyglądało o wiele lepiej. Nie było tylu tubylców i dało się spokojnie przejść przez ulicę. To mógłby być raj dla wszystkich – położony w tak dogodnym miejscu, otulony górami prawie zgodnie z zasadami, Feng Shui, z każdej strony łaskotany przez prostych ludzi ze wsi, którzy każdego ranka chętnie zabierali się do pracy. Gdy teraz o tym myślę, wydaje mi się to aż nadto możliwe. Nic już chyba nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Dwa tygodnie temu policja zatrzymała mężczyznę, który uważał, że uda mu się uciec z kilkoma milionami biorąc za zakładniczkę kasjerkę banku. Nawet nie wzywali snajpera. Cala akcja była na żywo transmitowana w telewizji. Życiowy nieudacznik. A z twarzy wyglądał na uczciwego faceta. Innym razem jeden groził, że wysadzi w powietrze budynek w centrum miasta. Czy ci ludzie nie mają innych problemów? Mi ledwo starcza sił, żeby podnieść się z łóżka, a co mówić o tym, żeby zorganizować na kogoś napad i przy okazji uzbroić się niczym niebiański Saddam Husajn. Kolesia zatrzymano, a saper nie pomylił się z ładunkiem ani razu. Syfu było, co niemiara, ale w telewizji dobrze się ogląda takie rzeczy. Programy, gdzie pokazują faceta próbującego się wysadzić nie są najgorsze, Człowieka może spotkać coś znacznie gorszego. Jak dla mnie szczytem głupoty jest pokazywanie faceta koło pięćdziesiątki, który przez całą godzinę gada o UFO i tego podobnych ciekawostkach. Koszmar. Nie ma, co się sprzeczać. Połowa ludzi na tej planecie mówi, że widziała obcych, a druga w to raczej wątpi. Koło się zamyka. Nikogo już nie obchodzą akcje charytatywne przeprowadzane na bliskim wschodzie. Wolą posłuchać o człowieku lwie, który potrafi zamieniać się w jaszczurkę. W dzisiejszych czasach na rzeczywistość mogą sobie pozwolić tylko niektórzy. Nikt pewnie nawet nie wzruszyłby ramionami, gdyby dowiedział się, że rzeczywiście znaleziono obcą formę życia. Już dawno w społeczeństwie nie występowało tak dużo kultur. Mieszkam teraz sam i w jakimś stopniu mogę sobie pozwolić na ignorowanie jakiegoś zjawiska. Mogę mieć wolną wolę. To dla mnie dużo znaczy. Gdy człowiek przez dwadzieścia lat żył na garnuszku mamusi, a potem zostaje rzucony jak świeczka do rozgrzanego piekła człowiek szybko zmienia wartości i przyzwyczajenia. Kiedyś wszystko wydawało się takie proste. Dzisiaj wydaje się niemożliwe. Jak to jest być na swoim? No cóż… Oczywiście samotnie i smutno. I cicho. I koszmarnie. Oczy inaczej odbierają zewnętrzny świat. Zaczynasz dostrzegać jak mało masz przyjaciół. Że właściwie nigdy nie miałeś prawdziwego przyjaciela ani przyjaciółki. Że twoje dzieciństwo było najlepszym okresem w życiu. Że nigdy się już nie powtórzy, chyba, że zrobisz wszystko, żeby się tak stało. Widzisz, jak niedoskonałym trybikiem jesteś w tej ogromnej machinie niemożliwości. Zaczynasz dużo myśleć. Dochodzisz do wniosku, że do tej pory marnowałeś swoje życie, a na ważne rzeczy nie starczy ci już czasu. Że błagasz, żeby ktoś wstał i podał ci rękę. Żeby ktoś okazał ci łaskę, Patrzysz na zegar i widzisz, że wskazówka biegnie w tygrysim tempie i nic nie może jej zatrzymać. Jesteś na drodze i musisz wykorzystać swój czas. Kiedy patrzysz na uśmiechnięte rodziny, wydaje ci się, że gdybyś był na miejscu tego dziecka, już nigdy nie czułbyś się nieszczęśliwy. Gdy słyszysz śmiech dziecka to już wiesz. Wiesz, że ktoś miał cholerne szczęście. Zresztą, to nie szczęście najbardziej absorbuje tylko ich ofiary. Widać, jak do tej pory marnowało się życie. Kłótnie lub niekończące się próby zmiany bliskich osób, kończące się zawsze tak samo. Szczęście jak wiadomo jest bardzo ulotne, ale nieszczęście odbija zbyt mocne piętno na człowieku. Nieszczęście jak kpiący klaun zabiera ludziom uśmiech z twarzy, rysuje kolejną linię na czole, pod oczami zostawia zbyt wyraźny ślad. Ludzie zaczynają wątpić, czy kiedykolwiek im się jeszcze coś w życiu uda. I co więcej – z tym nie da się nic zrobić. Człowiek traci szacunek do samego siebie. Całkowicie i nieodwracalnie. W tak zwanym między czasie dodam, że człowiek przez całe życie, że jest kowalem swojego losu. Dopóki nie jest na swoim. Wtedy zaczyna czuć, jak głęboka jest rzeka, która wcześniej wydawała się tak ciepła. Była niedziela. Przypuszczałem, że dzień ten spędzę zupełnie bezproduktywnie, szybko jednak miałem się przekonać, że się myliłem. Pomyślałem sobie o znajomych z liceum. Dziś mieliby tyle lat, co ja, czyli około plus minus dwadzieścia trzy. Pomyślałem, że zadzwonię do jednego z kumpli. Znałem go od przedszkola, więc pamiętałem, że czwartego czerwca obchodzi urodziny. Zapewne leży już pijany na umór. Gdybym miał samochód, mógłbym pewnie zatankować do pełna benzynę, przejechać pięćset kilometrów i odwiedzić kolegę, nawet tylko po to, by po dziesięciu minutach wrócić z powrotem do siebie. Koszt. Zysk. Od razu widać, że jestem ekonomistą. Wyjrzałem przez okno, chcąc być absolutnie pewnym, czy ktoś nie zrobił mi wcześniejszego prezentu i nie kupił mi jakiegoś starego gruchota. Bynajmniej zaskoczył mnie fakt, że stan na parkingu był dokładnie taki sam jak rano. Ja kontra samochód nadal 0:0. Ruszyłem w stronę żółtej budki, by zatelefonować do kolegi. Oczywiście budka była zamknięta, a do drugiej musiałem iść przeszło pół godziny. Dowiedziałem się, że baluje ze stałą ekipą: Radzio, Mały pierwszy, Mały drugi, Szkudler i on. Ludzi, że hoho. Muszę chyba zacząć chodzić do barów. Umrę nie znając nikogo prócz tej piątki. Zatelefonowałem do cioci. Była w pracy. W niedzielę! Z nie cierpiącą zwłoki pacjentką. Była dentystką. Z anielskim sercem. Po rozmowie z nią zrobiło mi się weselej. Uświadomiłem sobie, że jest jedyną osobą, z którą mogę o wszystkim porozmawiać. Sam nie mogłem w to uwierzyć. Sam nie mogłem w to uwierzyć. Ale się urządziłem. Rozmowa nie trwała długo, gdyż pacjentowi nad wyraz się spieszyło i nie był w stanie wytrzymać nawet kilkuminutowej przerwy. Trzeba wiedzieć, kiedy skończyć. Po chwili zadzwoniła moja komórka. Dzwonił Mały pierwszy. Chciał powiedzieć, że prawdopodobnie niedługo się ożeni i czy będę mógł przyjść na zaręczyny. Sądząc po tym jak o tym mówił, wariat musiał być zadowolony, że podobna jak dwie krople wody do Bridget Jones dziewczyna wyjdzie za tak fajnego chłopaka, jakim on sam był. Powiedziałem, że będę, a on zapytał, czy nie mógłbym przynieść kilka litrów tej nalewki, którą ostatnim razem – było to rok temu, próbowaliśmy. Co do dziewczyny to nigdy z nią nie rozmawiałem, ale wydaje się miła. Jako, że to on dzwonił i był już trochę w stanie upojenia, rozmowa trochę się wydłużyła. Jako, że o dziwo każdy chciał ze mną porozmawiać, rozmowa wydłużyła się jeszcze bardziej. Znaliśmy się nie od dziś, więc nie było sensu ściemniać. Nikt nie chwalił się już z iloma to rzekomo pannami spędził błogą noc. Te kity zostawialiśmy dla nieznajomych. Rozmawialiśmy o wszystkim, lecz bez takich tematów jak dziura ozonowa czy prawa człowieka w dobie robotyki. O polityce też nie rozmawialiśmy, bo i po co się wygłupiać, wszak nikogo z nas nie interesowało to, czy jutro państwem amerykańskim będzie rządził taki czy inny prezydent. Jakaś kobieta zaczęła się strasznie wydzierać do mojego żółtego automatu. Wykrzykiwała coś o chorobie, wiec musiałem odejść na bok. Gdy nic nie masz, nie masz nic do stracenia. Ja miałem. Robiło się zimno. Musiałem wracać do domu. Miałem do przejścia spory kawałek. Gdy pomyślałem o zbliżającej się nocy, ogarnął mnie silny napływ żalu. Lepiej zacząć chodzić do knajp i wydawać kasę na piwo. Przynajmniej wieczór jest bardziej udany. Żeby był razem z nimi, może wszystko wyglądałoby lepiej. Zawsze mogłem przywieźć z domu komputer i nawiązywać kontakt przez globalną pajęczynę, ale od tego chciałem jak najdalej uciec. Kiedyś byłem uzależniony od komputera i bardzo źle wspominam tamte chwile. Przygotowanie kolacji szło jak po grudzie. Mieszkanie w pojedynkę ma tez swoje dobre strony. Nie trzeba się z nikim kłócić i wykrzykiwać na siebie. Nie jestem pewien czy teraz kłóciłbym się z moim współlokatorem czy współlokatorką, ale odniosłem dziwne wrażenie, że występowało duże prawdopodobieństwo, że tak właśnie by było. Nie ma to jak wieczorna kłótnia. Nie widzę w tym nic przyjemnego, ale znam swój charakter. Noc trwała. Nachodziły mnie kolejne wspomnienia, przez co nie mogłem zasnąć. Patrzyłem w sufit i wydawało mi się, że marnuję życie i że nie wykorzystam swojego czasu, o ile w ogóle miałem jeszcze jakieś szanse. Po około godzinie przyglądania się pająkowi i jego sprytnej robocie, zaczęła koszmarnie boleć mnie głowa. Moi pijani kumple zapewne cudownie teraz spędzają czas. Chciałem przez medytację połączyć się z nimi, choć na chwilę, ale zupełnie mi się to nie udawało. Byłem zły. Zadzwonił telefon. Mały był tak pijany, że ledwo łączył wyrazy. Zbudowanie dłuższego zdania graniczyłoby z cudem. - Masz chwilę? – zapytał rozweselony. W odpowiedzi wybąkałem tylko proste tak, nic więcej. Zanim usłyszałem kolejne zdanie, minęło trochę czasu, ale w końcu to nastąpiło. - Ale tu jeest suppper inpresa, stary, żałłujjj, że się nie ma. - A jednak medytacja działa. - A Ty, co robisz? – zagadnął po chwili. - Leżę – odparłem. - No, więc… - Mały urwał, żeby prawdopodobnie zebrać myśli. - Więc, mój przyjacielu… Zapomniałem Cii dziś powieedzieeć o czyymś waaażnym. Czekałem. - Dzwooniłaaa do mmnie Marria i pyytałła mnie czy nie wiem, gdziee mmieszkasz. Kolejne piętnaście minut spędziłem na wysłuchiwaniu różnych detali i rzeczy zupełnie nieistotnych, takich jak to, czy Mały na ślub powinien ogolić sobie ptaka, czy nie. Koniec końców, postanowiłem do niej zadzwonić. Była druga w nocy, ale co tam. - Oddzwonię za pięć minut – powiedziała. – Zdaje się, że ktoś dzwoni. No tak. Ja. Nie miała zaskoczonego głosu. Wydawała się smutna, ale może tylko tak mi się zdawało. Pięciominutowe czekanie nie było aż nadto żenujące. Mogło być gorzej. Mogłem moknąć pod żółtą budką ubrany w różowy sweterek. Nie denerwowałem się, ale byłem ciekaw. Byłem cierpliwy, choć nie do końca. Wyobrażałem sobie Marię. Miała pewnie na pół prześwitującą sukienkę w artystyczne bazgroły. Była malarką. Kiedyś kobiety tego typu wydawały mi się strasznymi mątwami (zbyt długo przebywałem z rówieśnikami z zepsutej dzielnicy). Ale teraz Maria była spełnieniem moich marzeń. Gdy ubierała cienkie pończochy i buty na szpilkach czułem, że jestem we właściwym miejscu i we właściwym czasie. Kochałem w niej to, że lubiła nosić sukienki. Jej nogi były kwintesencją kobiecości. Nogi zdecydowanie podniecały mnie najbardziej. (To chyba nawyk z przedszkola). Jej nogi sprawiały, że chciałem ją mieć. Powinni tego zabronić. W końcu zadzwoniła. Wciąż miała wisielczy humor i czułem, że zaraz mi się za coś oberwie. Po chwili jednak dostrzegłem światełko na końcu tunelu. Rozmowa zaczęła się od standardowych spraw. Co u Ciebie? Jak studia? Itepe. Itede. Spojrzałem za okno. Miasto nocą. Na ulicy nie było żywej duszy. W centrum zapewne wszyscy balowali. Nie byliśmy jedyną parą, która nie śpi. Sąsiadka naprzeciwko skakała intensywnie po mężu i nie jestem tego pewien, ale chyba sprawiało jej to przyjemność. Czułem się, co najmniej przegrany. Maria powoli zmieniała temat. Nie wiedziałem, do czego zmierza. W jej głosie słychać było nutę żalu, połączoną ze śmiertelną powagą. - Nie za bardzo rozumiem, o co Ci chodzi – powiedziałem. Skończony idiota. Czy ja się w ogóle nie uczę? Czy moi rodzice mieli rację, mówiąc, że jestem głupi i cały czas daję dupy? Kiedy jednak tak cudowna dziewczyna jak Maria mówi tylko o rzeczach tak przyziemnych jak studia, robi się człowiekowi głupio. Na ulicy pojawiło się trzech pijaków. Robili trochę hałasu, a ich epitety przekazywały niewyobrażalną radość, jaką w tej chwili przeżywali. Musiałem coś powiedzieć. - Możesz do mnie przyjechać? – zapytałem. To pytanie było takie nie na miejscu, że aż głupio. Chciałem ją zapytać, czy jest z kimś i jak długo, ale nie zrobiłem tego. Bardzo okrężną drogą zbliżaliśmy się do odpowiedzi na moje pytanie. Ominęliśmy wszystkie haczyki, które czekały na nas po drodze, wybierając bardziej romantyczną drogę. Podążaliśmy tymi samymi drogami, na których można było spotkać piękne róże i karłowate kaktusy. Nie wiedzieć, czemu patrzyłem na kochającą się parę. Promienie księżyca oświetlały ich aż nadto dobrze. Drugie piętro ma swoje plusy. Rozmawialiśmy o tym, o czym rozmawiają ludzie, chcący iść ze sobą do łóżka, ale jeszcze nie powiedzieli sobie tego wprost – o pogodzie, prognozach najbliższych wyborów, jeździe na łyżwach i tak dalej. Chociaż byłem oddalony od niej o jakieś tysiąc pięćset kilometrów telepałem się jak znerwicowany makler po zawale. Nie mogłem zebrać myśli, a wszystkie kończyny odmawiały mi posłuszeństwa. No, może z wyjątkiem jednej. Cieszyłem się, że chociaż tu jest ze mną jeszcze w porządku. Chodziłem po osiemnastometrowym pokoju. Otaczające meble za nic nie chciały pomóc w konwersacji. Głos Marii był tak miły, ze przysiągłbym, że poprzedniego wieczoru ćwiczyła każde zdanie przed lustrem dla lepszego efektu. Kto wie, może nawet teraz patrzyła w lustro i mierzyła dokładnie każde wypowiedziane słowo. W końcu zgodziła się. Powiem szczerze. Nie musiałem jej nawet bardzo namawiać. Jeszcze godzinę temu płakałem, że nie mam się, do kogo odezwać, a teraz? Żyć nie umierać. Jutro przyjedzie do mnie Maria. Rozważałem już na głos, czy próbować zatrzymać ją na dłużej, czy wykorzystać i porzucić, ale po chwili uświadomiłem sobie, że i tak nie ma to teraz znaczenia. Przez chwilę czułem się szczęśliwy, a moje serce zaczęło się uśmiechać. Noc wydała mi się cudowna, a para naprzeciwko cudownym dowodem przepięknej miłości. Nie ma to jak urok osobisty. Kładąc się już po raz drugi spać, na kilka minut przed zaśnięciem uświadomiłem sobie, ze od ośmiu miesięcy nie spałem z dziewczęciem. Półtora dnia później. Kiedy nie miała na sobie obcisłej sukienki, uzmysłowiłem sobie, że ma największe piersi, z jakimi kiedykolwiek miałem styczność. To prawda, nie spałem z wieloma kobietami, ale co z tego. I tak teraz czułem się jak wybraniec Boga. Nigdy nie zwracałem na to szczególnej uwagi. Przede wszystkim interesował mnie charakter dziewczyny, z którą mam spędzić noc, ale co tu się oszukiwać – o dużych piersiach marzyłem od zawsze. Maria spojrzała na mnie swoimi niebieskimi oczyma. Tak mi się przynajmniej zdawało. Stała przede mną w samych pończochach i patrzyła mi prosto w oczy. Podszedłem bliżej. Nasze ciała zetknęły się, a ja poczułem cudowną miękkość jej ciała, Mój jedyny najważniejszy w tej chwili organ musnął jej bioder. Dotknęła mnie, a raczej go i już wiedziałem, że warto żyć. Wszedłem w nią powoli. - Pomalutku – powiedziała. - Dobrze – jęknąłem Siedziała na mnie okrakiem. Powoli wchodziłem w nią coraz głębiej. Jęczała i mruczała. - Zaczynamy się dopasowywać – powiedziała po chwili. Usiadła na nim całym ciężarem swojego ciała. - Taak – jęknęła. Zaczęła po mnie skakać. Do góry i na dół. Była bardzo mokra. Unosiła się tak przez pewien czas. - Powiedz, kiedy to będziesz miał, dobrze? – powiedziała. Skinąłem głową. Za chwilę jęknąłem: Już. - Krzycz – powiedziała. - Jeszcze? – zapytała cały czas siadając mi na członku. - Tak – wymruczałem. - Było cudownie – powiedziała potem. - Mi również – powiedziałem. Noc miała przynieść nowy dzień. Ta noc była szczególnie piękna. Jaśniejsza od innych nocy, jakie ma się okazję widzieć. Byłem szczęśliwy. Ze szczęścia musiałem coś napisać : Człowiek Z szedł prosto ścieżką, gdy uderzył go kamień. - Co robisz człowieku Z? – zapytała maleńka wróżka siedząca na drzewie. - Idę do chaty czarodzieja – odpowiedział. - Powiedz mu, że pogoda jest dzisiaj tak piękna, że powinien wyjść ze swojego ukrycia i przez chwilę pooddychać świeżym powietrzem. - Dobrze, powiem mu – powiedział człowiek Z i poszedł dalej. Niebo było wtedy niezwykle piękne. - Witaj, człowieku Z – powiedział Czarodziej. - Witaj, Czarodzieju. Mam dla Ciebie dobrą i złą wiadomość – powiedział człowiek Z. - Słucham z rozkoszą – odpowiedział Czarownik. - Podobno jutro nadejdzie koniec świata – powiedział. - Tak – odpowiedział Czarownik. Po chwili nasze ciała znowu zaczęły się przenikać. Maria lubiła być na górze. Nie miałem nic przeciwko. Zrobiliśmy to chyba z sześć razy. To dość dużo jak na mnie. W ogóle nie przypuszczałem, że tyle razy mogę. O siódmej rano opuściła mój pokój. Powiedziała, że musi wrócić do domu. Jej ojciec jest bardzo chory, oprócz niej nie ma nikogo, kto mógłby się nim zaopiekować. Opuszczała mnie po raz dziesiąty z rzędu, a ja próbowałem się temu przeciwstawić. Bez większego powodzenia. Jej pociąg odjeżdżał o siódmej pięćdziesiąt osiem. Pocałowała mnie jeszcze kilka razy, ale nadal nie dawała temu związkowi większej szansy. Z drugiej strony żyjemy w czasach, kiedy dziewczynę można poderwać w każdym jednym barze. Albo nawet trzy, gdy dopiszą pieniądze. Poza tym one decydują. Faceci muszą spokojnie czekać. Wolałbym, żeby nie wyjeżdżała. To, co razem przeżyliśmy stanowiło zalążek tego, co moglibyśmy jeszcze osiągnąć. Lecz ona uparcie chciała odjechać tym pociągiem, a ja wiedziałem, że nic jej już nie powstrzyma. Powiedziała mi, że kiedyś mnie kochała, że wyobrażała sobie życie ze mną. Ale, dodała zaraz, od roku jest niezależna i wolna. Nie chce zmarnować sobie życia przesiadując całymi dniami w jednym pokoju z nieodpowiedzialnym facetem. Poza tym ma kogoś i nie jest tym typem kobiety, która daje na prawo i lewo, a później nic sobie z tego nie robi. Podobam się jej. Lubi moje brwi i kolor oczu, ale to niczego nie zmieni. Zamrugałem oczami. Nadjechał pociąg. W lewym ręku trzymałem jej walizki. Wsiadła, położyła walizkę i opuściła szybę. Ludzie w przedziale nawet się nie poruszyli. - Może się jeszcze zobaczymy? – powiedziałem z nadzieją w głosie, stając na palcach, żeby być bliżej okna. - To już koniec. Miała na sobie zniewalającą sukienkę i aż dziw, że facet, który siedział przy oknie nie klepnął jej jeszcze w tyłek. Jej mina mówiła tylko to, że mówi serio. - Ale dlaczego? – zamrugałem oczami i zrobiłem minę skrzywdzonego dziecka. - Nie licz na nic więcej. - Proszę… - Mam nadzieję, że wszystko Ci się ułoży. Spojrzała na zegar. Było pięć po ósmej. Pociąg właśnie ruszył. Widać było jak zaczyna myśleć o sytuacji, w jakiej się znalazła i z jakiej właśnie ucieka. Mieliśmy już za sobą najcięższą część dialogu. Pomachała mi jeszcze na pożegnanie i ostatni raz uśmiechnęła się tak, jak tylko ona potrafi. W jej mimice twarzy dostrzegłem smutek i żal. A może tylko się łudziłem. Chwilę potem schowała się do przedziału i z pewnością myślała już o czymś, co zupełnie nie było związane ze mną. Czekałem jeszcze pięć minut na peronie i próbowałem zapamiętać te wszystkie dobre chwile, które razem spędziliśmy. Samo życie. Kochaj i pozwól umrzeć. Był poniedziałek. Siedziałem na balkonie i popijając piwo z zielonej butelki przyglądałem się przechodniom. A miałem takie cudowne dzieciństwo. Moi rodzice, tzn. matka tak o mnie dbała. Zawsze spełniała moje najdziwniejsze zachcianki. Może przez to mam taki zryty charakter? Myślę, że jestem pępkiem świata i wszystko mi się należy. Do tego dołączyła się babcia, która tak się o mnie troszczyła, aż żal dupę ściska. Cholera. Nie wiem, czy wolałbym mieć ciężkie dzieciństwo i łatwe życie. I czy to w ogóle tak działa. Wiem natomiast to, że potrzebuję dziewczyny, kobiety, kogoś odmiennej płci, bo jak mawiał mój pan od WF-u sperma mi uszami wychodzi. Zanim zrobiłem śniadanie, włączyłem telewizor. Tak, jak zwykle. Najpierw kanały z bajkami, później kanały dla dorosłych, a później programy informacyjne i dzienniki, przy których od razu wyłączam się ze słuchania. Mój słuch najbardziej wytężony był na kanale dla dorosłych. Facet w masce kota albo szczura biegał po całym domu, wydając z siebie dziwne odgłosy. Chyba usiłował miauczeć, ale nie dam sobie głowy uciąć, a drugi był przywiązany do kaloryfera i błagał o pomoc. Kanały dla dorosłych mają tę wadę, że nigdy nie wiadomo, na co się trafi. Przełączyłem na kreskówki. Struś Pędziwiatr wydawał mi się lepszą rozrywką. Na ulicy przed domem zbiegło się chyba pół miasta, bo hałas był wprost niemiłosierny. Poszedłem do okna. Jeden z malców dostał w prezencie elektryczną hulajnogę i koniecznie chciał się nią przed wszystkimi pochwalić. Grupa dziewcząt w wieku od siedmiu do dwunastu lat na przemian albo wyśmiewała się z niego albo rozmawiała z zaciekawieniem. Rodzice, którzy nie mają za dużo czasu, bo albo pracują od ósmej do ósmej albo po prostu nie mają na to ochoty, kupują malcowi taką zabawkę i mają go na całe dnie z głowy. Lepsze to niż komputer, bo przynajmniej nie zużywa tak wzroku. Mniej więcej sześć razy na miesiąc dzieciaki spotykają się przed moją klatką i dyskutują, o czym tylko popadnie. A to, że jeden ma lepszy rower od drugiego, a to, że HWDP nie znaczy to, co znaczy. Czasami też z dziwną zawziętością plują na siebie nie zważając na savoir vivre ulicy. Stało się to chyba jakiegoś typu tytułem, bo ta epicka i poniekąd wzruszająca bitwa, typowa dla tego rodzaju ulicy jest przeprowadzana systematycznie i nieprzerwanie odkąd się tu wprowadziłem. Bogu, dzięki, że nie ma w pobliżu komisariatu policji, bo jeszcze go by opluły. Policjanci to patentowani lenie, a dzieci mają tyle życiowej energii. Przełączyłem na kanał dla dorosłych. Goły facet powieszony na czymś zwisał głową do ziemi. Inny… Przepraszam

ROZDZIAŁ II

Mały zrobił sobie taki oto tatuaż,

a potem napisał do prasy erotycznej taki oto artykuł : Niedawno skończyłem 23 lata i chciałbym już przestać być prawiczkiem. Odłożyłem trochę kasy, są wakacje, dużo czasu, więc chętnie bym skorzystał z usług jakiejś miłej prostytutki, aby mieć ten nieszczęsny "pierwszy raz" z głowy i więcej już się nie denerwować i nie stresować. Nie musi być super-ładna, wystarczy żeby była doświadczona i wyrozumiała dla takich zakompleksionych gówniarzy jak ja. Czy ktoś może mi polecić taką - prywatnie lub dobrą agencję, gdzie znajdzie się takie panie. Mały nie był jedynakiem. Hubert i Jan mieszkali podobnie jak on pozostawieni sami sobie. Oddaleni od większego miasta o trzydzieści kilometrów. Do szkoły dojeżdżali w sposób podobny co ich brat. Wydaje się, że był to system opracowany przez nasze matki długo przed naszym urodzeniem. Pewnie powiedziały sobie: Ty będziesz wozić swoje dziecko do szkoły, a ja moje. Może był to sposób na utrzymanie więzów rodzinnych. A może po prostu nie mogło być inaczej. Po krótkiej analizie, wydawać by się mogło, że obie, a właściwie cztery strony były z tego zadowolone. To wróżyło... dobrze. Kiedy ich mamy jeszcze o nich nie myślały, co jednak miało wkrótce nastąpić, działy się dziwne rzeczy. na tyle dziwne, że pozostawię to w tej chwili owiane nutką tajemnicy. Ostrzegam, że nie mam tutaj na myśli zlotu kosmitów czy poskromienia połowy ludzkości przez groźną szarańczę. Były to czasy, o których opowiem w dalszej części. Tak więc Hubert i Jan mieli podobną sytuację dojazdową. Co zresztą mogło być wcześniejszą umową ich matek. Czego do tej pory nie udało im się dowieść. Wiadomo jednak, ze gdyby nie one, nie przyszłoby na świat trzech zdrowych i przystojnych mężczyzn. Teraz trochę o jego braciach. Hubert. Rok urodzenia: 1985. Dwa dni przede mną. Czyli 25 czerwca. I znowu nasze matki miały z tym coś wspólnego. O zodiaku nie trzeba wspominać. Znaki szczególne: brak. Oczy normalne. Chyba ładne, choć koloru nie pamiętam. Wysoki. Nie za. Jan. Zodiaku nie powiem, bo nie pamiętam. Z pamięci wiem tylko, że urodzony w 1987 roku. Mam nadzieję. Ostatnio, a właściwie dziesięć lat temu doszedł trzeci, a raczej czwarty członek klanu – Wiktor. On jednak należy do innego pokolenia, więc o nim nie będę wspominał. Powiem tylko tyle, że też nie pamiętam dokładnej daty jego urodzin, chociaż przypuszczam, że urodził się któregoś dnia w styczniu, ale ręki nie dałbym sobie za to uciąć. O Filipie, którego widuję jeszcze rzadziej nie będę w ogóle wspominał, bo szkoda moich komórek mózgowych. Niech sobie jeszcze pożyją. Od dwóch dni słychać też o akcji ratowania liceum do którego uczęszczałem. Różni ludzie, którzy tam uczęszczali pisali różne rzeczy, żeby pomóc szkole przetrwać zimę. Ratujmy I LO! Szanowny Panie Przewodniczący, Członkowie Rady Miasta, Z przerażeniem odebrałam ostatnie wiadomości, dotyczące połączenia I Liceum Ogólnokształcącego im. Takiego i takiego, tak znanego nie tylko na terenie miasta, z gimnazjum o nieznanych, myślę że nie tylko mi, osiągnięciach. Do tej szkoły chodzili moi rodzice, ja oraz mój syn i z przyjemnością stawiamy się na każdym zjeździe [...]. Rozumiem, iż nie wszystkim Szanownym, Członkom Rady Miasta było dane ukończyć te szkole, niemniej proszę, choć spróbować wczuć się w role absolwenta szkoły, która przeobraża Się w jakiś ZESPOL SZKOL. Komu ma to służyć? Wiem, ze nie chodzi tu o względy ekonomiczne, bo tego akurat jeszcze nikt nie zdążył policzyć. WIEC, O CO??? Błagam! Zastanówcie się, co chcecie zniszczyć! Jestem przekonana, ze jest jeszcze czas, aby dokładnie zastanowić przed Podejmowaniem nie do końca przemyślanych decyzji. Myślę, ze Szanowny Pan Przewodniczący i Rada Miasta pod jego kierownictwem wykaże dobra wole i Doceni wagę tradycji związanych z I LO, nierozerwalnie Wpisanych w historie miasta i całego Regionu. Z poważaniem Ta i ta

Większość rzeczy w naszym życiu nie dzieje się przypadkowo. Właściwie nad większością możemy zapanować. To oczywiste. Np. jeżeli będziemy bardzo nad czymś myśleć to ta myśl stanie się prawdą. Co prawda nie do końca, ale takie myślenie ma znaczący wpływ na bieg sytuacji. Mały wiedział oczywiście, że nijak ma się to do wygranej w Bingo, ale z takimi rzeczami jak kłopoty miało to dużo wspólnego. Najprostszy przykład to choroby. Gdy będziemy się czymś zamartwiali, źle komuś życzyli tzn. nienawidzili, to ta myśl zatruje nasze emocjonalne życie i w końcu doprowadzi do czegoś niedobrego. Potem człowiek choruje i obwinia los.

ROZDZIAŁ III

Mały posuwistym krokiem przemieszczał się pomiędzy placem a oświetlonym jak choinka mostem. Będąc na moście wrzucił niedopałek do rzeki, po czym zapalił kolejnego papierosa. Ciekawe ilu przechodniów tak robi? Rzeka musi obfitować w na pół radioaktywne ryby. Gdy się uważniej przyjrzeć, widać było zresztą, że gdzieniegdzie na powierzchni rzeki pojawiały się dziwne bąbelki, które swoją wielkością przypominały piłki do gry w nogę. Mały nawet na nią nie spojrzał. Wydawało mu się, że na świecie są ciekawsze sprawy, niż przypatrywanie się brudnej rzece. Szybko podniósł głowę, szukawszy jakiegoś ciekawego obiektu. Wolał zawiesić oko na jakiejś dziewczynie. To go motywowało. Tramwaj, który akurat miał tu wyznaczoną trasę przejechał z ogromnym piskiem i zasłonił na chwilę obiekt westchnień Małego. Zanieczyszczone chmury nie dawały szansy, żeby przedarło się przez nie chociaż kilka promyków światła. Tramwaj zatrzymał się i Mały poczuł się bardzo urażony. Od samego rana wszystko sprzysięgło się przeciw niemu. Choć czuł, że twarze spoglądające na niego z tramwaju szyderczo kpią, to i tak miał to w dupie. Dzisiaj postanowił, że nic nie zepsuje mu tego względnie pięknego dnia. Z prawej kieszeni, chyba przez roztargnienie, wyjął swój portfel i zobaczył, że nie ma w nim więcej niż dziesięć złociszy. - Pieniądze to nie wszystko – pomyślał i ruszył w stronę Centrum. Po drodze natknął się na różnego rodzaju recydywę i różnego rodzaju bogaczy. Nie lubił ani jednych ani drugich. Mały był trochę nijaki. Z zewnątrz wyglądał na faceta z reklamy najlepszych kosmetyków, ale pod pokrywą powabności krył się ogromny potwór. Dziewczyny, które oceniały ludzi po wyglądzie, bardzo się myliły. I szybko się o tym przekonywały. Gdy tak szedł do Centrum, myślał nad swoim całym minionym życiem. Jako, że nie lubił się za bardzo przemęczać, że zabierało mu to więcej niż pół godziny. Coraz częściej łapał się na tym, że w jego pamięci coraz więcej było luk, coś na podobieństwo czarnych luk w galaktyce. Nie mógł wpaść tylko na to, że może to wina alkoholu i innych używek. Postanowił, że po poprzedniej imprezie poprawi i naprawi swoje życie. Mały przyjechał do mnie na tydzień po tym, jak wyjechała Maria. Chciał zwiedzić miasto. Chciał, żeby życie nie było tak monotonne. Nie mógł w końcu ciągle pić, palić, jeść, pić, palić, palić, pić, pić. Za dwa tygodnie kończy dwadzieścia trzy lata. Myślał, że od tego momentu wszystko nabierze lepszego wymiaru. Przeszedł pół miasta i ocenił w myślach każdego, kogo po drodze spotkał. Musi w końcu rozszyfrować to życie i zrozumieć, na czym ono polega, co jest dobre, a co złe. Jego główną cechą było upijanie się w trupa. Do tej pory robił to systematycznie niczym kierownik pociągu. Potrafił wypić piętnaście piw i nadal prowadzić dyskusję na temat postępu ludzkości. Nie miał zbyt dużo pieniędzy, ale to nigdy nie było dla niego wielkim problemem. Grunt to porządnie się zabawić. Jedynym dostrzegalnym plusem tego typu zachowań było to, że zawsze mógł liczyć na swoich pijaków kolegów, którzy widząc go kompletnie zalanego pozwalali mu się zdrzemnąć na wolnej kanapie. Przed oczami ukazał mu się starszy mężczyzna z białą laską i psem, który o mały włos na niego nie wszedł. Szedł podziwiając kolejne wystawy sklepów i marzył, że kiedyś i jego będzie stać na coś takiego. Miał pewne plany. Jedyne, czego potrzebował to gotówki. W jak największych ilościach. Ale nie był na tyle głupi, żeby szukać pracy, o nie. Tak robią totalni głupcy. Wiedział, że jest stworzony do wyższych celów. Ma duszę. Oczywiście, jego marzenia musiały trochę poczekać, ale i tak warto było o tym rozmyślać. Już samo myślenie na jakikolwiek temat stanowiło dobry trening na wpół przeżartego umysłu. Minął pralnię na rogu trzeciej i czwartej. Pracowała w niej na pół etatu studentka, która wyglądała na zadowoloną. Nie wiadomo, dlaczego, ale uśmiechała się do Małego. Pomyślał, że chce się z niego pośmiać, jakby wiedziała, że obmyśla teraz plan zdobycia świata, więc szybko odwrócił głowę w drugą stronę. Z pewnością nie uznała tego za nieśmiałą kokieterię. Mijając kolejną kobietę, Mały zrobił od niechcenia minę światowca i przeszedł obok niej obojętnie. (Jej akurat chyba się spodobał, ale i tak tego nie zauważył). Miał wobec życia pewne zamiary. Nie miał czasu na bzdury. Chciał twardo stąpać po tej ziemi. Wiedział, że znając swój potencjał i słomiany zapał, oczekiwał od życia zbyt wiele, ale cóż mógł na to poradzić. Oczami wyobraźni widział się na posadzie dyrektorskiej, gdzie reszta pracowników skakałaby z radości na sam jego widok. Miałby tyle dziewczyn, na ile tylko starczyłoby mu sił. Niecałe dziesięć złociszy ciążyły mu w portfelu niczym ogromny balast. Pomimo tego, że w środku czuł się jak śmieć, lśniące neony dodawały mu pewności siebie oraz poniekąd dowartościowywały. - Witaj Mały, co słychać? Mały spojrzał na mężczyznę, który ośmielił się go zaczepić. Z twarzy był podobny zupełnie do nikogo. Po chwili trybiki zaskoczyły i dzięki niebywałemu fuksowi przypomniał sobie jego ksywę. - Cześć Spory – powiedział od niechcenia. Nie pytacie skąd wzięło się to przezwisko. Spory miał ponad dwa metry zrostu i było ostatnim facetem, którego Mały spodziewał się tu spotkać. Szybko doszedł do wniosku, że któremuś z nich coś się w życiu popieprzyło, skoro spotykają się w mieście, w którym z pewnością nie było sensu się spotykać. Spory poklepał go po ramieniu. - Widzę, że zmężniałeś! Mały miał ksywę Mały zupełnie nieprzypadkowo. - Nie narzekam. Spory podrapał się lewą ręką po głowie, po czym stwierdził. - Pewnie już dawno nie przeleciałeś jakiejś ekstra laski. Zbyt dumny, żeby się przyznać, Mały uznał, że ma to gdzieś. - Mam to gdzieś – oznajmił. - Nie denerwuj się. Tylko żartowałem. Mały marzący o tym, żeby jak najszybciej pozbyć się natręta, spojrzał w dół, gdzie przylepione były wszystkie kolory gum, jakie tylko zdołał sobie wyobrazić. Spory usilnie próbował nawiązać bliższy kontakt. - Ostatnio słyszałem, że Twój kolega Lala zarwał w końcu jakąś dziewczynę… Jak było jej na imię? - Natalia. - No właśnie, Natalia. Jeżeli dobrze ją sobie przypominam, to muszę ci powiedzieć, że sam chętnie bym go ochrzcił. Myślisz, że Lala już ją przeleciał? - Nie wiem. Brwi Sporego złączyły się na znak, że nie dał za wygraną. Być może nawet się uśmiechnął, ale Mały nie był tego pewien. - Jak na razie tylko ty i ja trzymamy się nadal w pojedynkę. To duże wyzwanie. Nie minęło dużo czasu, zanim w umyśle Małego odtworzyły się momenty spędzone razem ze Sporym w tym samym akademiku. Pięć osób w pokoju dla dwóch. Opowieści o zaliczonych dziewczynach i przebalowanych nocach. Wieś na maksa, ale Sporemu się podobało. Kiedy zaprosili dziewczyny, Spory tak się schlał, że obrzygał sobie plecy, by na końcu przy wszystkich bezceremonialnie zjechać sobie na ręcznym. Następnego dnia nożyczkami pociął dywan w korytarzu, by zamienić na ten z jego pokoju. W tym jedynym przypadku matematyka okazała się niepotrzebną wiedzą. Za nic na świecie kwadrat nie chciał być prostokątem. Słuchaj, Spory, muszę lecieć. Mam masę spraw do załatwienia, a tak niewiele czasu. Wiesz, jak to jest. Spory był na wpół przekonany, że się przesłyszał. Zmrużył oczy i zrobił dosyć dziwną, nawet jak na niego minę. Wybełkotał pod nosem jakieś obsceniczne przekleństwo i po bratersku klepnął małego w ramię. - Trzymaj się, stary – bąknął Mały, oddalając się w przyspieszonym tempie. Kiedy przechodził przez skrzyżowanie, mały samochód zatrąbił na niego, o mały włos nie przejeżdżając mu po stopach. Mały zerknął spokojnie w jego stronę. Wychylona przez okno kobieta nie żałowała sobie i pojechała po małym jak należy. Mały uśmiechnął się w jej stronę i przerzedził ręką włosy. - Leci na mnie. To widać. Potem spokojnie ruszył w kierunku najbliższego kina. Ciekawe, czy ta baba tak samo by się zachowywała w jego położeniu. Postanowił, że kiedyś się na niej zemści. Niech sobie babsko nie myśli. To nie ona idzie pieszo w tak cholernie beznadziejny dzień. Marzył o zemście. Z każdą chwilą ta myśl jakby pobudzała go do życia. Można nawet powiedzieć, że zachciało mu się żyć. Jakby znalazł swój cel – chciał być kimś. Gdyby posiadał taki samochód, mógłby zrobić karierę na lokalnych drogach. Oczami wyobraźni widział siebie siedzącego za kółkiem. Chciał mieć coś, na czym mu zależało. Chciał się mieć czym pochwalić. Być wolnym od kierowców – idiotów. Nim zdążył dojść do kina, udało mu się już wymyślić wszystkie szczegóły na temat nowego i pierwszego zarazem auta, które sobie kupi, jak tylko jego portfel nabierze odpowiedniejszych rozmiarów. Klan Małych był z jednej strony specyficzny, z drugiej nie wyróżniał się niczym szczególnym. Matki, żony i kochanki były znane z tego, że lubiły zmieniać partnerów, co już nawet nie dziwiło ani nie martwiło płci przeciwnej. Cechą dosyć charakterystyczną było to, że wszyscy członkowie rodziny wariowali na widok sławnych gwiazd. W roku 2000 Łukasz, niedoszły student logistyki, spędził dwadzieścia długich i gorących godziny na placu przed ogromnym spodkiem, gdzie miał zagrać słynny amerykański piosenkarz Dżonatan Dejwis. Była to pierwsza wizyta tego zespołu w Polsce i jak się okazało ostatnia. Ambicje Łukasza sięgały bardzo wysoko. Chciał być jak najbliżej się tylko się tego cudownego piosenkarza i cudownego amerykańskiego człowieka. Marzenie spełniło się i w dniu koncertu był możliwie najbliżej sceny. 20000 wat dawało taki huk, że Łukasz prawie nic nie słyszał, a do tego w połowie koncertu oberwał podeszwą Małego w głowę, który niesiony przez podekscytowany tłum całej dziesięciotysięcznej widowni wybrał właśnie głowę brata, która w momencie impaktu, uderzyła o barierkę, która odgradzała piosenkarza od hołoty. Pod koniec koncertu, gdy piosenkarz schodził ze sceny, podał na pół sekundy rękę co bardziej wytrwałym zawodnikom. Nie mógł oczywiście wiedzieć, że Łukasz czekał dwadzieścia godzin, żeby stać kilka metrów przed nim, ale i tak nie miało to znaczenia, bo chcąc nie chcąc dotknął jego ręki. Przed zejściem ze sceny zdążył jeszcze tylko powiedzieć: - See you next time, guys. Po czym ze spokojem opuścił scenę. Przez następne pół roku Łukasz żył w ciągłym podnieceniu, opowiadając każdemu wszystkie szczegóły z tego jakże cudownego momentu. Lewa dłoń, której starał się w ogóle nie dotykać i nie myć, po jakimś czasie nabrała dla Łukasza większych wartości, a on sam postanowił, że przesłucha choć jedną płytę zespołu i postara się rozszyfrować bełkot: See you next time, bo choć lubił Dżonatana, to guys nie za dobrze mu się kojarzyło. Innym razem, gdy rodzice wysłali ich na obóz letni, a oni mieli jeszcze wtedy po siedemnaście lat, zdarzyła się rzecz nieprzewidywalna. Rodzice, wysyłając dwóch samców na obóz, jak się okazało pierwszego dnia o zabarwieniu religijnym, sami udali się za granicę odwiedzić dawno nie widzianego wujka. Oprócz nich w pokoju mieszkał jeszcze jeden mężczyzna, a na dole ich dwupiętrowego łóżka mieściła się niewiadomo czemu kratka kanalizacyjna. Ich pokój graniczył z męsko-damską ubikacją i codziennie wieczór słychać było i czuć, kto właśnie załatwia swoje potrzeby. Każdego dnia chodzili razem do żółtej budki telefonicznej tylko po to, by usłyszeć, że mają się trzymać i że z pewnością wszystko będzie dobrze. Łukasz dzwonił też za każdym razem do swojej pierwszej kobiety, która również uważała, że powinni wytrzymać. Chodzili więc po całym mieście, którego jeden kraniec graniczył niemalże z drugim. Wieś ta charakteryzowała się jedną cechą. Występowały w niej dwa rodzaje budynków z tym, że z jednego byli zupełnie zadowoleni, a z drugiego niekoniecznie. Sześć barów stanowiło ta dobrą stronę, osiem kościołów tę złą. W barze słychać było dzwonnice kościoła, w kościele z pewnością słychać było pijaków z baru. Postanowili, że usiądą przy wielkim jeziorze, przy którym spotkali nowych znajomych. Z pewnością nie wierzących, a na pewno pijących. Dodatkowym plusem tego, że wiocha ta była taką wiochą, było to, że nad jeziorem nie było komarów. Miejscowi tłumaczyli to tak, że nawet komary wolą tu nie zaglądać. Jako, że nie mogli wciąż pić, bo pieniędzy było nie za wiele, obmyślili cudowny plan i od razu zaczęli go wdrażać w życie. Po obiedzie, kiedy wszyscy zaczęli się przygotowywać do standardowej o tej porze modlitwy, Łukasz podszedł do jednego z organizatorów kampusu i powiedział mu, że niestety, ale muszą jechać, bo maja w domu umierającego wujka, który natychmiast potrzebuje pomocy. I tak spakowali się i opuścili lokal. Jechali nocnym pociągiem przez osiemnaście godzin, ale było warto. Gdy weszli w końcu do domu, jeden z nich usiadł na klopie i wydał odgłos rozkoszy i w tej chwili do tejże łazienki zajrzała sąsiadka z grupą ośmiorga dzieci, chcąca podlać kwiatki i pokazać dzieciom żółwika, który utrzymywał stałą bierną pozycję pod zlewozmywakiem. Ojciec Małego był prawie światowej sławy dyrygentem. Nie lubił rodziny i mało co go interesowało. Uchodził za człowieka bardziej światowego niż Mały, ale to akurat nic dziwnego, miał przecież więcej lat. Mały nigdy z nim nie gadał i nie krył też przed nim uczucia nienawiści, którym go obficie obdarzył. Obiecał sobie, że jak tylko będzie to możliwe, zmieni nazwisko i odejdzie jak najdalej od tej, co tu dużo mówić, nieudanej rodziny. Jego ojciec w wolnym czasie zbierał proporczyki, a on wycinał gołe baby. Mijały miesiące, a nic się nie zmieniało ani na lepsze, a na gorsze już raczej nawet nie wypadało. Każda obietnica, którą składał ojciec, okazywała się wierutnym kłamstwem. Mały widywał czasem ojca uśmiechniętego, ale nie zdarzało się to zbyt często. Ojciec miał na twarzy ten osobliwy rumieniec starego pijaczyny, który towarzyszył mu o każdej porze dnia i nocy. Urodził się w złym miejscu i w nieodpowiednim czasie. Cóż mógł na to poradzić. Zdarzało mu się, że sam również ulegał klanowej słabości. Jak wszyscy z rodziny nie miał ani wielu przyjaciół, ani wielu zainteresowań. Najbardziej jednak odbiła mu szajba, gdy wrócił ze Stanów. Rodzice wysłali go tam na krótki okres, aby podelektował się gatunkami innych alkoholi. Jak duże było zdziwienie małego, gdy w sklepie zobaczył znajomą butelkę Żytniej. - Tu też to piją? – pomyślał. Mały miał jeden duży problem. Lubił się popisywać. Kiedy leciał z powrotem do kraju wypijając w samolocie dwanaście darmowych win, udając że boi się latać, obmyślał dokładny plan działania. Było to z pewnością jego największe osiągnięcie, które na pewno nie może się odbić bez echa w jego biografii. Postanowił, że zorganizuje takiego sylwestra, że palce lizać. Zaprosił sześćdziesiąt pięciu chłopa i dziewcząt. Chałupa ledwo trzymała się fundamentów, każdy ocierał się o drugiego, ale jakoś to było. Jedni przyszli już zaprawieniu, tak zdecydowana większość sylwestra zaczęła już znacznie wcześniej. Podczas pobytu w Stanach był na imprezie, na której było podobno czterysta osób. Nie liczył. Z tego co zapamiętał to to, że wszyscy składali mu gratulacje, że tak dużo może wypić. Poznał fajnych ludzi ze złotem na szyi niczym na teledysku i miał okazję zobaczyć jak pod naporem setki ludzi upada płot właściciela posesji – jednorodzinnego domku, który pomieścił czterysta osób. Gdy był już na tyle nietrzeźwy, by przywitać się z gospodarzami, wszedł na drugie piętro i zobaczył, że w drzwiach o grubości pięciu centymetrów jest ogromna dziura. Wtedy właśnie poprzysiągł sobie, że on także zrobi tak zajebistą imprezę. O północy w jego domu i koło było już około setki ludzi, większość petard leciała poziomo, przy czym on jako gospodarz, odpalał największe. Niektórzy brali amfę, inni dobrze bawili się tylko wypijając półtorej litra amolu. Ci, co przyjechali samochodem, żałowali już tego w drugiej minucie pobytu. Policja była wzywana dwa razy i tym. Właśnie ta impreza przypominała tą lepszą w oczach Małego, amerykańską. Jeden z kolegów Małego obudził się o siódmej rano na półce nad schodami na drugie piętro. Matka Małego nigdy tam nie sprzątała z dość prostego powodu. Nigdy nie mogła tam dostać. Jak się okaże kolega ten zajdzie w swoim życiu jeszcze wyżej niż półka w domu Małego. Zostanie alpinistą. Podczas całej imprezy Mały latał wypytywany przez wszystkich znajomych jak to właściwie jest w tych Stanach. Sam przed sobą musiał przyznać: to był jego dzień. Wiedział, że zrobił duże wrażenie na kolegach. Pokazywał im zdjęcia, opowiadał ze szczegółami każdy dzień spędzony w raju, jakim jest Ameryka. O tym jak sam był na X-Manie i jak to tylko on wiedział, o czym mowa, gdy w początkowych kadrach filmu pokazywano Polskę i Oświęcim. Małemu marzyło się coś jeszcze. Zaprosił wszystkich najbliższych i dalszych znajomych do największego pokoju, gdzie stał Łukasz pilnujący trzech kegów po trzydzieści litrów piwa, które wedle poleceń Małego skrupulatnie rozlewał. Mały, jako że był gospodarzem, nie upił się do granic możliwości, ale jego obserwatorzy bynajmniej żałowali, że wypili jeszcze tak mało. Jako że Mały nie chciał zostać nazwany krasomówcą, a na opinii bliskich kolegów zależało mu najbardziej, chciał udowodnić, że na każde drzwi jest metoda i że w Stanach wiedzą co to dobra impreza. Jako że nie chciał działać w skali mikro, postanowił, że od razu przejdzie do skali makro. Wyciągnął z garażu stare obsiorpane z farby drzwi i położył je na wcześniej przygotowanych czerwonych cegłówkach. Uklęknął i chociaż większość zebranych stanowczo mu tego odradzała, uderzył z całej siły w sam środek drewnianych drzwi. Do końca imprezy leżał w ubraniu w wannie na drugim piętrze i analizował, gdzie popełnił błąd. Drzwi nawet nie drgnęły, natomiast jego ręka bardzo. Dwa dni później opowiadał wszystkim, jacy to Amerykanie to pojebani ludzie. Jedna z dziewczyn zrobiła mu zdjęcie jak śpi w wannie z kciukiem pomiędzy nogami, ale nawet ci, co go widzieli, nie umierali ze śmiechu. Kiedy szedłem do domu zahaczyłem o mały sklepik z artykułami spożywczymi. Kupiłem fasolę, proszek i parę innych rzeczy, które wydawały mi się potrzebne. Gdy podchodziłem do kasy opadła ze mnie jakimś cudem cała moja energia. Gdy człowieka dopada taki stan to znaczy, że mogą się stać dwie rzeczy albo coś dobrego, albo coś dobrego. Mnie los postanowił obdarzyć tym drugim. W drzwiach stała piękna sex dziewczyna, która zobaczywszy mnie od razu się uśmiechnęła i dała tym samym do zrozumienia, że jej się podobam. Była boska. Jak pierścień wysadzany wielokaratowymi diamentami. I miała w sobie to coś co mnie pokonało. Wiedziałem już, że wpadłem i nie wyjdę z tego pojedynku cało. Miała na sobie cudowną sukienkę i odsłonięte nogi. Życie stawało się coraz piękniejsze. Zauważyłem ją kilka dni temu, ale ona z pewnością mnie jeszcze wtedy nie widziała. W gazetach można było wyczytać to co zwykle : Komendant policji nie pogodził się z obecnym stanem rzeczy. Właściwie wstydził się tego. Chce złapać włamywacza bez względu na wszystko... – Co wiadomo na temat człowieka elfa? – Niestety, przyjacielu. Niewiele mogę ci pomóc. Człowiek elf jest zarówno tajemniczy, jak i bardzo przewidywalny. To znaczy do pewnego momentu. Jak wiesz poszukuje on czegoś w mieszkaniach. Czegoś bliżej, jakby to ująć... –Nienamacalnego. – dokończyła reporterka. Gdy byliśmy bardzo mali, gdzieś około dziesiątego roku życia. Ja. Reszta proporcjonalnie młodsza. Spotykaliśmy się często na wakacje, by wspólnie obmyślić, a potem zrealizować plan zabawy. Pamiętam do dziś, że moi szanowni bracia mieli traktor zabawkę, która była świetnym transportem dla najmłodszego z nas Jasia. Woziliśmy go w przyczepie, która była przymocowana na tyle słabo, że pewnego razu, gdy wjeżdżaliśmy pod górę, odczepiła się, a my dowiedzieliśmy się o tym dopiero pod koniec jakże wyczerpującego podjazdu. Poza tym najlepsze „imprezy” urządzaliśmy wieczorem. Wtedy działo się o wiele więcej, niż mogły przewidzieć nasze mamy. Poza tym dochodziło też czasem do kłótni, co oczywiście było normalną koleją rzeczy – jakby powiedziała większość mam. Powiem tak – ciężko się mieszka samemu, ale jeszcze ciężej mieszka się we trójkę. Moje słowa poparte są dowodami licznymi. Sam też kiedyś myślałem na odwrót. Tzn. że mieszkanie samodzielnie i bycie jedynakiem to koszmar, ale teraz zmieniłem zdanie. raz na zawsze. Jedynaki trzymajcie się. Będziecie szczęśliwymi ludźmi. Ktoś kiedyś powiedział, chyba to była moja babcia, że największe szczęście to być młodym. Było w tym dużo prawdy. Można by do tego jeszcze dorzucić i mieć dużo, o przepraszam, i być zdrowym. Było by dobrze, gdyby można robić człowiekowi zdjęcie, gdy tylko się urodzi. Od razu. Na samiutkim początku. Ciekawe jakie mielibyśmy wtedy miny... Na pewno nie za ciekawe. Na pewno przestraszone albo z wielkimi znakami zapytania. Z pewnością ja miałbym takie. Wiem, bo gdy piszę tę książkę to też często takie robię. Znaki zapytania. Podobno wielkie. Właśnie przypomniał mi się pewien numer z lat młodzieńczych. Właściwie dwa. Jeden to jak poszliśmy pewnego razu nad rzekę. Rozmawialiśmy o sensie życia i tym podobne. Koło rzeki stała, już jej niestety nie ma, ogromna wierzba. Była tak duża, że widać już z okna domu. Tak więc po skończonej dyskusji na tematy egzystencjalne, wszedłem, a właściwie wlazłem na owe drzewo, chcąc podziwiać przyrodę i naszą rzekę z góry. Sądziłem, że będzie stąd o wierzbę lepszy widok. Co mógłbym nawet udowodnić, gdyby nie pewien incydent. Otóż, wszedłszy na sam szczyt, a trzeba w tym momencie podkreślić, że szczyt był naprawdę wysoko, a ja byłem tylko w podkoszulku i krótkich spodenkach. Czerwonych. Spojrzałem w dół i w tym samym momencie gałąź, na której stałem urwała się. Spadając zdążyłem tylko zauważyć, że spadnę wprost na stos gałęzi, który był tam zapewne całkiem przypadkiem. Po chwili, ku mojemu zaskoczeniu i zdziwieniu, zacząłem oglądać świat do góry nogami. Zawisłem na gałęzi tak, że nie mogłem sięgnąć gałęzi ani nie dostawałem ziemi. Było wesoło. Koniec końców jakoś dotarłem na ziemię i wszystko jakoś się skończyło. Innego razu, gdy razem z Filipem byliśmy nad tą samą rzeką, tylko z drugiej strony, wchodziliśmy pod ogromny z naszego punktu widzenia wodospad, chlapaliśmy się i uganialiśmy się za moim małym jeszcze wtedy psem. Bubba. Bubba była cudowna i należy jej się też parę słów uznania. Tego samego dnia, co kąpaliśmy się pod wodospadem, rozłożyliśmy też namiot, w którym mieliśmy zamiar nocować. Jasiu, który jak wiadomo, był najmłodszy, położył sobie pod głowę Bubbę i przespał tak całą noc. Nigdy nie zapomnę tego widoku. Jaś i Bubba pod jednym namiotem. Ale wracając do opowieści. Było też tak, że Filip był u mnie wtedy, pierwszy raz. To był jego debiucik, więc nie mógł wiedzieć o pewnych rzeczach, czego oczywiście nie można mu mieć za złe. I tak po kąpieli pod wodospadem pobiegliśmy wszyscy do domu, żeby się umyć i wysuszyć. Jasio, jako że zawsze do wszystkiego był pierwszy, wbiegł do łazienki i zaczął krzyczeć na Filipa, aby ten polał mu włosy. Tu należy się parę wyjaśnień. Woda u nas była oznaczona inaczej niż w hmm normalnej rodzinie. Mianowicie kolor czerwony oznaczał zimną a niebieski ciepłą wodę. Jako że Filip był u nas po raz pierwszy, nie mógł o tym wiedzieć. Odkręcił na włosy Jasia wodę. Poniedziałek. Spotkałem ją. Tak. Poszedłem do sklepu po ser i pomidory. Tak. Przeszedłem przez ulicę, na której nie było nawet jednego samochodu. Byłem już na wprost wejścia do sklepu, gdy ją zobaczyłem. Szła z dwiema torbami zakupów. Na chodniku oprócz nas nie było nikogo. Z początku jej nie poznałem. Myślałem, że to zwykły przechodzień, ale potem, gdy ją ujrzałem, nie wiem, czy miałem zamknięte usta. Ona na mnie spojrzała i delikatnie się uśmiechnęła. Lewą ręką poprawiła swoje włosy. Musiała mnie pamiętać, inaczej czy poprawiałabyś włosy dla przypadkowego przechodnia. Miała cudowne ciemne włosy, ciemne spodnie, które dokładnie wyznaczały granicę kobiecości.

Umówiony z Marlaną – Leah Keith, Mały wyruszył na poszukiwanie swojego błogosławionego obiektu. Zerknął na skrawek papieru.

Pass Kmart AmPm -------- bazgroły on right Turn Left to 1st St – turn left NVRSCRY 395 Champtown Leah Keith 123 Tall Timber Kerrville TX 78078 Phone 830-896-31000

Kocia intuicja podpowiadała mu, że trafi tam bez problemu. Droga była prostsza niż przypuszczał. W ciągu dwóch i pół godziny dotarł na miejsce. Słońce podążało za nim. Nie znał sposobu, aby je zgubić. Spojrzał na ramiona. Były rozgrzane do czerwoności. Taką miał naturę. Pierwszego dnia robił się czerwony, a drugiego czerwień zmieniała się w piękne brąz. Gdy inni pytają go gdzie się tak opalił, mówi, że jest to zasługa częstego przesiadywania w dobrym słońcu, czyli bardzo rano i bardzo wieczorem. Patrzą na niego jak na człowieka z Księżyca. Brama była otwarta. Otwarta to mało powiedziane. Była rozwarta do granic wytrzymałości. Wjechał do środka. Leah mieszkała z rodzicami. W porze wakacji pracowała w pobliskim barze, przepraszam, meksykańskiej restauracji. W ciągu dwóch miesięcy mogła zarobić tyle, co przez sześć miesięcy w mieście. Życie było wstaw odpowiedni przymiotnik. Zapukał do drzwi. Otworzyła mu niższa od niego blondynka. Była ładna. Od czasu, gdy ją ostatni raz widział przybyło jej parę atrybutów. – Cześć, Mały – powiedziała radośnie. Kiedyś na jego widok poważnie by się zaczerwieniła, a on nie wiedziałby, co powiedzieć. Teraz sytuacja mogłaby wyglądać inaczej. Zaprosiła go do środka. – Czego się napijesz, Mały? Jej pewność siebie robiła na nim nadal duże wrażenie. – Masz mrożoną herbatę? – Słońce. Jasne, przyniosę. Pooglądaj sobie płyty. Na pewno nie widziałeś tych egzemplarzy. Pokiwał jej grzecznie głową. Nie myliła się. Ze wszystkich, a było ich około dziesięciu, mógł znać może dwie. Wyszedł na taras. Przed domem stał okrągły basen dla niemowląt i większy dla dorosłych. – Masz ochotę popływać? Leah wróciła z dwiema szklankami zimnego napoju. – Nie wiem czy... – przypomniał sobie, co obiecał sobie po pójściu na basen. Każdego dnia, co najmniej kilka długości. – Jasne, czemu nie – odpowiedział sam będąc zaskoczony odpowiedzią. – Zaraz przyniosę ci kąpielówki – powiedziała Leah, jakby czytała w jego myślach. Mały przechylił szklankę z herbatą. Napój wydawał mu się... idealny do sytuacji. Wróciła Leah. Miała na sobie niebieski strój kąpielowy. Dwuczęściowy. Wyglądała bosko. W prawej ręce wymachiwała kąpielówkami. Mały zrobił minę. – Możesz przebrać się w łazience. Jest na pierwszym piętrze – wskazała mu palcem Leah. Uwinął się szybko. Weszli do wody. Basen nie był duży, ale można w nim było popływać. Spojrzał na nią. Była śliczna. Uśmiechnął się, a ona odwzajemniła uśmiech. Zanurkowała. Przepłynęła cały basen pod wodą i z drugiego końca wskazała na Małego, sugerując, że teraz pora na niego. Zanurkował. Wyobrażał sobie, że płynie na olimpiadzie i że jest to ostatni odcinek, a od niego zależy, czy zdobędzie medal. Skupił się i udało się. Był koło Leah. Ta widocznie dopiero się rozgrzewała, gdyż nie czekając na niego zrobiła pozę do kraula i pokonała kolejną długość basenu. Zrobił to samo. Nie wiedział, czy da radę powtórzyć rekord sprzed dwóch dni. Woda i Leah pasowały do siebie niczym grzyby do lasu. Nie wiadomo, co było pierwsze – kogut czy kura, ale wiadomo, że po posadzeniu lasu pojawiają się w nim grzyby. Spotkali się. – Co zrobisz z zarobionymi pieniędzmi z książki? – zapytała posyłając mu szczery uśmiech. – Nie wiem. Wątpliwe, bym cokolwiek zarobił – prawda. Od tego trzeba było zacząć. – Nie bądź taki skromny. – Nie wiem, może kupię dom, posadzę drzewo i wykopię dół. – Dół? – zdziwiła się Leah. – Na staw – odpowiedział. – Jak hm zalejesz go wodą? – Są na to sposoby – odpowiedział prędko, bo sam znał tylko jeden. Deszcz. – I? – Może założę fundację dla młodych pisarzy albo wyślę rodziców na wycieczkę. – Wiesz, że są już organizowane wyjazdy w kosmos. – NASA, zdemonopolizowana. To chyba dobrze. – Nie wiem, to ty studiowałeś ekonomię – zaśmiała się. – Zmieńmy temat albo przepłyńmy jeszcze dwa baseny – zaproponował. – Dwa? Gdzie się podział Mike, na którego widok robiłam się czerwona? – Też się zastanawiam. Zaśmiali się. Przepłynęli jeszcze pięć długości. Wyszli z wody. Słońce jakby odeszło. Przynajmniej na razie. – Pozwolisz, że się przebiorę? – Jasne. – Świetnie. Możesz skorzystać z łazienki. Wiesz, gdzie jest. – Nie ma sprawy. Po pływaniu rozmowa nie była mocna stroną Małego. Czuł się jakby dźwigał ciężary i doznał nagłej kontuzji. Musiał zachować twarz. Poszedł się przebrać. Spotkali się ponownie na dole, gdzie świeżo zrobiona mrożona herbata wydawała się najlepszą nagrodą za poniesiony wysiłek. Nastała niezręczna cisza. – Co u rodziców? – zaczął Mały. – Wszystko po staremu. Wiesz, jacy są. – Nie – to była szczera odpowiedź. – Tata zawsze chce przekonać mamę do swoich racji, a mama hm powiedzmy, że robi to samo. – Czyli normalna rodzina. – Nie powiedziałabym. Mieszkasz sam, prawda? Jak to jest, gdy nikt ci nie mówi, że nie zaniosłaś talerza, albo, że zostawiłaś buty na środku pokoju? – Strasznie. Naprawdę. Na początku wydaje ci się, że jest fajnie, że jesteś hm, wolna od tego wszystkiego, jednak to tylko złudzenie. Tak naprawdę nie jest to do końca takie fajne, chociaż niektóre korzyści są czasem odczuwalne. – Też bym tak chciała – powiedziała Leah, jakby zapewnienia Małego zupełnie jej nie przekonały. Nie zdziwiło go to. – Szczerze mówiąc to ci zazdroszczę. Być daleko od tych wszystkich problemów to tak jakby... – ...odżyć na nowo? – Coś w tym stylu. Nawet nie mogła przypuszczać jak bardzo się myliła. Nagle Leah powiedziała. – Zaczynam o trzeciej pracę. Zapraszam cię na lunch. Ja stawiam. Co ty na to? – Zaproszenie przyjęte – chciał z nią jeszcze porozmawiać, a poza tym nie był jeszcze w meksykańskiej restauracji. – Pojedziemy moim samochodem – zaproponował. – Zgoda – odpowiedziała bez sprzeciwu. – Pójdę się tylko przebrać i możemy jechać. – Zgoda. Poszedł do samochodu. Jeszcze raz spojrzał na basen. Po chwili Leah wyszła ubrana niczym właścicielka restauracji. Poczuł przypływ energii. Poczuł mrowienie w nodze. Ugryzła go gigantyczna mrówka. Zastanawiał się przez chwilę, czy nie zadzwonić do wróżki i nie zapytać się czy to jakiś znak. Wolał pojechać z Leah do restauracji. Przyjęcie, bo tak to trzeba było nazwać, zbliżało się do tego, o którym opowiadali. Było cudownie. Leah wiedziała, co robi wybierając tu pracę. Ludzie byli w porządku. Oprócz nich widział tam przede wszystkim ludzi z Meksyku. Mógłby przysiąc, że kiedyś tu był. Wolny od całego. Po burzy zawsze przychodzi słońce. Nie wie, dlaczego teraz o tym pomyślał. Wydawało mu się, że śni. Tak chciał poprosić, aby go uszczypnęła. Gdy zatelefonował telefon, odebrał go. Dzwonili z biura. – Mały, to ty? – Nie, nowy Meksykanin! – zaśmiał się. – Musisz do mnie zaraz przyjechać. W Małego jakby uderzył piorun. – Teraz? – Którego z tych słów nie rozumiesz? – Nie mogę. Jestem poza miastem. Kłótnia do niczego nie prowadziła. Jedyne, co mógł zyskać to czas. Czasami jednak warto było spasować. – Przyjadę za trzy godziny – powiedział ciszej niż zazwyczaj i od razu wyobraził sobie minę jego rozmówcy. – Trzy?! – nie był to ani warkot ani krzyk. Mały nie odczuwał ani gorąca ani ciepła w osobie, z którą rozmawiał. Postanowił, że wypluje go z ust. – Do zobaczenia – odłożył słuchawkę. Przydzielił mu rolę frajera. Nie było mu to na rękę. I nie był z tego zadowolony. Leah spojrzała na niego tak, że czuł, ze nie musi nic mówić. Wyszli pół godziny później. Nie porozmawiali o tych i innych rzeczach. Podróż z powrotem zaczynała się dłużyć. Czasem zaczynał wątpić, czy wybrał właściwą drogę. Dzwoniła komórka. – Tu centrala telefoniczna stanu Texas. W czym mogę pomóc? – Chciałam tylko zapytać jak idzie podróż? Leah. Cóż miał odpowiedzieć? Jakby znowu przeczuwał, co stanie się dalej. – Daj znać jak dojedziesz. – Hm... – Sam mówiłeś, ze brak ci rzeczy, które robiła matka – zaśmiała się. W jej głosie było coś więcej niż tylko serdeczny śmiech. Dobrze – odpowiedział. – Mi też było cudownie...

W wolnych chwilach kontynuowałem grę Wyjdź z miasta na północ. Po mapie świata udaj się do jaskini nad Nibelheim. Czeka cię wędrówka jaskiniami. W pewnym momencie dotrzesz do pomieszczenia z rurami. Jedna z nich prowadzi do skarbu na dole. Na dole znajdziesz też Save Point. Zapisz w nim grę i pokonaj bossa. Teraz możesz wybrać dwie drogi. Jedna to.... Nienawidzę grać z kodami .

ROZDZIAŁ IV

Moje miasto nocą, godzina 23.00. Półmrok spowił już większą część dzielnicy. Sąsiad przestał od dwóch i pół godziny grać na trąbce. Para naprzeciwko nic nie robi, albo robi, ale tego nie widzę. W domu po lewej słychać ostrzejszą wymianę zdań na temat repertuaru kanału dla dorosłych. Żona uważa, że nie opłaca się płacić pół stówy na miesiąc, żeby posłuchać miauczenia kota, facet wprost przeciwnie, uważa, że to dobrze zainwestowane pieniądze. Poniżej mieszkania, gdzie ostatnio była orgia, małe dziecko biega zupełnie nagie w poszukiwaniu nadziei i ratunku. Jeszcze niżej dziewczyna około dziewiętnastu lat robi to, na co ma ochotę i z tego, co widać, sprawia jej to nieukrywaną przyjemność. Robi to przy zapalonej lampce nocnej i chyba nie wie, że jej chłopak jest już na klatce i zaraz znajdzie się w jej mieszkaniu. On pewnie liczy, że sobie dzisiaj poużywa, a ona z pewnością powie mu, że jest kiepski w łóżku. Sąsiadów spod trójki nie ma, bo wyjechali na przedwczesny urlop (ich domu pilnuje teściowa pani domu). Jako że mają córkę, która raczej bardzo działa im na nerwy, to zostawili ją w domu. Jako że jest dorosła siedzi grzecznie z rękoma na wierzchu i ogląda gagi w telewizji, które w ogóle ją nie śmieszą. Poza tym też co trzy dni gości teściową, co robi bardzo schludnie. Po lewej na rogu mieszka starszy pan, który skończył dziś dziewięćdziesiąt jeden lat i który przez całe życie był sam. U mnie w mieszkaniu siedzi Mały i zajada się zrobionym własnoręcznie Boritos. Nadchodziła północ i czuł, że musi coś ze sobą zrobić. Czas mijał, a dla Małego czas to z pewnością pieniądz. Wiedział, że nic się już dzisiaj nie wydarzy, a jednak liczył na to, że będzie właśnie na odwrót. Podszedł do lodówki i obejrzał w milczeniu wszystkie puste półki. Wydawało mu się, że wcześniej było tam o wiele więcej jedzenia. Nie spędził mu to snu z powiek. I tak się już najadł. Postanowił nie mieszać się w sprawy, których nie rozumie. Po chwili usłyszał odgłosy awantury, która trwała już dobre pół godziny. Zrobił minę, jakby uważał, że to niewybaczalne tak przeklinać. Może nawet było mu wstyd. Kto wie. Zastanawiał się, co zrobiłby na miejscu męża tej żony. Z pewnością darłby się na nią jeszcze bardziej i zapewne nie darowałby jej bardziej dosadnych epitetów. Człowiek cały dzień haruje jak głupi osioł, a nawet nie pozwalają mu pooglądać idiotów w telewizji. Może i nie było to pouczające, ale z pewnością była to jakaś odmiana w życiu tego małżeństwa. Nagle zrobiło mu się żal. Chciałby mieć kogoś, na kim by mu zależało. Kogoś, kogo mógłby kochać i być kochanym. Marzyła mu się dziewczyna idealna. Taka, która, gdy chciałby wyjść z kumplami na piwo, nie mówiła mu od razu, o której ma wrócić, tylko pytała, czy ma wystarczającą ilość pieniędzy. Chyba mógłby się zakochać. Musiałaby też być ładna. Nie wymagał, by była idealna tak jak on, ale oprócz charakteru musiała mieć to coś. Wiedział, że większość dziewczyn leciało na niego. Był o tym święcie przekonany, ale z całym przekonaniem wolał myśleć, że jest inaczej. Prawda w oczy kole, a on i tak miał już nadszarpnięty wzrok. Wiedział już nawet jakby się zachował. Mimowolnie podszedłby do stolika, gdzie siedziałaby cud dziewczyna. Zasunąłby jej nieprzeciętną, wiele razy starannie udoskonalaną gadką. Ludzie często oceniali go po wyglądzie, dlatego bał się za każdym razem odrzucenia, Ale po pewnym czasie każdy może dojść do wprawy. Gdyby była baaardzo ładna, to otworzyłby się przed nią całym sercem. Możliwe, że wyszedłby na głupka lub co gorsza mógłby zostać wyśmiany, ale starał się widzieć to w bardziej jaskrawych barwach. Patrzyłby jej prosto w oczy i nie kłamałby więcej niż wymagałby tego sytuacja. Z pewnością szukałby w niej czegoś więcej niż powabnych piersi. Grunt to trzymać klasę. Dałby sobie radę. Wiedział o tym. Co do charakteru. No cóż, chciałby, żeby była bogata. Najlepiej tak bogata, żeby mógł z nią wyjechać z tego ohydnego miasta i nigdy tu nie wracać. Z nią lub bez niej. Codziennie wieczór pałętał się po swojskich barach w poszukiwaniu tej jedynej. Gdy już ją spotykał, to przebiegał schemat numer jeden, albo dwa. Nie miał co liczyć nawet na jej numer. Poza tym, jeśli dziewczyna była już fajna, to zawsze natrafiał na jej mniej fajne przyjaciółki, które odradzały tej fajnej spotykanie się z nim. Budował zamki na lodzie. Lecz nie mógł przestać o niej myśleć. Co dziwne myśl ta zaczęła być tak natrętna, że stanowiło to sedno wszelkich rozmyślań Małego. Powziął pewne decyzje. Podjął pewne kroki. Jego jestestwem zawładnęło nowe uczucie, przemożne uczucie do wyobrażonej dziewczyny. Mijały kolejne minuty, a jemu nadal wydawało się, że jeszcze wszystko przed nim, że ma jeszcze czas. Nic bardziej mylnego, ale o tym musiał przekonać się sam. Wiedział, że musi istnieć dziewczyna, której by się podobał i że tylko jego życiowy pech nie pozwala mu jej spotkać. Mały usiadł na kanapie i postanowił, że się położy. Lubił wcześnie kłaść się spać, ale rzadko kiedy mu się to udawało. Prozaiczny bezruch denerwował go. Postanowił, że schowa głowę pod kołdrę. Najwięcej widzi się przecież sercem. Czy jakoś tak. Zębów nie mył, bo nie wziął szczoteczki. Po całym dniu chodzenia po mieście był trochę brudny, ale przecież jutro też jest dzień. Nie ma co się spieszyć. Mały rozebrał się i czekał aż pościel nabierze ciepła. Myślał o swojej skończenie doskonałej dziewczynie. W tym momencie jego członek stanął jak wryty, co niebywale go ucieszyło. O mało nie wrzasnął z zachwytu i z pewnością miał ochotę na coś jeszcze, ale postanowił, że jeszcze dzisiaj tego nie zrobi. Zanim zacznie się onanizować przynajmniej raz powinien ją chociaż zobaczyć. Na pięć przed zaśnięciem ogarniały go nocne fantazje. Piękna dziewczyna i on płyną razem na własnym jachcie, piękna dziewczyna i on leżą razem w łóżku, piękna dziewczyna i on robią to w największej damskiej toalecie najcudowniejszego kina w mieście. Chwilę potem zmógł go błogi sen. Nie zdążył nawet wyobrazić sobie jej piersi. Przypominam dla zapominalskich, że woda miała być zimna. Chciał dobrze – tak tłumaczyły potem Jasiowi nasze mamy. Chciał dobrze... Jasiu ryknął takim tenorem, że aż żal, że nie mogliśmy tego nagrać. Po prostu rewelacja. Dla samego śpiewaka pewnie koszmar, ale to inna bajka. Co więcej? No cóż. Jasiu i Filip więcej się do siebie nie odezwali. Przynajmniej nie tego dnia. Następnego wszystko wróci do normy. Dzień wcześniej, czyli dzień w którym przyjechali do mnie moi ukochani kuzyni, był pełen oczekiwań. Każdy starał się jak mógł, żeby wypaść przed drugim jak najlepiej. Wszystkich, całą trójkę zakasował oczywiście, nie kto inny tylko sam Jan. Przywiózł nowy model Yoya. Dzięki temu zdarzeniu przez najbliższy rok chodziłem przekonany o jednym. Żeby być dobrym w posługiwaniu się Yoyem trzeba mieć właśnie takie Yoyo. Żadna inna marka nie wchodziła w grę. Żeby zostać mistrzem trzeba mieć takie czerwone Yoyo. Do tego dochodziły też sztuczki, których trzeba było się nauczyć, żeby móc pochwalić się przed kolegami, że nie służy nam ono jedynie by znęcać się nad tymi, którzy jeszcze tego wynalazku nie posiadają. Ja też miałem coś w zanadrzu. Owego czasu uwielbiałem wręcz grać w gry komputerowe. Byłem maniakiem. Uzależnionym aż miło. Graliśmy wtedy w pewną grę, która nazywała się „Starcraft”. Była to moim zdaniem gierka doskonała. Za każdym razem, gdy uruchamiałeś grę, na ekranie pojawiał się inny scenariusz. Inne możliwości, dzięki czemu gra nigdy nie wydawała się nudna. Właściwie, gdy teraz na to patrzę, to połowę mojego życia, no może nie połowę, ale niedużo mniej spędziłem na graniu w gry komputerowe. Chodziłem jak zakręcony. Oczy miałem podkrążone aż nie miło. Ogólnie jedyna rzecz, a właściwie rzecz, której poświęcałem się z równą pasją była moja dziewczyna. Nikt nie wie, co było gorsze. Hehe. Trzy lata z komputerem, czy pięć lat z dziewczyną.

–Niby zwyczajna szpara, a nie możesz się od niej oderwać. Wsuwasz palec. Mieści się prawie cały. No tak, teraz nie da się go wyciągnąć z powrotem. Trzeba poślinić. Gmerasz palcem w lewo, w prawo... Wreszcie wyszedł. Oglądasz go z irytacją. Wokół paznokcia widać trochę krwi. To przyspiesza podjęcie decyzji. Boazeria nie ma prawa się rozsychać! Jutro zadzwonisz do stolarza. Szkudler właśnie kończył swój najnowszy dowcip. Usłyszany, nie wyczytany.

Szkudler przez cały wieczór opowiadał „kawał”, który ostatnio przeczytał. Liczy się to, że w ogóle chciało mu się coś wziąć do czytania. Kobiecy słownik do użytku męskiego:

1.Tak=Nie 2.Nie=Tak 3.Bycmoze=Nie 4.Zaluje=Pozalujesz 5.Potrzebujemy=Chcemiec i tak dalej. Szkudler był w siódmym niebie. Przynajmniej tyle dobrego.

Po wsłuchaniu się w audycje o psychologii postanowiłem, zajrzeć do internetu. Wyciągnąłem parę testów, żeby się sprawdzić. Oto kilka z nich : –Nieodparta skłonność do wykonania jakiejś czynności, zapobiegająca pojawieniu się lęku, to: ( Boże jedyny, skąd mam wiedzieć ? ) –Środek halucynogenny LSD (inaczej Lyzergamid) zniekształca wrażenia wzrokowe, słuchowe, zaburza proces myślenia i powoduje, że znikają zahamowania, a czas zdaje się zastygać w miejscu. Jego przedawkowanie może spowodować nieodwracalne zaburzenia psychiczne. Uzyskuje się go z: ( Boże jedyny, skąd mam wiedzieć ? ) –Mimowolne zanieczyszczenie się kałem, występujące najczęściej w ciągu dnia u dzieci z zaburzeniami emocjonalnymi i będące przejawem agresji wobec frustrującego otoczenia i pragnienia, by zwrócić na siebie uwagę, to: –Dzieciństwo nawrotowe, czyli zaburzenie osobowości polegające na cofnięciu się dorosłego do zachowań dziecinnych, do postaw, języka i humoru charakterystycznych dla dziecka, to: ( Boże jedyny, skąd mam wiedzieć ? ) –Który ze znanych powszechnie psychologów pisał tak o kokainie: "(powoduje) podniecenie i długotrwałą euforię (...) można rozkoszować się tym uczuciem bez żadnych nieprzyjemnych skutków występujących po ożywieniu spowodowanym alkoholem.": –Megalomania to: –W jakiej chorobie występuje tzw. "sałata słowna"? –Technika udoskonalenia decyzji grupowych poprzez zachęcanie do swobodnej wymiany poglądów oraz eliminowanie krytycyzmu, to: ( Boże jedyny, skąd mam wiedzieć ? ) –Nagły sen, nie do przezwyciężenia, czasami trwający sekundy i często wypełniony marzeniami sennymi, to: Ogólnie wypadłem nieźle. Muszę częściej słuchać radia. Przypomniała mi się historia o pewnej kobiecie imienia bliżej nieznanego. Siedzi sobie blond – włosa piękność. Wiek bliżej nieznany. Siedzi i wpatruje się w jakąś gazetę. Trzyma ją w dobrą stronę – znaczy, że inteligentna. Oczywiście nie trzeba mi było tego udowadniać, bo widziałem jak mówi, chodzi i je. Przewodnik po Turcji. Bardzo piękny. Bożyszcze kobiet jak ja podchodzi do niej, siada i... myśli co dalej, gdy w oddali dostrzega Turka, który bacznie zaczyna nam się przyglądać. Dziewczyna zapala papierosa. Nerwy. „Palacz” – myślę i daję jej minusa, chociaż jest to jedyny jej do tej pory minus, dla mnie bardzo ważny. Kobieta która pali? O zgrozo. Kardynalny błąd. Z tą buzią? Z tymi nogami? Z tymi oczami? Aż chce się krzyknąć. Wyrzuć tego cigareta i znajdź sobie inną rozrywkę. Może jogę albo... ee lepiej jogę. Patrzę na nią i aż mnie ciarki przechodzą. Patrzę w prawo. Stoi tam i się przygląda. Aż się człowiek zaczyna zastanawiać, czy dlatego żeby dać mu w gębę, czy dlatego, by tak jak poprzednio, gdy był w pewnym barze z dwiema – co należy zaznaczyć Polkami – pogratulować wyboru. No nic, na razie trzeba się skoncentrować na chwili obecnej. Nie wykorzystać takiej szansy to jak strzelić samobója w decydującym meczu, albo jeszcze lepiej dwa. Różne są gusta, o gustach się nie dyskutuje, ale daję słowo, coraz bardziej zaczęła mi przypominać Agnieszkę Włodarczyk. Nie tą z Sary, raczej tą z Palyboya. „Obrączka!!!” Ta myśl przyszła tak nagle, że aż się zachwyciłem. Trzeba sprawdzić czy ma obrączkę. Patrzę na jej dłonie. Trzymają nadal arabską gazetę. Jej oczy przelatują kolejne linijki. Zna arabski! No cóż. Patrzę na lewą, na prawą i... nie ma. Jest czysta. No może nie do końca, ale na razie wystarczy. Chce mi się podskoczyć. Krzyczeć z radości. Niech moc będzie z Tobą. Czas zaczynać – myślę i w tym samym momencie moja „zdobycz” wstaje i ogłasza koniec przerwy. Mógłbym tu zmyślać, że potem mrugała do mnie porozumiewawczo, dając do zrozumienia: „Miałeś swój czas i go zmarnowałeś. Teraz daj szansę innym”. Niestety, a może stety nic takiego się nie stało i aż dziw, że wyszliśmy na tym bez uszczerbku na honorze. No cóż. „See you next time” – jak powiedział Jonathan Davis kończąc koncert w Spodku. Next time, o zgrozo, nigdy nie nastąpił i zapewne nie nastąpi, ale

ROZDZIAŁ V Życie ucieka szybko, gdy nie ma się po co żyć. Czasami, gdy brak jest jasnego celu, jasne jest, że trzeba zacząć pracować. Praca pomaga w życiu. Mały nawet nie mógł przypuszczać jak bardzo. Chodził wszędzie, by znaleźć jakąś intratną robotę. Był w różnych biurach i rozmawiał z różnymi ludźmi. Miał wiele pomysłów, ale nikt nie podzielał jego wizji, a już z całą pewnością nikt nie chciał mu pożyczyć pieniędzy. Był na to za mało wiarygodny. Coś podobnego. Z jego CV i VC to wprost nie do wyobrażenia. W końcu udało mu się coś znaleźć. Był zdziwiony, że tak szybko mu poszło, ale nie chciał zbytnio okazywać zadowolenia, bo podobno źle to wróżyło. Facet podobno umie rozmawiać z takimi jak on. Też był kiedyś w podobnej sytuacji i wie, co jest grane. Gość był podobno kasiasty, co zdecydowanie pozytywnie połechtało ego Małego. W końcu kto z kim przestaje takim się staje. Umówili się na spotkanie. Mały lubił oceniać ludzi po wyglądzie i gdy zobaczył „Dżona” od razu miał co najmniej mieszane uczucia. Był koło czterdziestki ubierał się jak James Din i na lewym ręku miał wytatuowaną ogromną jaszczurkę albo smoka. Widać było, że życie było dla niego łaskawe, chociaż nie mógł powiedzieć, że facet mu się podoba. Na pewno nie mógłby być jego idolem i już na pewno nie powinien być zadowolony z siebie. Przynajmniej nie tak bardzo jak bardzo jego uśmiech o tym świadczył. Wprost wrzeszczał: Patrzcie na mnie jaki jestem piękny i powabny. Śliczny jak pupa niemowlaka. Spotkali się w środę w największym centrum handlowym w mieście. Żeby było do niego dojechać trzeba było pół dnia spędzić w tramwajach i autobusach. Koszmarny dzień. Mały na pewno go nie zapomni. Dotarł na miejsce punktualnie o trzeciej. „Dżon” już na niego czekał, Spojrzał na Małego jakby chciał powiedzieć: człowieku coś ty z sobą zrobił. Mały udał, że tego nie zauważył, ale zapamiętał to spojrzenie i z całą pewnością mu się kiedyś odwdzięczy. W zepsutym przez burżuazję markecie zaczęli omawiać najważniejsze sprawy życiowe Małego i mało ważne rzeczy dla „Dżona”. A może było na odwrót. - Mam nadzieję, że wiesz, o co mnie zapytać synu. Masz jakieś zainteresowania? Małemu przypomniały się lata dzieciństwa. O mały włos się nie popłakał, gdy przypomniał sobie jak dobry był kiedyś w gry komputerowe. Tak z pamięci była to chyba jedyna rzecz, którą naprawdę umiał robić i która sprawiała mu kiedyś przyjemność. Oczywiście myślał o tym, czy nie dałoby się z tego wyżyć, trochę zarobić, przecież najlepsi gracze na świecie zarabiają i po dziesięć tysięcy zielonych miesięcznie. Wszystko skończyło się na mrzonkach. Zabrakło sponsora, a jemu nie chciało się dłużej marnować czasu na grach, przy których psuły mu się oczy. Wolał zdecydowanie psuć sobie wątrobę i mózg. Przynajmniej będzie może dobrze widział. - Mam – odparł – ale chyba będę je zmieniał. - Facet nie wiedział, czy chodzi o pytania czy o hobby, ale zachowywał spokój. - Często myślę, że w was młodych zgromadzony jest ogromny potencjał. Facet wydał się Małemu mały i próżny. Jego twarz poharatana była przez różnej długości zmarszczki, które zakrywały mu właściwie całą twarz. - Czy pożyczy mi pan pieniędzy? Mały uznał, że wystarczy już tych wstępów. - Ja też kiedyś byłem taki jak ty. Mężczyzna jakby nie usłyszał pytania. Mały nie wiedział, co odpowiedzieć, więc zrobił dobrą minę do złej gry. Warto było spróbować. W końcu miał potencjał. - W życiu musisz kierować się paroma zasadami, synu. Jeżeli chcesz coś osiągnąć to musisz pamiętać o nich przy każdej sytuacji. Mały udał, że słucha z zainteresowaniem. - Słyszałeś o Micku Jaggerze, synu? Facet kierował się jedną zasadą. Przelecieć jak najwięcej dziewcząt. I wiesz co? Mały przypuszczał, że wiedział. - Na końcu uzbierało mu się ponad lub jak kto woli około trzech tysięcy kobiet. A wiesz, o czym to świadczy, synu? Facet był zajebiście wytrwały w tym co robił, a teraz spójrz na niego. Jest stary i bogaty i nikt mu już nie podskoczy. Rozumiesz, synu? Powiem ci też jeszcze jedno. On nie osiągnąłby tyle, gdyby nie kierowało nim serce. Pomyśl, że przecież musiał być dla tych dziewczyn miły, żeby co drugą noc mieć inną. Może to, co powiem wyda ci się banalne, ale uważam, że gość miał pomysł na życie i po kawałeczku go realizował. Wiesz, co ostatnio przeczytałem na jego witrynie? Powiem Ci. Cytuję: „Czasami występ przed publicznością jest lepszy niż orgazm, ale czasami orgazm jest lepszy od występu na scenie”. Wiesz, co to oznacza, synu? Mały wolał nie zgadywać, chociaż po głowie chodziło mu mnóstwo różnych pomysłów. - A zresztą, sam musisz do tego dojść. Nikt za Ciebie tego nie zrobi. Facet mówił jeszcze przez parę minut, po czym pożegnali się, jak wierzył Mały, raz na zawsze. Słońce nie dawało szansy na głębszy oddech. Mały chciałby być teraz w Londynie, gdzie podobno non-stop pada. Taka pogoda bardziej by mu odpowiadała. Podobno pogoda nie powinna robić większej różnicy na samopoczucie, podobno, gdy ma się jakiś cel, trzeba po prostu go realizować, dążyć do tego, co chce się osiągnąć nie zważając na resztę. Podobno. Mały szedł spokojnie przez skrzyżowania, rozmyślając o tym, co powiedział mu „Dżon”. Zastanawiał się, o co chodziło mu z tym orgazmem. Może facet nie potrafił zadowolić kobiety? A może po prostu podobał mu się Mick Jagger. Dźwięki wydawane przez samochody stawały się nie do wytrzymania. Ach, gdyby on miał samochód tez z pewnością potrąbiłby na przechodniów. Wcale nie czułby urazy. Trzeba było obmyślić jakiś plan. Plan na tyle dobry, by przyniósł efekty i na tyle niewymagający poświęceń, aby nie był trudny. Za resztkę pieniędzy kupił bilet tramwajowy i postanowił, że przede wszystkim już czas na to, żeby się odchamił. Wsiadł do dwójki i pierwsze co zrobił, to zaczął oceniać ludzi. Z ich min wynikało, że nie było im bez różnicy, czy gapi się na nich jakiś szczeniak, próbujący czytać w ich myślach. Tramwaj pokonywał kolejne odcinki, a Mały mimo licznych groźnych wyrazów twarzy przyglądał się pasażerom i odgadywał ich sytuacje życiowe. Los nie szczędził mu upokorzeń, ale był już do tego przyzwyczajony. Gdy obejrzał sobie już wszystkich dokładnie, spojrzał za okno i zaczął rozmyślać nad cudowną niewiastą, którą z pewnością przyjdzie mu wkrótce spotkać. Spojrzał jeszcze raz do środka lokomocji, by sprawdzić czy przypadkiem nie znajduje się takowa w jego przedziale, ale szybko przekonał się, że nie. Jego życie nabrało smaku. To, że jego mózg pracował i rozmyślał nad dwoma tak ważnymi rzeczami, jak mamona i kobieta, było już dobrym początkiem. Mijał właśnie kino i wydawało mu się, że widział tam jakąś interesującą sztukę, ale szybko przekonał się, jak bardzo się myli. [tekst nieczytelny] ręce , ale bynajmniej czuł się o wiele mądrzejszy. Jednak coś i tak przyniosło mu ulgę. Czuł, że znowu żyje. Czuł smak życia. Tramwaj zatrzymał się. Wysiadając pomyślał o planach. Primo pierwsze – musiał zdobyć pieniądze. Spojrzał na przechodzącą w krótkiej spódniczce dziewczynę i zrozumiał, jak bardzo pragnie z nią seksu. Tradycyjnej wymiany płynów. Gry wstępnej, w której niewątpliwie uważał się za mistrza oraz wielokrotnego długiego orgazmu. Mały znał się na kobietach i wiedział, czego one pragną. Wiedział, że nie może za wysoko mierzyć i że z pewnością nigdy nie zajdzie z dziewczyną tak daleko, żeby wziąć z nią ślub lub porozmawiać o dziecku, gdyż wydawało mu się to nad wyraz odrażającym doświadczeniem, a jednak pragnął uprawiać niebiański seks. Taki, przy którym jego dusza śpiewałaby arie, a dusza jego partnerki wychwytywała wszystkie tony i transformowała je na orgazmy. Jego naczynie do wymiany płynów organicznych powinno nie być wydmuszka, chciał się w końcu stawać wzorowym obywatelem. W swojej karierze miał wiele pół-kobiet. Miał ogromnie długi nos, co miało świadczyć o tym, że ma też długiego coś jeszcze. Ewolucja w tym jednym przypadku się nie pomyliła i choć Mały miał mały mózg, miał dużego członka. Jego marzenia erotyczne zaczęły się już w przedszkolu, gdy podkochiwał się w pani przedszkolance. Poza tym, jak każdy dzieciak w jego wieku, uwielbiał ganiać za małymi dziewczynkami i ściągać im rajstopy. Właściwie skarpetki, ale to bez różnicy. Myślał o tych tragicznych chwilach spędzonych przy budkach telefonicznych. Rozmawiał po dwie godziny non stop, żeby tylko umówić się z jakąś na szybki lub wolny numerek. Łaził po pubach i podrywał kolejne nieświadome dziewczęta. W latach szczęścia miał nawet takie przezwisko Zając Poziomka. Nie pytajcie skąd się wzięło. Doszedł do wniosku, że gdy był młodszy, był znacznie przystojniejszy. Zastanawiał się, dlaczego ten nieszczęsny świat został tak stworzony i nie pozwala mu cieszyć się swoim urokiem osobistym do później starości. Oczywiście kobiety starzały się jeszcze bardziej, ale to już nie jego wina. Dość dużo ze swoich dwudziestu zmarnowanych trzech lat zużył na odnalezienie odpowiedniej partnerki. Ilość czasu, jaką spędził na ulicach i w barach, żeby odnaleźć tą jedyną, była po prostu tak nieprawdopodobnie duża, że sam często się dziwił, dlaczego to robił. Uważał, że jest to swego rodzaju frajerstwo i niemęskie zachowanie, a on nie lubił wychodzić na mięczaka. Mały nigdy nie studiował. Co prawda spróbował dostać się na studia, ale po dwóch tygodniach ocenił, że wyobrażał to sobie inaczej i że chyba zrezygnuje. Pewnego jednak razu musiał pójść do uczelnianej biblioteki w celu bliżej nieokreślonym. Spotkał tam tyle cudownych studentek, o ilu mógłby tylko marzyć. Mały lubił, gdy kobieta robiła mu dobrze. Kto nie lubi. Ale miał też inne specyficzne przyzwyczajenie. Nigdy, ale to nigdy się nie masturbował. Wolał dotyk kobiety, nawet takiej, której się piekielnie bał i która zupełnie mu się nie podobała. To samo tyczyło się filmów porno, które zupełnie go nie podniecały. Działały zupełnie odwrotnie. Był twardy. Trzeba mu to przyznać. Gdyby nie fakt, że jest facetem z pewnością wolałby być kobietą, ale jako, że ostatnio dosyć modne jest mienianie płci, to postanowił, że wszystko jeszcze przed nim. Może nawet chciałby być pikantną jak boritos blondynką. - Czy tym tramwajem dostanę się do centrum? Mały był już w ostatnim tramwaju, który miał go spokojnie eskortować do domu, gdy starsza kobieta zadała mu to pytanie. Mały spojrzał na nią, a że usiłował być miły, powiedział: - Tak, słucham? - Chcę dojechać do centrum. Czy tym środkiem lokomocji się tam dostanę? Mały, który nader rzadko jeździł tramwajem, wiedział, dokąd zmierza ten tramwaj. To było poniekąd jego ukryte zboczenie. Lubił znać rozkład jazdy pociągów, tramwajów, a jedynego rozkładu, z którego pewnie nigdy nie będzie musiał korzystać, był rozkład lotów samolotów. Spojrzał na numer tramwaju, w jakim się znajdował. - Może pani nim dojechać, ale polecałbym 3 – rzekł Mały. Kobieta zastygła, czekając chyba na dalszą wypowiedź, ale gdy stwierdziła, że nie ma na nią szans, powiedziała: - O! Niech Ci Bóg wynagrodzi, synku. Jest z Ciebie nadzwyczaj kulturalny dżentelmen. Wysiadła na następnym przystanku. Mały wiedział, że to nie tu powinna wysiąść, ale był tak zbity z tropu, że nic nie powiedział. Kilkoro pasażerów spojrzało w jego stronę i tu i ówdzie pojawiły się drobne uśmieszki. Mały zaczerwienił się. Odwrócił głowę w stronę okna. Monotonny krajobraz ogromnego miasta działał na niego usypiająco. Cieszył się, że jedzie, a nie depcze po tej diabelskiej krainie. Było mu dostatecznie dobrze jadąc z trzydziestoma innymi pasażerami. Poczuł, że stanowi część zbiorowości. Gdy będzie miał samochód, będzie za tym tęsknił. Dom czekał na niego z niecierpliwością. Matka rzuciła słowo na powitanie, ale nie zwrócił na to większej uwagi. Pierwsze, co zrobił, to wszedł do swojego dziewięciometrowego pokoju. Przebrał się, oskarżając matkę w myślach, że nie przygotowała mu czystych skarpetek. Włączył dwunastocalowy telewizor i rzucił się na kanapę. Zajmował mniejszy pokój, ze względu na to, że sam był jeszcze mały. Okna wychodziły na plac zabaw, co naprawdę go irytowało. Nienawidził wrzasków szczeniaków i kropka. Pogoda była ładna. Po chwili usłyszał dobiegający z kuchni głos matki, proszący go, żeby w końcu przyszedł i zjadł te gołąbki, bo ona chce wyjść do kościoła. Mały z natury nie wierzył, ani też nie praktykował. Jego matka lubiła wierzyć i z jej oczu wszystkie wieczory wyglądały podobnie. Kościół, do którego chodziła wydawał się być zbudowany w mikroskali, maleńkie okna w ogóle nie nadawały się na tego typu budowlę. Mały nigdy nie lekceważył kościoła, bo w duchu przypuszczał, że mogłoby się to na nim źle odbić. Na jego ulicy nigdy nie było dużo ludzi. Stwarzali wrażenie miłych, ale Mały mieszkając tu od dziecka znał ich prawdziwą, popaprana naturę. Dobro. Sąsiedztwo w taki upalny dzień jak ten rozkwitało. Niebo co prawda było zupełnie pozbawione jakichkolwiek barw, ale kto by patrzył tak wysoko. Dziewięćdziesiąt osiem procent ludzkości patrzyło dokładnie w odwrotnym kierunku. Na chodnik. Kobiety robiły zakupy, mężczyźni wracali z pracy, dzieci, zmuszane przez rodziców, szły posłusznie do domów. Mały postanowił, że wyjrzy przez okno. Aż roiło się od dzieci. Piaskownice były wypełnione po brzegi, nie tylko piaskiem, którego po bacznym przyjrzeniu wcale nie było tak dużo, ale od dzieci, które zajmowały każdy wolny metr. Mały przez bite pięć minut przyglądał się dzieciom i ich podstarzałym matkom. Mógł sobie na to pozwolić, nie miał w tej chwili nic innego do roboty. Gdy tak patrzył, ogarnęło go dziwne współczucie do tych dzieci. Powoli zaczął o nich myśleć, więc szybko zamknął okno. Ojciec Małego był duży, żeby nie powiedzieć, że ogromny. Miał dobrze po czterdziestce, ale jego plecy wyglądały zawsze, jakby przed chwilą opuścił siłownię. Nie potrafił sobie wyobrazić, jak wyglądał, będąc podlotkiem. Zaciekawił się, jakie jego ojciec miał dzieciństwo. Postanowił, że gdy wróci do domu, od razu z nim porozmawia. Od dawien dawna Mały nie rozmawiał z ojcem na krępujące i niełatwe tematy. Odkąd pamiętał, większość tematów była trudna. Czasami bał się, że gdyby uruchomił w ojcu jakiś nieznany mu trybik, mógłby się przerazić albo po prostu nie wiedziałby jak nad nim, a raczej nad sobą zapanować. Odkąd skończył dwanaście lat wydawało mu się, że jego ojciec miał jakieś sekretne życie. Nie potrafił tego wytłumaczyć, ale tak to odczuwał. Ojciec od zawsze wzbudzał w nim strach i niepokój. Wiedział, że z jego psychiką jest coś nie tak, ale kompletnie nie mógł nad tym zapanować. Za każdym razem, gdy robił sobie dajmy na to herbaty, a ojciec siedział przez omyłkę w kuchni, czuł, że cos niedobrego może za chwilę nastąpić. Oczywiście działo się to wyłącznie w jego wyobraźni, bo w momencie, gdy udawał się do swojego pokoju, wiedział już, że absolutnie nic się nie stanie, bo ojciec i tak przeważnie zajęty był czytaniem gazety z programem. Czasem porównywał go do innych ojców. Chciał, żeby wydał mu się chociaż normalny. Niestety, nie zawsze mu to wychodziło. Uosabiał typ mężczyzny, z którym Mały nie mógł znaleźć wspólnych tematów. Jego wygląd zewnętrzny mówił o nim bardzo dużo. Ciemne spodnie, niebieska dżinsowa koszula i brak zegarka na lewej ręce dokładnie oddawał obraz jego ojca. Ale trzeba przyznać, że raz na jakiś czas jego ojciec potrafił się wystroić. Jego matka robiła nawet wtedy specjalne świąteczne śniadanie i zawsze była uśmiechnięta. Chociaż Mały zawsze chciał rozgryźć ojca, jego podejście do życia, nigdy mu się to nie udało. Za żadne skarby nie mógł znaleźć jego sobowtóra. Jednak Mały starał się zachować spokój. Przypuszczał, że jego obawy są bezpodstawne i z pewnością jego rodzina ma sens. Mimo wszystko ciągle się przejmował. Od zawsze próbował o tym nie myśleć, zapomnieć, zdławić w zarodku wrodzoną ciekawość. Kiedy dowiedział się od życia, że już nigdy nie opuści rodzinnego mieszkania, postanowił unikać matki i ojca. Postanowił jak najdalej to możliwe żyć swoim życiem. I tak też uczynił. Po kilku latach doświadczenia nabrał niebywałej wprawy w manipulowaniu rodzicami. Czasami obawiał się, że jest na odwrót. Ale szybko odsuwał tę myśl na bok. Nie pamiętał, kiedy ostatnio rozmawiali dłużej niż minutę. Dom był na to za mały. Może nie był urządzony wg Feng Shui, Mały nie miał rybek ani dzbana z monetami, ale i tak czuł się tam jak w klatce. Potyczki odbywały się regularnie i choć wygrana była od dawna przesądzona, obie strony udawały, że wygrały tę samą wojnę. Czasem pisał do matki karteczki. Ona je czytała. „Kup wodę” albo: „Kup szczoteczkę”. Miał sentyment do matki i chyba dlatego wolał, gdy to ona robiła zakupy, a nie on. O ile w ogóle miał wolny czas, wolał go poświęcić na inne rzeczy. Dziewczynka w piaskownicy zobaczyła go w oknie pokoju. - Co tam knujesz, Mały? – zapytała z uśmiechem na ustach. - Świetna pogoda – odpowiedział z posępną miną. Kilkoro innych dzieci, które też go znały, podniosło głowy, by sprawdzić, czy aby na pewno mówi prawdę. - Dobrze się czujesz, Mały? - Patrzyłem jak się bawicie – wyjaśnił Mały spokojnie. – Kiedyś też się tak bawiłem – kontynuował. Mówił łagodnie i spokojnie. Od piaskownicy dzieliło go kilka metrów. Gdy byłem w waszym wieku, przesiadywałem na podwórku znaczną część życia. Gdy dostałem rower, zacząłem jeździć jak szalony po tutejszych ulicach. Chyba nigdy później nie byłem taki szczęśliwy. Świat wydawał się kolorowy. Jak z komputera. Dzieci słuchały go z zaciekawieniem i zdziwieniem. Jednej z dziewczynek zrobiło się jakoś duszno. - Nic Ci nie jest, mała? – odezwał się Mały. Koleżanka uśmiechnęła się i zrobiła minę. Mały schował się do pokoju. - Boże, co się z nim dzieje? – zapytała jedna z dziewczynek. Przysłuchujący się całej rozmowie przypadkowy przechodzień, miał jasny obraz zaistniałej sytuacji. Mały albo zaczął coś wciągać albo był po prostu pijany. Przez chwilę myślał nad tym, co powiedział i niechybnie stwierdził, że jego wyglądają podobnie. Przypomniał sobie te lata szczęścia. O mały włos nie uronił łzy i szybko stwierdził, że musi iść dalej. Nie było to miejsce dla niego. Mały postanowił, że znajdzie szybko nową pracę, Gdyby matka dowiedziała się, że stracił obecną, mogłaby dostać zawału. Usiadł do biurka, do którego już dawno nie zasiadał. Szczęście musiało się w końcu do niego uśmiechnąć. Nie mógł wciąż dreptać pod górę pieszo, skoro obok czekała pusta winda. Miał przynajmniej taką skrytą nadzieję. Znalazł czystą kartkę papieru, po czym rozmarzył się nad swoimi osiągnięciami. Chciał napisać CV, ale wiedział, że nie będzie to łatwe zadanie i z pewnością zmarnuje na nie cały dzień. Rozejrzał się dookoła. Znał każdy skrawek tego pokoju i wiedział, że zmarnował w nim całe życie. Na półce z książkami leżały znaczki i stare puszki po piwie, za które piętnaście lat temu mógłby dostać średnią sumkę. Dotknął pilota od telewizora ze względu na ilość czasu, jaki go używał, zdziwił się, że baterie nadal działają, Może matka je zmienia nic mu nie mówiąc? Niemożliwe. Powiedziałaby mu o tym. Spojrzał przed siebie. Nad stolikiem było przymocowane zdjęcie z punkami. Zrobił je sobie w SF i był z niego bardzo, ale to bardzo dumny. W centrum był on, a po bokach sześciu punków, którzy za dwa dolary zgodzili się pokazać Fuck U do aparatu. Mały zrobił to samo i wyszło razem siedem faków na jednym zdjęciu. Zdjęcie to było odbiciem jego duszy, nawet jeśli miał punków w dupie. Chociaż to samo tyczyło się grupy z nią walczącej, czyli skinów. Położył fotografię na swoje miejsce i zaczął skupiać się na chwili obecnej. Czas teraźniejszy był dla niego ważny. Musiał być. Pomyślał o tym, co ma do stracenia i do zyskania. Jeszcze raz rozejrzał się po pokoju. Wziął głęboki oddech i zaczął pisać. Szybko okazało się, że nie będzie to łatwe i przyjemne zadanie. Kartka była duża i pusta, a on nie wiedział od czego zacząć. Nie wiedział, dlaczego i po co, ale czuł, ze ogarnia go senność. Okrutna senność, która nie pozwoli mu skończyć tego, czego nie zaczął. Jego powieki robiły się coraz cięższe i cięższe. Był doskonałym przykładem ofiary hipnozy metodą Bernheima. Czuł się senny… bardzo senny… Zasnął. Powiem coś banalnego, ale człowiek w życiu jest szczęśliwy dwa razy. Wtedy, gdy poznaje nową świetną kobietę i wtedy, Gdynię z nią rozstaje. Mały w końcu się obudził i szybko stwierdził, że musi się przejść. Gdziekolwiek. Musiał zaczerpnąć świeżego powietrza i zrobić coś z tym niekończącym się za żadne skarby dniem. W sumie nie powinien narzekać. W jego życiu wszystko było przeciętne. Jednak kilka rzeczy mobilizowało go do walki. Po pierwsze – matka. Po drugie – matka. Po trzecie – matka. Rozmowa z nią, jeśli już następowała była tragiczna i niezrozumiała. Dla niego i dla niej. Po prostu nie było między nimi kanału dyskusji. Wszystko opierało się o krzyk i wrzask. Dużą część życia poświęcił na to, by z nią nawiązać jakikolwiek kontakt. Oceniał, że wszystkie te lata można uznać za stracone. Po prostu do tej pory marnował życie. Po każdej rozmowie chciał się nadzwyczaj szybko wynieść z domu. Jednakże oboje wiedzieli, on i matka, że nie jest do tego zdolny. Jednym z powodów były problemy finansowe. Ale też samodzielne radzenie sobie w życiu. Samodzielność i odpowiedzialność źle mu się kojarzyły. Zbyt wiele yin. Gdy patrzył wstecz widział dużo, za dużo złej energii. Była wszędzie. Jeśli spojrzeć na to optymistycznie, miał jeszcze do przeżycia tę część życia, w której wystąpi energia yang. Czekał. Zarumienił się przechodząc obok kobiety z małym biustem. Mały znany był z tego, że preferował mały biust, z resztą, jego ksywa od czegoś w końcu musiała powstać. Przez wrażliwość oddalił się od niej jak najszybciej, obawiając się, że mógłby niespodziewanie zacząć się peszyć. Wcale nie miał ochoty wychodzić na błazna. Mały miał to do siebie, że lubił fantazjować. Na temat swój i nie tylko. Wyobrażał sobie na przykład, że dziewczyna, którą właśnie minął, gdy tylko się odezwie, natychmiast na niego poleci. Nie brał innej ewentualności pod uwagę z oczywistych przyczyn. To by bolało. Życie w Matrixie, choć miało dość enigmatyczny wymiar, było czymś, gdzie czuł się dobrze. Nie lubił twardości chodnika. Wydawał mu się zbyt szary, choć łączny czas przeżyty na jawie wynosi ponad pięćdziesiąt procent jego życia. Odkąd skończył piętnaście lat, zabawa w Matrixie sprawiała nie lada przyjemność. Był blisko budki i postanowił, że natychmiast zatelefonuje do swojej dawnej koleżanki. Poznał ją przez przypadek w barze Pod Jemiołą i od pierwszego spotkania wydała mu się więcej niż interesująca. Jego kumplom się nie podobała. Ale on miał to w dupie. Przez chwilę przez jego głowę przeszła dziwna myśl, że może powinien pogodzić się z matką, ale szybko wywnioskował, że jest to tylko akt tchórzostwa i szybko zaczął myśleć, co powie Marlenie. Najlepiej, jeśli zatelefonuje od razu. Nastrój miał optymistyczny. Pogoda dopisywała. Choć przypuszczano, że będzie padać, nie przeszkadzało mu to. Szedł dziarskim i odważnym krokiem. Był męski. Musiał być. Czuł się trochę jak na pierwszej randce i to uczucie podobało mu się. Bądź co bądź było dość różne od tego, jakie odczuwał na co dzień. Przy budce stało pięć osób, co znacznie go uradowało, gdyż będzie miał trochę więcej czasu na przygotowanie się do tej jak ważnej rozmowy. - Trzeba wziąć życie za rogi – pomyślał. Po pół godzinie podniósł czarną słuchawkę. Przycisnął ją do policzka i od razu wyobraził sobie, że robiło to już trzy czwarte tego miasta. Miał nadzieję, że o tej budce nie wiedzieli. Wybrał powoli numer. Chociaż ręce mu się trzęsły, był pozytywnie nastawiony. W głowie miał lekkie zawirowania, ale starał się nad tym panować. Narzędzie, które trzymał w dłoni wydało mu się przyjazne. Chciał, żeby ta rozmowa przebiegła w dobrym tonie. Może gdyby był przystojniejszy, bardziej zdecydowany i odważny, wolałby rozmawiać w cztery oczy, ale ten problem szybko znikł, ponieważ Mały taki nie był. Gdyby ktoś teraz zrobił mu zdjęcie, z pewnością wyglądałby [tekst nieczytelny]. Nie czuł się tak, ale wiedział, że tak wygląda. - Słucham – odezwał się głos w słuchawce. - Yyyy, czy mogę mówić z Lea, sorry z Marleną? - Mały ugryzł się nerwowo w język. Co za debil. - Tak, słucham. - Cześć. Mówi Mały. Poznaliśmy się Pod Jemiołą w barze. - Pamiętam. - Dałaś mój numer mojemu yyy…głupiemu koledze i powiedziałaś, że może zadzwonić, jeśli zechce albo dać ten numer komuś, kto zechce. - Tak. - No. Ja zechciałem. Rozmawiali. Zajęło im to prawie trzydzieści minut. Niebo zdążyło się zachmurzyć, a Matrix zaczął przeradzać się w coś dużo, dużo bardziej fajnego. Rozmawiali o wszystkim. Mały chwalił się wszystkim, co do tej pory osiągnął w życiu. Ona robiła to samo. Mówił o pogodzie, samochodach, punkach, fakach. Ona bynajmniej nie. Oboje wymienili listę znajomych. Mały zapytał ją, czy chodzi do kościoła. Gdy mijała dwudziesta ósma minuta, Marlena w końcu zaproponowała mu spotkanie. Mały słuchał z zaciekawieniem, kiedy Marlena mówiła mu, co jeszcze musi zrobić zanim się z nim spotka. Marlena kontynuowała. Mały przestał słuchać. Z niedowierzaniem przyglądał się nowiutkiemu Lancerowi Evo ósemce. Patrzył i nie wierzył. Chciał uwierzyć, ale jakaś siła nie pozwalała mu na to. - … ale z drugiej strony może by tak… – mówiła Marlena. Nigdy w życiu nie widział tu tej klasy wozu. Ten samochód rzadko pojawiał się w kraju, a co dopiero robił w jego ohydnej dzielnicy. Coś mu się musiało pojebać. Pewnie zabłądził albo kasa odbiła mu do głowy i też zgłupiał. Miał złe przeczucia. - Więc chyba tak – ciągnęła Marlena. - Lancer Evo – mruknął do siebie. – Evo… - Słucham? – spytała Marlena. - Yyy, tak – ocknął się Mały. - Mówiłeś coś – spytała dość szybko. - Mówiłem, że jestem za. - Za czym? - Za tym, co mówiłaś. - Czyli umowa stoi. - O… – Mały zaczął się bać. – Tak, oczywiście. - Super. To do zobaczenia. Połączenie zostało przerwane. Mały wygramolił się z budki. Nie bardzo wiedział, na co się zgodził. Poczekał pięć minut, aby samochód, którego nie powinno tu być, zniknął z jego pola widzenia. Ponownie zadzwonił do Marleny. - Zapisz to sobie – poradziła. - OK. – bąknął. – Zaraz to zrobię. Po wyjściu z budki, gdy nie miał już żadnych wątpliwości, że za długo przyglądał się dzieciom w piaskownicy i chyba wtedy nabawił się jakiegoś udaru, a idąc tym tropem dalej wywnioskował, że pięć minut wcześniej po prostu miał zwidy. Wracał do domu. Pięć minut później na horyzoncie ukazał się Szkudler. W ręku trzymał rolkę papieru. Za uchem ołówek i na domiar złego, szedł sam. Szkudler chodzący sam to jeszcze nic takiego. Gorzej, jeśli nie zechce być dłużej sam. Szkudler bardzo cenił i lubił Małego. Widział w nim pokrewną duszę i choć często tego nie okazywał, miał cichą nadzieję, że Mały odwzajemnia to uczucie. Mały był bezradny wobec uśmiechu Szkudlera, ale na tym się kończyło. Nie było nic więcej. Żadnych wznioślejszych, czego Szkudler z pewnością by sobie życzył, uczuć. Wiedział też, że nie może mu opowiedzieć o dziewczynie ani o samochodzie, więc właściwie sprawa była prosta. Będą rozmawiać o tym, co zazwyczaj. Deszcz zaczął jednak padać, snuli ię więc po chodniku tam i z powrotem, chyba bez celu. Szkudler chwalił się Małemu, ze być może wkrótce będzie miał nową pracę i jeśli zechce może będzie miał też do zaproponowania Małemu. Mały miał jednak dziwne wrażenie, ze chodzi mu o coś innego. Gdzie teraz robisz? – zagadnął nagle Szkudler, robiąc przy tym nieodgadnioną minę. - U Big Boya – skłamał Mały. - Lala pracuje z tobą, nie? - Tak. - Więc nie potrzebujecie nowej roboty? Mijali właśnie garaże i sklepy z ohydną, zdrową żywnością. - Może wpadniemy na piwo? – zagadnął Szkudler. - Raczej nie. Mały chciał, żeby Szkudler już sobie poszedł. Marzył o tym całym ciałem i brzuchem. Rozmowa szła jak po grudzie, a jemu nie za bardzo chciało się ją podtrzymywać. Szkudler jakimś ciałem wyczuł, że Mały ma go dosyć i postanowił, że spróbuje poprawić stosunki między nimi. - Dlaczego nic nie mówisz? Mały zatrzymał się gniewnie. - Chcesz o tym pogadać? A może chciałbyś się dowiedzieć o nowym projekcie NASA? Szkudler rozdziawił usta. - I tak nie mam zielonego pojęcia – dodał szybko Mały. Szkudler był wprost wniebowzięty jego cudownym tonem. - Interesujesz się Nasssa? Mały szedł dalej nie ma co się złościć na idiotów. Artur Miller miał rację, mówiąc: „Komedia jest prawdopodobnie lepszym odzwierciedleniem życia niż dramat”. - Owszem – burknął. - Co to jest? - Nie wiem dokładnie. - Prom? - Daj sobie spokój, Szkudler. Tak, to prom. - Kosmiczny? Mały przystanął na chwilę, żeby się zdecydować, czy ma się wkurzyć czy nie. Postanowił się nie wkurzać. - Tak. - I? - I super. - Szczęściarz z Ciebie, że słyszysz o takich rzeczach. Też bym tak chciał. - A czy to Ci ktoś broni? Przecież masz dużo wolnego czasu – zagadnął mały korzystając z okazji, żeby zmienić temat. No, nie za bardzo. Pozatym od broni atomowej do wielorybów, od Afryki Południowej do praw zwierząt; wszystko już zostało ustalone. Innymi słowy wolę zajmować się czymś innym. - To znaczy włóczyć się bez sensu po ulicy, licząc, że na kogoś się natkniesz? Życie to nie bajka, Szkudler. Oj, nie! – Mały rzucił wzrokiem na ulicę, która była zupełnie pusta. Szkudler nie dawał jednak za wygraną. Mijali właśnie kiosk, gdzie co noc o wpół do dwunastej spotykały się zastępy młodego narybku, żeby degustować się nowymi rocznikami wina. Najlepiej chodził październik, najgorzej wrzesień. Mały nigdy nie rozumiał tych zależności. - Mówiłeś coś? – obrócił się do Szkudlera, który majaczył coś pod nosem. Ten westchnął i przełknął ślinę. - Słyszałem, że masz dziewczynę. - Tak? - Ychy. Jaką? Mały był już blisko domu. Zaraz skończą się jego męki. - Szczegóły wolałbym na razie zachować dla siebie – rzekł z godnością. - Kiedy wszystkim o tym powiesz? – Szkudler chciał być naprawdę uprzejmy. – Dobra kobieta to taka, której po stosunku chce się jej jeszcze zrobić jajecznicę. Na skrzyżowaniu skręcił do domu. Szkudler stanął, powiedział: Cześć do oddalających się pleców Małego. Mały miał go gdzieś. Szkudler westchnął i poszedł swoją drogą. Myślał nad tym, co powiedział Szkudler. Tak. Taka kobieta byłaby dobra. Z pewnością Marlena jest taka. Humor zaczął mu znów dopisywać. Gdyby tylko był bardziej zamożny. Na pewno byłby już w łóżku z Marleną. I nagle stało się. Mały wpadł na pomysł tak genialny, na jaki tylko on, a nikt inny mógł wpaść. Wiedział już, że jest wielkim człowiekiem. Wiedział o tym, odkąd się urodził. Czuł to. Tak, był wybrańcem, tym jedynym. Nikt oprócz niego nie wpadłby na podobny pomysł. Jego oczy zabłysły. W sercu zrobiło się cieplej. I chociaż pogoda była okropna, jemu to zwisało. Tak samo, jak to, że jakiś kretyn właśnie ochlapał go tuż koło jego klatki. Widział dzień. Widział niebo. Nie musiał zakładać ani różowych spodni, ani różowych okularów. Jego świat wyglądał cudownie. Chciał, żeby to cudowne objawienie trwało wieki. To było lepsze niż orgazm. Chyba jestem roztrzepany. Żeby tak zmieniać dziewczyny. Historia niczym z powieści. Weszli do domu. Były tam dwa pokoje. Jeden zajął Łysy i Ania. Drugi tej nocy należał do Michała i Pauliny. Położyli się około trzeciej. Miała dwadzieścia osiem lat. Była od niego o pięć lat starsza, a jednak to mu nie przeszkadzało. Pierwsze, co robiło na nim wrażenie, to ogromne piersi. Nie były typu winogronowego ani gruszkowego. Miały po trochę z każdej z tych cech i w sumie wyglądały jak najwspanialsze piersi o jakich człowiek marzy w swych najskrytszych snach. Przytulili się. Rozmawiali. Po chwili Paulina zdjęła górę swojej piżamy. Ten widok był bodźcem, któremu nikt nie zdołałby się oprzeć. Nagle chwyciła go mocno w dłonie. Miała doświadczenie, musiała. Dwadzieścia osiem lat iu taka uroda zobowiązują. Robiła to mocno i szybko. Jej oddech był teraz bardzo głęboki. Spojrzał na nią. Palcem zamknęła mu usta – chcąc mu powiedzieć, że nikt nie może ich usłyszeć. Chciał jej cos powiedzieć, ale jej twarz była już poniżej jego bioder. Jej dłoń usta i ta zmysłowa pewność siebie powodowały, że czuł się jak w ogrodzie rozkoszy. Gdy skończyła grę wstępną, postanowił, że teraz on da jej coś od siebie. Wszedł w nią dotykając jednocześnie jej piersi. Chciała krzyknąć, ale jej na to nie pozwolił. Resztę nocy spędzili leżąc i popijając cudowną nalewkę z wiśni i aronii. Dwanaście godzin później jechali już w autobusie do swojego miasta. Alkohol powoli ulatniał się z ich głów.

Wyprawa w góry dobiegała końca. Mijał pola bananowe, figowe, kaktusowe i winogronowe. W sumie wszedł prawie na sam szczyt. Widok był ładny. Na górze spotkał dzieci bawiące się w domowym basenie. Miał być za chwilę wysłany w przestworza. Spływ pontonem tzw. raffting udał się bardziej niż można się było spodziewać. W momencie, gdy wpadał pierwszy raz do wody zobaczył na pewno pierwszy raz w życiu co to znaczy zobaczyć światełko w tunelu. Temperatura wody oscylowała w granicach czterech stopni Celsjusza. Na plecach poczuł chłód. Zaczął się przesuwać z góry na dół. Spojrzał na oddalającą się tratwę.

Z ułożonego w kształt serca ręcznika wydawało się jasne, co do niego czują. Wolał młodszą. Zarozumiały samiec. Pokojówki.

Prąd był tak silny, że nie udało by mu się dopłynąć do niej.

Karolina i Patrycja – dwie dziewczyny, dla których mógłby poświęcić swoje życie. Pierwsza, a może raczej należałoby powiedzieć Patrycja, z wyglądu i z wyrazu oczu przypominała Natalię Imbrulię. Była śliczna. Druga. Karolina. Zakochał się w niej od pierwszej nocy, kiedy ją zobaczył. Była ideałem kobiety. Byli spod tego samego znaku zodiaku. Raki. Nie wiadomo, czy to źle, czy dobrze, ale i tak nie było to ważne. Serce było tak zakochane, że żadne rzeczy by tego nie zmieniły. jej oczy, jej całe ciało było jakby stworzone... dla niego. Dorota. Nie wiedział, ile ma lat. Była chyba z pięć lat starsza od niego. Z zawodu pilot wycieczek. Jej czarne oczy przypominały ziarenka. Chociaż z nią nie rozmawiał, wiedział, że ma cudowny charakter. I nogi. Długie jak u modelki.

Jego nowy kolega podpłynął jednak do niego i wyciągnął go z wody. Udało się. Żyje.

biegał brzegiem Plaży. Mijał przyglądających się morzu ludzi. Był wieczór. Myślał o całym dniu, o wszystkich rzeczach, które się wydarzyły. Minął dwie siedzące na brzegu dziewczyny.

Spotkał je, gdy pierwszy raz wracał znad morza. Nie widział wtedy jej twarzy, gdyby ja zobaczył, to jej dni byłyby policzone. Następnego dnia spotkał je na śniadaniu. Rozmawiały po polsku. Polki. Dzień później spotkał je w windzie. Okazało się, ze mieszkają na tym samym piętrze co on. One pokój 408. On pokój 402. Dreptał na korytarzu jakieś dziesięć minut zanim zdecydował się, żeby je zaprosić na... no właśnie na co? Na piwo. Jak się później okazało na kolę. Za to z lodem. Zanim trafił na właściwe drzwi, trzy razy pukał do obcych ludzi. Otworzyła mu Patrycja. Karolina była w łazience. Odpowiedź padła. Mieli spotkać się na hotelowym basenie. Myślał, że oszaleje. Noc wcześniej po wieczorze spędzonym z Niemkami czuł się podobnie. Ale teraz czuł to tysiąc razy mocniej. U barmana zamówił piwo. A właściwie on sam mu je podał zanim zdążył o nie poprosić. Dwa miliony tureckiej mamiony przepadło. Siedział i czekał. Gdy był już przy końcu zobaczył je. Pierwsze, co rzucało się w oczy to ich pewność siebie. Podeszły do niego. „Boże, jaka ona jest piękna” – pomyślał. Nie zamienił z nią jeszcze ani słowa, a już wiedział o niej wszystko. Wiedział, co lubi słuchać, co woli jeść. Nie była jego drugą połową. była identyczna jak on i oboje o tym wiedzieli. Miała blond włosy. Biała sukienka odsłaniała przepiękne nogi. Idealne to za słabe słowo do określenia ich kształtu. Oczy, gdy się teraz nad tym zastanawia to nie może sobie przypomnieć ich koloru. Na pewno były najpiękniejsze, jakie kiedykolwiek w życiu widział. Zaproponował, żeby przeszli się po mieście. Zgodziły się. Jej nogi, stopy, mógł się im przyglądać bez końca. Okazało się, że mają osiemnaście lat. Patrycja chce przytyć, a Karolina, której ciało było aż nadto idealne grała w tenisa i wspinała się po górach. Przypomniała mu się piosenka, której słowa brzmiały: „...nie ma ideałów, a miłość ślepa jest”. W tej chwili czuł, że jest zupełnie odwrotnie. Niebo tego dnia było całkowicie pozbawione chociażby jednej chmurki. Spojrzał na nie. Zaśmiały się. Poczuł w sercu, że niedługo się spotkają. Rosjanki z Moskwy. Siedzieli w basenie. Uzdrawiającym. Patrzył przed siebie. Podpłynęły do niego dwie dziewczyny. Właściwie dziewczynki. Miały może po szesnaście lat. Zapytały go skąd jest i czy zna miejsce, konkretnie basen, gdzie jest mniej ludzi. Co było potem nie powiem, bo szkoda długopisu. Obie były cudowne. Bez ściemy.

Turcja Dolecieli o dziewiątej nad ranem. Dojazd do hotelu zabrał im dwie godziny. O dwunastej siedzieli już w czterdziestostopniowym morzu. Niebo było nienaruszone przez chociaż jedną chmurkę. Wyjazd do Cappadoci był zaplanowany na piątek. Do tego czasu, czyli przez dwa dni można było pozwiedzać okolicę.

Wyjazd zabrał im cały dzień. Wtedy właśnie zobaczył Dorotę. Była tak cudowna, jak żadna inna dziewczyna, którą do tej pory widział. Była niezależna. Było mało prawdopodobne, żeby ich drogi kiedykolwiek się spotkały, ale chciał w to bardzo wierzyć. Chciał się pozbyć złudzeń, ale ona nie pozwalała na to. Bardzo prawdopodobne... Nieważne. Emocje zaczęły dawać o sobie znać. Wrócili o pierwszej w nocy. Czas nie był po jego stronie. Być może popełnił błąd swojego życia, ale wiedział, że poradzi sobie bez niego. To go podtrzymywało na duchu. Wstał o siódmej rano. Poszedł na najwyższy szczyt, który mieścił się za jego hotelem. Psy na drodze nie dawały mu do myślenia. Jednak miłość to cel najwyższy. Tak jak ten szczyt. Był na górze. Właściciel rajskiego ogrodu właśnie stał na balkonie delektując się poranną kawą. Ukłonił mu się ładnie. Odwzajemnił ukłon, po czym schował się do swojej fortecy. Zewsząd dobiegał odgłos cykad. Były gorsze niż cykady na tle atrów. Kucnął. Spojrzał się jeszcze za siebie i zerwał cztery owoce kaktusa. Niczym James Bond w odcinku pt. Dr No. Schował je do kieszeni. Zauważył, że przez moment przestał oddychać. Uruchomił od nowa mechanizm przetwarzający tlenu. Gdy schodził na dół poczuł mocne ukłucia po wewnętrznych stronach rąk i na udach. Allach go pokonał. Nie było co do tego żadnych wątpliwości. W hotelu obrał owoce i zaniósł je pod drzwi dziewczyn. Wieczorem mu za to podziękowały. Cóż dziwnego w tym, że jest najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek spotkałem. Była niczym innym jak tylko... przeznaczeniem. tak czuł, że do siebie pasują. Cop lepsze wydawało mu się, że i ona to czuje. Popełnił w życiu dużo błędów, których nie może żałować, ale ta jedyna nim nie była. Wiedział o tym. Jego świat stał się bardzo inny niż dotychczas. Wszystko zaczęło się opierać o jedną tylko osobę.

To prawda, że dla niej mógłby zrobić wszystko, ale pewnego wieczoru poczuł coś dziwnego. Wiedział, że są podobni. Nawet bardzo. Wiedział również, że w przypływie emocji dzieją się różne dziwne rzeczy. Poczuł, że może go zostawić. Tak, że może zrobić to, co on kiedyś zrobił, gdy był głupio sterowany. Noc była zarazem najgorszym koszmarem, jak i cudownym odrodzeniem. Była piękna, inteligentna, a do tego jak zauważył bogata. Pieniądze. Wiedział, że dla jego serca nie mają teraz żadnego znaczenia.

Zdradzony przez morze.. Następnego dnia wyszły do miasta. Gdy wróciły w podskokach, nie przesadzam, wskoczyły do jego... pokoju. Pogadali chwilę, a potem poszli nad morze. Dochodziła jedenasta wieczorem. Morze było spokojne. Zawładnęła jego światem. nie pamięta czy kiedykolwiek się tak czuł. Stawał się przy niej bezradny. Jak marionetka, którą trzeba sterować. Trochę mu się to nie podobało, ale jako że był marionetką w rękach bogini, nie mógł na to nic poradzić. Słuchała Korna. Lubiła czytać książki. Jej ulubionym napojem nie było piwo. Warto było żyć. Życie kobiety jest ekscytujące. Czeka ją dużo wyzwań. Depilacja nóg, malowanie paznokci. Wszystko to było niezwykle interesujące. Właśnie wybierali spódnicę, o przepraszam, sukienkę. W czerwonej wyglądała przepięknie. W zielonej dobrze. Biała odpadała. Miała też zielone majtki, o czym zdążył się przekonać, kiedy na środku pokoju zaczęła ściągać czerwoną spódnicę.

Zaproszenie przyjęte. Dziś wieczorem udają się na plażę na wino albo na inny napój relaksacyjny. Minęła dwudziesta druga. Był zachwycony widokiem, który ujrzał. Dwie w pełni gotowe do... pływania panie stały u progu jego stóp. Mógł zrobić tylko jedno. Poprosić ją do tańca. Tak też zrobił. Tańczyli w blasku księżyca, a wino lało się mniej więcej trochę ponad dozwolona ilość. Byli w siódmym niebie.

Sięgnąłem po gazetę. Wybierając się do hipermarketu mamy zazwyczaj jasno skonkretyzowaną listę zakupów, jednak często bywa, że wychodząc z zakupów, w naszym wózku jest wiele rzeczy, których kupna nie planowaliśmy. Otóż zacznijmy od samego wejścia, gdzie czekają na nas wielkie wózki. Ich rozmiary wcale nie są przypadkowe. Pomimo niewygody wynikającej z dużych rozmiarów, wózki te dobrze spełniają swoją rolę. Chodzi o to, abyśmy zaglądając do cudzych środków komunikacji sklepowej, zauważyli ze nasz, pomimo dotychczasowych zakupów ma w swym wnętrzu jeszcze dużo wolnego miejsca. A przecież do hipermarketów nie idzie się po dwie paczki herbaty, ziemniaki i jogurt. W związku z tym dorzucamy coś po drodze, aby zapełnić te pustkę i tym samym powiększamy końcowy rachunek. Zawsze przecież nam się coś przypomni. To nie to, że coś jest nam niepotrzebne, my po prostu zapomnieliśmy umieścić danego artykułu na liście. A to odkrycie stulecia.

- W walizce nic nie było interesujące go... - Nic. - Ani narkotyków, ani biżuterii, ani bla,blaaa... - Nic z tych rzeczy. - Więc dlaczego tamtemu facetowi tak na niej zależało, że aż chciał bla,tysięcy? - Diabli wiedzą. Chyba nie przez sentyment do pamiątek rodzinnych. Ta proteza... - O, właśnie – podchwycił bla,blaaa. – Proteza... - Chciałbyś zobaczyć, co jest w środku? Mam bla zamiar. To właściwie jedyna szansa.

Kłamiemy chcąc powiedzieć prawdę Naoczni świadkowie przestępstwa czują się moralnie zobowiązani wskazać sprawcę, dlatego też często wydobywają z pamięci zdarzenia, które nie miały miejsca

PAMIĘĆNIEZAWODNA Obecnie w sądach zeznania naocznych świadków oceniane są wyżej niż świadectwa dotyczące alibi, czy też materiały " poszlakowe ". Jednak współcześni psychologowie alarmują: człowiek nie posiada absolutnej pamięci, co więcej - wcale jej nie potrzebuje! Ludzka pamięć nie jest narzędziem wiernie rejestrującym wydarzenia. Idealny obserwator, sprawnie i bezstronnie odbierający rzeczywistość po prostu nie istnieje. To mit! Pamięć homo sapiens to bardzo aktywna instancja, starająca się wydobyć sens z informacji, jakie do niej docierają. Dostosowuje się także do oczekiwań innych ludzi. Tak więc, to samo wydarzenie, oglądane oczami kilku świadków, może zostać w różny sposób zapamiętane. A zależy to od wielu czynników. Każdy z obserwatorów wciągnie do swojej pamięci te fragmenty sytuacji, na które zdąży zwrócić uwagę. Zapamiętany obraz będzie rezultatem wnioskowań wysuwanych na podstawie np.: osobistego doświadczenia, wiedzy, nastawień, uprzedzeń, wiary, chęci zaimponowania, czy okazania się bardziej pewnym siebie.

Ponownie zajrzałem do internetu. Tym razem nie trafiłem na quiz, ale na forum :”Moim problemem jest to co dla innych jest marzeniem - komputer. Mam go tylko 2 lata, ale już zdążyłam wpaść w nałóg ciągłego siedzenia przed nim. Mój dzien. wygląda tak: wstaję o 8, idę do łazienki, włączam kompa, w przerwie jem obiad (bo śniadania nie jadam), i siedzę tak do 1-2 w nocy. Wiem że on mi szkodzi, ale nie potrafię nie siedzieć przed nim, choć nie mam już co robić nawet w necie. Dużo gorzej się uczę niż np.3 lata temu.... Chciałabym już się wyleczyć z tego, bo mam dosyć bólów pleców, szczypania oczu itp....”Odpowiedź była bardzo interesująca. Wyjdź na spacer, idź popływać, wsiać na rower, wyjedz na wieś.....nie idź do kina, nie patrz na telewizor, nie posiadaj komórki, nie odbieraj telefonów...popatrz na jebana ptaka nie w KOMPUTERZE. błagam...... szkoda życia dla wirtualnych przygód. oraz myślę, że starasz się uciec od ludzi w komputer, dlatego cię to tak wciąga - w wirtualnym świecie jest bezpieczniej i tylko ty tam rządzisz, mogłabyś wpaść w jakiekolwiek inne uzależnienie - wóda, prochy, hazard, seks, itp. ale to było najbardziej dostępne i najlepiej ci pasuje; nie lecz tego objawowo - czyli rezygnując po prostu z komputera na siłę, bo odczujesz tylko jak wielki jest twój głód, trzeba zaleczyć przyczyny - szukaj źródeł tej fascynacji (niesatysfakcjonujące związki z ludźmi, niskie pocz. własnej wartości, emocjonalna pustka, jakiś lęk, itp. np.), rozumiesz najpierw diagnoza i od tego zależy w dużej mierze co się dalej stać może, potem trzeba będzie uczyć się żyć bez kompa, a potem nauczyć się cieszyć niewirtualną rzeczywistością. Powodzenia! Wielu ludzi pokonało demona nałogu i każdemu może się to udać, trzeba tylko decyzji i chęci... Mam nadzieję, że przeczytają to moi znajomi, a szczególnie Mały

Zapowiadał się nadal wspaniały dzień. Prace nad budową nowego skrzydła w budynku Szkudlera trwały od szóstej rano. Grunt to mieć S. p. z o.o. Jeśli skończą robotę w dwa miesiące będą zadowoleni z wynagrodzenia. Szkudler zastanawiał się nad aspektem moralnym tego przedsięwzięcia. Mając najlepiej prosperującą firmę w całym mieście może okazać się, że inni zaczną go postrzegać jakby to powiedzieć , za zarozumialca. Jednak jemu to nie przeszkadzało. Był przyzwyczajony do takiego sposobu traktowania. Kiedy zaczynał swoją karierę pamiętał jak powtarzano mu, że najważniejsze jest doświadczenie. Teraz miał okazję się o tym przekonać. Ludzie, którzy z nim pracowali byli to najlepsi fachowcy jakich znał, nie miał co do tego wątpliwości. Każdy nich mógł pracować samodzielnie – niczym jednostka specjalna delta force. Od czasu do czasu spotykali się by omówić szczegóły a potem zabierali się do pracy.

ROZDZIAŁ VI

Mały był w ósmym niebie, bo gdy zobaczył nagą Marlenę jego wyobrażenie o ciele kobiety zmieniły się raz na zawsze. Była niesamowicie piękna i miała w sobie coś co lubił, a mianowicie sexapil. Od zawsze opowiadał mi, że marzy o kobiecie w stroju pielęgniarki, albo uej na czarno wampirzyczy. Teraz, gdy patrzył na nagie ciało kobiety, wiedział, że podoba mu się takie jakie jest. Bez zbędnych udziwnień. Po prostu, chyba ją kocham, stwierdził, opowiadając o tym niebiańskim zdarzeniu. Mały za młodu naoglądał się zdecydowanie zbyt dużo filmów dla dorosłych i naczytał gazet w stylu wamp, gdzie już po pierwszej stronie widać, że ten, kto to robi musi być nie do końca zdrowy psychicznie. Majtki, a raczej stringi, które latały wszędzie, gdzie tylko Pan bóg raczył pozwolić były dla Małego tak cudowną rzeczą, że aż sam ich widok wprawiał go w niemałą ekstazę. Gdy dotknął piersi Marleny, poczuł, że nagle jego życie nabiera Boskiego wymiaru. Był pewien, że nie ma już kontaktu z rzeczywistością i jeśli nic nie zrobi to prawdopodobnie straci kontakt i z Marleną. Myślał o tych wszystkich scenach erotycznych, o których czytał. Wymyślone lub nie musiały być bredniami do potęgi, stwierdził dobierając się do wszystkich zakamarków ciała Marleny . No cóż. Przyszła i pora na niego. Jedyne co mógł w takiej sytuacji robić to bawić się na całego i żałować, że czekał z tym tak długo. No, ale było warto, a to, że stracił jakieś pięć lat nie tak bardzo się teraz liczyło. Marlena przeżyła płomień rozpasanych namiętności, który rozpętał jedyny jak do tej pory prawczek –Mały. – Mam nadzieje, że Rosjanie, też kochają dzieci – powiedział Mały i zdążył szybko doliczyć się do parunastu wykroczeń przeciwko niemu: I tak niealfabetycznie. Marlena : pieściła go, ssała, szczypała, gryzła, łaskotała, smyrała, lizała i robiła parę innych rzeczy, których nie sposób nazwać. –I to właśnie jest punkt G – powiedziała niby od niechcenia Marlena, kiedy Mały osiągnął szczyt swoich możliwości i kiedy był już pewien jednego : odniósł zwycięstwo. Ciekawiły go też odgłosy wydawane przez Marlenę. Nie tak to sobie wyobrażał. Myślał, że będzie jęczeć, mruczeć lub cokolwiek innego a ona po prostu ..., a może Mały by nie chciał. Leżeli obok siebie, Ona przepięknie piękna, on nie brzydko ładny. –Mały ? –Tak ? –Jak Ci było ? Mały zamrugał pośpiesznie oczami. Chciał się upewnić czy jest w niebie. –No…–stwierdził. Marlena usiadła i z dumą popatrzyła na jego małe ciało. –Chyba będę Cię musiała wyprosić, albo – zadumała się. Mały wydał z siebie dziwny odgłos. Marlena upiła łyk czegoś zimnego co stało na stole. – Sorry, nie wiedziałam, że jesteś prawiczkiem. Chyba się rozpędziłam. Mały odwrócił się jednoznacznie do ściany i cichutko się zaśmiał. Marlena przytuliła się do niego –Mam nadzieje, że już zawsze będzie nam przynajmniej tak dobrze – powiedziała. – Życie jest zdecydowanie zbyt piękne. Lucia wyjechała. Chyba miała wakacje. Mały marzył o tym od bardzooo dawna. Kochał Marlenę. Co prawda wolał jej tego zbytnio nie okazywać, żeby jej do siebie zbytnio nie zrazić, a jednak kochał ją.

Pojechałem do Agny. Siedziała w swoim małym mieszkaniu i rozmyślała o kolejnych tygodniach. Marzył się jej wyjazd. W znane strony, ale z nieznajomym partnerem.

Cudowna. Najbardziej oprócz nóg zapamiętałem jej oczy. Czarne, ale tak przyjazne i tak miłe, tak delikatne i subtelne, oczywiście mogę się mylić, ale wolałbym nie. Gdy na mnie spojrzała, poczułem się jak ktoś wyjątkowy. Wiedziałem już, że zaraz po powrocie do domu o niej napiszę. Cokolwiek. I tak chciało się więcej. To był drugi raz, kiedy ją spotkałem. Nie była umalowana, ale te oczy. Oczy, które mówiły wszystko. Mówiły: ze mną Ci będzie dobrze. Ze mną nie masz się czego obawiać. Ja Cię nie zawiodę, nie zdradzę. Była jak rybka spełniająca życzenia. Ze mną wszystko, o czym do tej pory marzyłeś się spełni. Była najcudowniejszą osobą na świecie. Kimś, dla kogo mógłbym zrobić wszystko.

Wczoraj minął kolejny dzień, nic się nie zmieniło, nic nie jest już takie same. Patrzę na tę część świata twoimi oczami i widzę, że nic nie zmienię moimi wierszami. Jest mi smutno, choć nie powinno. Mam nadzieję, że wkrótce znów spotkam moją lubą. Aha, w poprzednim rozdziale zapomniałem dopisać, że tego dnia dowiedziałem się też, gdzie moja bogini mieszka. Nie było to trudne. Wystarczyło śledzić ją jak wraca z zakupami. Nic trudnego. Mieszka bardzo blisko mnie. Wczoraj wieczorem zastanawiałem się, że praca dziennikarza musi być bardzo interesująca. Tak, student ekonomii, którą ma daleko i zapewne z wzajemnością coś może o tym wiedzieć. Z pewnością praca dziennikarza jest pasjonująca i na pewno kiedyś spróbuję napisać coś na wzór reportażu lub czegoś podobnego. Na razie zostaje mi cieszyć się obrazem mojej lubej, która, o mój Boże, zapewne jest meteorytem, a jeśli wypuszczę meteoryt z rąk, to jestem ostatnim idiotą.

Napisała taki list: „Króliczku! Bez wątpienia jest jakaś tajemna moc w aikoniczności kultury islamu, która zakazuje przedstawiania w formie wizerunków spraw natury transcendentalnej (głównie triady: Bóg – Miłość - Człowiek). Wiara świata muzułmańskiego nie potrzebuje mechanicznej stymulacji poprzez takie ziemskie gadżety, jak np. tzw. święte obrazy w chrześcijaństwie. Ja kultu (nieczytelne) dygresja, zostałam powołana do istnienia przez twój odjazd, po którym zaczęłam odczyniać bałwochwalcze rytuały wokół naszych fotografii. Czuję, że to grzeszne praktyki i dlatego próbuję ujarzmić moją tęsknotę za pomocą rozumu, wikłającego się w zagadnienia o dość wysokim stopniu abstrakcji (np. Rola ikony (nieczytelne) ludzkich wydarzeń o świecie albo sensotwórczy (sic!) wymiar przedstawień transcendencji). Zawsze zbroje umacje w racjonalizacje (jak słabe ciało w szczepionkę), gdy odczuwam świat nadto intensywnie, tzn. niebezpiecznie. …Imagery is bom of loss – loss of the friendly expanses… A ja w rozkwicie tej wiosny (pięknie, prawda???) skarżę się na głód i nim powodowana po pogańsku oddaję jej hołdy… Wiesz, dlaczego… Wiesz??? Koniecznie muszę Ci o tym opowiedzieć, jak też o W. W. antopologizacjach naszych (!) przestrzeni intymnych. Fotografie – kadry przeszłości – nagrobki dokonanego „wczoraj”… mam dla nas w związku z nimi magiczne zaklęcie: OBY TO BYŁ FILM, NIE SLAJD! CAŁUJĘ Agna”

Jestem opętana. Wciąż szukam słów materializujących metafizykę… Więc… po prostu wtul się w miękkie futro wczoraj jak w sierść kota i pamiętaj, że noc łasi się o moje kolana, od kiedy jesteś! Miau… Miau???

W domu - Ała – krzyczała mała dziewczynka za oknem. Niebo było niebieskie, a ona po chwili zmieniła ała na mamo. Krzyk był silny i dało się go słyszeć bez większego wysiłku. Płakała i krzyczała mamo i właściwie nikt nie był przy niej, aby jej pomóc. - Mama, maama, mama – krzyczało dziecko raz spoglądając na okno, skąd być może wkrótce wyjrzy mama, raz na ranę, która była całkowicie pokryta czerwoną krwią. Nagle upragniona mama wyszła. Nie wyjrzała przez okno, tylko zeszła wprost do swojej córki. Tam, gdzie płakała. Podeszła, otarła jej łzy, przytuliła i wzięła w ramiona. To wszystko było niezwykle wzruszające. Matka wzięła zaniosła dziecko do domu, a po chwili wyszła po przewrócony rower. Dziecko miało chyba siedem, osiem lat i widać było, że czerpie z życia, co najlepsze, no może oprócz tego incydentu z rowerem. Miało charyzmę, której brakowało niejednemu dorosłemu. Na pozór nic nie dającą, w rzeczywistości zmieniającą wszystko. Liczyło się to, że nikt nie mógł jej tego odebrać i ona jedyna nie musiała się bać, że to straci.

ROZDZIAŁ VII

Dzień był szary, zimny i przygnębiający. Miałem nadzieje, że to się zmieni. Wyszedłem przed dom. Ciocia w czarnej eleganckiej sukience oraz koralach po pas wyglądała olśniewająco. Mój wujek to szczęściarz. Oczywiście czułem się przy niej jak wieśniak, lecz, gdy się do mnie uśmiechała, od razu w duchu robiło mi się znacznie przyjemniej. Była dentystką. Lubiła tę pracę. Często o niej opowiadała. Starałem się jak mogłem by zapamiętywać wszystko co do mnie mówi, siedząc na hamaku, który sprawiał, że jej włosy falowały nieustannie w jednym tempie. Każde nasze spotkanie przy grillu, gdzie stały hamaki sprawiało mi dużo radości. To co lubiłem to, to że zawsze kończyło się dobrze. – Co lubisz robić ? – zapytała pewnego razu, gdy przygotowywaliśmy grilla dla gości. Różne rzeczy – Zrobiłem minę. Najbardziej lubię grać na komputerze. To nie do końca prawda. Może nie do końca. Ostatnio zająłem się też innymi rzeczami. Jedną z nich było dowiedzenie się jak najwięcej na temat agnihotry ziołowej. Współczesna agnihotra jest kontynuacją najdawniejszych praktyk duchowych i leczniczych, kiedy to palenie specjalnie dobranych ziół w odpowiednio do tego celu przystosowanych naczyniach było formą leczenia i metodą dokonywania zmian w otoczeniu potrzebującego człowieka. W wielu kulturach ogień odgrywał niezwykle ważną rolę w rytuałach a jego palenie łączono z modlitwą i medytacją oraz prośbami o duchowe oraz psychiczne uzdrowienie. W niektórych wierzeniach ogień stanowił dar, jaki otrzymała ludzkość by móc doznać prawdziwej odnowy duchowej, moralnej i intelektualnej. Dzisiejsza agnihotra jest efektem systematycznego poszerzania wiedzy na temat możliwości, jakie daje rozsądne wykorzystanie ognia dla dobra człowieka i jego otoczenia. Palenie agniohotry wpływa silnie na sferę intelektualną i etyczną poddanych jej działaniu ludzi. Dzięki paleniu agnihotry następuje osłabienie oddziaływań szkodliwych czynników zewnętrznych na organizmy żywe. W tym rozumieniu agnihotra służyć może działaniom profilaktycznym, chronić przed negatywnymi energiami i skutkami pojawienia się zanieczyszczeń w otoczeniu i środowisku naturalnym człowieka. Palenie kompozycji ziół pomaga rozwiązywać różnorakie problemy w zależności od rodzaju stosowanej mieszanki. Skutkuje pojawieniem się korzystnych zmian w życiu. Dzięki jej zastosowaniu można pomóc bliskim w trudnych problemach psychicznych, w stanach uzależnień od narkotyków i alkoholu, współ uzależnień, wszędzie tam, gdzie prawdziwy kontakt z człowiekiem jest ograniczony, a rokowania na jakakolwiek poprawę praktycznie znikome. Pod wpływem niezwykle mocnego, pozytywnego działania agnihotry wiele nieetycznych skłonności człowieka ulega szybkiej degradacji. Systematyczne palenie starannie przygotowanych wałeczków zawierających odpowiednio zestawione komponenty ziołowe pociąga za sobą pozytywne zmiany, których istota zależy od typu używanej mieszanki. Oferujemy dwa, odmienne pod względem działania i dobranych składników wyroby o wyjątkowych właściwościach. Dobiera się je stosownie do potrzeb osób zainteresowanych. Najczęściej jednak palone są naprzemiennie, w odpowiednich cyklach, zioła określane mianem „B” i „∞”. Palenie agnihotry odbywa się w specjalnie do tego celu przygotowanym naczyniu ceramicznym – FITORADZIE, wykonanym na wzór obrzędowego naczynia starosłowiańskiego. Do glinki, z której wytwarza się naczynie dodawana jest odpowiednio przygotowana kompozycja złożona z trzech sproszkowanych meteorytów, co wpływa na wyjątkowe własności naczynia. Mieszanki ziołowe są doskonale dostosowane do Fitoradu. Można stwierdzić, iż zioła i naczynie pod względem działania dopełniają się wzajemnie. Mieszanka „B” jest dziesięciokrotnie wzmocnionym odpowiednikiem dawnych mieszanek „B” oraz „C” Mieszanka „∞” wykazuje właściwości ośmiu pozostałych mieszanek oferowanych w latach poprzednich. Mieszanka „∞” w nowej, dziesięciokrotnie wzmocnionej wersji, silnie i niezwykle korzystnie działa na człowieka i środowisko. Może być z powodzeniem stosowana na terenach miejskich, rolniczych, w obrębie osiedli, w miejscu pracy czy zamieszkania, wszędzie tam, gdzie zależy nam na intensywnych i jednocześnie pozytywnych zmianach w otoczeniu i w strukturze eterycznej organizmów żywych. Spalanie mieszanki ma ogromne znaczenie w sensie ekologicznym, bowiem korzystnie oddziałuje na rośliny, zwierzęta, glebę, wodę i powietrze. Zabudowania nie stanowią przeszkody dla siły działania ziół. Początkowo zabezpieczony zostaje obszar o promieniu 400 m. Każda kolejna, wypalona porcja powiększa zasięg aktywności aż do maksymalnego zakresu działania na terenie o promieniu 6 km, przy paleniu systematycznym. Powstaje ochronny klosz energetyczny. Trwałość przemian utrzymuje się przez trzy doby. Popiół jest cennym nawozem. Spalanie mieszanki „B” służy oczyszczaniu ludzi, miejsc i pomieszczeń, ochronie przed bytami astralnymi, oraz działaniom określanym mianem egzorcyzmów. Stymuluje intelekt. Mieszankę można z pozytywnymi efektami spalać raz na trzy dni przy osobie potrzebującej oraz oddziałując na nią poprzez jej zdjęcie umieszczone 15 cm od zewnętrznej krawędzi naczynia, w tej samej, co ono płaszczyźnie. Z walorów agnihotry mogą korzystać osoby zdrowe, gdy potrzebna jest im specjalna ochrona oraz takie, które mają poważne problemy psychiczne, przebywają w nieodpowiednim towarzystwie, borykają się z nałogami takimi jak alkoholizm czy narkomania. Każdy człowiek dzięki oddziaływaniom opisywanej mieszanki ziół zostaje odcięty od negatywnych energii, dodatkowo stymulowany jest intelekt, dlatego nawet osoba z bardzo poważnymi ograniczeniami ma szansę odzyskać własną osobowość. Stopniowo sposób myślenia ulega zmianie i zwyczajny kontakt staje się możliwy. Zioła „B” można również z pozytywnymi efektami palić, gdy zaistnieje taka potrzeba, na zdjęciach osób zmarłych. Popiół zawiera znaczną ilość soli złota, jest bardzo cennym środkiem stosowanym jako zasypka na rany, różnego rodzaju przewlekłe choroby skórne, dodaje się go do potraw przy schorzeniach układu trawiennego i wydalniczego. Wystarczy przesiać go przez drobne sitko, przechowywać w suchym, zamkniętym naczyniu. Optymalne efekty daje spalanie mieszanek w trzydniowych cyklach: pierwszego dnia stosujemy zioła B. drugiego „∞”, potem jeden dzień przerwy, czwartego dnia rozpoczynamy cykl od początku itd. Obie mieszanki wykazują właściwości specyficznego oddziaływania na RNA organizmów, niwelują szkodliwe zmiany, które z czasem są pośrednią przyczyną uszkodzeń DNA, co z kolei prowadzi, w konsekwencji, do powstawania wielu schorzeń. Jak sami widzicie, grunt to nie myśleć tylko o sobie i myśleć jak w niedalekiej przyszłości będzie można pomóc bliskim kolegom. W radiu leciała dyskusja : – Psycholog David Rosen badał ostatnio ludzi, którzy próbowali popełnić samobójstwo skacząc z mostu Golden Gate w San Francisco i którym się to nie udało. – Nie trafili w ziemię? – Przypuszczam, że większość celowała w morze, w każdym razie lądowali względnie bezpiecznie. – I przeżyli, żeby co nam powiedzieć? – Wszyscy opowiadali, że podczas skoku i tuż po nim przeżyli uczucie odrodzenia duchowego i jedności z innymi ludźmi, z wszechświatem i z Bogiem. W wyniku tego wielu z nich przeszło dosyć gwałtowne nawrócenie. – Może Kościół Anglikański lepiej by zrobił, gdyby włączył bungee-jumping do mszy porannej. A więc... jak takie doświadczenie jak „skok próbny” zmienia czyjś pogląd na śmierć?

Postanowiłem, że odwiedzę Marię. Nie wiedziałem czy jest w mieszkaniu, ale znałem tylko to miejsce. Kilku meneli na klatce schodowej uświadomiło mi, że ma mnie gdzieś. Nie czułem się najlepiej, szczególnie po epizodzie z Małym i jego małym urządzeniem chciałem trochę z innej perspektywy popatrzeć na świat. Trochę się też bałem jej ojca, ale miałem nadzieje, że wkrótce to minie. Co do innych rzeczy takich jak nie pozałatwiane sprawy czy nieodebrana wypłata na razie nie stanowiło dla mnie problemu. Stanąłem w drzwiach Marii i już wiedziałem, że ma dla mnie przynajmniej dwie wiadomości złą i złą. Wpuściła mnie choć nie chętnie i podeszła do ojca szepcąc mu coś na ucho. Poczułem się głupio. Ojciec podszedł do mnie zapytać się czy chce się czegoś napić. Podziękowałem, więc zrobił mi herbaty Siedziałem w jej pokoju i czekałem. Patrzyłem chyba przez godzinę przez okno, które wypadało na niezbyt ruchliwą ulicę. Nienawidzę takich sytuacji. Po prostu robi mi się niedobrze. W końcu miałem tego cholernie dosyć. Wstałem otworzyłem drzwi i poszedłem po nią. Była w kuchni. Rozmawiała z ojcem. Poszedłem i spytałem czy możemy chwilę porozmawiać. –Zaczekaj chwilkę –odrzekła głosem hrabianki. Powiedziała znowu coś do ojca, potem upiła łyk herbaty i przyszła ze mną do pokoju. Minę miała nie za optymistyczną. Nic nie wskazywało na to, że chce się ze mną pogodzić. – Co ci się stało, że przyszedłeś ? – Tęskniłem. – Co ?

Dzisiaj byłem u pewnego faceta. Kupiłem u niego Walec i Krążek. I żeń-szeń. Na drzwiach u sprzedawcy wisiał napis: Kobiety wmawiają zawsze w mężczyzn, z których zrobiły baranów, że są lwami i że mają charakter ze stali. Surowcem leczniczym żeń-szenia jest korzeń. Zawarte w nim unikalne, spotykane tylko u żeń-szenia substancje biologicznie czynne noszą nazwę ginsenozydów (panaxozydów). Pod względem chemicznym są to glikozydy o charakterze saponin triterpenowych. Dotychczas wyodrębniono około 16 ginsenozydów. To one odpowiedzialne są za tak szerokie spektrum działania i właściwości żeń-szenia. Między innymi udowodniono, że żeń-szeń stymuluje: * wydzielanie adrenaliny * działanie układu sercowo-naczyniowego * działanie układu trawiennego * tlenowy i beztlenowy rozkład glukozy w wątrobie i nerkach * funkcję gruczołów dokrewnych ( w tym gruczołów płciowych). Gdybym o tym widział będąc studentem....

Wiem już jak napisać moją pierwszą książkę. Biorę długopis i piszę. Siedzę na trawie. Na kolanach trzymam deskę drewnianą. Na desce leży kartka i zaczynam pisać. O wiele za późno dzisiaj wstałem. Była dziewiąta, gdy podniosłem się z łóżka. Są wakacje. Nie powinienem tak marnować czasu. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłem było pojechanie do miasta. Zakupiłem a raczej chciałem zakupić pewne produkty. Porzeczki – dokładnie trzydzieści kilo. Chce przez wakacje pędzić wino. Ale oczywiście porzeczek nie było, więc na jutro przekładam przygodę z gąsiorem. Wróciłem do domu. Rozpakowałem się i poszedłem nad rzekę. Wieczorem mam się spotkać z dziewczyną, która chce iść do restauracji. I znów muszę swój czas dobrze wykorzystać. Poza tym przez cały dzień myśle jak napisać swoją książkę i wreszcie pod koniec dnia, dokładnie godzinę przed tym jak miałem pojechać do dziewczyny, przypomniałem sobie. Przecież od samego początku wiedziałem jak ją napisać. Idę więc na pole i piszę. Nie można marnować czasu. Jedynym miejscem na ziemi gdzie czuję się w miarę bezpiecznie jest mój nowy pokój. Nieduży pomalowany na zielono. Jest w nim cicho i ma wygodne łóżko. Co do reszty nie wiem, ale mi się podoba. Mojej mamie chyba też , ale nigdy tego nie mówi. Właśnie na kartkę wskoczyła pchła, tak mi się przynajmniej wydaje. Wygląda jak pchła. Bo niby co innego. Jest przezroczysta i skacze. To znaczy skakała. Przez przypadek tą pchłę zabiłem. Nieważne. Niebo robi się coraz bardziej niebieskie. Moją dziewczynę spotkałem cztery miesiące temu w knajpie, jak się później okazało pięćset metrów od jej domu. Miała czerwone buty, żółty płaszcz i uśmiech od ucha do ucha. Na pierwszy rzut oka wyglądała jakby była uzależniona od internetu. Jeszcze cztery lata temu sam byłem , więc ją rozumiem. Miała dziewietnaście lat. W tym roku wybierała się na studia i o zgrozo nie była uzależniona od żadnej używki.

Kiedy tak siedziałem i uważałem, że moje życie jest na sto procent nic nie warte. Dostałem kolejny list. Oto jego treść :

Mój Drogi Przyjacielu!

Jestem dziś podekscytowana, a zarazem miękko spokojna. Co prawda od dawna boleję nad współczesnym upadkiem sztuki epistolarnej (jak też innych zacnych obyczajów przodków), ale skoro nowoczesność daje nam szansę na bliskość w mgnieniu sekundy, to to absolutnie niweluje moje odczucie kulturowego niepokoju na rzecz… Błogiego stanu ducha, o który – na marginesie – dosyć mi trudno od tak zwanych pieluszek. W związku z wyżej wymienionym moja diagnoza kultury smsowej jest zdecydowanie afirmująca. Oczywiście nadal będę do Ciebie

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych