WHITE DARKNESS
Historia: nietypowa, pierwsza z poważniejszych, które napisałam. W sumie jedna z pierwszych, które publikuję xD trochę nietypowe, niestereotypowe fantsy, zakrawające moemntami na horror...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
WHITE DARKNSS
PROLOG
Cichy, niemal nie słyszalny, głos kobiety przywołał jego myśli do ciała. Oddalony daleko za granice świata, jaki znał, w którym mieszkał, wychowując się według panujących zasad. Nie potrafił wyobrazić sobie innego. Tak drastycznie zmienionego przez liczne wojny, plagi, morderstwa. Wielu odpowiadało mu o North, kraju północy. Opisywali najdrobniejsze szczegóły. Kłótnie króla ze szlachtą, bezkarne zabijanie służby, która nie miała przywilejów, czy nawet prawd, do jakiejkolwiek swobody. Traktowani nieludzko podwładni umierali z głodu, zimna, przemęczenia. W opowieściach przyjaciół wyczuwał wyraźne oburzenie, irytację z prowadzenia rozmów pokojowych. To był dla niego zupełnie inny, tak daleki świat, do którego nie miał najmniejszej ochoty się udawać.
- Witaj młody wędrowcze! - powiedziała starsza kobieta, opierając się o misternie wykonaną laskę z drewna, zdobioną w symbole państwowe. Widocznie kochała swój kraj. Nie wyglądała na groźną osobę, raczej na bezbronna kobiecinę, która za późno wracała do domu. Uśmiechnęła się do niego, niepewnie oczekując odpowiedzi. Stała przed nim lekko zgarbiona, z trudem starała się wyprostować, gdy popędził jej z pomocą. Siwe włosy sięgały zaledwie do granicy łopatek, zakrywając poranioną szyję, co zauważył dopiero, kiedy podszedł bliżej. Język namawiał go to, aby zapytać, co się stało, jednak dobre wychowanie nakazywało milczenie. Nie powiedział na ten temat, ani słowa udając, że nie widział sinych śladów palców pozostawionych na ciele staruszki.
- Czy mógłbym pani w czymś pomóc? Może zaprowadziłbym panią do domu? Pewnie pełno tu rozbójników - kobieta widocznie zorientowała się, o co chodzi, bo w jej piwnych oczach, pojawił się błysk. Popatrzył w nie niepewnie. Pokryta licznymi zmarszczkami, ale nadal urodziwa twarz kobiety, rozjaśniła się w pogodnym rozbawieniu.
- Dziękuję ci, młodzieńcze, ale poradzę sobie sama. Niepierwszy raz idę tą drogą o tak późnej porze. Nie spotkałam, jednak jeszcze żadnego zbója, który próbowałby zrobić mi krzywdę. Dziękuję za twoją propozycję, to bardzo miłe z twojej strony - powiedziała kobiecinka, która obdarzając go serdecznym uśmiechem, z trudem stawiając kroki, ruszyła w swoim kierunku. Otworzył usta próbując wytłumaczyć jej, że nie mógłby spokojnie spać, jeżeli by jej nie odprowadził, ale starsza pani uprzedziła jego troskliwe tłumaczenie - Nie martw się chłopcze. Nic mi się nie stanie. Ludzie w tych stronach, wbrew pozorom są dość bogobojni, a ja uznawana jestem za wcielenie diabła - powiedziała, nie odwracając się nawet do niego. Usłyszał jednak radosny i pogardliwy chichot, po czym nagły kaszel, który zduszony przez kobietę poddał się jej woli.
Obserwowała jeszcze chwilę kobiecinkę, po czym odwrócił się, kierując się na pierwotną drogę, kiedy zniknął za wzgórzem, martwiąc się mimo wszystko o jej los. Był z natury uczynnym człowiekiem. Nie potrafił przejść obojętnie obok ludzkiego cierpienia. Typowy przykład altruistycznego wychowania, jakim słynęli wszyscy w jego stronach.
Pora była rzeczywiście późna, co wzmagało jego niepokój. Próbował sobie wmówić, że nie ma się, czym martwić, ale nie pomagało to w niczym. Zaglądał przez ramię, co chwila przypominając sobie słowa kobieciny, które echem odbijały się w jego głowie, powodując ból. Migrena nie napadała go często, lecz kiedy już postanowiła zaatakować nie dopuszczała do siebie żadnych środków przeciw bólowych. Gnębiła go niemiłosiernie. Często tracił przytomność, majaczył, ogarniał go niewytłumaczalny strach przed światem. Nie były to objawy zwykłego bólu głowy, dobrze o tym wiedział. Poszukiwał rady u specjalistów, znanych na cały kraj medyków, ale nie byli na tyle doświadczeni, aby móc mu w jakikolwiek możliwy sposób pomóc. Pozostał, więc sam ze swoim bólem, który napadał go w najmniej odpowiednim momencie. Wszelkie opory nie miały żadnego sensu, tracił jedynie siły zmagając się z nim. Nie malał. Nadal z równą siłą gnębił go.
Ledwie dotarł do pobliskiej wioski, która okazał się, jak na jego nieszczęście, zamieszkiwana przez okolicznych złodziejaszków, morderców, najemników pozbawionych wszelkich zasad, jakie wpajano mu przez wiele lat beztroskiego dzieciństwa. Walka nie wchodziła w grę. Był zbyt wyczerpany zmaganiem się z uporczywym bólem. Chwiejnie skierował się w stronę karczmy, mając cichą nadzieję, że zignorują go pozostawiając samemu sobie.
Odprowadzany przez wściekłe, oszalałe spojrzenia czuł strach, ogarniający jego słabe ciało. Oddalająca się, z każdym stawianym krokiem, nadzieja ustępowała miejsca niepewności, przeradzającej się w panikę. Potrafił walczyć. Od dziecka uczył się trudnych technik walki mieczem. Ojciec kładł szczególny nacisk na umiejętne posługiwanie się bronią białą, tak popularną w jego stronach, niezwykle docenianą przez szlachciców z sąsiednich państw.
Zbliżał się do baru, stojącego na końcu sali, naprzeciw wejścia. Przyglądający się w skupieniu bywalcy, śledzili uważnie każdy najmniejszy gest, węsząc prowokację. Widać po nich było chęć walki, morderstwo, płytko czające się w przymrużonych oczach. Nie ukrywane zaciekawienie gościem, nie dodawały mu odwagi. Szedł między ciasno ułożonymi stolikami, zahaczając o celowo wystawione łokcie, czy potykając się o podstawione nogi. Opierając się o sosnowy blat, zapytał cicho gospodarza o pokój. Usłyszał zadowolone dźwięki dochodzące zza jego pleców.
- Mamy jeden wolny, ale będziesz panie musiał ukazać parę złotników - oświadczył tęższy mężczyzna, nalewając piwa do kufla. Pożółkły, prawdopodobnie ze starości, fartuch zakrywał przednią część obdartej koszuli. Zdobionej wyschniętymi plamami krwi. Dostrzegając blizny na niezakrytych ramionach, domyślił się, że barman nie przez przypadek odtworzył swój interes właśnie w tym miejscu.
- Ile dokładnie? - zapytał nieprzytomnie patrząc na mężczyznę krzywiącego się szyderczo. Leniwym gestem sięgnął do tylnej kieszeni, wyciągając skromną sakiewkę.
- Ile masz wędrowcze? - zapytał nie zmieniając wyrazu twarzy.
- Ze siedemdziesiąt złotników, nie więcej - odparł, siląc się mówić głośno, tak, aby karczmarz usłyszał go wyraźnie.
- Pięćdziesiąt i możesz zająć małą izdebkę na końcu korytarza - zaproponował dumnie, wyciągając masywną, pokiereszowaną dłoń ku czerwonowłosemu. Chłopak rozplątał starannie związany sznurek. Przechylając ostro sakiewkę w dół poczuł jak ujęte w dłoń złotniki uciekają, zatrzymując się na blacie, głośno pukając o niego. Kilka zakręciło się, stając na brzegach. Przydusił je ostro, odliczając powoli pięćdziesiąt sztuk. Karczmarz patrzył ma jego ślimacze ruchy, upewniając się, że nie ma zbyt wiele siły, przez co stanowił doskonałą ofiarę dla spragnionego tłumu morderców czyhających na dogodną okazję.
- Idealnie pięćdziesiąt - stwierdził przesuwając złotniki ku zadowolonemu mężczyźnie. Odbierając klucz, udał się w stronę wskazaną przez właściciela. Niepewnie zasłuchując zbliżających się do niego, ciężkich kroków. Wiedział, że czekają tylko na odpowiednią chwilę. Nie próbowalibyś ostrożni. Nie czaili się podstępnie. Otwarcie okazywali swoje zamiary, idąc za osłabionym przybyszem.
Stanął, po chwili osuwając się na kolana. Przed upadkiem uchroniły go, odruchowo wyprostowane ramiona. Bezwładnie opuścił głowę, chciwie łapiąc oddech. Napastnicy nie tracąc okazji, dobiegli do niego szybko. Jeden z nich złapał czerwonowłosego, zaciskając dłonie na klatce piersiowej ofiary. Nie starał się wyrwać. Opuszczona głowa pulsowała, płynąca z niej krew rozlewała ból, po całym ciele. Zacisnął zęby, gdy napastnik zwęził uchwyt. Jęknął cicho, po spowodowało ożywienie zgromadzonego przed nim tłumu. Tracił kontakt ze światem. Słyszał tylko niejasny bełkot, po którym zastąpiła całkowita cisza.
Rozdział I: Mieszkaniec Lorth
Skulona sylwetka, trzęsła się, a on sam zdawał się być nieprzytomny. Nie reagował na rozpaczliwe krzyki dziewczyny, klęczącej przy nim. Starał się obudzić go ze snu. Widziała krwawiącą głowę. Delikatne stróżki krwi spływające po policzku, wydawały się nienaturalnie małe, jak na rany zadane w głowę. Na linii włosów, stykających się z czołem, błyszczała w świetne promieni zachodzącego słońca, wpadających przez otwory, które wyglądały na małe okna. Światło padał dokładnie na jego bladą, zakrwawiona twarz, ukazując dziewczynie obrażania przyjaciela.
Słone łzy spływały bezwiednie po zarumienionych policzkach, próbując je zatrzymać zamrugała kilkakrotnie powiekami, nie zadało się to na wiele. Krople nadal płynęły, niczym górski strumyk. Wiedziała, że nie powinna płakać w takiej chwili, ukazując nieznajomym swoją słabość, jaką niewątpliwie był Cutler. Chłopak pochodzący z krainy, gdzie ludzie żyją w zgodzie. Nie próbowała sobie nawet tego wyobrazić. Wypytując przy każdej okazji, jak to mogło się stać? W jaki sposób ludzie umieli zapanować nad swoim wewnętrznym gniewem? nie potrafiła pojąć świata innego niż North. To był jej prawdziwy dom, który stał się idealnym miejsce, choć pełnym chaosu, niepewności, strachu, nienawiści, ona postrzegała go jako swoje własne miejsce w świecie.
Delikatne palce ogarnęły krótkie, lepiące się od krwi włosy, z czoła. Wcześniej nie zauważyła głębokiej ramy zadanej, jak stwierdziła po chwili, dokładnie oglądając zagłębienie, ciężkim, okrągłym przedmiotem. Pierwszą myślą, jaka ją naszła, była klinga masywnego miecza, odstąpiła od tego pomysłu racjonalnie analizując sytuację. Nie było przecież wśród tych typów żadnego rycerza, czy najemnika, choć mogła się pomylić.
Podejrzliwie odwróciła głowę, kierując spojrzenia na korytarz, z którego przybyła. Bezwładnie leżące na nim ciała bywalców karczmy, świadczyły o zaciętej bitwie, jaka rozegrał się niedawno. Wielu mężczyzn pozbawionych kończyn, często głowy. Krew wyciekająca zadanych, niezwykle precyzyjnie, ran rozpływała się po podłodze, barwiąc ją na brunatny kolor. Zlewające się pojedyncze stróżki, co zainteresowało ją na początku, spotkały się w samym środku przejścia między pokojami a schodami. Zabiła ich wszystkich próbując obronić przyjaciela, tak dla niej obcego i niezrozumiałego, a jednak tak bliskiego. Potrafiłaby uśmiercić każdego, by on był bezpieczny.
Badawczym wzrokiem śledziła kolejne ciała, podpierając brodę trzema palcami. Zmarszczyła niepewnie brwi, przybierając zamyśloną minę. Spojrzenie zatrzymało się na jednym z napastników, który zaniepokoił ją jeszcze bardziej. Jego krew miała nienaturalną purpurową barwę.
- Dziwne, ludzie mają ciemnoczerwoną barwę, ale purpura? Słyszałam o istotach żyjących w niedalekim kraju, mających zupełnie inne zwyczaje, anatomię, a przede wszystkim usposobienie, od nas, ale nie podejrzewałam, że żyją w naszym niespokojnym kraju. North, nie jest idealnym miejscem na prowadzenie rozpoznawczych wędrówek, wiec skąd on się tu wziął? - zapytała cicho sama siebie, nie oczekując odpowiedzi, którą uzyskała.
- O tym ludzie krążą legendy, nie tylko w twoim kraju, u nas w Lorth, są bardzo znani i nienawidzeni. Pojawili się z nikąd i zasiali chaos, niszcząc stworzoną przez nas kulturę. Czuliśmy, że mogą nam przysporzyć kłopotów, ale nie spodziewaliśmy się, że po naszym przyjęciu, szczerych chęciach, będą próbowali zniszczyć nasz naród - odpowiedział ja jej retoryczne pytanie, uśmiechając się lekko, wysoki mężczyzna. Stał przy schodach, opierając się o niestabilną poprzeczkę. Odwzajemniła uśmiech, ciekawa dalszego rozwoju wydarzeń. Opuściła ręce, przyrównując je do bioder, krzywiąc nieznacznie głowę. On nie zmienił pozycji o balustradę, która w każdej chwili mogła oderwać się o ściany.
- Lorth? Nigdy nie słyszałam o takim kraju, możesz mi o nim więcej powiedzieć? - perfidne kłamstwo nie uszło jego czujnej uwadze. Doskonale doczytywał zmieniający się ton głosu w wypowiedzianym przez nią zdaniu. Mówiąc o Lorth nieświadomie przełknęła ślinę, natomiast, gdy próbowała podstępnie wydobyć z niego informacje, ton głosu zmienił się na spokojny, nasiąknięty nutą ironii.
Był wyczulony na takie zmiany intonacji wypowiadanych słów. Nauczył się przez wiele lat rozpoznawać kłamstwo, szyderstwo, zakłopotanie. Wiele razy ratowało mu to, jak to sam lubił ujmować, bezwartościowe życie.
- Nie słyszałaś nigdy o Lorth? Zastanawiające, naprawdę, zastanawiające - stwierdził uśmiechając się szerzej. Wyprostował się, ale nie ruszył z miejsca. Patrzyła mu w oczy oczekując na dalsze kroki nieznajomego. On stał. Patrzył za dziewczynę. Obserwował poruszającą się niespokojnie sylwetkę drobnego, ciemnowłosego chłopaka. Starał się wstać, wytężając pozostałe mu siły. Spoglądał na niego z zaciekawieniem. Wykrzywił wargi ukazując dziewczynie zęby. Zauważyła, że ja ignorował. Patrzył, jak jej się zdawało, nieprzytomnego Cutlera - Twój przyjaciel jest bardzo silny. Dlaczego się nie bronił, kiedy go napadli? - zapytał niespodziewanie, a Rush gwałtownie skierował głowę w stronę chłopaka, który podpierając się na przed ramionach, próbował dźwignąć całe ciało, które odmawiało mu posłuszeństwa. Przyciągany do ziemi, nie poddawał się łatwo nadal starając się unieść. Spuścił głowę starając się uspokoić oddech, który nierównomiernie wpływał do płuc, aby po chwili wydobyć się z nich, sprawiając Cutlerowi przenikliwy ból.
- Zwariowałeś??!! - krzyknęła Rush, ocknąwszy się osłupienia, w jakie wprawił ją przyjaciel. Momentalnie znalazła się przy nim, starając się zatrzymać chłopaka przed nadmiernym wysiłkiem. Doskonale zdawała sobie sprawę, w jakim jest stanie. Zależało jej na nim, starał się go powstrzymać, ale jego upór był jedną z tych cech, który ją tak bardzo urzekły w postawie, jaką już od dawna starał się jej pokazać.
- Silny jesteś i uparty, muszę powiedzieć, że nie spodziewałem się tego po takim niepozornym młodziku - zdawał się być od niego niewiele starszy, łagodne rysy twarzy, podkreślające wąskie, różowe usta, bujna grzywa opadająca na wysokie czoło, zakrywała je do linii, nienaturalnie zagiętych brwi. Jasnoszare, wchodzące w popiel włosy, splecione w misterny warkocz, sięgały do pasa. Cała jego sylwetka zdawał się bić młodością i energią, którą próżno szukać w tych nieprzyjaznych stronach.
- Ja się nazywasz przybyszu? Nie jesteś stąd, prawda? Twoja uroda wskazuje na południo- zachodnie regiony - stwierdził ciemnowłosy c mężczyzna, wchodzący po schodach. Nie śpieszył się, wiedział, że nie dojdzie to walki, na jaką, od dłuższego czasu, miał ochotę.
- Spostrzegawczy jesteś... - przerwał, zamykając oczy, pochylając się nieznacznie do przodu, spuszczając pokornie spojrzenie z Cutlera. Rush patrzyła na nieznajomego, ponownie wpierającego się o balustradę z rozbawieniem. Widocznie zdawał sobie sprawę, przed kim teraz odpowiada. Milczał przez dłuższą chwilę, po czym skierował się w stronę klękającej przed nim pary. Leniwie stawiał kroki, starając się opóźnić nadchodzący moment.
- Widzę, że wiesz dobrze, że walka ze mną jest bezcelowa, inaczej już byś zaatakował. Wyczuwam w tobie dobrego wojownika, który nie waha się sięgnąć po miecz, nawet w beznadziejnej sytuacji. Jesteś również rozsądny. Cecha, która nie jest zbyt częsta u wojowników twego pokroju - stwierdził, gdy szaro włosy był kilka metrów o Rush i Cutlera.
Zmierzał w kierunku pary, klęczących przy sobie przeklętych. Nazywali tak ludzi żyjących z zabijania, bezsensownej walki przeciwko słabym, nic nie wartym ludziom. Przynajmniej próbowano ich skłonić do bezwzględnego mordowania, niewinnych mieszkańców North. Trudno było uwierzyć, że Cutler stał się jednym z nich. Zabijał. On wychowany w kraju, gdzie ludzie żyją w harmonii, idealnej równowadze, zmienił się w jednego z, tak pogardzanych przez siebie, przeklętych.
Przybywając do miasta, pierwszego na jakie trafił, szukając właściwej drogi. Zabłądził, idąc za radami nieprzyjaznego tubylca, chcącego zguby intruza. Zaprowadziły go one do lasu, pięknego, soczyście bijącego czystą zielenią. Stał przed nim, łapczywie wdychając słodką woń kwitnących drzew owocowych, w które obfitował cały las. Cutler nazwał go w myślach „Owocowym lasem”.
Przed oczami malowała się drobna, niska sylwetka, podążająca w jego kierunku. Zdziwiony otworzył oczy, gdy zorientował się, że dziewczynka przybyła z lasu. Pustego, pełnego kuszących zapachów. Popatrzył przez moment na nią. Jasne, kręcone loki, opadały na delikatną, gładką twarzyczkę, rozpromienioną szczerym, dziecięcym uśmiechem. Oczarowało go naiwnie wpatrujące się w niego błękitne oczy.
Chciał ją zapytać, jak znalazła się w lesie, jak udał jej się z niego wydostać, zabrakło jednak na to słów. Uwięzły w gardle, nie pozwalając…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil niebieska_myszka
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…