Wieżowiec
Inspirowane Wampirem:Maskaradą oraz Matrixem.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Możesz mi uwierzyć lub nie, ale to zdarzyło się naprawdę. Lecz jeśli ktoś by mi to opowiedział, też pewnie bym nie uwierzył, tak jak ci, którzy mnie tu trzymają. Trafiłem do zakładu 3 maja 1997 roku, trzy miesiące po tym, jak zacząłem pracować w firmie Merkson i Sp. - dobrze zapowiadającej się firmie produkującej oprogramowanie komputerowe. Zainteresowali się mną jako grafikiem. Szef od początku wydawał mi się jakiś dziwny, wręcz diaboliczny, lecz wszystko skończyłoby się dobrze, gdybym pewnego dnia nie został w pracy dłużej, by przed niedzielą skończyć nowe logo firmy. Było już bardzo późno, zapewne poszedłbym trochę wcześniej, gdyby nie burza, która szalała za oknem. Z trzydziestego szóstego piętra było widać, że objęła prawie całe miasto, a ja, mając 25 lat nie dorobiłem się jeszcze samochodu, a do metra trzeba było iść jakieś 300 metrów. Biura były zrobione na kształt amerykańskich, tzn. ogromne pomieszczenie zostało podzielone na małe klitki – stanowiska pracy, za pomocą niskich kartonowych ścianek.. Oczywiście, tak też jak w Ameryce (cała ta pieprzona firma była zrobiona na charakter amerykański, nawet szef zmienił nazwisko z Tomasza Merksińskiego na Toma Merksona, dupek). Biuro szefa znajdowało się oddzielnie i było przeszklone tak, aby można było z niego spoglądać jak firma kwitnie. Właśnie wyłączyłem komputer i przygotowywałem się na to, że za chwilę zmoknę jak kura, gdy nagle usłyszałem krzyk dochodzący z pokoju szefa. Żaluzje były zamknięte, byłem pewien, że nikogo tam nie ma, tymczasem ktoś prowadził ożywioną rozmowę. Niepostrzeżenie podszedłem do szyb i zaglądnąłem przez wąskie szpary między żaluzjami. Amerykański Tom rozmawiał z kimś, kto siedział na fotelu poza moim wzrokiem. Widziałem tylko stopę rozmówcy odzianą w czarny lakierek. - Ile jeszcze razy będziecie mnie nachodzić, mówię to po raz setny, i mam nadzieję że ostatni. Chcemy pozostać niezależni, wolni, żyjemy w swoim świecie, w niczym wam nie przeszkadzamy... - wykrzykiwał mój pracodawca. - Chwileczkę - odezwał się właściciel lakierka - a Krzesimir... - Krzesimir to był wyjątek, z resztą on już zapłacił za... - Za zamordowanie dwóch Starszych, członków Rady, którzy od stuleci wspierali Konklawę i Księcia swoim doświadczeniem... - Doświadczeniem?! To byli dzicy mordercy, dla których zaspokajanie Głodu było czynnością taką, jak włączanie telewizora czy radia... - Gdyby nie oni, to byśmy zostali wyrżnięci przez Drakkonów jak świnie, a tymczasem Konklawa zyskała nowego sprzymierzeńca... - Czy ty nic nie rozumiesz, Drakkoni to mordercy, dziś są z wami, jutro was pozabijają... - zawzięcie tłumaczył Tom. - To twoje zdanie... - Tak, moje, i ani ty, ani ta wasza agentka Cecylia, nie przekonacie nas, byśmy się przyłączyli do... - Ktoś nas podsłuchuje - odezwał się "lakiernik", a jego słowa zadziałały na mnie jak miska gorącej wody. - Jeśli to jeden z moich, to nie ma problemu, nie mam tajemnic... - jąkał Tom. - To śmiertelnik!!! Jest tuż za tą ścianą... - dodał spokojnie "lakiernik" pukając butem w ścianę, za którą się ukrywałem. Trzeci dzień w pracy i taka wpadka u szefa... - Panie... przepraszam zapomniałem pańskiej godności... - usłyszałem głos szefa tuż za swoimi plecami - czy mógłby mi pan zdradzić taki słodki sekret, cóż pan o tak późnej porze robi w pracy, hę??? Na jego widok jeszcze bardziej wtuliłem się w ścianę. Takiego jeszcze go nie widziałem, był jakiś odmieniony, cera mu pojaśniała, a usta poczerwieniały, robił jeszcze bardziej diaboliczne wrażenie niż na początku, gdy miałem z nim rozmowy wstępne. Nagle zrobiło mi się ciemno... Przed oczami zaczęły pojawiać się cienie, czułem, że jestem skrępowany w pozycji siedzącej, było mi słabo, z trudem podnosiłem powieki. Czym mnie naszprycowali? - Ocknął się - usłyszałem głos "lakiernika" i ujrzałem, że należy on do dobrze zbudowanego murzyna ubranego w szykowny smoking, a jego szyja, palce i uszy lśniły od złota, lecz nie wyglądało to tak tandetnie jak u taniego szpanera w mokasynach, jego ozdoby wyglądały naprawdę elegancko. - Widzisz Tom, jednak coś nas łączy... - Wiele nas łączy, lecz zbyt wiele dzieli, Wincent. - Łączy nas to, co łączy całą Konklawę - dochowanie Maskarady. - To nie jest powód, by wiązać sobie ręce morderczymi spółkami. - No dobrze Tom, nie jesteś mordercą, więc wypij ze mną zdrowie. Obaj stuknęli się kieliszkami z czerwonym winem i wypili do dna. - Nie jesteś mordercą Tom, więc co zamierzasz zrobić z tym fantem – powiedział Wincent wskazując na mnie palcem. Dłonie miałem skrępowane, odrętwiałe, gdy na nie spojrzałem, chciałem krzyknąć, lecz w tym momencie chyba zemdlałem. Miałem podcięte obydwa nadgarstki z których płynęła krew i ściekając po moich palcach kapała do... DWÓCH KIELISZKÓW... Znów się ocknąłem, nie wiem po jakim czasie, w każdym razie dalej siedziałem skrępowany na krześle w pokoju szefa... tyle że... tym razem byłem sam, przynajmniej tak mi się wydawało. Usłyszałem nagle cichą rozmowę, przez uchylone drzwi ujrzałem, że to szef rozmawia z ochroniarzem budynku. Pomyślałem o jednym: szansa ucieczki. Po kilku próbach udało mi się uwolnić, porwałem pistolet, który leżał na biurku (wtedy jeszcze nawet mi nie przyszło do głowy, żeby zastanawiać się skąd on się tam wziął). Wstałem i wtedy go ujrzałem – leżał za biurkiem, jego klatka piersiowa była, dziurawa, śliczny smoking był cały upaprany krwią, lecz największe wrażenie robiła głowa, a właściwie jej brak... Za to krew była wszędzie, na fotelu szefa, pod biurkiem, na dywanie, który jest więcej wart niż moje trzy pensje, na lakierkach denata, złote naszyjniki oczywiście powpadały do kałuży krwi, no i... oj... blat biurka i leżące na nim papiery pokryte moimi wymiocinami... Nie ma co, trzeba stąd jak najprędzej spieprzać - pomyślałem. Odwróciłem się w kierunku drzwi, z trudem postawiłem kilka kroków, lecz drzwi wydawały się oddalać zamiast przybliżać, cały świat wirował mi przed oczami, musieli ze mnie wypompować sporą ilość krwi. Udało mi się wydostać z gabinetu, znajdowałem się z powrotem w pomieszczeniu ze stanowiskami pracy i ukrywałem się między kartonowymi ściankami jak w amerykańskim filmie, psia mać. Szef właśnie skończył rozmawiać z ochroniarzem, który za pewne usłyszał strzały... Lecz nagle ujrzałem jak obydwoje wchodzą do gabinetu. - Mówiłeś, że tu jest! - wykrzyknął oburzony ochroniarz. - Bo był przed chwilą! - Nie dość, że zrobiłeś taki pierdolnik w gabinecie to jeszcze pozwoliłeś spieprzyć żywicielowi. Co ty do jasnej cholery myślałeś, że z niego spokrewnionego zrobisz? - Wyrażaj się Robert, i nie zapominaj z kim rozmawiasz i że jesteś jedynym wtajemniczonym śmiertelnikiem. Dobra, poszukajmy tego, jak-mu-tam, a Wincenta-konklawską-dziwkę sprzątniemy później. - Takim zwykłym śmiertelnikiem to chyba nie jestem, co Tom? Śmiertelnicy nie potrafią robić na przykład tego... Dalszej rozmowy nie usłyszałem, gdyż właśnie doczołgałem się do korytarza, a nad tym, co potrafi ochroniarz Robert nawet się nie zastanawiałem, chociaż odpowiedź poznałem chwilę potem... Korytarz był długi, kierunek - windy. Szczęśliwie do jednej dobrnąłem, wsiadłem i wcisnąłem "P". Na czternastym piętrze winda się zatrzymała i zgasło w niej światło. Prąd - pomyślałem - ktoś wyłączył prąd. Zastosowałem ręczne otwieranie drzwi. Znalazłem się na bliźniaczym korytarzu, lecz to co ujrzałem nie było bliźniacze chyba z żadnym biurowcem. W pierwszej chwili sądziłem, że mam omamy, osłabiony organizm... Po korytarzu najzwyczajniej w świecie spacerował wilk, szedł w przeciwnym kierunku i mnie na razie nie widział. Zacząłem się ostrożnie wycofywać, i zgadnij co się stało... tak, tak, tak... przewróciłem automat z baniakiem z wodą sam lądując na pośladkach. Wilk spoglądał już w mają stronę swoimi czerwonymi, jarzącymi się oczyma. Wpierw delikatnie szedł, potem przyspieszył kroku, aż wreszcie zaczął biec, oczywiście w moim kierunku. Teraz przypomniałem sobie o 9mm, które tak tuliłem do serca, jak małe dziecko maskotkę podczas snu. Wilk już wyskoczył do mnie, wtedy oddałem na oślep kilka strzałów. Zwierzę, jakby trafione młotem, odfrunęło kilka metrów w tył i pojechało jeszcze parę kroków po wypolerowanej posadzce zostawiając za sobą ślad czerwonej posoki. Gdy podszedłem do niego jeszcze żył, spoglądał na mnie swoimi oczyma, jakże teraz odmienionymi, jakby ludzkimi, wydawał się mówić dlaczego... dlaczego... A teraz najlepsze, czyli jedna z tych rzeczy, która się przyczyniła do tego, że trafiłem później tutaj, tj. do zakładu dla więźniów psychicznie chorych, i wiedz, że bardzo trudno jest pisać te słowa krwią z języka na papierze toaletowym, do tego nie mając jeszcze stołu, tylko te miękko obite ściany i skrępowane z tyłu ręce... Ale mam czas... Wracając do wilka, to zaczął on się trochę szamotać, jakby nie tylko pod wpływem postrzału, jak sądziłem, w brzuch. Jego sierść zaczęła w oczach rzednąć, pysk stawał się coraz krótszy, natomiast reszta ciała coraz większa, i bardziej... ludzka. Transformacja przebiegała dość szybko, efektem końcowym był nagi ochroniarz Robert z raną postrzałową na podbrzuszu, tuż nad genitaliami. Krew płynęła obficie, nie tylko z rany ale też z ust rannego i była ciemnego koloru. Co robić? Windy nie działają, jestem na piętnastym piętrze. - Robert! - usłyszałem głos pracodawcy nadchodzącego zza rogu. Chwyciłem za klamkę najbliższych drzwi - otwarte! Wszedłem pozostawiając w drzwiach małą szparkę, żebym mógł obserwować…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil l-ko
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…