Wróć do katalogu

Wigilion, cz. II

Żadnego związku z poprzednią częścią, poza okolicznościami nadchodzących świąt. Ponoć to taki czas, że wszystko się wtedy zmienia. No właśnie nie wszystko... Dla cynicznych.

Giaur, opublikowano , 8 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Śnieg sypał gęsto. Wielkie, okrągłe płatki opadały leniwie, osiadając wesoło na wszystkim, pokrywały brudne i szare ulice, błyszczące i kolorowe samochody, nierówne dachy odrapanych domów, bezlistne drzewa, rachityczne krzaki, w których używały sobie psy, wreszcie pokrywały także przechodniów. Wiatru prawie w ogóle nie było, za to nad horyzontem jaśniało jeszcze zachodzące słońce, rzucając żółtoczerwony, długi blask na pochmurne niebo. Na całej ulicy sympatycznie rozbrzmiewały kolędy; z supermarketów tętniących życiem ostatnich klientów, banków, drogerii, sklepów sportowych, spożywczych, nawet z obuwniczych. Co bardziej natchnieni świątecznym dziwactwem właściciele powywieszali (a częściej – kazali powywieszać) łańcuchy migoczących światełek, a w oknach poustawiali lśniące choinki, pod którymi malowniczo poustawiano paczki wielkich, pięknie udekorowanych prezentów, rzecz jasna, pustych w środku. Wszystko układane ku rosnącej uciesze gawiedzi, słowem – były święta. Każdy pośpiesznie załatwiał swoje sprawy – ostatnie prezenty, nieprzewidziane zakupy, a to chleba zabrakło, pismo święte gdzieś się zapodziało, dziecko zeżarło wszystkie opłatki przed czasem. Jak to tuż przed wigilią. Większość ludzi odliczało ostatnie godziny pracy, myślami odbiegając już do suto zastawionych wigilijnych stołów, marząc o świeżo ukatrupionym karpiu, o białym jak śnieg opłatku, o pachnącej lasem (o ile ktoś jeszcze pamięta jak lasy zwykły pachnieć) choince, o skompletowanej mimo nieustannych kłótni rodzinie. Przed ostatnim otwartym sklepem wielobranżowym stał przemarznięty facet w przebraniu świętego Mikołaja sprzedając tajwańskie światełka choinkowe, których spory zapas miał jeszcze w wielkim worze postawionym pod ścianą. Kończył pracę, gdy sprzedał przynajmniej połowę towaru, resztę mógł odnieść i zostawić w sklepie – taki miał układ. Przestępował z nogi na nogę, chuchając w przemarznięte ręce, co jakiś czas krzycząc na całe gardło: „Świateeełka choinkooowe! Po promooocji”. Czasem dodawał z cienką nutka szantażu w głosie: „Komu, komu, bo idę do domu?”, choć mało kto czuł się tą kwestią przyparty do muru. Zdążyło się już ściemnić, a on sprzedał tylko czternaście z trzydziestu kompletów, i za nic w świecie nie mógł wcisnąć nikomu tego ostatniego, który byłby przepustką do jego wolności. Ludzie zamknięci w rytmie własnych pośpiesznych kroków, zdawali się zupełnie nie zwracać uwagi na jego porykiwania. - Dobry wieczór, święty Mikołaju – powiedział do niego nagle pewien mały chłopiec, który przyglądał mu się od kilku minut, zastanawiając się zapewne, czy podejść. Nie zwrócił na dzieciaka uwagi, wołał dalej swoje: „... po promooocji!” - Święty Mikołaju! To niegrzeczne! – malec krzyknął na niego karcąco potrząsając za krawędź kubraka, którego uczepił się silnie, nie wiedzieć kiedy. - Spierdalaj, ale już! – odpowiedział wściekle, choć cicho. Mały cofnął się kawałek. - Wiem, wszystkim jest teraz ciężko, takie czasy – malec usiadł na zaspie, która powstała wskutek odśnieżania chodnika - Dziś jest wigilia, a ty nie masz pieniędzy na prezenty, tak? - Światełka, ostatnia szaaansa! – usłyszał chłopczyk w odpowiedzi. - Tata też ma ciężko. – chłopiec spuścił głowę i pociągnął nosem. - Trudno. Nie moja wina. Idź stąd, psujesz mi interes. - To dlatego, że nie masz na prezenty, tak? Chłopiec popatrzył na wielkiego Mikołaja, który właśnie pociągnął nosem i splunął siarczyście. - ...Tak?... – mały, zniecierpliwiony pociągał go za rękaw. - No. Brakuje mi forsy, jak mi będziesz przeszkadzał, to nic w tym roku nie dostaniesz. - W tamtym też nic nie dostałem. – wrócił na zaspę – A prosiłem tylko o pracę dla taty. Ciągle na tym bezrobociu, a mama ledwo wyciąga. Pracuje od rana do wieczora, gdy wraca, już śpię. A taka Zośka Małecka, to dostała komputer, chociaż chciała braciszka. Zupełnie się nie starasz, święty Mikołaju. – mały skrzywił się i wydął wargę. - Słuchaj gnojku, nic nie dostaniesz bo jesteś…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych