Wingor i Zmienni
Natchniny Tolkienem, Herbertem, przewrotnym Dickiem, postanowiłem napisać powieść fantasy. Oto, co mi wyszło.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Ireneusz Mazurek W I N G O R I ZMIENNI
Magiczna Księga Landu oznajmia: Religią Landu są różnie pojęte wierzenia w Harmonię i jej przeciwieństwo – Chaos. Wiara w jedno utwierdza wiarę w drugie. Biblia Wszech Prawd opisuje zarówno Hamonię jako twór nieskończenie dobry, jak również Chaos, jako twór nieskończenie zły. Jednakże nie brak w niej sprzeczności. Podstawową jest pojęcie Harmonii jako twórcy Chaosu. Nieskończone dobro nie może tworzyć zła. Kolejne, to utwierdzenie Chaosu, jako tworu dumnego, który dba o swoich wyznawców. Twór nieskończenie zły, a dbający. Te zarzuty mogłyby dowodzić, że prawdy zawarte w Biblii Wszech Prawd zostały stworzone przez człowieka, w celu prostego, ale jakże genialnego w tej prostocie podporządkowania sobie gatunku ludzkiego. Mogłyby, a jednak nie dowodzą.
Rozdział pierwszy
Do świtu pozostało kilka godzin. Ostatnie z miriad gwiazd, które gościły na nocnym niebie Landu, wygasały w oczekiwaniu na wychynięcie słońca zza niekończącego się pasa Gór Płaskich, które, choć jedno, jedyne, da marchii Mutwill więcej światła, niż one wszystkie razem wzięte. Na razie, jak okiem sięgnąć, wszystko po horyzont pogrążone było w mroku, w którym zaledwie tu i ówdzie niewielkie przebłyski światła pozwalały określić azymut na zbiorniki lub żyły wodne. Jezior nie brakowało w tej okolicy, gdzie równiny przeplatały się ze wzgórzami, a te wreszcie wybuchały na horyzoncie tworząc pasmo górskie. Były to góry niewysokie. Najwyższe szczyty osiągały mniej niż dwa ogniwa wysokości, a przecież Wielkie Góry Północne, usadowione sześć tygodni jazdy konnej na północ, były tak wysokie i strome, że wioski Krasnoludów mieszkające u ich podnóży, słońce widują dopiero, gdy te wzejdzie w zenit. Ich to był wszelako problem, a pewnie i nie problem, gdyż w kopalniach, w których te brzydkie, karłowate i kłótliwe stworzenia spędzały pół życia na wydobywaniu ogromnych ilości złota, srebra i rud wszelakich metali, ozdobione mogło być, co najwyżej, światłem pochodni. Maghort stał na szczycie wieży, ulokowanej pięćset stóp od blanki południowej wewnątrz warowni Mutwill. Mierzyła sobie prawie dwieście stóp wysokości. Szczyt ów tworzył taras obserwacyjny nieosiągalny nawet przez kusze dalekiego zasięgu, wykonywane przez mistrzów z Clortox. Była ona miejscem bezpiecznym, ale również zupełnie nieosłoniętym od wiatru. - Że też chce mi się latać na takim wygwizdowie – mruknął do siebie. Maghort znał tę okolicę niczym własne śmieci. Warownia ustawiona w centrum dość obszernej bezdrzewnej równiny sprawiała, że każdy, kto wychyli tylko głowę z Gaju Wieczności – który był enklawą Elfów Godnych i im zawdzięcza tę pretensjonalną nazwę – stojącego ścianą z północnego wschodu był widoczny jak na dłoni. To samo tyczyło się też tego, kto pokaże się z każdej innej strony z odległości trzech czwartych długości linii horyzontu. Ciekawostką dla Maghorta zawsze była rzeka, która nurt swój wbrew zdrowemu rozsądkowi kierowała ku Górom Płaskim, a nie od nich. Prawdopodobnie zawdzięczała to Wielkim Górom Północnym, z których wypływała. Prawdopodobnie – bo Maghort nie wiedział tego, a i nie miał zamiaru wybierać się do krain trolli, driad i krasnoludów, po to tylko, żeby to sprawdzić. Fiolka z zielonym, fluorescencyjnym płynem zaciążyła mu w końcu w ręku. Nie była ciężka i wielkości zaledwie ludzkiego palca środkowego, jednak lekki odcień strachu, jaki ciągle kojarzył się z niesamowitą właściwością jej zawartości zamieniał ją w rzecz ciężką przez swoją wielką wartość. Wciąż rozpamiętując trzech towarzyszy, którzy pod jej wpływem wyruszyli w drogę i nigdy już nie powrócili, podniósł rękę i starając się odegnać złe odczucia, wypił zawartość dwoma łykami. Nie poczuł bólu. Nigdy nie czuł i nikt z tych, którzy próbowali, nie czuli go również. Interesujący był smak specyfiku, z początku gorzki niczym zgaga, a zaraz potem słodkawy, owocowy, wypełniający całe ciało przyjemnym uczuciem odrętwienia… czymś trudnym do określenia. Wtedy pojawiała się energia i witalność. - Klnę się, że jeżeli istnieją bogowie, to właśnie to uczucie nie jest im obce. Przed twarzą mignęły mu ognie piekielne, po czym całe ciało naprężyło się w oczekiwaniu na odmianę. Maghort nie myślał długo. Zawsze korzystał z tej jedynej możliwości. Nigdy nie szedł za daleko w swoich marzeniach. Mimo uwielbienia dla specyfiku, nie ufał mu do końca. Czekał, aż jego chemik – Wirchen – zbada, czy nie ma w nim jakichś skutków ubocznych, o których ten tchórz Grandenar zapomniał wspomnieć. Grandenara nikt nie dotykał, gdyż od początku wyglądał na opętanego z tymi swoimi oczami, które nawet w miejscu białek były zielone. Dodatkowo ten dziwak cały czas coś bredził tylko do siebie. Jedyny pożytek z niego, że przyrządzał Zieleń – miksturę przemiany. Maghort zerwał rękawy katany, gdy tylko poczuł swędzenie pod skórą. Obnażył w ten sposób swoje twarde, zbite ramiona. Coraz lepiej widząc w mroku, patrzył na nie, które teraz wydały się pokryte jakąś wredną regularną wysypką. Taki był cel. Nasiona Zieleni kiełkowały wewnątrz. Kiełkowały z prędkością, której natura nawet nie mogła sobie wymarzyć. Wreszcie bąble powstałe niby z pokrzywki pękając dały drogę cienkim, niby włosy łodyżkom. Te z kolei tyły wypełniane powietrzem i puszczając regularne, szarobrązowe żyłki. Ramiona Maghorta pokrywały orle pióra gęstniejąc z każdym mrugnięciem oka. Silne ramiona stawały się jeszcze silniejsze, jakby cała uwaga przemiany skupiała się na nich. I tak też było. Maghort bał się deformować w całości. Zmieniając tylko ręce, sprawił, iż natura Zieleni przewidziała, że to właśnie na nich będzie spoczywał cały ciężar lotu. Jednocześnie, całą twarz Maghorta wypełnił silny zarost, który nie ominął nawet skóry wokół oczu. Był to kamuflaż i jedyna ochrona przed zimnem wietrznych przestrzeni, którą stworzyła mało romantyczna wyobraźnia mężczyzny. Ruszył przed siebie rozpościerając ręce, które już w ogóle ich nie przypominały, teraz były to skrzydła. Wielkie i potężne. W sam raz, by udźwignąć warzącego prawie dwieście funtów Maghorta. Nim taras się skończył, nogi obute w skórzane, wiązane rzemieniem trepy oderwały się od dachu ruchem nagłego podrywu. Po kilku następnych uderzeniach skrzydeł, wieża Mutwill zdawała się być już tylko wieżą z piasku, a po jeszcze kilku, całe Mutwill odziedziczyło jej wygląd. Wygląd, który szybko rozmył się w ciemności. Mimo, iż już teraz znajdował się na wysokości, których unikają nawet ptaki, Maghort nadal wzbijał się. Nie przejmował się specjalne narastającej sile wiatru, gdyż był na tyle ciężki i silny, iż ten nie robił na nim większego wrażenia. Wzbijał się tak długo, aż nie zobaczył skrawka słońca, wychylającego się leniwie zza wschodniego horyzontu. Widok warty był poświęconego wysiłku. Teraz, patrząc na niego, pół mężczyzna-pół ptak, mógł odpocząć i wyrównać oddech. Nie było mu to dane. Ilekroć zaciągał się powietrzem czuł niedosyt, jakby to, czym oddychał tutaj, różniło się od tego w dole. Łykał powietrze haustami, a mimo to dusił się tak, jakby ktoś zamknął go w szczelnym pojemniku. Od razu na myśl przyszła mu solidna, dębowa trumna zabita gwoździami na amen. Widok słońca rozmywał się i tylko silnej koncentracji zawdzięczał brak utraty przytomności. Maghort doświadczał narastającej w nim paniki. Jak to możliwe, że w tak ogromnej przestrzeni jest tak mało powietrza? Tutaj! Na takiej wysokości! Czy…? Nagle dotarła do niego przykra prawda. To nie jest jego świat. Nie na tej wysokości. On musi zniżyć pułap tak, aby oddychać powietrzem dla ludzi. Nawet, jeżeli w połowie jest ptakiem, to jest to sytuacja przejściowa. Natura stworzyła go człowiekiem i powinien to uszanować, niezależnie, jak wielki bunt wewnętrzny w nim narastał. Dochodząc do tych wniosków, Maghort złożył skrzydła i zapikował. Przez dobrych kilka chwil czuł, jak zimny wiatr, powodowany jego pędem, przebija się przez zarost na twarzy. Mimo to, oczy mu nie łzawiły, nie pozwolił im na to. Będąc pod wpływem Zieleni, mógł kontrolować na bieżąco każdy mięsień i gruczoł, nawet, jeżeli nie rozumiał go, czy nawet nie wiedział, do czego jest on przeznaczony. Nie był alchemikiem ani cyrulikiem. Nigdy nie przyglądał się ludzkim wnętrznościom. Gdy już kogoś zaszlachtował swoim mieczem, odwracał się i odchodził. W trudniejszych czasach sprawdzał, co delikwent miał w kieszeniach i zabierał mu buty, jeżeli te pasowały mu na stopy. Resztą odzieży trupa brzydził się straszliwie. Wspominając okrutną dla jego kiesy przeszłość, Maghort obserwował zbliżającą się ziemię. Nie było już zupełnie ciemno, a Zieleń wspomagała jego wzrok. Gdy zaczął rozróżniać wieżyczki Wichrowego Zamczyska, wyrównał lot i wyraźnie zwolnił. Lubił to miejsce na skraju Gaju Wieczności, prawie dwa ogniwa od jego warowni. Obserwował je drugi raz z tej perspektywy, gdyż drugi raz wykonywał lot po potrzebne mu informacje. Zawsze ciekawił się, jak ów zamczysko, które było ponoć przeklęte i nawiedzane przez duchy dawno wymarłej w nim rodziny królewskiej, wygląda z punktu widzenia wędrowca. Z lotu ptaka zdawało się dosyć zwyczajne. Ot, zwykła skała, a na niej budowla zarastająca mchem. Wielkością nie przewyższała warowni Mutwill. Szerokości była takiej, co połowa odległości między jej blankami. Mutwill, ciągle Mutwill. Wiedział, że drążyła ona jego głowę i wypełniała po brzegi, ale wraz z bratem Dernhortem, po przejęciu jej od niezbyt dbającego o nią królestwa Ergwenn, stała się jego drugim domem. Praktycznie nie do zdobycia w otwartej bitwie, no, chyba, że miało się Zieleń. Wracając do Wichrowego Zamczyska, stało one w najwęższym chyba odcinku Gór Płaskich, na granicy Gaju Wieczności zazdrośnie strzeżonego przez Elfów Godnych i Moczarów Głębiaków, krainy tysiąca błotnych jezior zamieszkałych w człekopodobne ryby, których nigdy nie widział, ale przypuszczał, że wyglądały ohydnie. Skała jak, na Góry Płaskie była dosyć wysoka, a zamczysko mieściło się na jej szczycie, tak, więc – wracając do pierwszej myśli – z perspektywy piechura musiało ono wyglądać straszliwie. A to wystarczało, żeby uwierzyć we wszystkie te bajdy, które krążą na jego temat po ziemiach Landu. A ta najgłówniejsza opowiada oczywiście o tym, że ów rodzina królewska, z grodu zapomnianego przez wszystkich (pewnie dlatego, że nie istniał), zniknęła w ciągu jednego dnia i nie pozostało w środku żywej duszy. Co intrygujące, nikt z wioski, mieszczącej się wówczas w dole (po której został dowód istnienia w postaci kilku rozpadających się chałup) nie zauważył nikogo wyjeżdżającego. Ni karety, ni wozu, ni czegokolwiek na kołach, czy na czterech nogach. Jedynym wnioskiem mieszkańców było więc, że cała szlachta zamkowa dnia jednego, w dość niewielkich po sobie odstępach, postanowiła wyskoczyć przez okna wodospadem wprost do szalejącej pięćset stóp niżej Lary, górskiej, wąskiej rzeki, będącej lewym rozwidleniem Suruny. Takie skoki nie mogły mieć zaiste na celu kąpieli, tak więc, mieszkańcy wioski doszedłszy do strasznych wniosków, porzucili ją i pola ją okalające w poszukiwaniu innych, spokojniejszych od upiorów stron. Uczyniwszy koło wokół Wichrowego Zamczyska, Maghort pozostawił je za sobą. Najkrótsza droga prowadziła przez Gaj Wieczności, a w jego przypadku, nad Gajem Wieczności. Tędy też poleciał. Utrzymywał możliwie bezpieczną wysokość, bo nie miał ochoty oberwać jednym z elfich grotów. Nie przepadał za elfami, nie lubił ich mądrości ani długowieczności, jednak swą antypatię zachowywał jedynie dla Elfów Godnych, wiernych zasadom swoich antenatów. Widok miał wspaniały, musiał to przyznać, mimo niechęci. Rozpościerały się pod nim mieszane lasy, bogate w wysokie i silne drzewa. Klinem wbijały się w nie zagajniki i szkółki, o które gospodarze dbali do przesady. W ów lasy wcinały się nieliczne polany, arterie głównych szlaków, rzeki, jeziora. Niewielu jednak było widać Elfów. Nic dziwnego, żyjący w koronach drzew, nie byli widoczni z lotu ptaka. Ci z kolei, którzy szusowali swoimi końmi w przesiekach, szybko znikali kontynuując jazdę w gęstym, wspaniałym lesie. Mrok ustępował coraz wyraźniej, gdy przelatywał nad legendarnym jeziorem Gloriol. Było one wielkie niczym morze. Wiadomo mu było, że horyzont z punku widzenia stojącego na ziemi człowieka ma pięć ogniw długości. Gloriol w najwęższej średnicy miało ich osiem z zapasem. Nawet teraz widział lekkie łodzie i tratwy po nim pływające. Elfy Godne, znane ze swojej romantyczności lubiły wypływać tratwami we dwoje lub całymi rodzinami na całodzienne pikniki. Mówiło się, iż ich wyłów ryb jest kontrolowany do setki osobników danego gatunku i wielką wagę przykładają do zarybiania swoich zbiorników wodnych. Pomyślałby kto, że natura trzyma nad nimi twardą dłoń, a ci posłusznie poddają się terrorowi. Nic bardziej mylnego. Elfy z natury zawsze dbały o swoje otoczenie, zbierały nawet gałązki opadające z drzew, by te nie przegniły w ściółce. Od zarania żyły w zgodzie z naturą będąc jej sługami i przyjaciółmi jednocześnie. Tak mocno o nią dbały, iż nie dopuszczały nikogo z innej rasy na teren swojego, wielkiego rezerwatu przyrody. Dla Maghorta było to niemal równe ze zezwierzęceniem się, ale przyznawał, że każdy ma prawo do własnego sposobu życia; o ile ten sposób nie był jemu na przekór. Maghortowi zależało na możliwie najszybszym dotarciu do celu, toteż wszystkie rozpościerające się pod nim widoki były niemal efemeryczne w swej ulotności. Wiedział, że leci szybko, że ni koń, ni ptak żaden nie jest w stanie z nim konkurować. Słyszał, iż orły są w stanie w godzinę przelecieć prawie sto ogniw. Była to zabójcza prędkość niemal poza zasięgiem pojmowania człowieka, jednak on, teraz, był więcej niż pewny, iż zostawiłby każdego orła daleko w tyle. Mijały godziny. Słońce wzbiło się w zenit. Było ciepło i przyjemnie. Wiatr uderzający w jego owłosioną twarz nie był już tak przenikliwie zimny, a wierzył, że gdyby się zatrzymał, stałby się na tyle ciepły, iż nie przynosiłby żadnej ulgi w skwarze dnia. Na horyzoncie zobaczył granicę Gaju Wieczności, która wyraźnie odznaczała się spadkiem jakości i wysokości drzew. W praktyce, jakkolwiek rozumiane pojęcie lasu, tam się właśnie kończyło. Zaraz po nim rozpostarły się pola. Zboża, które miały zapewnić królestwu Ergwenn przetrwanie zimy rosły tu spokojnie uprawiane przez chłopów. Jak okiem sięgnąć, żyto, pszenica, jęczmień, burak cukrowy, sady owocowe, działki warzywne. Równinę pokrywały wielkie różnokolorowe kwadraty, świadczące o dobrym gospodarowaniu. Aneksja tych wszystkich dóbr będzie wspaniałym krokiem. Będzie tym rządził po swojemu, bez żadnej gównianej polityki. Jedyne słowo, z którym będzie się liczył, będzie należało do Dernhorta, jego rodzonego brata. Zobaczył w dole kilkudziesięciu wieśniaków, kopiących szeroki na dwadzieścia stóp rów, który długością osiągał już dobre dwadzieścia ogniw. Widział, że praca wre. Domyślił się, że będzie to sztuczna odnoga Prawego Urielu, mająca na celu doprowadzić wodę do suchych terenów. Gdy akcja się powiedzie, w tych miejscach staną nowe wsie, powstaną nowe pola, powiększając w ten sposób bogactwo Ergwenn. I dobrze, pomyślał Maghort. Im więcej, tym lepiej. Daleko przed nim wyrosła potężna wieża, zaraz potem ukazał się dach, do którego należała, potem inne okazałe budowle i wiele mniejszych. Gdy wynurzyły się również wysokie, gładkie mury, okalające szeroki, na co najmniej trzy ogniwa gród, Maghort wiedział, że jest w Ergwenn. Za każdym razem ten widok zapierał mu dech w piersiach. Tym razem nie było inaczej. Ergwenn było wielkie, piękne i bogate. Wewnątrz murów oraz pod nimi panował duży ruch. Kupcy, niczym mrówki w kopcu, wjeżdżali i wyjeżdżali przez opuszczony most zwodzony. Fosę, podobnie jak w Mutwill tworzyła okalająca gród rzeka, w tym przypadku, była to Antana, wypływająca z Gór Królewskich, błyszczących skalistymi szczytami od wschodu. Antana zaraz z grodem wpadała do morza Demarc, za którym mieścił się wrogi kraj – Duradal. Ogrom Ergwenn i widok morza w tle działało pobudzająco na Maghorta. Wróciła mu energia, którą – jak myślał – spożytkował na lot. Zwiesił się wysoko nad Ergwenn i obserwował. Ergwenn było pełne domów i uliczek. Z tej wysokości, ludzie, wyglądający jak mrówki, tworzyły w nich niemal chaotyczny widok. Plac rynkowy, umieszczony przed wcale ładnym budynkiem ratuszowym, pękał teraz w szwach, a zaraz za nim, nieco bliżej centrum grodu stał duży pałac i rozległy na tysiące stóp pałac. Posiadał trzy piętra, kilka tarasów widokowych. Dwie małe wieże i jedną dużą. Maghort zachodził w głową, po co też one pałacowi. Nie zdziwiłby się, gdyby to był tylko kaprys architekta. Jego wzrok wrócił na okalające gród mury. Wykonane były bardzo dokładnie. Blanki zabezpieczały strażników, którzy oglądali świat przez świetliki, ale zawsze mogli też wejść na ich szczyt i spacerować, mając w zasięgu wszystko bez ograniczających wzrok okienek. Na murach pobudowanych było osiem wież, z których każda zdołałaby pomieścić setkę żołnierzy. Dodatkowo, na szczycie każdej stała katapulta dalekiego zasięgu. Słyszał też o otworach w niższych partiach murów, z których miotane były betonowe, lub ogniste kule. Główna brama wyposażona była w dwie pary wrót – zewnętrzne i wewnętrzne, trzy mosiężne kraty, gotowe do spuszczenia w każdej chwili i uzbrojone w kolce wystające na dwie stopy oraz, oczywiście zwodzony most długości czterdziestu stóp, bo taką szerokość właśnie miała fosa, czyli w efekcie okalająca gród rzeka Antana. W połowie wysokości wieży, powieszony był herb Ergwenn wykonany z brązu. Przedstawiał on dumnie siedzącego, czarnego smoka na tle miecza. Miecz ten nazywał się Reflendir i należał do króla Ergwenn, Dragana, zwanego też pogromcą smoka. A jużci! W takim razie, co za bydlę mieszkało w grocie, obok zamku, skoro je król pogromił? Król kilkanaście lat wstecz umarł na suchoty, a „wielkiego” Reflendira odziedziczył po nim jego syn, Wingor, który mimo młodego wieku, zdążył się już wsławić zwycięską bitwą morską z Wurbalem, królem Duradalu, będącym głupim synem, mądrego i pokojowego króla Marbala. Ten też Marbal żył ongiś w przyjaźni z Draganem, z którym podpisał pakt pokojowy, a że mu się zmarło, podobnie, jak Draganowi, to polityka Duradalu została w rękach jego porywczego syna. Ten też postanowił powiększyć swe ziemie o te na drugim brzegu morza Demarc i zgodził się na honorowy pojedynek okrętów. W efekcie dostał „bobu” od Wingora. Ośmieszony wrócił do swojej stolicy i tam pewnie do teraz zgrzyta zębami z wściekłości. Wingor był księciem na Ergwenn, jeszcze mu się nie spieszyło do niepodzielnego panowania. Pewnie dlatego, że również lubił przygody. Pozostawiał rządzenie królestwem swojej matce, Aazoji, wdowie po Draganie. I, mimo już sędziwego wieku, rządzi ona tak do dzisiaj. A niestety, głupia nie jest. Maghort jeszcze tylko przez chwilę przyglądał się grodowi. Tylko wariat porywałby się na coś takiego, a on do wariatów nie należał. Mimo to, miał zamiar porwać się na Ergwenn. I to już wkrótce. * * * Na Pierwszej Blance Wschodniej, jak zwykle rządził Wort, syn Worta Seniora, który gotów był zabić za nazwanie go Juniorem. Wort był niewysoki i dość ciekawej budowy, bo mimo ogólnej chudości posiadał wyhodowany chmielem, sterczący brzuszek. Do tego doliczając kościstą twarz z głęboko osadzonymi oczami, garbaty nos i końskie zęby, otrzymywało się człowieka wyjątkowo brzydkiego i nawet rzadki zarost tego nie maskował. Wort, po prostu nie miał dobrego zarostu. Z jego twarzy sterczały pojedyncze patyki włosów o kolorze świńskiego blond. Być może dlatego Wort, mimo swoich czterdziestu pięciu wiosen na karku, wciąż był zakompleksiony niczym młodzik. Był też piekielnie wredny. Od tygodnia straż z nim trzymał dwudziestoletni Strunta z domu Gardziel. Był to chłopak ambitny i wielce przeklinający swoich dziadków, za to, że miast w świat ruszać z herbem swojego króla na sztandarze, woleli zboże młócić i tyłka zza swojego pola nie wychylać. Chłopak, choć jeszcze pryszczaty, wymyślił sobie, że wsławi się wielkim czynem i bardzo był mu nie w smak panujący od wielu lat spokój. Bo przecież to, co wydarzyło się na morzu Demarc trzy lata wstecz, to przecież żadna bitwa była, a na dodatek on w niej nie uczestniczył. Strunta z domu Gardziel wybałuszał więc oczy, co by choć jedną przyczynę do chwalebnej bitwy wypatrzyć. W polach jednak niezmiennie trwała praca, a w murach handel. Nic się nie zmieniało. Nic! Nawet niebo się nie zmieniło. Kilka chmur, słońce, parę mniejszych ptaków i jeden większy… nawet bardzo duży. Strunta przetarł oczy i wychylił się mocno z okna Pierwszej Blanki Wschodniej. Patrzył, patrzył, aż wreszcie stwierdził, że żadną mocą to nie może być ptak. Cofnął się więc i sięgnął po kuszę dalekiego zasięgu, wykonaną przez mistrza z Clortox. Siedzący to tej pory otępiale Wort zauważył, co się święci i zaklął w duchu. Poderwał się i sięgnął ramienia młodziana nim ten zdążył wymierzyć. - Zmienny! – wrzasnął pryszczaty, odwracając głowę ku Wortowi. Krzyk jego trafił prosto w ucho doświadczonego strażnika i ogłuszył nieco. – Toż to Zmienny, mówię! Czarcie nasienie! Że też Chaos wymyśla takie stworzenia! Najpierw trolle i krasnoludy w Górach Północnych, a tera jeszcze to! Ale ja tu gadu gadu, a tu potrzebna jest decyzja! Zestrzelić zafajdańca, Wort? Harmonio, daj mi cierpliwości, pomyślał Wort. - Wstrzymaj! – Szarpnął nim. – Bełt pół dystansu nie uleci! Szkoda grota i brzechwy, które, nie za twoje stypendium kupione. Siadaj i złóż broń. Trza księcia powiadomić! - Stypendium… - żachnął się Strunta. – Żołd mnie płacą, a za to i nawet do księcia polecę. - Siedź, gdzie twoja stróżówka, obszczymurku. Sam pójdę. Gdy Wort wyszedł na wąskie schody prowadzące w dół, urażony dogłębnie młodzieniec podszedł do okna. Zdążył zobaczyć jak Zmienny składa skrzydła i nurkuje. Wyrównuje lot i znika za murami Ergwenn od zachodniej strony. Strunta nigdy jeszcze nie widział, żeby ptak latał z taką prędkością, a co dopiero człowiek. Po namyśle stwierdził jednak, że nie ma całkowitej pewności, że Zmienni to ludzie. - A Junior pewnie też nie wie – dodał do siebie szeptem, wykrzywiając usta w złośliwym grymasie.
Wort służył w Ergwenn od dwudziestu z okładem lat. Pamiętał Dragana, rządzącego w pojedynkę, jak również jego ślub z przybyłą rok później Aazoją. Pierwszy raz wtedy uwierzył, że ślub na tak wysokim szczeblu, utworzonego dopiero nowego grodu, na miejscu starego, zniszczonego doszczętnie przez smoka, może odbyć się zupełnie bez pobudek politycznych. Otóż Dragan i Aazoja podobno kochali się od lat, a on zyskał swoje stanowisko jako bohater ludu. Ziem wokół było dużo, starczyło jedynie dobrze nimi zarządzać. I on to zrobił, jak również nauczył tego Aazoję. Wkrótce został królem, a kilka lat później urodziło mu się dziecko, syn – Wingor. Zbiegając po schodach, Wor nie zmachał się znacznie. Pokonywał je kilka razy dziennie, choćby po to, by skoczyć po dzban piwa do oberży, gdy ten już opróżnił. A że nigdy nie miał skłonności do tycia, to te dwieście schodów nie robiło na nim specjalnego wrażenia. Fakt, że wyrastał mu ten śmieszny bąbel na wysokości brzucha, usprawiedliwiał zbliżającą się starością, która miała w zwyczaju kpić ze wszystkich i z wszystkiego bez względu na rangę społeczną czy pochodzenie. Wyszedłszy z wieży, wskoczył na swego siwka i ruszył w kierunku zamku. Nie widział sensu w korzystaniu z posłannika, który przysypiał pod murami, a którego zadaniem było rychłe dostarczanie wszystkich wiadomości z blank do zamku. Miał zamiar się przejechać sam. Tak mało się ostatnio działo, a jeden Zmienny wojny nie czyni. Jechał kłusem głównymi arteriami grodu, pozwalając, by kupiectwo i pospólstwo usuwało mu się z szacunkiem z drogi. Od chat tu było gęsto. Często zamieszkiwały w nich więcej niż dwie rodziny, często też dobudowywano drugie piętro do konstrukcji tworząc z domów coś w rodzaju mini pałaców. Technika szła do przodu, a on już młody nie był. Dzisiaj nawet odpady miały swoje korytka na skrajach drogi.…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Spajder
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…