Wingor i Zmienni (4)
Nareszcie jest! Czwarta odsłona Wingora. Czytajcie, póki wydawcy nie każą mi usunąć.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Tymczasem Gajem Wieczności wzdłuż spokojnie szumiącej rzeki, zwanej Lara Kręta, wędrowała niecodzienna grupa konnych. Składała się ona z pięciu ludzi i czwórki elfów. Przodem jechał książę na Ergwenn, Wingor oraz znana mu tylko z imienia elfka Miwiriel. Z tyłu zaś reszta chorągwi księcia, Wawron, Brytnar, Grodon i Kmorko, oraz trzej towarzysze Miwiriel, czujni na zachowanie ludzi, a w szczególności ów Kmorka, który nie krył swej niechęci do elfów. - ...ależ moja damo – kończył jeden ze sprośnych dowcipów, Grodon – nie warto pozostawać w pozycji wertykalnej, gdy słońce opadło na horyzont. – Nie doczekawszy się śmiechu, postanowił wytłumaczyć. – Horyzont, rozumiecie? Horyzontalna pozycja to leżenie. Bara bara! Hahaha! Wawron zaśmiał się nieco z wrodzonej uprzejmości. Brytnar, z pochodzenia druid z Zaświatu Mroku, mieszczącego się wiele ogniw na wschód od Moczarów Głębiaków na poczucie humoru raczej nie narzekał. Kmorkowi z kolei nie minęło jeszcze zaperzenie. Elfy z kolei, najzwyczajniej go nie słuchały. Podobnie jak Wingor i Miwiriel, zanurzeni w uprzejmej rozmowie. - Ta legenda nie jest z pewnością tak wiekowa, jak wasze legendy, Miwiriel – powiedział Wingor. - Ależ książę. Ja mam zaledwie czterdzieści dziewięć lat. Z chęcią wysłucham historii z wielkiego świata. Jak do tej pory nie opuściłam Gaju Wieczności na krok. Nie zrozum mnie źle. Tutaj jest mi dobrze. To moja ojczyzna i mam tu wszystko, czego potrzebuję wraz z rodziną i przyjaciółmi oraz wieloma miejscami dotychczas przeze mnie nie odkrytymi, ale... pragnę dowiedzieć się czegoś o was, ludziach. Co robicie, żeby urozmaicić swoje krótkie życie. Jakie historie między wami krążą. W co wierzycie. - Takie zainteresowanie – stwierdził, próbując ukryć naburmuszenie, bo skojarzyło mu się to z obserwacją hodowli karpi. – Mamy czas, więc, oczywiście, z radością spełnię twe życzenie. - Zaczynaj więc. - Ogniwa, to przyjęte przez ludzi jednostki długości. Jak wiesz, wiele lat temu zwykło się mawiać, że do danego celu ma się dzień drogi, czy też jechało się będzie do zmierzchu. Było to bardzo nieprecyzyjne, gdyż przecież pokonywanie danych odległości było zależne od tego, czy podróżny miał szybkiego konia, czy jechał powozem, szedł, sam czy w grupie, czy był głodny i planował postój... w sumie bardzo wiele zmiennych. Wtedy to, ktoś pomyślał o stworzeniu jednostek. Był to nadworny matematyk starego Ergwenn, jak wiesz, zniszczonego przez smoka. Ów matematyk, którego imię przepadło, stworzył ogniwa. Nazwał je tak dlatego, gdyż są one okrągłe, a on sam wyznawał teorię o nieskończoności, a wręcz powtarzalności. To – zamyślił się Wingor – trochę skomplikowane. - Kontynuuj – zachęciła go Miwiriel z dziwnym uśmiechem. - Oczywiście. Ogniwa te połączył w łańcuch, bez początku i bez końca. Łańcuch ten tworzył zamknięte koło. Oto, jak to wyjaśnił: Ogniwo to pięć tysięcy, sześćset stóp. Ogniwa składają się na łańcuch, który nie ma początku ni końca. Nie można go zmierzyć, gdyż tworzy on zamknięte koło. – Na twarzy Miwiriel pojawiło się rozmarzenie. – Idąc wzdłuż łańcucha, kiedyś wróci się w to samo miejsce, ale... – Wingor wzruszył ramionami. – nikt tego jeszcze nie dokonał. Podobno o połowę ogniw stąd – cokolwiek to oznacza – mieści się Nienazwany Gród Eternn, którego rzemiosło jest bardziej magiczne od samej magii. Miwiriel otrząsnęła się z marzeń na ostatnie słowa. - Bardziej magiczne od samej magii? – zapytała. – Jak to możliwe? - Nie wiem. To... tylko legenda. Prosiłaś, żeby ci ją opowiedzieć. Na Eternn! – wykrzyknął nagle. – Góry Płaskie! Jesteśmy u kresu drogi! I rzeczywiście. Znajdywali się już na przesmyku dużych, acz niewysokich gór, dumnie zalesionych nawet w swych wyższych partiach. Jej hale wyglądały niczym kopce usypane niegdyś ku chwale wielkich wojowników, a łagodne szczyty jak ogromne zęby trzonowe. Wojownicy, do których należałyby ów kopce, musieliby być prawdziwymi olbrzymami, o których przecież nie wspominają legendy Landu. - Tyle ogniw w kilka godzin. Jak to możliwe? - A to już zwykła magia, Wingorze – rzekła Miwiriel. – Tu się rozstaniemy. Nie mogę i nie chcę opuszczać Gaju Wieczności. Wingor spojrzał na wypływającą z gór rzekę. Teraz dopiero zrozumiał, że to Lara Kręta, prawy odpływ Lary, która jest z kolei lewym odpływem Suruny. Teraz nie zostało mu nic innego, jak iść wzdłuż niej i za około pięćdziesiąt ogniw będzie na miejscu. Obliczając to na lekką jazdę, której był dowódcą, za niecałe dwa dni będzie na miejscu. Dwa dni, zauważył w duchu, niektórych przyzwyczajeń się nie da zmienić. Słońce już prawie zachodziło, więc z pewnością dzisiaj już nie zawędrują daleko. Odwrócił się i uśmiechnął do elfki. - Żegnaj, Miwiriel! Jestem ci stukrotnie wdzięczny. - Żegnaj, książę! – odpowiedziała. Wątpię jednak, byś zdołał mi się wywdzięczyć, dodała w myślach. Z całej chorągwi Wingora, tylko Kmorko był wyraźnie zadowolony z odłączenia się elfów, którzy żegnali ich uniesionymi rękoma, aż nie znikli za węgłem jednej z górskich ścian. Wtedy to podjechał do księcia. - Wiedzieli, kiedy nas opuścić – rzekł nie skrywając pogardy. - Nie wiem, o co ci znowu chodzi, Kmorko – odpowiedział mu. – Pomogli nam, czyż nie? - Unieś głowę, książę. Jak widać, mieli wystarczające powody, żeby nie udawać się z nami dalej. Wingor podniósł wzrok. Między górami, w odległości kilku ogniw, zamajaczyło w zachodzącym słońcu Wichrowe Zamczysko. Odnosiło się wrażenie, że jego złowieszczy cień sięgał aż do ich stóp. Dobrze wiedział, jakie mity z nim związane wędrowały po Landzie. Wszędzie przyjęło się mówić, że jego okolice są pechowe. Okolice te, od tego, bliżej nieokreślonego czasu stały się oazą roślinności. Zagajniki mieszały się tu z wiekowymi lasami, trawa rosła nie deptana stopami, kopytami, ni ugniatana kołami wozów. Wingor rozumował, że jeżeli ludzie zabobonni naprawdę są w stanie uwierzyć w fatum tego miejsca, to robią z niej świetny azyl dla zbójów wszelkiej maści. W ten sposób przesądy zyskają na wiarygodności i utwierdzają w nich prostaczków. Kolejne ułatwienie życia dla tych delikwentów. Świat po raz kolejny wspomaga Chaosowi zamiast Harmonii. - Zatrzymamy się tu na kolację – postanowił ku zaskoczeniu Kmorka Wingor. – Przekaż reszcie moją wytyczną i nie życzę sobie ani słowa o złych mocach i innych czarach, które rzekomo tu działają. Przepełniony był gniewem do głupich wierzeń, jednak coś w duchu mu mówiło, że nie postępuje do końca słusznie. * * * Jeżeli zanurzyć się w podziemia Zamku Królewskiego Ergwenn, ujrzy się, choć tylko przy pomocy pochodni, nieregularne i nie zachęcające do zwiedzania korytarzy, ściany, o które nawet książęta potrafili nabijać sobie siniaki. Gdyby jeszcze wiedzieć, że w tych to podziemiach znajduje się swoisty erem czarownicy wraz z jej laboratorium, to wszelkie chęci, ku wędrowaniu tymi mrocznymi korytarzami mija. Gdyby jednak zejść tam i udać wzdłuż jednego z nich do samego końca, to dałoby się usłyszeć, że za drzwiami z kołatką w kształcie głowy lwa coś się dzieje. Otóż, Grioda, mała, zgarbiona i zgrzybiała już czarownica mieszała mikstury, podgrzewając jedne, a schładzając inne komponenty. Próbowała osiągnąć coś w rodzaju eliksiru prawdy, który, choć bardzo przydatny, wymagał precyzji w doborze składników, a to i tak nie wykluczało możliwości nieszczęśliwego wypadku. - Ech, ech... Tak! Oooo tak właśnie! – marudziła pod nosem. – Prawdę ujrzę iście nagą... hehe... Jeśliby ów ktoś zajrzał przez dziurkę od klucza, ujrzałby tę staruszkę, która nalewa do szklanego kielicha małe ilości płynów, z różnych gąsiorków dużej aparatury. Potem kładzie go i sięga do skórzanej sakwy leżącej wśród innych w końcu stołu. Rozwiązuje ją i ostrożnie sięga do środka. Chwyta wolną ręką kielich, a drugą ręką wsypuje do niego trochę proszku z sakwy. - Szczypta zasuszonego liścia eukaliptusa. Khy, ech... Nieprzyzwyczajonego do widoku niecodziennej aparatury, jeszcze bardziej zaskoczyłby widok podwieszonego obok niej klosza, w który siedział mały człowieczek, stopniem rozwoju przypominający niemowlę, lecz posiadający inteligentnie spoglądającą twarz. Według legendy, był on wszechwiedzący, jednakże, rzadko zwykł dzielić się swoją wiedzą, tym bardziej będąc uwięzionym, czego nienawidził. Księgi magiczne nazywały go homunkulusem. Miał on niecałą stopę wzrostu i w tym momencie, na jego twarzy pojawił się tajemniczy, złowieszczy uśmiech. Grioda jednym tchem wypija zawartość kielicha. Widząc to, homunkulus zaczyna wiercić się w swoim kloszu. Jego uśmiech poszerza się, ukazując bezzębne dziąsła. Wytrzeszcza oczy. Musi przecież zobaczyć co już przewidział, a przecież będzie to widok niecodzienny. Wychyla się i próbuje patrzyć wzdłuż szklanej ściany klosza. Denerwuje go ciasnota jego przezroczystego więzienia. - Ech... ach... – wyszeptała z wysiłkiem Grioda, obcierając rękawem usta. – Pali silniej niż ongiś... ech... Niecodzienny to widok, podskakujący z podniecenia homunkulus, uwięziony pod kloszem, rozemocjonowany zmieniającą się miną czarodziejki, która od lat trzyma go w nim wbrew jego woli. Tym razem, to Grioda wybałusza oczy w przykrym zaskoczeniu. Przed jej oczyma ukazuje się ów prawda, którą chciała zobaczyć, by przestrzec księcia, jej ulubieńca, przed niebezpieczeństwem, które wyczuwała od jego ostatniej wizyty. Na jej twarzy pojawia się przerażenie. - ZDRAAADAA!!! – krzyczy zmodulowany, nie należący do niej głos. W dół, schodami, zaalarmowanych dziwnym hałasem zbiegało dwóch strażników, nienawykłych do podziemi i przeklinający nierówne ściany, od które obijały im się ramiona, a czasami hełmy. Dopiero na dole, mogli biec wystarczająco szerokim, przez co bezpiecznym korytarzem. Gdyby stać obok nich i widzieć, co oni widzą, bez trudności dojrzałoby się światło bijące z dziurki od klucza drzwi, wyposażonych w kołatkę w kształcie głowy lwa. Jeden z nich zatrzymał się przed nimi zdyszany. Obaj wiedzieli, że Grioda, choć eremitka, była niezwykle ważna dla królestwa. Strażnik zakołatał nerwowo kilka razy, lecz bez skutku; bez zwykłego w tym przypadku, posłania gości do wszystkich diabłów, bez otworzenia drzwi. Postanowili działać. Wywarzenie drzwi udało się dopiero po trzecim naparciu, a to, co zastali w środku, zmroziło ich krew. Gdyby ktoś stał za nimi i patrzył im przez ramię, zobaczyłby leżącą na podłodze, nieprzytomną starą czarodziejkę. Obok jej ręki spoczywał pusty kielich, a poza tym wszystko zachowało najwyższy porządek. Nawet homunkulus wydawał się drzemać pod swoim kloszem. - Co z nią? – zapytał zdenerwowany pierwszy strażnik. - Szybko! Sprawdźmy, czy żyje! – zawołał drugi. Gdyby ktoś stał w drzwiach, widziałby starania strażników, próbujących ratować życie starej, zgrzybiałej i nawet specjalnie nie lubianej przez dwór kobiety. Tyle, że poza strażnikami, nie było żadnego świadka tych wydarzeń. * * * Zapadł zmierzch. Nieliczne drzewa, w małej niecce, osłoniętej od wiatru nie dawały już cienia, raczej wtapiały się w wieczorną szarzyznę. Czasami padał na nie czerwono żółty blask ogniska, a i to raczej rzadko, gdyż te, otoczone było przez pięciu rosłych mężów. Byli to jedzący rycerze. Okolica okryta była złą sławą, ale po prawdzie, każdy z nich wierzył, że od zabobonu do prawdy wiedzie daleka droga. Mówi się, że śmierć wybiła cały ród zamieszkujący pięknie wybudowany pałac, zaledwie w jeden dzień. Mogła to być zaraza, ale nie stwierdzono tam takiej. Wieśniacy pańszczyźniani opuścili te ziemie w przestrachu i rozpoczęli opowiadania po Landzie niestworzonych historii. Po trochu, każdy bał się tego miejsca, po trochu nie wierzył w to, co mówili wieśniacy. W końcu niektóry z tych „uciekinierów” zawiśli na szubienicach, jako mordercy wielkiego ongi rodu. Może i to była prawda. Chociaż mało kto wierzył w powstanie chłopstwa, bo mówiło się, że mieli oni tam wyjątkowo dobrze i oddawali zaledwie dwudziestą część rocznego plonu. Wingor wstał. - Koniec sjesty, panowie rycerze! Ruszamy! - Nie podoba mi się ta okolica, książę! – stwierdził Kmorko. - Dlatego też nie zamierzam tu nocować, a przecież już zmierzcha. Oczy Wingora skierowały się w dal. Wyglądały, jakby prowadził wewnętrzną walkę. Wichrowe Zamczysko, myślał. Czy to prawda, że zamieszkują je demony? Nie! Oczywiście, że nie. Acz jednak... może błędem było zatrzymywanie się tu. W końcu wizja Hallen... Przeklęta kobieta! Wingor podniósł się i spojrzał na niebo. Sierp księżyca rozdawał już okolicy swoje mdłe światło. To wystarczy, pomyślał i ruszył do swojego konia przywiązanego do drzewa. Odwiązał go i wskoczył na siodło. - Rozejrzę się za dobrą drogą. Nie będzie mnie kwadrans. - To nierozważne, książę! - Kwadrans, Wawronie! Wingor oddalił się stępa. Wyrzucał sobie, że matka go ostrzegała, o tym, iż stanie się nieszczęście, gdy będzie osamotniony. Nie wierzył, nie chciał wierzyć. Chciał ostatecznie rozliczyć się z Hallen. Udowodnić, że jej wizje to tylko kolejny pretekst, by mieszać w sprawach królestwa. Od czasu, gdy stała się gwarantem pokoju z Duradalem stała się wyraźną pretendentką na jego żonę. Miała po swojej stronie samą królową. Wszyscy byli oszołomieni jej pięknem i mądrością. Była bezsprzecznie wymarzoną reprezentantką Ergwenn. Wierzyli w to wszyscy. Wszyscy oprócz Wingora. Jemu zaczęła działać na nerwy. Zaczął wręcz podejrzewać, że nie bez powodu ukryła się na statku swego brata, Wurbala. Wyglądało to w jego oczach tak, jakby zaplanowała stać się potężniejsza od niego. Gdyby wyszła za Wingora stałaby się królową większego królestwa niż Duradal. Wreszcie, mogłaby w chwale udać się do swoich rodzinnych stron i przejąć tron bez przelewu krwi. Wszyscy bowiem wiedzieli, że Wurbal do najinteligentniejszych nie należał. Kto wie, być może nawet by go poświęciła. Zaiste wielki plan i jakże logiczny. Z drugiej strony jednak mógł się on narodzić tylko w głowie Wingora, a on bezpodstawnie oskarżał Hallen. To pewnie się wkrótce okaże, a na razie nie zaszkodzi być ostrożnym. Zdawał sobie sprawę, iż minęło kilka minut, odkąd jechał wzdłuż grani. Postanowił skręcić i sprawdzić niewielką halę podpartą z wschodniej strony rzadkim lasem. Stukot kopyt ucichł, gdy ze skalistej ścieżki zjechał na miękki zagon. Zdawało mu się, że jest tu zbyt spokojnie. Znowu przypomniał sobie, że według ostrzeżeń matki, pchał się nieszczęściu w paszczę. Nie mógł jednak zrezygnować. Jeszcze nie teraz. Powiedział Wawronowi, że nie będzie go kwadrans i tak się właśnie stanie. Wkrótce zawróci i będzie miał pewność, że słowa Hallen były niewiele warte. Zatrzymał się. Zaniepokoił go widok Wichrowego Zamczyska, które niczym wielki kieł cięło niebo. Stąd było świetnie widoczne. Oświetlane słońcem, które dla niego skryło się za horyzontem, ale te obdarzało swym światłem księżyc, którego blask sięgał omszałych ścian zamczyska. Było coś mrocznego w tym, zjadanym przez łaty pleśni i tak już cmentarnym widoku. Jeszcze chwila, uświadomił sobie książę, a uległby najbardziej trywialnemu strachowi. - Niech chaos pochłonie Hallen i jej przepowiednie! – zawołał w kierunku wymarłej budowli. – I jej piękno... – dodał do siebie półgłosem. Zawrócił konia z zamiarem powrotu do ogniska i towarzyszy, ale tu na drodze czekała już tajemnica postać... Wingor zdążył ujrzeć czerwony błysk wilczych ślepi nim ciszę nocną przerwał przeszywający do szpiku kości ryk. Spłoszony koń poderwał się na tylne nogi z zamiarem odgonienia się od stwora. Wingor byłby utrzymał się, ale również uległ niezwyczajnej sytuacji. Zsunął się z siodła i padł na miękką ziemię. Nie zmieniło to faktu, że upadek na plecy odebrał mu na chwilę dech, ale również rozzłościł go. Gdy spłoszony koń minął go, o mało nie tratując kopytami, Wingor ujrzał stojącego przed nim stwora. A więc to prawda, pomyślał roztrzęsiony. Hallen rzeczywiście jasnowidzi! To już nie sztuczki. Stwór wyglądał, wypisz wymaluj, jak postać opisywaną przez chłopów jako wilkołak. Pół człowiek, pół wilk. Niby aparycję miał zabawną, ale przecież ten groteskowy twór szczerzył na niego nienaturalnie duże zęby. Ogień czerwonych ślepi przekazywał prostą informację: Zginiesz. Niech będzie. Wingor, podnosząc się, sięgnął po miecz. - Zmierzysz się z Reflendirem, bestio! – zakrzyknął. Ledwie wysunął miecz do połowy, gdy ujrzał, że do tej pory oddalony o jakieś dwadzieścia stóp, wilkołak pędzi na niego tupiąc niczym prawdziwy wilk; tyle że cięższy i bardzo, nienaturalnie wręcz, szybki. Nie zdążył wyciągnąć miecza – poczuł uderzenia ciała stwora. Zaparło dech i poczuł, że unosi się w powietrzu. W tym czasie Reflendir odleciał gdzieś w bok. Kolejne zetknięcie z ziemią odczuł jak twarde tąpnięcie. Czuł, że przytomność gdzieś od niego odpływa, a ręce ledwie jeszcze, kierowane instynktem niejako, bronią go przed zębami stwora, usiłującymi wgryźć się w szyjną aortę. Siły opuszczały go, a szczęka wilkołaka była coraz bliżej. Nagle poczuł szarpnięcie i lepka ciecz trysnęła mu w twarz. Poczuł powrót sił i zrzucił od siebie potwora. Siedział, wycierając twarz rękawami. Spojrzał na napastnika. Leżał z gardłem przebitym elfią strzałą. Wingor nie oceniał, czy wilkołak żył. Zakładał to, bo nie chciał się do niego zbliżać. Zbyt wiele było tu działania złych i zupełnie nie znanych mu mocy. - Przejażdżka w samotności, w pobliżu Wichrowego Zamczystka to nierozważny krok – usłyszał za sobą znajomy głos. - Miwiriel – powiedział, odwracając się. – Mój dług wobec ciebie rośnie. Stała przed nim zawadiacko uśmiechnięta. Zakładała łuk na ramię. Towarzyszyło jej trzech znajomych elfów. Wingor już wstawał, żeby podziękować, gdy elfka wskazała mu miejsce za nim. - Spójrz wprzód na stwora, który cię zaatakował, książę. - Przecież on... nie żyje. Na twarzy Wingora pojawił się niesmak połączony przestrachem. Dopiero teraz usłyszał ten dziwny, głuchy syk, na który do tej pory nie zwrócił uwagi. Stwór nadal tam leżał, ale nie był tym samym, co zaatakowało Wingora. Już nie. Jego skóra... rozpuszczała się atakowana czymś jakby zielonym kwasem. Kwas ów straszliwie konsekwentnie, acz niezbyt szybko zżerał skórę postaci, która jednocześnie przestawała być stworem. Zmieniała się w człowieka, ale nie na długo. Kwas sięgał mięśni i ścięgien. Ludzka twarz pojawiła się tylko przez chwilę, po czym spłonęła ukazując kość czaszki. Na szkielecie się nie skończyło. Ten również wypalił się zeżarty przez zieloną, gęstą ciecz. W efekcie, po około minucie tego makabrycznego przedstawienia, trawnik zdobiła już tylko niewielka zielona plama, a i ta powoli wsiąkała w ziemię. Ciężko było w to uwierzyć, ale dowód samego tylko istnienia napastnika wsiąkał bezpowrotnie w ziemię. - Nawóz nieznanego pochodzenia organicznego – stwierdziła Miwiriel. – Dobrze, że ten koszmarek nie zaatakował cię w Gaju Wieczności. Nie wiadomo, jakby zadziałał na naszą roślinność. Wingor odwrócił się do niej zszokowany. Nawóz. Pomyśleć, że przed chwilą miał krew tego... czegoś, na twarzy. - Odkrywcze, zaiste, poczucie humoru – powiedział z niesmakiem. – Możesz mi to wyjaśnić, Miwiriel? - Ja? – zapytała zaskoczona. – Myślałam, że ty mnie w tej kwestii oświecisz. W końcu to ty wybrałeś się na owych Zmiennych z misją... nie wiem, obserwacyjną? Tak to powiedział ten grubas, co kręci się przy twojej matce? Nawet elfy wszędzie mają swoich szpiegów. Ten lud leśny, mieszkający w koronach drzew, który przecież traktuje ludzi, jako chwilowe zło konieczne, które nie przetrwa jednego, elfiego pokolenia. W takiej oto sytuacji, czterdziesto dziewięcioletnia smarkula pozwoliła sobie na zażartowanie z niego i jego rodziny. Tego było za wiele. Wingor zapałał niekontrolowanym gniewem. - Cóż ja mam na ten temat wiedzieć?! Domyślam się tylko tego, że są to czary Zmiennych! - W takim razie – Miwiriel rozłożyła ręce ignorując jego złość – nasze drogi znów się łączą, Wingorze. Najchętniej usiadłby teraz. Dopiero co nie pożarła go bestia, którą z kolei też coś pożarło. To przecież logiczne, iż to nie on przyniósł jej pecha, a i Hallen Jasnowidząca nie miała nic wspólnego z śmiercią wilkołaka. Oprzytomniawszy nieco, zaczął się zastanawiać, gdzie podział się jego koń. Mniejsza z koniem. Gdzie Reflendir? Rozejrzał się nerwowo i ujrzał jego blask kilka stóp dalej. Podszedł i podniósł go. Wytarł wilgoć, która zebrała się na klindze o rękaw i włożył do pochwy. Teraz mógł na powrót podejść do Miwiriel i jej przyjaciół. - Słucham cię, Miwiriel – powiedział tak spokojnie, jak umiał. – Rzeknij, czemuż to zawdzięczam zmianę twojej decyzji. Miwiriel spoważniała. Wiedziała, że nie można żartować z kimś, kto doświadczył tak niewiarygodnej przygody, szczególnie, że ta trwała niecałe dwie minuty i zdążyła skonfrontować go z osobliwościami, które dotąd uważał za wymysły chorej wyobraźni zabobonnej części chłopstwa. - Sokół – zwiadowca doniósł nam, iż w Mutwill, zajmowanym przez Zmiennych pojawili się Wyklęci. Nawet wśród elfów istnieje pojęcie czarnej owcy, tyle, że nazywa się ich inaczej. Nie wyrzuca się ich z enklawy. To oni opuszczają enklawę. Nie chcą należeć do gatunku, który narzuca sobie prawa i obowiązki. Chcą żyć, żeby korzystać z życia, nawet kosztem skrócenia go i zrównania z ludzkim. Wśród ludzi można ich porównać do innych „wyodrębnionych na życzenie”. Swego czasu istniała banda duchownych zabójców. Byli tacy już po święceniach, mieli otrzymać swe parafie i... nagle coś im się pomieszało w głowach. Mówi się, że wybili ich krasnoludy pod Wielkimi Górami Północnymi, ale dowodów nie ma. - Elfowie Ziemni – powiedział Wingor. – Odrzucający elfie królestwo Gaju Wieczności. Złośliwie nazywani, jak to powiedziałaś, Wyklętymi. Miwiriel opuściła wzrok. Dla każdego elfa była to sprawa kłopotliwa, a nawet wstydliwa, że wśród tak dumnego narodu, jak elfy, zdarzają się wyrzutkowie, których muszą ścigać. - Tak, więc teraz to już nasza wspólna sprawa – zawyrokowała.
Magiczna Księga Landu oznajmia: Świat powstał z Harmonii i Chaosu, a nie, jak sądzi wyedukowana mniejszość, że odwrotnie - z Chaosu i Harmonii. Nie z Chaosu wziął się świat. To Harmonia wiedzie prym, była pierwsza i to ona stworzyła wreszcie Chaos. Przyczyny nie muszą bynajmniej mieć mosiężnych podstaw. Harmonia jest akordem, na który składają się rzeczy, które same w sobie mogą być fałszem. Bez odrobiny fałszu, każda egzystencja staje się mdła, a akord nie może składać się z identycznych dźwięków. Jeżeli jednak Harmonia jest tworem świadomym swego istnienia, z pewnością pojęła, jak straszną siłę powołała do życia.
Rozdział trzeci
- Oto ognista kula. Mój wynalazek. Wirchen nie ukrywał swojej dumy. Sceną o poranku, na której stał, zaludnionej i zaelfionej, jeżeli można tak rzec, było pole pod murami warowni Mutwill, kilkadziesiąt stóp od fosy, w miejscu, w której łączyła się ona z rzeką Suruną, w górę jej biegu, czyli w kierunku Gór Płaskich. Wyglądający niczym żebrak-komediant w swoim workowym ubraniu wyszytym mnóstwem kieszeni, miał w sobie coś patetycznego. To coś sprawiało, że zarówno trzech elfich braci: Onerfin, Onder i Zagoner, jak i kilku innych obserwatorów na placu poczuło należny mu respekt. Zielarz, wynalazca, alchemik, nie dbający o pozory dobrej aparycji. On był wartością samą w sobie i tak też będzie, gdy wyrośnie mu wielki garb, włosy nabiorą srebrnej barwy, a skóra zmarszczy się pod wpływem starości. Na szczęście to było jeszcze przed nim. Teraz stał na tle machiny miotającej, obok podłużnej wanny przypominającej koryto dla świń, na której leżały kule o średnicy dwóch stóp. Koryto prowadziło do łychy, na którą można było ów kule bez większego wysiłku przetoczyć. Nic dziwnego, że alchemik wzbudzał respekt. Dziwne, jedynie, że w najmniejszym razie nie obeszło to Maghorta. - Jak dla mnie, to coś chłodne te kule, Wirchenie. – rzekł i wybuchł wymuszonym śmiechem. - Nie lekceważ go, Maghorcie – poradził Onerfin niemal szeptem. – Mamy do czynienia z alchemikiem. Przywódca zmiennych miał zły dzień. Zły dzień zaczął się wczoraj, od jego przegranej na placu, kiedy to Onerfin w dość widowiskowy sposób pokonał go na placu warowni – tuż pod wieżą. Od tamtej chwili starał się robić wszystko, by ukazać swoją wyższość nad zarozumiałym elfem. Przecież ten elf opuścił swój dumny ród bo zachciało mu się przygód. W jaki sposób taki typ może być lepszy od niego? Wyklęty, Ziemny, cholerny, pieprzony zaprzedawczyk. Tam miał wszystko, czego dusza mogła zapragnąć. Przyjaciół, owoce natury, nauczycieli i... przepiękne elfie kobiety. Onerfin nie był lepszy od niego. O nie! Był idiotą. - Przestanę go lekceważyć, Onerfinie – odpowiedział elfowi, naśladując jego
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Spajder
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…