Wróć do katalogu

Władca Dyskietek Księga I Rozdział 1

Napisana w "lekkim" stylu opowieść, będąca parodią najpopularniejszych obecnie książek i filmów fantasy; bazuje na powieści J.R.R. Tolkiena "Władca pierścieni" oraz filmie "Matrix".

elevarm, opublikowano , 23 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

1.

BIBA WIELCE WYCZEKIWANA

KIEDY FELICJAN ŻUL Z ZAROWIA OGŁOSIŁ, że dla uczczenia swoich pięćdziesiątych piątych urodzin zamierza urządzić bibę nad biby, radosne wrzenie zapanowało pośród wszystkich Żuli w Żulogardzie. Któż wszakże nie znałby Felicjana Żula? Felicjan, osoba znana i kasiasta, cieszył się ogromną sławą od niemal trzech dziesięcioleci, kiedy to udał się na wyprawę „po flaszkę i z powrotem”, a następnie bardzo niespodzianie z niej powrócił. Owa wyprawa rozpoczęła się od wizyty w Zarowiu pewnego osobliwego jegomościa. Zwano go Ganpawłem the Graj, a był jednym z tajemnego Bractwa Hakerów, o którym to krążą opowieści w krainach Północy. Felicjan, Ganpaw oraz trzech Graczy (Fifi, Lifi i wódz klanu Onetii Helmut Zręcznopalcy) wyruszyli w pełną przygód podróż do Samotnego Pagórka, w którego głębokich sztolniach odnaleźli Arcyprocesor Eniaca – Złoty CPU; Felicjan zaś, ku swej ogromnej radości, odkrył skarb władyki Żulogardu, Franka Żłopiącego – a była to Flacha Bez Dna. Gdy Felicjan powrócił do Żulogardu, spotkało go srodze niemiłe powitanie. Kilka zastępów zarowskich Żuli właśnie dzieliło się jego dobytkiem, smakując wyborne trunki z felicjanowej piwniczki tudzież wynosząc meble. Na widok Felicjana, którego w Żulogardzie uznano już za nieżyjącego (pewnie gdzieś zapił – powiadano), towarzystwo wybałuszyło gały na zewnątrz. Felicjan przegonił ich ze swojej chatki, tłukąc czym popadło w co popadło, po czym przystąpił do smakowania upojnego trunku z Flachy Bez Dna. W tenże sposób, z krótkimi przerwami na siku i papu, spędził następnych trzydzieści lat. Nie każdemu w Zarowiu podobało się coś takiego. Felicjan leżał na brzuchu i opijał się darmowym wińskiem, podczas gdy reszta Zarowian musiała ciężko harować! (Nadmienić wypada, iż Żule utrzymywali się ze znoszenia węgla do piwnic, nic bowiem innego – poza chlaniem, spaniem, piciem, śpiewaniem i produkcją wszelakich napojów wysokoprocentowych – nie umieli robić). – „No!” – mawiali co poniektórzy o Felicjanie, dając upust swej niepohamowanej zazdrości. – „To je niezgodne z naturą Żula! Przyjdzie mu jesio za to zapłacić!”

Ale lata uciekały i Felicjan nie płacił za nic. Ba, w miarę ich upływu, kiedy to wszyscy felicjanowi kumple starzeli się (mówiąc po żulowemu – stawali się fafami), dla Felicjana czas wydawał się stać w miejscu. Naszemu Żulowi uwypuklił się co prawda brzuszek, zaś włosy przyprószył pierwszy szron siwizny, niemniej jednak sprawnością, aparycją i wyglądem nic a nic nie ustępował młodszemu pokoleniu (mówiąc krótko – chlał ile się dało). Coś takiego dla niektórych było już nie do wytrzymania – wszakże wydawało się jaskrawo niesprawiedliwe, by ktoś naraz był wiecznie młody i bogaty. Niejeden Żul pękał z zazdrości na myśl o felicjanowej Flasze, tudzież o skarbach, które Felicjan rzekomo miał zakopać pod swoją chatką. Atoli Felicjan na wszystko bimbał i dopiero przed kilkunastoma laty odczuł, jak bardzo doskwiera mu samotność. Zdarzyło się wtedy, że jeden z felicjanowych braci, Maurycy Lamer z Lamerowa zginął tragicznie, przytrzasnąwszy sobie język klapką od czytnika CD–ROM. Maurycy osierocił małego synka, toteż Felicjan, jako jedyna pozostała mu rodzina, postanowił wziąć chłopczynę na wychowanie. Ów chłopczyna miał na imię Marian.

Zdarzyło się pewnego pięknego, wrześniowego popołudnia, iż piaszczystą dróżką biegnącą przez Zarowie jechał zabytkowy motor komarek, ciągnący za sobą wóz po brzegi wyładowany drewnianymi skrzyniami. Motocyklista nosił schludnie skrojony, szary garnitur, szare spodnie oraz buty, a na głowie miał biały kask i okulary google. Jego broda i wąsy były długie i szare, aczkolwiek odrobinkę przerzedzone. Na wozie oraz na komarku widniały duże, niebieskie znaki G oraz znak klawiaturowy Programistów ¶. Były to oczywiście znaki Ganpawła the Graj, a motocyklistą był on sam – Haker sławny w Żulogardzie dzięki swym sztukom z kolorowymi światłami. Wszystkie Żule znały go tylko od tej strony, nie mając pojęcia ani o jego prawdziwej naturze, ni też o zagrożeniu, przez które tu przybył. Lecz póki co Ganpaw nie martwił się na zapas. Jadąc przed siebie co rusz pociągał z piersiówki (Bon Kolt Spirytus, 99,99% vol.) i na całe gardło śpiewał swą ulubioną piosnkę:

Kolorowe kredki! W pudełeczku noszę! Kolorowe kredki! Bardzo lubię JEEEEEE!!!

I na zakończenie refrenu Haker wrzeszczał tak diabelnie, że szyby w promieniu kilometra wypadały z okien, a kto żyw w panice i przerażeniu zwiewał gdzie pyrki rosły. Nieopodal ścieżyny, którą jechał nasz zacny, lecz za cholerę niepotrafiący śpiewać Ganpaw, znajdował się rów, a z trawy i trzcin, które go porosły, wystawał ubłocony bucior. Rozwiązana sznurówka drgała w akompaniamencie rytmicznego dźwięku, przypominającego chrapanie. W tym rowie spał siostrzeniec Felicjana Żula – Marian Żul. Marian ślamazarnym ruchem ręki odgarnął źdźbła trawy, wystawiając swą umorusaną węglem twarz i błędnym wzrokiem spojrzał na prawo, a następnie na lewo. Z jego ust wystawał do połowy wypalony pet, a w dłoni dzierżył flaszkę wina, z którą nigdy się nie rozstawał. Nasz Marian ubierał się jak większość Żuli – za duża kapota, szerokie spodnie podkasane w kolanach i związane w pasie sznurkiem, podarty sweter i puchata ruska czapa. Siostrzeniec Felicjana wdział ten strój przed kilkoma laty, gdy uroczyście wkraczał w dorosłość. Obiecał wtedy, że nigdy się z nim nie rozstanie i jak widać, chłopak przyrzeczenia dotrzymał. Wskazywała na to czystość owego stroju, jego woń oraz unoszące się naokoło opary, ale dla Mariana nie miało to żadnego znaczenia, bo Marian nigdy jeszcze nie był trzeźwy. Marian Żul, zbudzony rykiem komarka i nieludzkimi wrzaskami Hakera Ganpawła wygramolił się z rowu w zamiarze dokonania srogiej zemsty. A gramolił się tak dobrą minutę, czyniąc to ze zwinnością godną pijanego taternika. – Kto mie budzi, do pierona?!! – wykrzyknął gniewnie Żul, gdy stanął wreszcie na nogach. – To tak oczekujesz gościa z dawna niewidzianego? – zapytał Ganpaw, zdejmując okulary google. – Ganpaw Chakier przylezł! – wykrzyknął Marian, a jego ubrudzoną twarz rozjaśnił uśmiech. – Ale chyba żeś sie spóźnił. – Hakerzy nigdy się nie spóźniają, Marianie Żulu. Nigdy też nie są za wcześnie. Przybywają zawsze wtedy, gdy jest na nich pora. – No – zgodził się Marian, po czym wgramolił się na siedzenie dla pasażera. – Nie myślisz chyba – rzekł Ganpaw odpalając tymczasem komarka – że mógłbym przejść beznamiętnie obok biby takiego kalibru, jaką urządza twój stryjek. – No. Jedzimy. Napiłbym się bym. – Prawisz, jakbyś zaiste długo nic nie pił. – No. Ino jak sie flacha skończyła i żem zasnął se. Ganpaw i Marian, gawędząc jak to starzy kumple, wjechali do Zarowia przez Południowy Most. Był akurat Dzień Degustacji, przeto na rynku spotkali wielu Żuli – i starych, którzy, jak to powiadają „w niejednym rowie spali”, jak i młodych, mających jeszcze „piwo pod nosem”. Żule z Zarowia doskonale znali Ganpawła, toteż teraz, widząc starego Hakera zasuwającego na swym komarku, witali go machając łapkami, bądź krzycząc „WITOJ!”. Ganpaw kłaniał się wszystkim serdecznie, niestrudzenie uchylając swej czapki dżokejki. – Och, jakże wam zazdroszczę! – powiedział Haker, gdy minęli rynek i wjechali na zalesione wyżyny. Pełno tu było wyrastających między rowami drewnianych chatek grożących zawaleniem przy najmniejszym powiewie wiatru. – Żule to najmniej znana i najwięcej lekceważona ze wszystkich ras – kontynuował Ganpaw – jednakże zaiste wśród wszystkich mieszkańców Systemu jesteście najszczęśliwsi! Tego właśnie mi brak; życia bez trosk i utrapień! Zamieszkać w małej chatce pod lasem i rozkoszować się przyjemnościami dnia codziennego, oto i me największe marzenie! – No – powiedział Marian. – Rzeknij lepiej, cóż tam słychać u starego marudy. Ciągle, gdy się wkurza, robi: „bła – ba – ba – ba”? – No. Bibę wuja Felek robi. – To akurat wiem – zauważył Ganpaw. – Bydą flachy i żarcie, i flachy, i coś do picia, i flachy, a nawet flachy bydą! – A flachy? – No, tyż bydą! A szo, nie mówił żem? – Tak, tak... – mruknął Ganpaw, uśmiechając się dobrotliwie i pociągając z piersiówki. – Będzie to zaiste niecodzienna biba... Ganpaw, na prośbę Mariana, wysadził go przy najbliższym zakręcie, by nasz Żul mógł spędzić resztę popołudnia, jak to Żule mają w zwyczaju, a więc wylegując się w rowie. Ledwo Marian wygramolił się z siedzenia, zaczął łapać halny (to żulowskie powiedzonko oznacza: iść wężykiem po drodze z rozstawionymi rękoma, próbując jednocześnie utrzymać równowagę). Marianowi powyższe się nie udało, więc wywinął orła wprost do błotnistego rowu i chwilę później już w nim chrapał. Felicjan Żul niepomiernie ucieszył się widząc dawno niewidzianego kumpla. Razem z Ganpawłem zasiedli w pokoiku felicjanowej chatki i wspólnie opróżnili kilkanaście flaszek najprzedniejszego jabcoka, aż dopadł ich wieczór. – Zaiste przepyszny masz bimberek – pochwalił Ganpaw. – Wyczuwa się, że pędzony nie przez byle kogo. – No – zgodził się Felicjan. – Dobre to, ino że mie już zbrzydło. Potrzebuję odpoczynku, stary fumflu. – Więc ani myślisz rezygnować ze swoich zamierzeń? – Ni. – To wielce dobrze. Trzymaj się swego planu, ale pamiętaj: CAŁEGO, a wszystkim wyjdzie to na dobre. – No. Kawała se zrobię. – Ciekaw jestem, kto też będzie się śmiał jako ostatni – rzekł Ganpaw i niedowierzająco pokręcił głową. – Sie obaczy – mruknął Felicjan.

Nie upłynął nawet tydzień od przyjazdu Ganpawła, a przygotowania do biby ruszyły pełną parą. Wszystkie browary, gorzelnie i bimbrownie (nawet te prowadzone nielegalnie w piwnicach) otrzymały gigantyczne zamówienia na wszelkiej maści napoje alkoholowe. Zapał udzielił się wszystkim Żulom z Zarowia – każdy nerwowo zdzierał kartki z kalendarza (niektórzy nawet po dwie i więcej dziennie), nie mogąc doczekać się dnia biby. Felicjan bowiem zaprosił wszystkich, a skoro kogoś pominął, to tylko poprzez własną nieuwagę. Wkrótce na polance wokół felicjanowej chatki jakby spod ziemi wyrosły wielgachne, różnobarwne namioty. Drzewa ozdobiono kokardkami i kolorofonami. Stoły (a było ich chyba ze sto) uginały się od najwyborniejszych piw, win oraz wódek, zaś dla koneserów przygotowano denaturaty, wody kolońskie, rozpuszczalniki, alkohol metylowy, benzynę oraz olej silnikowy. Wieść o tych „napojach bogów” pędziła szybciej niż Żul na darmową degustację wina, przeto podniecenie zaczęło sięgać zenitu. W piątek, w wigilię biby niebo osnuło się brunatnymi chmurami i setki żulowskich serduszek ogarnęły niepokój oraz trwoga. Szczęśliwie następnego ranka Monitor wstąpił na błękitny, czysty nieboskłon, załopotały flagi, wystrzeliły zakrętki od winiaków i zaczęła się biba nad biby, jakiej Zarowie nigdy wcześniej nie doświadczyło. Przy bramie wejściowej wraz z komitetem powitalnym (który gremialnie zdążył już się schlać) stał sam dostojny jubilat i wręczał prezenty każdemu z gości. Najczęściej wręczano flachy Jawola, najpopularniejszego winiaka w Zarowiu, a otrzymywali je nawet ci, którzy przeskoczywszy płot ponownie stawali do kolejki. Na zaproszonych czekały gry i zabawy (przykładowo – najdłuższe pierdnięcie, najobszerniejszy paw, skoki przez rów oraz żonglowanie flachami, których i tak nikt nie łapał), a oprócz tego muzyka, śpiew oraz oczywiście jedzenie i chańsko. Muzyką zajął się DJ Ganpaw – dostojny Haker usadowił się przed przywiezionym z dalekich krain komputerem i przy pomocy dwóch również zaproszonych Graczy obsługiwał ową muzyczną maszynerię. Z zawieszanych na komputrach kolorofonów wypływały smugi…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych