Wróć do katalogu

Wnętrze

Opowiadanie grozy, które napisałem właściwie z przymrużeniem oka po to, by odstresować się przed egzaminami. Morał z niego taki, że zawsze ktoś ma większe od nas problemy..:)

dominik, opublikowano , 30 min czytania, 4,3 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Dla mojej jedynej Michasi, dla której chciałem po prostu coś zrobić

WNĘTRZE

Noc okrywała go gorącym, dusznym płaszczem ciemności gdy tak leżał kolejną, długą godzinę wpatrzony w kształty wydobywające się z mroku. Chwilami było lepiej, szczególnie wtedy, gdy zbawienny sen wygrywał walkę z niepokojem, a nieświadome znieczulenie na chwile zabierało go z daleka od klaustrofobicznej atmosfery pomieszczenia, w którym się znajdował. Lecz teraz czuł się tak, jakby tkwił na dnie oceanu w łodzi podwodnej, a zapas tlenu zmniejszał się z minuty na minutę, ustępując bezlitosnej obojętności dwutlenku węgla. Ciemność go przytłaczała – wiedział, że mrok jest jedynym światkiem jego agonii. Czuł Ich obecność. Ten niezmienny, nieczuły upór, którego nie był w stanie zatrzymać ostatecznej rozgrywce. Zdawało mu się, że czerń wokół niego gęstnieje zaklejając mu oczy i odbierając zdolność percepcji. Świat był jego największym wrogiem przeszedłszy na ich stronę. To wszystko, co dodawało mu otuchy i pozwalało funkcjonować w blasku kolejnych dni pokrywały teraz czarne plamy i cienie... Te cienie... Poruszył się. Odważył się na ruch z wielkim wysiłkiem, lecz razem z nim poruszyło się całe pomieszczenie – wszystkie kontury, cała ta przerażająca ciemność, która czekała tylko na jego najmniejszy błąd. Jego ciało stawało się coraz bardziej odrętwiałe i nawet ono było teraz po Ich stronie. Odbierało mu siły i nadzieję na to, by jeszcze raz wydostać się z pułapki – doczekać świtu... I tylko jego umysł był teraz tym, z czym się utożsamiał. Jego myśli i uczucia były ostatnim bastionem jego świadomości, jego tożsamości. Ciało też powoli odpływało ku ciemności i tonęło w uściskach śmiejących się szyderczo cieni... Już niedługo.... wiedział, że są coraz bliżej... że cicho zakradają się na swych cienkich nogach, bezgłośnie i delikatnie a jednak nie da się już powstrzymać ich pochodu – nieuniknionego i nieodwołalnego. Każdy ich głos, każda oznaka obecności rozlegały się w jego umyśle stokrotnym echem marszu ich rozwścieczonej armii. Bezmyślnej i bezlitosnej. Ostatecznej w swej determinacji. Czuł ich równe kroki i widział już oczyma swojej zdeformowanej wyobraźni jak oblegają tłumnie jego mózg, schodzą się w cichej satysfakcję na ucztę zwycięzców. Wiedział, że właśnie tam uderzą. W jego ostatnią twierdzę, w jego przemęczony umysł, w którym chował się całym swoim jestestwem kiedy tylko czuł, słyszał, widział ich, wydobywających się z plam mroku. Tak jakby brali się znikąd... z ciemności... z jej bezdusznego chłodu... całe ich oddziały, legiony, armie... tworzone i dorastające na drzewach mrocznych plam... spadające potem niczym dojrzałe owoce w blasku słońca na rozgrzaną, letnią trawę...Nie. To już nie istniało...pochłonęła to ciemność – a zamiast owoców spadający na niego wyrok. Ściany znów pokryte kłębiącymi się chmarami – w rosnącym przerażeniu wydawało mu się, że prawie słyszy ich szum. Pełzających jeden na drugim, przesuwających się w chaotycznej, wchłaniającej wszystko masie ku niemu. Ku jego nogom, rękom, ustom, oczom.. Teraz już strach potężniał z każdą minutą i sen nie był w stanie dać mu ukojenia nawet na chwilę. Cztery ściany zbliżały się i zamykały nad jego głową obrastając w zbliżającą się śmierć. Ostatnim wysiłkiem przemęczonego, ludzkiego umysłu zdobył się na wściekłość. Chciał kląć i krzyczeć ale nie odważył się. Bał się otworzyć usta w obawie, że czają się tuż przy nim i wedrą się między jego wargi nie kończącym się strumieniem i to już będzie koniec...A na to nie był jeszcze gotów... Ale w narastającej fali wściekłości ujrzał znów siebie w wieku ośmiu lat. Przypomniały mu się wakacje u babci w Manaus. Podróż do Brazylii była dla tego małego dziecka wielkim przeżyciem i powodem do dumy. Czekał na to pół roku odkąd się dowiedział, że babcia zaprasza rodziców i jego do swojej starej, portugalskiej willi niedaleko miasta. Nie wiedział jeszcze, że miasto to, a tym bardziej willa, leżą w sercu puszczy, lecz gdy tam przybyli smak przygody jeszcze bardziej rozpalił wyobraźnię małego chłopca. Pierwsze dni mijały mu na wspaniałych podróżach i wycieczkach. Wszystko było tak inne i tak fascynujące, że nie zauważył nawet, że jego ojciec znacznie gorzej znosi gorący i wilgotny klimat brazylijskiej puszczy. W dalszym ciągu buszował wśród bujnej zieleni traw w wielkim ogrodzie babci, goniąc za motylami i bawiąc się z dziećmi babcinej służby. Zabawy jednak stawały się coraz nudniejsze i monotonne, a w umyśle ośmiolatka pojawił się niezrozumiały początkowo niepokój. Z każdym dniem atmosfera w domu gęstniała, odczuwał nerwowość swojej rodziny i podejrzewał, że matka z babcią coś przed nim ukrywają. Ojciec przebywał z nimi coraz mniej, co kobiety tłumaczyły problemami z żołądkiem. Ale malec czuł, że kłopoty ojca stają się poważne i zagrażają spokojowi i szczęściu ich rodzinnego grona. Stary, kolonialny dom, który dawniej należał z pewnością do jakiegoś bogatego Portugalczyka stawał się więzieniem dla chłopca. Tępy, irytujący odgłos skrzypiących schodów, którymi matka wchodziła na piętro gdzie teraz już leżał ojciec, kojarzył się chłopcu już tylko z zagrożeniem. Coraz bardziej przeżywał atmosferę domu, w którym działo się coś nie tak. Bał się o ojca, o siebie i o to, że coś się może trwale zmienić na gorsze. Puszcza otaczająca dom, wcześniej tak fascynująca i kolorowa, stawała się dla niego duszną klatką, światem zagrożenia i niepokoju. Zieleń przybierała zgniły odcień, a zapach unoszący się w babcinej wilii przyprawiał chłopca o mdłości. Już niedługo miało się okazać, że był to zapach nadchodzącej śmierci. Ale ośmiolatek rozumiał tylko niepokojący fakt, że ojca nie widział już drugi tydzień, a dom stał się siedzibą całej chmary ludzi w białych kitlach, wchodzących i wychodzących z posesji. Tonące w słońcu korytarze, błyszcząca zieleń drzew i ten zapach – duszny i nie pozwalający tak naprawdę odetchnąć męczyły go coraz bardziej z dnia na dzień. A matka i babka zajęte były nerwowymi rozmowami z ludźmi w białych kitlach i chłopiec czuł się coraz bardziej osamotniony w swoich obawach. Płacz już nie pomagał, krzyk nie pomagał, nic nie pomagało. Zieleń wdzierała się do wnętrza willi, dusznego powietrza domu nie dawało się już wyrzucić z płuc, a niepokój zmieniony w strach przybierał na sile co dzień, co noc. Aż w końcu pewnego ranka, zalana łzami matka obudziła malca i tuląc go do siebie oznajmiła, że tatuś odszedł i że będą musieli nauczyć się żyć teraz od nowa. Jej łzy gorącym potokiem spływały na jego czoło i policzki, mieszając się z jego własnymi łzami, potęgując uczucie bezsilności. Szloch matki i szum drzew, skrzypiące łóżko i strach – coraz większy strach, chęć ucieczki, kumulowały się w bezradnym ośmiolatku tak gwałtownie, tak nieuchronnie i tak złowieszczo... Gdy się obudził, leżał znów na łóżku, lecz nie był to już jego pokój. Chłopiec był sam i nie mógł wiedzieć, że matka przeniosła go gdzieś i wyszła tylko na chwilkę, zajęta formalnościami związanymi ze zgonem swojego męża, który nastąpił przed kilkudziesięcioma minutami. Leżał w ciszy pokoju, rozglądając się po drewnianych meblach, szukając znajomego punktu zaczepienia, który by świadczył, że jeszcze żyje i że nie spotkał go los ojca. Strach znów gorącym potem spłynął na chłopca. Bał się, panicznie się obawiał, że sam też umarł. Malec ze łzami w oczach zerwał się z łóżka lecz tropikalne powietrze i ta dręcząca go woń, duszny, okrutny zapach zbliżającego się końca uderzyły go niczym kamień i mały upadł na podłogę. Nie stracił jednak przytomności i leżał przez chwilę z twarzą przy zimnej, drewnianej posadzce. Łzy spływały po jego twarzy, mieszając się z potem. Był już wyczerpany i przerażony. Nie miał nawet sił krzyczeć i wzywać matki. W pokoju rozlegał się tylko cichy szloch, stłumiony i bezradny...I tylko drzewa za oknem, duszny potwór zgniłej zieleni, wtórowały dziecku... Mały uspokoił się w końcu troszkę. Wstał i otrzepał się jak go uczyła matka, by wyjść z pokoju i poszukać jej – jedynej osoby, która mogłaby go uratować i przy której czułby się względnie bezpieczny. Posuwając się powoli po skrzypiącej, starej drewnianej powierzchni opuścił pokój i wyszedł na wielki korytarz, który przez łzy rozpoznał jako hall pierwszego piętra, na którym był ostatni raz jeszcze przez chorobą ojca. I znów ten zapach.... teraz odór przybrał na sile stając się faktycznie lub tylko w wyobraźni chłopca nie do zniesienia... Mały łapczywie próbował złapać oddech lecz jednocześnie brzydził się wdychać gorące, duszne powietrze tego zgniłego poranka... I wtedy właśnie dostrzegł uchylone drzwi jednego z pokoi. Dochodziło z niego przytłumione światło. Malec przeczuwał, tak jak czasem instynktownie przeczuwa się niektóre sprawy w wyjątkowych sytuacjach, że tam znajdzie odpowiedz – wyjaśnienie, dlaczego nikogo nie ma przy nim i czy właściwie sam jeszcze żyje...A może... a może to właśnie tylko on został żywy i wszyscy go opuścili, by już nigdy nie wrócić...Może został już na zawsze zupełnie sam....Kolejna fala paniki zalała umysł przerażonego ośmiolatka... Bez zastanowienia ruszył więc przed siebie i pchnięciem otworzył uchylone drzwi.... Przed nim, w małym dusznym pokoju, stało łóżko. To stąd pochodził obrzydliwy, duszny zapach. Malec czuł go tutaj bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, ale nawet na niego nie zareagował. Stał bez ruchu wpatrzony w ludzkie kontury leżące na łóżku, przykryte białym prześcieradłem... Przytłumione światło sprawiało, że powierzchnia łóżka tak jak i całe pomieszczenie zdawały się szare, a raczej trupioblade. Chłopiec stał metr od jeszcze ciepłego ciała swojego ojca po którym chodził ON. Pierwszy, którego ujrzał. Powoli krocząc po swoich cienkich, ośmiu nogach zbliżał się w stronę przerażonego chłopca. W przytłumionym świetle wydawał się być brązowy, lecz wielki, tłusty odwłok wielkości pięści jak zdawało się dziecku był jasny i lśnił w promieniach porannego słońca, wdzierających się przez szpary w żaluzjach. Zaintrygowany nagłym wtargnięciem dziecka zmienił kierunek powolnego marszu i ruszył w stronę chłopca. Ten stał bez ruchu w przerażeniu, którego później nie potrafił nawet opisać. Pająk zszedł z białego prześcieradła zostawiając w spokoju zwłoki ojca. Powoli podszedł do dziecka, które cudem nie zemdlało o powoli zaczął wspinać się po jego bosej nóżce...Delikatny, oślizły dotyk ośmiu kończyn potwora był tym, czego malec nie mógł już znieść. Sekundy przeciągające się w wieczność znaczyły drogę pająka. Brzuch, potem ręka.... ramię chłopca....gdy mały poczuł odnóża owada dotykające jego szyi zobaczył przez łzy jak świat wiruje. Runął na podłogę... Upadek i równoległy do niego lot pająka zachowały się w pamięci dziecka jako długa epopeja powietrzna, uwieńczona bolesnym uderzeniem...Obraz tego momentu chłopak widział potem przez całe lata jak na starym filmie – w zwolnionym tempie i wyblakłych kolorach. To wspomnienie jeszcze długo gościło także w snach malca – wolno szybujący zdezorientowany pająk, przebierający wściekle wstrętnymi odnóżami jakby chciał powiedzieć, że to jeszcze nie koniec...Bo to nie był koniec. Gdy chłopiec po raz drugi w ciągu kilku minut leżał oszołomiony na podłodze rozdarty między bólem w skroni a strachem przed ogromnym, agresywnym zwierzęciem ujrzał jak wielki odwłok podnosi się i zmierza szybko ku niemu przebierając zaciekle cienkimi odnóżami niczym w szaleńczym tańcu wróżącym ból i strach. Ale strachu chłopcu nie brakowało ani przez chwilę. Na zawsze zapamiętał chęć ucieczki i walkę o posłuszeństwo ze swym własnym ciałem – taką jak tę toczoną w ciągu koszmarnych, długich nocy wiele lat później, gdy cienie pod osłoną ciemności niszczyły jego odporność i psychikę. Jego mięśnie, kości i nerwy – wszystko odmówiło posłuszeństwa zastygając w panicznym strachu. Dziecko leżało więc bezbronne na podłodze, obserwując bezradnie pająka, wpatrzone zalanymi łzami oczyma w kształt pędzący w furii jak się mu wydawało prosto na jego twarz.. Ostatnim wysiłkiem woli zdołał zamknąć powieki by nie widzieć i może nie czuć tego, czego panicznie się bał, a co miało niewątpliwie nastąpić. Wszystko, czego tego ranka i w ciągu ostatnich dwóch tygodni doświadczył stanowiło mieszankę, która pozbawiła go jakiejkolwiek odporności i możliwości obrony przez otaczającym go światem i centralnym jej punktem- zwierzęciem – pierwszym z tych, które miały na stałe zagościć w jego rzeczywistości. I wtedy właśnie jakaś brutalna, niepojęta siła ujęła chłopca i wyciągnęła wysoko w górę – w bezpieczną przestrzeń. I znów ciemność...i znów zapomnienie...

I cienie... Coraz bliżej i bardziej nieustępliwie... Coraz głośniej czuł szum i chaos wydobywający się z czerni mroku. Pokój znów nie dawał mu wytchnienia zmieniając się w przedsionek rządów strachu i bólu. Czuł już, że podchodzą pod jego łóżko. Nie, pomyślał, jeszcze nigdy nie były tak blisko. Oczyma wyobraźni widział drzwi zablokowane całą armią kłębiącą się u wejścia do pokoju. Nie było drogi ucieczki, nie można już było brnąć naprzód. Zostawało tylko czekać świtu lub pierwszego ukłucia zimnego, wilgotnego dotyku. Tyle już razy na to czekał i przygotowywał się w wyobraźni. Na to, przed czym kiedyś udało mu się uciec... A może wcale mu się nie udało... Czerń była gęsta jak nigdy wcześniej. Smoła nocy wlewała się swoim wilgotnym żarem w płuca chłopaka. Podrażniała jego nerwy, zmysły i umysł. I tak co noc – nerwowe, w końcu paniczne oczekiwanie. Klaustrofobiczna mania, obsesja, wojna, której bitwy na nowo toczyły się teraz noc za nocą. Nic już nie pomagało uniknąć starcia, a nadzieja, że może tej nocy, chociaż ten raz nie przyjdą do niego, malała z dnia na dzień – z nocy na noc.. Przychodziły, niezmiennie przypełzały w szumie swojego wściekłego marszu, godnego łowcy, którego honor splamiła ofiara cudem uchodząc z życiem. Przecież miało być inaczej, a jednak wymykał się im już od wtedy. A one co noc wracały. W końcu nie dało się nie spać. Normalne życie wymagało podjęcia trudniejszej walki – nocnych zmagań, krwawych potyczek z nadpełzającą ciemnością. Wiedział, że w każdej chwili mogło nastąpić uderzenie – metodyczne powolne wkradanie się odnóży w głąb jego ciała przez oczy, usta....Kolejna fala przerażenia i wzbierająca wściekłość powróciły niczym koszmary, uzależnienie, stały składnik jego życia. Znów ujrzał dom w Manaus. Teraz już bardziej zaniedbany, wyblakły. Spróchniałe deski i zardzewiałe gwoździe wystające z pozbawionych farby okiennic. Mchy, porosty – zwiadowcy imperium zgniłej w wilgotnym, ohydnym słońcu Zieleni – wgryzały się w mury, drewno, balkony, okna, schody. Podchodziły dom cicho, niezauważalnie. W metodycznym uścisku bujnej, szalonej w swej różnorodności roślinności wszystko gniło. Proces rozkładu następował tu nieuchronnie i nieustępliwie, a co najgorsze – przerażająco szybko. Puszcza zabierała to, o co nie walczono już z nią, ustępując miejsca ciemności i zgniłemu bólowi – chorej zieleni i czerni. A walczyć już nie miał

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych