Wrota Starożytnych- Rozdział I
Dalszy ciąg, nieco inny świat, nowy bohater. Mam nadzieje, że również się spodoba, będe wdzięczna za wszystkie komanetarze i wskazówki. Życzę miłej lektury:)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
ROZDZIAŁ I
Przez chwilę budzik grał denerwującą melodyjkę, więc Alan trzasnął ręką w zegarek i to z taką złością, że spadł z szafki. Mimo to nie wyłączył się, zegarek wył coraz donośniej. Chłopak podniósł się na łokciach, ściszył go i z powrotem nieprzytomnie zwalił się na łóżko. Jeszcze przez chwilę walczył z sennością i ciężkimi powiekami. Była szósta rano, nikomu nie chciałoby się wstawać. Szczególnie po pięciu godzinach snu. W końcu zwlókł się z łóżka i ziewnął potężnie. Gdy odsłonił żaluzje, do pokoju wlało się szare światło, oświetlając zakamarki i kąty. Alan w zamyśleniu wyglądał przez okno, obserwując dobrze znany mu widok. Dachy i nijakiego koloru niebo. Drgnął, odwrócił się i przez moment nasłuchiwał. Z dołu dochodziły wrzaski i ryk radia. -Znowu…- wymamrotał cicho i bez pośpiechu zszedł po schodach. Kuchnia jak zwykle przypominała pobojowisko. Zlew pełen naczyń z wczorajszej kolacji, pojękujące radio i rozwrzeszczany telewizor. Stół dekorowały rozsypane płatki śniadaniowe, katastrofa groziła kartonowi mleka, który balansował na krawędzi stołu. Stół zajmowało jego młodsze „przyszywane” rodzeństwo, bliźniaki Tom i Marie, teraz głównie zajęci walką o pilot do telewizora. Anna krzątała się obok kuchenki, mieszając jajecznicę na patelni, co jakiś czas rzucając uważne spojrzenie na Toma i Marie. -Alan, dzień dobry- spojrzała w jego stronę, nie przestając mieszać. Alan wyburczał odpowiedź i powoli skierował się w stronę lodówki. -Nic więcej mi nie powiesz?- Anna uniosła brwi. -A co dokładnie chcesz usłyszeć?- wzruszył ramionami, szukając czystej miski i spokojnie wymijając macochę. -Alan… Przecież wiesz, że j… Nie dokończyła, bo, do i tak wielkiego już hałasu, dołączył świdrujący dźwięk telefonu. Alan wykorzystał okazję i odebrał: -Tak, słucham. Kogo? Aha. Anna, to do ciebie- podał jej słuchawkę. -Tak, przy telefonie. Naturalnie pani Adams zdążę przygotować ten projekt. Tak, tak, pojadę dzisiaj i jeszcze raz przejrzę poprawki, tak… naturalnie… -Jajecznica się pali- Alan delikatnym ruchem odebrał jej patelnie. -Nie chcę tego programu!- Marie wymachiwała wojowniczo małą piąstką w stronę Toma, pokazującego jej język. Alan jeszcze przez chwilę przyglądał się walczącym dzieciakom. W końcu wziął jajecznicę, przy pomocy dwóch noży zeskrobał ją na talerz i bez słowa ruszył do swojego pokoju. -Alaaan!- nim zdążył dojść do połowy korytarza, dopadł go krzyk Anny.- Może byś się nimi zajął? Ja pracuję! Alan! Przyjdziesz tu, czy mam po ciebie iść?! Nie, to nie do pani, pani Adams… Alan zagryzł wargi. Wiedział, że z Anną nie wygra. Wrócił z powrotem do kuchni, odłożył na chwilę talerz, posprzątał po stole, zabawiając jednocześnie Toma i Marie. W końcu burza uspokoiła się i ucichła. Chłopak posłał Annie znaczący uśmiech. Kobieta po chwili skończyła rozmowę i zmęczona usiadła na krześle. -Niemożliwa kobieta. Dzwoni do mnie dzisiaj, w dniu malowania ścian w mieszkaniu, gdy kupiłam już farby we wszystkich odcieniach zieleni, i nagle stwierdza, że decyduje się na krwistoczerwony… Bzika można dostać. -Sama się na to zgodziłaś-mruknął Alan. I zaraz tego pożałował. -A tak przy okazji mój drogi. Rozmawiałam z panem Craig. Był bardzo… zmartwiony twoimi ocenami. Masz mi coś na ten temat do powiedzenia? Alan? Milczysz? Świetnie – przerwała i swoim zwyczajem trzasnęła otwartą ręką w stół. Alan wyglądał przez okno, udając, że niewiele go te słowa obchodzą, chociaż słyszał dokładnie każdą sylabę. – Nie rozumiem cię, jak można… Alan… przestań mnie ignorować! -Nie muszę tego słuchać- odparł ostro, sam nie wiedząc kiedy podniósł głos.- Nie możesz za mnie decydować. -Jesteś pod moją opieką, czy ci się to podoba czy nie! Koniec rozmowy. -Jedynie, co umiesz to ucinać wszystkie dyskusje- prychnął, z trudem hamując irytację. Anna chciała coś odpowiedzieć, lecz jej nie pozwolił.- Sam dam sobie radę. Nie potrzebuję twojej pomocy -Nie możesz tak mówić!- zawołała gdy wychodził z kuchni.- Niech cię, Alan, wracaj tu natychmiast! Nie słuchał. Stracił apetyt przez tę sprzeczkę. Wyszedł z pokoju, coraz szybciej tracąc nadzieję, że ten dzień będzie jeszcze udany. Musi odreagować. Ale jak? W szkole? Nie pójdzie dzisiaj. Nic się przecież nie stanie. Powtarzał to sobie za każdym razem. Wstał i zaczął się ubierać. Pakując plecak, natknął się na swój telefon komórkowy. Spojrzał na ekran i przeczytał: Sześć nieodebranych połączeń; Alice Skrzywił się lekko. Zdążyła zadzwonić do niego sześć razy, gdy był w kuchni. Przez chwilę ważył telefon w dłoni, w końcu go wyłączył. Nie chciał z nią rozmawiać. Teraz nie może. Raczej nie po tym wszystkim… Zszedł na dół, zignorował Annę i wybiegł na podwórze, akurat w dym i smród przejeżdżającej obok śmieciarki. Uśmiechnął się do siebie, zaczyna się kolejny piękny dzień. Gdy kurz opadł, rozejrzał się krytycznie. Szare budynki, gdzieniegdzie sklepy z nieciekawymi wystawami, zabiegani przechodnie. Spojrzał w niebo. Czasami dziwił się, że je jeszcze w ogóle widzi. Przeciągnął się i zbiegł w dół ulicy. Błąkał się bez celu, rozmyślając o rozmowie z macochą, w końcu jednak machnął ręką. Nie ma zamiaru katować się w kółko tymi samymi pytaniami. Jaki to ma sens? Ruszył wąską uliczką. Wsunął ręce do kieszeni, wtulił głowę w ramiona. Nagle stanął przed szarym betonowym murem. -Taki gładki. Aż się prosi by coś tu zmienić- powiedział cicho do siebie. Rzucił torbę na chodnik, grzebał w niej przez chwilę. W końcu wyjął puszkę spray’u, podszedł do ściany i wielkimi czerwonymi literami napisał ZABIERZCIE ICH STĄD! Odszedł kilka kroków w tył, po namyśle dodał jeszcze dwa wykrzykniki. Potem używając kilku innych kolorów dorysował gnoma ubranego w mundur policyjny, unoszącym we władczym geście zieloną dłoń. Uśmiechnął się, rysunek był wyjątkowo udany. Spakował rzeczy, uważając, by niczego nie zostawić. Wizyta dzielnicowego byłaby kroplą, która przepełniłaby czarę, a nie zależało mu na otwartej wojnie z macochą. Spojrzał na zegarek, zmarszczył brwi. Jest dosyć wcześnie. A więc gdzie teraz? Do Centrum? Do kina? Tyle razy tam był, że więcej nie miał już ochoty. Na dodatek zaczął padać drobny deszcz, chociaż w listopadzie nie było to nic zaskakującego. Fuknął zły sam na siebie, że zachciało mu się wagarować. Postawił kołnierz kurtki i zapiął się po samą szyję. Ruszył dalej, wpatrując się w swoje buty. Nawet nie spostrzegł, że trafił na jedną z głównych ulic. Ocknął się, słysząc szum samochodów i rozejrzał się zdziwiony. Jego wzrok błądził po budynkach, aż w końcu zatrzymał się na jednym z nich. Na jego twarzy pojawił się uśmiech. Stał teraz przed Muzeum. Dach podpierany smukłymi marmurowymi kolumnami z dumą nosił wyryte złote litery obwieszczające przechodniom, obok jakiego gmachu przechodzą. Klasnął uradowany, niby czemu by i nie przenieść się w krainy historii? Szybko skoczył tuż przed otwarte drzwi, ledwie unikając zderzenia z wycieczką. Zachwycony pomysłem poświęcił połowę swoich funduszy na bilet, szybko przeszedł przez kasę i wkroczył do obszernego holu. Podłoga lśniła pożyczonym od lamp i żyrandoli światłem, sala była wypełniona szuraniem butów, cichymi uwagami i okrzykami zachwytu. Spacerował, przystając przed każdą gablotą, starając się zapamiętać każdy szczegół wystawy, nigdzie się nie śpieszył a przyjemne ciepło jeszcze bardziej zniechęcało do opuszczenia Muzeum. Doszedł do końca kolejnej sali. Już miał przejść do następnej, gdy usłyszał zgrzyt zawiasów. Odwrócił się gwałtownie i zobaczył niedomknięte, szare drzwi z napisem „Wejście tylko dla upoważnionych”. Już miał odejść, jednak mimowolnie odwrócił głowę, wciąż wpatrując się w drzwi. Zagryzł wargi, rozejrzał się w koło. Sala dziwnym trafem był prawie pusta, korowód wycieczki właśnie znikał w następnym korytarzu. Owszem gdyby były zamknięte, nie ryzykowałby i poszedł. Ale mimo wszystko był ciekawy. Stał tak jeszcze przez chwilę niezdecydowany, coraz częściej zerkając na drzwi. Dlaczego by nie zajrzeć… Dał za wygraną i podszedł bliżej, pchnął je delikatnie i wszedł do środka.
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Czapla
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…