Wróć do katalogu

Wrota Starożytnych- Rozdział IV

Alan i Mirle kontynuują swoją podróż przez puszczę, kierując się w stronę miasta. Jednak chłopakowi nie jest przeznaczony spokojny pobyt w mieścinie. Wszelkie uwagi mile widziane, pozostaje życzyć miłej lektury;)

Czapla, opublikowano , 23 min czytania, 4,9 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

ROZDZIAŁ IV

- Wybacz, ale wydaje mi się, że znowu się zgubiłem- Alan spojrzał na nią przepraszająco. Mirle westchnęła ciężko i pokręciła głową. -Już nie wiem, jak mam ci to wytłumaczyć. Przecież to wcale nie jest takie trudne. -Zakładając, że żyje się tu od zawsze- spojrzał na nią znacząco.- Wiem, że nie jesteś przekonana, co do mojej historii, ale- uśmiechnął się przekornie i rozłożył bezradnie ręce - nic nie poradzę, że chcę zrozumieć zasady tego świata. Więc? Proszę, zacznij jeszcze raz, teraz będę słuchał uważnie. Maszerowali leśną ścieżką, otoczeni drzewami ze wszystkich stron. Słońce nie dokuczało, nie mogąc przebić zielonego muru liści. Ciszę przerywały pojedyncze świergoty ptaków. Dziewczyna szła przodem, ciągnąc za sobą konia, Alan dreptał za nią, nie mogąc przestać się rozglądać. Las na pierwszy rzut oka nie był żadnym nadzwyczajnym zjawiskiem, jednak im dłużej przemierzał puszczę, coraz wyraźniej czuł dziwną lekkość i spokój. -Dobrze, ale postaraj się teraz skupić. -Zgoda - odparł ugodowo.-Zapamiętałem jednak, że jest jeden kraj, nie cztery. -To już coś- Mirle uśmiechnęła się lekko- Zjednoczone Królestwo podzielone jest na cztery części, Prowincje Wschodnią, Zachodnią, Północną i Południową. Obecnie znajdujemy się w Wschodniej gdybyś był szalenie ciekaw. W każdej z nich znajduje się miasto pełniące funkcję stolicy. Zdążamy tam właśnie. Do Tamroth. Na Południu znajdowało się Amaroth, miasto królewskie-to, które zostało spalone. Na Zachodzie- Rawenglad-osadzone na górskich stokach, zaś na Północy- Tor Saven. Teraz rozumiesz? -Owszem- odparł z namysłem.- Zgubiłem się dopiero przy żołnierzach. -Ach, tak. Chodzi ci o spalenie Amaroth? -Tak. -Mim zaprowadziła cię na ruiny?- zapytała cicho.- Widziałeś je? Skinął niechętnie głową. Nie chciał wracać wspomnieniami do tego, co tam zobaczył. Mirle spoważniała, milczała jeszcze przez chwilę, zastanawiając się jak swoje myśli ubrać w słowa. Po chwili powiedziała: -To, co widziałeś jest dziełem ludzi z Północy pod dowództwem Teraakara. Nie wiem, czy rozumiesz wagę tego, co się tam wydarzyło. Amaroth było miastem królów, miastem poza jakimikolwiek działaniami wojennymi, będące całkowicie neutralne. Przez tyle wieków przestrzegano tej zasady- w jej głosie zabrzmiała nuta goryczy.- Widać dla niektórych nie stanowi to problemu. -To ci, których widziałem na zgliszczach. Ci, którzy spalili chatę Mim i Sanuka – Alan westchnął cicho, rysy chłopaka stwardniały. -Nie - odparła stanowczo Mirle.- To byli najemnicy, bandyci, wszyscy łotrzy, których przygarnął Teraakar pod swoje skrzydła. Pewnie zauważyłeś, że nie noszą herbów na płaszczach. Tak? Więc to ich odróżnia od typowych wojaków północnych. Jednak, kto wie, czego nie wymyślą... -Ich sam widok odstrasza - mimo woli Alan wzdrygnął się na wspomnienie jeźdźców. -I słusznie. Są straszni. -Okrutni? -Tego nie wiem – odparła ostrożnie. Po chwili wzruszyła ramionami i pogładziła kasztanka po szyi.- Mają władzę i doskonale o tym wiedzą. Strach ludzi, respekt, to działa na nich jak narkotyk, coraz więcej i więcej, kto się przeciwstawi, ten ryzykuje wszystko. Południe po zgubie króla i najważniejszego miasta straciło równowagę i to na tyle, że najemnicy bezkarnie panoszą się po ich ziemiach. Są nieobliczalni i to jest w nich najgorsze. -Jakby machanie mieczem mogło wszystko rozwiązać - burknął Alan.- Walka nigdy jeszcze nie przyniosła rozwiązania. -Może - odparła z wahaniem, przyglądając się z ciekawością Alanowi.- Ale jeśli musisz wybierać między swoim życiem a wroga?- jej oczy błysnęły.- Nie ratowałbyś się? -Tak, ale… -To także walka. Dałbyś się w nią wplątać. Być może z obrony przeszedłbyś w atak… -Nigdy nie będę walczył, wierz mi - prychnął, ignorując znaczące spojrzenie dziewczyny.- To trzeba rozwiązać pokojowo. -Czyli jak?- zaśmiała się. -Mówisz dziwne rzeczy. -Za pomocą negocjacji. No nie patrz tak na mnie, za pomocą rozmowy. Wyjaśnienia, szukania kompromisu. -Amaroth także miało pójść na kompromis?- mruknęła.- Zostało podstępnie zaatakowane, co według ciebie miało zaproponować? A nawet jeśli tak, to rzeczywiście, ludzie od razu zażegnaliby konflikt. -Nie słuchasz mnie - odparł, dotknięty jej ironią. -Słucham i stwierdzam, że gadasz bzdury. -Nie myślisz racjonalnie. W odpowiedzi otrzymał fuknięcie. Mirle odrzuciła w tył włosy, poprawiła torbę. Alan zrównał się z nią, dając do zrozumienia, że czeka na odpowiedź. -Sam widzisz, że rozmowy prowadzą do kłótni. Czy my nie jesteśmy o włos od sprzeczki? -Jeśli ludzie potrafią się porozumieć, nie doprowadzą do tego - odparował. Ta tylko kiwnęła głową. -Teraakar nie umie tak rozmawiać. Bądź nie lubi. Mim i Sanuka pożegnali wczesnym rankiem, teraz zaś było późne popołudnie, ścieżka powoli wtapiała się w mrok. Postanowili odpocząć i zatrzymać się tu na noc. Udało się im znaleźć przytulne miejsce, małą zaciszną polankę, otoczoną krzewami jeżyn. Mirle zniknęła w poszukiwaniu drewna, polecając Alanowi rozpakować prowiant. Chłopak zabrał się do przeglądania ich zapasów, odprowadzając dziewczynę wzrokiem. Z trudem ukrył zdziwienie, gdy wczorajszej nocy obudziła go właśnie Mirle i oświadczyła, że jutro wyrusza wraz z nią. Nie zamierzał dyskutować, właściwie nie chciał, a dziewczyna sprawiała wrażenie jakby jej decyzja była nieodwołalna. Od początku nie poruszyła tego tematu, jakby jego towarzystwo było oczywiste. Miał jednak wrażenie, że i Mim miała coś z tym wspólnego. Nie rozmawiali o tym, ale powstało między nimi nieme przyzwolenie wspólnej wędrówki. Gdy nareszcie wróciła, na niebie rozbłysły pierwsze gwiazdy. Rozpaliła ognisko, iskry tańczyły pośród chrustu, ciepłym blaskiem oświetlając polanę. Skończyli skromny posiłek i położyli się na trawie by odpocząć. Alan wiercił się przez chwilę, Mirle nie reagowała. W końcu przerwał panującą ciszę. -Mam pytanie. -Doprawdy? Dotyczy ostatniego tematu? -Tak. Spalono Amaroth, bez ostrzeżenia zaatakowano bezbronnych ludzi. I tyle? Żadnego kontrataku?! Czy zniszczenie stolicy państwa i wybicie mieszkańców nie jest powodem do wojny?- Alan podniósł się na łokciach i spojrzał na nią uważnie. Mirle wpatrywała się w granatowe niebo, w końcu odparła powoli, z trudem dobierając słowa: -Masz rację, tak powinno się postąpić. Jednak musisz wiedzieć, że bunt Teraakara dotyczy nie tylko jednego miasta. Zajęli większą część Zachodniej Prowincji, w tym Rawenglad, Południe jest za słabe. Zaś możnowładcy…- przysiągłby, że wypowiedziała to słowo z czystym sarkazmem.- Przymykają oko na te przykre wybryki. To przypomina grożenie palcem dziecku, które uderzyło kolegę. Nie ma sił by ich zaatakować. Być może do tego dojdzie. Tego jednak nie wiem. Ognisko migotało przyjemnie, Mirle leżała skulona na trawie zapatrzona w jego blask. Alan patrzył na nią z niezdecydowaniem. Ich znajomość trwała krótko, ale musiał się sam przed sobą przyznać, że ją polubił. Co tak naprawdę o niej wiedział? Była półelfką, tyle zdążył dowiedzieć się od Mim. Najwyżej dwa, trzy lata starsza od niego, o ile wygląd może zdradzać wiek. Obserwował ją przez całą drogę, smukła, szła pewnym, zdecydowanym krokiem. Owalną twarz o regularnych rysach otaczały długie kasztanowe włosy spięte w luźny warkocz. Na lewym policzku widniał nakreślony czarnymi liniami tatuaż, tworzony przez wijące się linie i nieznane mu wzory, sięgające od zewnętrznego kącika oka ku uchu. Wszystko to tworzyło jedną zgraną całość, dodającą niezwykłego wyrazu dziewczynie. -Długo mi się przyglądasz- wymamrotała sennie Mirle, unosząc powieki. Wyrwany z toku myśli, uśmiechnął się słabo. -Przeszkadza ci to? -Jak na razie nie. Niech zgadnę… Pewnie jesteś ciekawy, co to za tatuaż? -Zgadłaś- odparł wesoło, zbliżył się do niej by go dokładniej obejrzeć.- Czy coś znaczy? -Nie w całości. Widzisz tę linię?- musnęła palcem policzek.- Kończy się ona znakiem Ar, który chroni przez niebezpieczeństwami. A ten wzór przynosi pomyślność podczas podróży. -Wspaniałe- odparł szczerze.- Sama go wykonałaś? -Nie. Moja przyjaciółka. Wybrała je dla mnie, sądząc, że będą najodpowiedniejsze. Chyba miała rację. -A wierzysz w ich moc?- Alan z powrotem położył się na plecach, zakładając ręce za głowę. Mirle dorzuciła kilka gałęzi do ognia, po czym odpowiedziała: -Jak dotąd nie stało się nic złego. Nie jestem tak ufna w magiczne moce jak ona. Ale zmieńmy temat - dodała szybko.- Kierujemy się do Tamroth… -Stolica Wschodu? -Tak, tak. Jednak najpierw musimy zatrzymać się w najbliższym mieście, trzeba wybrać dla ciebie konia. -Konia?- zawołał z niedowierzaniem, mina momentalnie mu zrzedła.- Nigdy nie siedziałem na żadnym koniu. I nie mam najmniejszej ochoty. -Jak chcesz- wzruszyła ramionami.- Ale nie skarż się, gdy będziesz musiał biec za moją kasztanką. -Więc nie mam wyboru? -Nie masz – odparła przekornie. Wahał się przez chwilę, jednak widząc jej zniecierpliwienie dał za wygraną. -Zgoda, ale niech to będzie jakiś starszy, spokojny konik- odparł ugodowo. -Wybiorę ci najbardziej narowistą szkapę, jaką znajdę - parsknęła śmiechem.- Gdy wrócisz tam, skąd przybyłeś nikt nie powie, że jesteś marnym jeźdźcem. -Wierzę na słowo - tym razem zmusił się do uśmiechu. Gdy wróci. Jeśli wróci… Mirle przeciągnęła się, z trudem tłumiąc ziewnięcie. -Czas spać, jutro wstajemy o świcie, znam pewne miasteczko, tam zazwyczaj się zatrzymuję. Nie martw się już o konia, wszystko jutro załatwimy. Dobranoc. -Spokojnych snów - westchnął. Przez chwilę bawił się źdźbłem trawy, w końcu także przysunął się do ogniska. Gdy wróci. Czy odnajdzie to przejście, które wprowadziło go do tego świata? Jednak stale odsuwał tę myśl, która napawała go niepokojem. W końcu przymknął powieki, zmęczony całodziennym marszem, do którego nie przywykł. Śnił o domu. O Tomie, Marie i o Annie kłócącej się z panią Adams o kolor ścian.

***

Obudziły ich pierwsze, nieśmiałe promienie słońca i lekki chłód poranka. Szybko przygotowali się do dalszej drogi i bez żalu zostawili za sobą leśną polanę. Wkroczyli w kolejną gęstwinę drzew, otoczyła ich zieleń i odurzająca woń żywicy. Zapach puszczy orzeźwiał i dodawał sił, więc już się nie ociągając, ruszyli jedną z nielicznych, wydeptanych ścieżek. -Niedługo wyjdziemy poza granice lasu - obiecywała Mirle, odgarniając kolejne gałęzie. -Nie śpieszy mi się na otwartą przestrzeń - Alan rozglądał się w koło, po chwili dodał.- Tutaj czuję się pewniej. -Wszędzie możesz czuć się bezpieczny, o ile umiesz unikać… pewnych miejsc. Wtedy nie wpakujesz się w żadne tarapaty - Mirle spojrzała na niego poważnie, trzymając wodze konia. -Wszędzie? -Wszędzie -powtórzyła.- Tu też jesteś bezpieczny, jeśli nie przeszkadzasz mieszkańcom tej puszczy. -Czyli bazyliszkom i smokom?- zażartował. Musiała nie do końca zrozumieć dowcip, skoro powiedziała tylko: -Tutaj nie ma ani jednych ani drugich. Wilki, lisy, jelenie, czasami nawet niedźwiedzie…Zawiedziony? -Czyli one nie istnieją? - zapytał z ukłuciem rozczarowania. -O ile mi wiadomo, nie - uśmiechnęła się rozbawiona.- Ja żadnego nie spotkałam. Spodziewałeś się, że w każdej kałuży będzie wodnik? -Masz szalenie ostry dowcip. Udała, że nie słyszy. Wkrótce obietnicom Mirle stało się zadość. Po kilku godzinach wędrówki, pomiędzy zieloną ścianą ujrzeli przebłysk błękitu a po chwili przed nimi rozlała się potężna równina, oświetlona letnim słońcem. Wysokie trawy gięły się pod podmuchami wiatru, szarpiącego je nieustannie. Alan osłonił oczy dłonią, lustrując krajobraz. Zielony pas ziemi wyraźnie odcinał się od lazuru nieba, po za tym nic nie przerywało tej…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych