Wrota Starożytnych- Rozdział VIII
Ekhem... część kolejna. Przygód Alana i spółki ciąg dalszy. Historia druidki, spotkanie na rozstajach dróg. I ten pałętający się wszędzie kot. Naturalnie zapraszam do czytania i wstawiania komentarzy.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
ROZDZIAŁ VIII
Od dłuższego już czasu obserwował słońce, prześwitujące przez szpary w deskach. Złote promienie sączyły się przez dziury, smugami znacząc przestrzeń. Alan założył ręce za głowę, odetchnął głęboko. Od dawna nie czuł się tak spokojny i bezpieczny. Udało się im uciec, mimo, że Ray omal nie przypłacił tego życiem. Podniósł się i spojrzał w stronę leżącego nieopodal towarzysza. Jego pierś unosiła się w płytkim, nierównym oddechu. Zacisnął zęby. Nie obudził się. Krótkich przebłysków świadomości, bzdurnych i bezsensownych pytań nie można nazwać przebudzeniem. Nic. Nic się nie działo. Kazano im czekać, najlepiej o nim nie myśleć. Uśmiechnął się gorzko. Musi bezczynnie siedzieć i liczyć, że coś się wreszcie wydarzy. Ray był zawieszony między dwoma światami. I nie potrafił z tej drogi zawrócić. Z zamyślenia wyrwało go ciche mruknięcie. Poczuł jak o jego rękę ociera się coś aksamitnego. -Jaspis, daj spokój- mruknął z irytacją w stronę czarnego kocura. Zwierzę syknęło cicho i wbiło w niego dwoje jadowicie żółtych oczu. Alan nie przejął się tym zbytnio. Jaspis miewał wszelkie humory, od szaleńczej miłości do skrajnej nienawiści. W chłopaku zdążył się zakochać dwa razy, by potem go rzucić i znowu wrócić. Alan uśmiechnął się z rozbawieniem, pokręcił głową. Zwariowany kot. Spuścił bose stopy na podłogę, przeciągnął się leniwie. Jaspis zeskoczył bezszelestnie i ruszył adorować nieprzytomnego Raya. Alan szybko zarzucił na siebie koszulę i wyszedł na dwór. Uśmiechnął się w stronę nieba, błękit odpowiedział mu tym samym. Las szumiał cicho, znad drzew wzlatywała mgła. -Witaj. -Cześć-rzucił pogodnie w stronę siedzącej Mirle. Ta kiwnęła głową i wróciła do segregowania ziół. Usiadł obok niej, wygodnie rozłożył się na zdezelowanej ławce. -To zioła, które przyniosła Astrea? Półelfka skinęła głową. -Te same. Poszła po następne, wolę nie myśleć, jakie. Nie wiedziałam, że Mim miała tyle pracy z tymi roślinami. Alan uśmiechnął się lekko. Przypomniał sobie utyskiwania Mim i dziecięcy zachwyt Sanuka. Nie sądził, że tak bardzo będzie mu tego brakować. -Daj, pomogę ci. -Dziękuję. Jak się czuje Ray? -Nijak- mruknął.- Przecież jest nieprzytomny… Ile czasu minęło od naszej ucieczki? Dwa, trzy dni? -Bądź cierpliwy. Nikt nie powiedział, że wszystko wróci do normy, ot tak, od razu. Musimy czekać. Alan- Mirle na moment odłożyła łodygi, odgarnęła włosy- on ma szansę. W końcu zobaczymy poprawę. Zaufamy druidce, nie mamy wyboru. Nie odpowiedział. Druidka. Astrea. Drobna dziewczyna, z burzą złotych, niesfornych loków. Jedyna, która miała odwagę powalczyć o Raya. Tak jak on, poznała piętno niewoli u Rubiego. Teraz tylko mocne, czerwone zadrapania przypominały o tym koszmarze. Uczennica druidów, była niczym zesłaniec opatrzności. Dzięki znajomościom ziół, powoli i cierpliwie leczyła Raya, nie poddając się rezygnacji. Alan nie raz siedział przy łóżku chłopaka, błagając by wreszcie się przebudził. Wpatrywał się uparcie w jego bladą twarz, jakby pod siłą samego spojrzenia mógł czegoś dokonać. Jedynie co widział to obraz nieprzytomnego, wycieńczonego człowieka. Szybko odsunął od siebie niewesołe myśli. Uda się. Musi. Oparł plecy o ścianę chaty, rozkoszując się ciepłem płynącym z nagrzanego drewna. -Zaufamy jej. Zresztą, chyba warto. Mirle, błagam zabierz stąd tego kota… Czego on znowu ode mnie chce?! Jaspis zamruczał cicho, sadowiąc się na kolanach Alana. Mirle parsknęła śmiechem. -Niech sami ci powie. Mirrora twierdzi, że zna ludzką mowę. -Naturalnie-odparł z przekąsem Alan.- Tylko nikt nigdy tego nie sprawdził. -Gdybyś spędzał tu całe dnie, sam, zupełnie sam, też byś w to uwierzył. Mirrora, elfka, która udzieliła im schronienia uważała, że rozmawiała z Jaspisem. Za każdym razem, gdy ją o to pytał, uśmiechała się tajemniczo, w jej szarych oczach błyszczała wesołość. Niczego się nie dowiedział, zaniechał wypytywań. Pogodził się, że magia nie istnieje. Bo przecież nie istnieje… Ostatecznie pozwolił zostać Jaspisowi, leniwie gładził jego jedwabne futro. Mirle wróciła do pracy. -Czasem ją odwiedzasz. Czy nie tak to tłumaczyłaś?- odezwał się po chwili milczenia. Spojrzał na nią z ukosa. Podniosłą głowę, skrzywiła się lekko. -Tak. Jednak rzadko, jeśli spojrzeć na to, ile ją znam. Zbyt rzadko. Jest strażniczką tego lasu, pustelniczką. Tak to sobie tłumaczę, niekiedy nie potrafię jej zrozumieć. W końcu jest elfem, elfem czystej krwi. Podaj mi melisę… dziękuję. Chadza własnymi ścieżkami. Nie zatrzymasz jej. Ma swój świat, jak każdy-uśmiechnęła się.- Dlatego, jeśli uważa, że Jaspis potrafi mówić, nie ignoruj tego. Chłopak skinął głową na znak, że rozumie. Podał jej kolejną wiązkę roślin. Słońce świeciło coraz mocniej, trawy gięły się pod podmuchami wiatru. Zapowiadał się piękny dzień. Jaspis zamruczał przez sen.
Czas mijał powoli, zbyt powoli. Alan snuł się po kątach, wsłuchując się w oddech Raya lub ciche kroki Mirle. Astrea i Mirrora powinny już wrócić, wraz z ziołami i zającami. O ile udało się jakieś złapać. Westchnął, ignorując Jaspisa, wyszedł na zewnątrz. Obserwował niebo, powoli tracące swój jasny kolor. Prawdę powiedziawszy, nie mógł się doczekać powrotu elfki i druidki. Mirle czuwała przy Rayu. Zanim nadszedł zmierzch, z odmętów drzew wyłoniły się dwie rozmazane sylwetki. Mirrora szła na przedzie, nastroszone włosy sterczały jej na wszystkie strony. Na widok chłopaka uśmiechnęła się wesoło i energicznie pomachała ręką. Odwzajemnił powitanie. Tuż za nią maszerowała Astrea, nieustannie poprawiając skórzaną torbę, zsuwającą się z ramienia. Odgarnęła jasne włosy i krótkim skinieniem przywitała Alana. -Witamy nareszcie-zawołał, nie ruszając się z miejsca. Mirrora stanęła, oparła ręce na biodrach. -Nie nudziłeś się? Następnym razem możesz iść ze mną. Ale nie spodziewaj się niczego ekscytującego. Nie dla mieszczanina łapanie zajęcy. Już miał zaprzeczyć, lecz Mirrora machnęła ręką i weszła do środka. -Dosyć oryginalna dziewczyna-zauważyła cicho Astrea. Zrzuciła torbę na trawę i przyłączyła się do Alana. -Obie jesteście niecodzienne-odparł przekornie. Dziewczyna przeciągnęła się sennie, ziewnęła. -Oszczędź mi tych komplementów. Zrozumiesz, gdy jednak wybierzesz się z nią na cały dzień. Nie śpieszy ci się? Dlaczego mnie to nie dziwi… Spojrzał na nią z ukosa, mierzyli się przez moment spojrzeniem. Gdyby chciał, mógłby policzyć wszystkie jej piegi, przyjrzeć się złotym cętkom na niebieskich tęczówkach. Jej usta rozchyliły się w żartobliwym uśmieszku. Uwielbiała z niego drwić. -I co z Rayem?- zapytała po chwili, zmieniając temat. -Nic, bez zmian- westchnął ukradkiem.- Co to za zioła? Astrea uśmiechnęła się z wyższością, lekko trąciła stopą leżącą torbę. Odpowiedział jej cichy chrzęst. -Odrobinę nagietka lekarskiego, rumianku, krwawnika, pokrzywy…- zaczęła wyliczać, z każdą pozycją odginając jeden palec.- I inne, jakie udało mi się znaleźć i które mogą być pomocne. Rośliny mają potężną moc, ale nie postawią twojego kompana od razu na nogi. Tak przy okazji, mam miętę. Co powiesz na napar z mięty? -Bardzo chętnie- wstał. Przez okno spostrzegł, jak Mirrora układa drwa w kominku, a Mirle szykuje kolację.
Alan wsłuchiwał się w skrzypienie desek i trzaskanie ognia. Ciepło rozleniwiało, spokój usypiał. W końcu poddał się nastrojowi, przymknął ociężałe powieki. Jaspis wpakował mu się na kolana, mrucząc zmysłowo. Chłopak odchylił głowę i zanurzył się w przyjemnym półśnie. Astrea spojrzała na niego ukradkiem, westchnęła: -Mirle, skąd ty ich wytrzasnęłaś? Półelfka zmarszczyła lekko brwi. -Dziwnych masz kompanów. Na twarzy Mirle zadrgał słaby uśmiech. -Opowiedz- dodała Mirrora. Odgarnęła niesforne, brązowe kosmyki, zmrużyła stalowe oczy.- Nie bądź tajemnicza. -Nie ma tu nic do mówienia- wykręciła się Mirle. Co niby miała im opowiedzieć? O nieprawdopodobnej historii Alana, jego pechu, Rayu? O zwariowanej ucieczce, wspólnej wędrówce? Nie wytrzymała, znowu się uśmiechnęła. Bogowie, kto w to uwierzy… -Nic? -Nic. Mirrora strzepnęła nieistniejący kurz z rękawa, przyjrzała się dziewczynie z ukosa. Wymieniła porozumiewawcze spojrzenie z Astreą. -Musisz potrenować okłamywanie. Opowiedz coś, czeka nas długi wieczór. Gdy wyruszysz, znowu będę mogła dyskutować sama ze sobą- skrzywiła się, smukłym palcem jeżdżąc po krawędzi kubka.- Więc? -Opowiadaj- mruknęła przekornie Astrea. -Trochę to zajmie. -Mamy dużo czasu, a tamci śpią. Posłuchamy… Mirle zawahała się. Czuła, że obie dziewczyny patrzą na nią z wyczekiwaniem. Jeszcze raz spojrzała w stronę Alana i Raya. Gorączka spadła, przemknęło jej przez głowę. Może niedługo się ocknie. Niech tam, co jej zależy… Nie ma niczego do ukrycia. Przysunęła parujące naczynie, poczuła rześki zapach mięty. Uśmiechnęła się tajemniczo. -To zaczęło się, gdy dotarłam do chaty Mim…
***
Gothard zatarł zziębnięte ręce, szczelniej opatulił się płaszczem. Co za idiotyzm planować spotkanie w nocy?! W nocy, na rozstajach dróg. W nocy, na rozstajach dróg, gdy jest zimno, brudno i niebezpiecznie. Wyburczał ciche przekleństwo, przysunął się bliżej konia. Elegancki, wyjściowy płaszcz szlag trafi przy takiej pogodzie… Niczym w tanich powieściach sensacyjnych. Widać ludziom nie brakuje fantazji. Zadarł głowę, spojrzał w górę. Atramentowe niebo rozświetlone było przez blade światło księżyca. Resztę zazdrośnie skrywały chmury. Potarł skostniałe palce, zmarszczył brwi. Jutro ma wykład, kilka ważnych spotkań, musi zacząć przygotowywać przemówienie. Jak mogę teraz o tym myśleć, przemknęło mu przez głowę. Człowiek, któremu zlecił wytropienie meteorytu ostatnio się nie odzywał. Nie odzywał się długo. Zbyt długo. W sercu dziekana rodził się niepokój, zaniepokojenie drążyło jego umysł powoli, lecz stopniowo coraz głębiej. Teraz czeka go zdanie relacji, ważna rozmowa. Pośród zdziczałych pól będzie starał się zyskać jeszcze trochę czasu. W zamyśleniu spojrzał na Tamroth. Jasne światła domostw i ulic tworzyły nad miastem lśniącą poświatę. Wszystko się tak skomplikowało, odkąd Amos został regentem… Nie od razu zauważył, jak od mroku odcina się szara, zakapturzona postać. Jeździec mknął w jego stronę, tętent kopyt rozchodził się słabym echem. Usłyszał chrzęst piasku i sapanie wierzchowca. Skrzywił się, cofnął w głąb cienia. Nie może ufać każdemu napotkanemu, nie chciał plotek. Są mu teraz najmniej potrzebne. Nim jednak zdążył wysnuć jakiekolwiek domysły, postać zsunęła się cicho na ziemię i bez zastanowienia ruszyła w jego stronę. -Wyjdź Gothardzie- druid odetchnął z ulgą, słysząc znajomy głos. -Crhack… Myślałem, że… -Coś mnie zatrzymało. Dokładniej ktoś, ale to nieważne. Chyba cieszysz się, że przyjechałem? -mężczyzna zsunął kaptur, przeczesał palcami długie, ciemne włosy. Gothard spojrzał na niego ponuro. Cieszy się? Nie był tego taki pewien. -Mogliśmy spotkać się w nieco… dogodniejszym miejscu. Chcesz rozmawiać w takich ciemnościach? -mruknął cicho. Crhack błysnął białymi zębami. -Od kilkunastu dni jestem w drodze, te rozstaje nie robią mi żadnej różnicy. Do Tamroth zaś nie mam zamiaru się wybierać. Nie jestem tam mile widziany… -Przecież List Żelazny zapewnia ci nietykalność. -Nie zamierzam go nadużywać, szczególnie, w mieście, gdzie Amos ma tak szerokie wpływy. Myślisz, że on dba o dokumenty podpisane ręką Teraakara?- Crhack prychnął cicho.- Mój pan z żalem przyjmuje wrogie nastawienie Prowincji Wschodniej. Ale powoli wasze dąsy obchodzą go coraz mniej. Więc czego się dowiedziałeś? Czy Rada się odbyła? Gothard wzruszył ramionami, pogładził szarą brodę. -Nic szczególnego. Nie podjęto żadnych decyzji, co do Teraakara. Możesz mu powiedzieć, że dam znać, jeśli coś zacznie się zmieniać. Tamten skinął głową, wyjął papierosy. -Zapalisz? -Nie, dziękuję. -Przeklęci druidzi-wymamrotał.- Niech ci będzie. Cholerni obrońcy zdrowia. Dziekan zacisnął usta. Crhack pytał dalej: -A co z meteorytem? Posłałeś kogoś w końcu? -Tak, już wyruszyli. -I? -I nic. Czekam. -Bosko. Ile to będzie trwać? Mogą być problemy? Kto jeszcze o tym wie? Gothard schylił głowę, Crhack wpatrywał się w niego uważnie. -Więc?- zapytał ostro dziekana. -Czekam na informacje, myślę, że niedługo nareszcie czegoś się dowiem. Co do komplikacji… Crhack, one zawsze mogą wystąpić. Nie tylko my badamy tę sprawę. Są osoby, którym zależy na tym tak samo mocno. Może tylko motywacje mają inne- uśmiechnął się ponuro. Mężczyzna zaciągnął się, po chwili dym uniósł się z pędem wiatru. Gothard skrzywił się lekko. -Dobrze… Kto wie? -Co? -Pytam, kto jeszcze wie, -Osoby powołane- odparł z ociąganiem dziekan.- Ci, którzy się sprawą interesują. I jedna półelfka, słyszała podstawowe informacje. Mimo ciemności, zauważył, jak Crhack zmarszczył brwi. -Skąd? -Odmówiła zlecenia. Dopiero później znalazłem kogoś odpowiedniejszego. Ale nie martw się- machnął lekceważąco ręką- zajmę się tym w odpowiednim czasie. Nie jest groźna, wie zbyt mało. Crhack potarł brwi, westchnął cicho. -Nie zawiedź nas. Nie zawiedź mnie. Inaczej niech cię diabli- warknął.- Ruszam dalej, zatrzymam się u jednego ze znajomych. Szukaj dalszych informacji, jeśli zajdzie potrzeba-znajdź mnie. Podszedł do konia, pogłaskał go po spoconych chrapach. Spojrzał na żarzący się niedopałek papierosa, w końcu cisnął peta na trawę. Gothard obserwował, jak szykuje się do odjazdu. Nareszcie, pomyślał. Mogło być gorzej. Miał szczęście. -Jeszcze jedno- Crhack odwrócił się w jego stronę- będziesz na balu, organizowanym przez hrabinę de Vav? -Naturalnie, ale…Zaprosiła cię?- mruknął z niedowierzaniem Gothard.- Tak bardzo zależy jej na samobójstwie towarzyskim? Crhack parsknął stłumionym śmiechem. -Nie wiem. Ale niezbyt mnie to obchodzi. Lubię jej przyjęcia, chętnie was odwiedzę- dodał kpiąco.- Poza tym, któż jej zabroni zapraszać kogo chce? Jestem arystokratą. Polityka zostaje przed drzwiami. Dziekan nie odpowiedział. Miał na ten temat odmienne zdanie… -Bywaj Gothard. Czekamy na dalsze wieści. A co do zapłaty- wiesz u kogo jej szukać. -Tak, wiem. Ruszaj już. Po gościńcu przetoczył się głuchy tętent końskich kopyt, który w końcu ucichł. Pośród pól hulał wiatr. Gothard odetchnął z ulgą, po chwili sam ruszył w stronę swojego konia. Czas wracać…
***
-Gdzie jestem? Alan wyszczerzył zęby. Nie mógł się powstrzymać, prawdę mówiąc nie zamierzał. Ray rozejrzał się nieprzytomnym wzorkiem, zmęczony opadł na plecy. Mirle oparła się o ramę łóżka. -Tak, my też się cieszymy, że jesteś z nami. Chłopak spojrzał zdziwiony na…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Czapla
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…