Wróć do katalogu

Wrota Starożytnych- Rozdział XIII

Mimo zawirowań udało mi się ukończyć kolejny rozdział. Przepełniony zapachami, barwami, uśmiechami, z domieszką alkoholu. O kolejnym spotkaniu, innych uczuciach i celach. Hm, zapędziłam się trochę... Zapraszam, miłej lektury:)

Czapla, opublikowano , 52 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

ROZDZIAŁ XIII

Muślinowe firany głaskał wiatr, promienie słońca ozłacały ściany śląc świetlne refleksy. Żółte pręgi kładły się na meblach i podłodze, smugami przecinały przestrzeń. W powietrzu unosił się mdły aromat perfum. Misternie zdobione biurko zawalone było książkami, całość zdawała się być ułożona w specjalny sposób, tworząc kontrolowany nieład. Pastelowego koloru tapety, przetykane nieodłącznym złotem nadawały pokojowi ciepła i przytulności. Alan chrząknął cicho. Gustownie urządzony pokój, pełen krzykliwych barw, rzeźbionych mebli i egzotycznych roślin zupełnie nie zgrywał się z czwórką wędrowców. Komnata była jakby z innej opowieści, pełnej cudów, słońca i kolorów. Oni, ubrani w podniszczone podróżne stroje byli kroplą czerni na jaskrawym obrazku. Chłopak rozejrzał się, jeszcze raz potwierdził swoje rozmyślania. Ray siedział na wybitym czerwonym aksamitem fotelu, opierając łokcie na kolanach. Czarne buty z wysokimi cholewami deptały wzorzysty dywan. Chłopak ubrany w ciemne spodnie, burą koszulę z czarną, wypłowiałą kurtką i posępną miną, wbity w otoczkę blichtru przedstawiał nieco groteskowy obrazek. Mirle siedziała rozparta na sofie obitej kwiecistym materiałem, w brązowej bluzce i zakurzonych od pyłu butach. Luźno puszczone orzechowe kosmyki, smagła, ładna twarz, kocie spojrzenie i fantazyjny tatuaż wijący się wokół oka nadawał jej egzotyczny wygląd. Jedynie Astrea miała szansę wtopić się w barwne, pstrokate tło. Siedziała wyprostowana, ze ściśniętymi kolanami, ręce kładąc na podołku. Burza złocistych loków opadła jej na ramiona, na jasnej twarzy zapanowało skupienie. Miała w sobie arystokratkę, której nigdy nie wymaże, jak bardzo by się starała. Jej poza, gesty, wyuczone w dzieciństwie pasowały do tego miejsca bardziej niż nieufne spojrzenie Mirle i milczenie Raya. Alan ukradkiem zerknął na dziewczynę, uśmiechnął się lekko. Druidka gdzieś znikła, wraz z czarodziejką a zastąpiła ją dziewczyna z błękitną krwią. Workowata tunika przestała się liczyć. Astrea była szlachcianką. Od przeznaczenia nie da się uciec. O sobie nie myślał, w końcu nie pasował do żadnego zakątka tego świata. Teraz muszę wyglądać żałośnie, pomyślał z przekąsem. Ten, który uratował hrabinę od śmierci, jej wybawiciel. Splot wydarzeń był dla niego tak absurdalny, że aż śmieszny. Lokaj zjawił się jak zwykle, znikąd. Skłonił się ze sztywną elegancją. -Zapowiedziałem was u pani hrabiny. Proszę za mną. Ray i Alan wymienili porozumiewawcze spojrzenia, Astrea bez wahania ruszyła ku drzwiom, prowadzącym na taras. Znaleźli się na zalanym słońcem i ciepłem trawniku, otoczeni przez ostrzyżone w idealną kulę krzewy i stadka szkarłatnych róż. Lokaj poprowadził ich w głąb ogrodu. Pośród cienia drzew siedziało kilka kobiet. Jedna górowała nad resztą, wtulona w oparcie leżaka. Pozostałe siedziały na kocu u kolan kobiety, porozrzucane po podłodze kości do gry i karty co pewien czas wywoływały wybuchy wesołości. Zwiewne i eteryczne bardziej przypominały nimfy niż ludzi z krwi i kości. Gdy podeszli bliżej, służki uniosły się i bez słowa odeszły w głąb ogrodu. Siedząca kobieta wstała, niedbałym gestem wygładziła materiał sukienki. Alan przyjrzał się lekkiej, jedwabnej sukni koloru chabrów, spiętej srebrną klamrą. Poczuł lekkie ukłucie, znowu przenieśli ich do landrynkowej bajki. Kolorowe spinki wpięte we włosy hrabiny migały wesoło w pojedynczych promieniach słońca. Hrabina de Vav nie była klasyczną pięknością. Nie posiadała delikatnych, harmonijnych rysów, nieskazitelnej cery. Jej uroda była na swój sposób oryginalna, miała w sobie coś twardego i ostrego. Lekko kanciastą, trójkątną twarz okalały miękkie fale włosów barwy ciepłego brązu. Wystające kości policzkowe opinała blada skóra. Wąskie usta uśmiechały się z życzliwą uprzejmością, bladozielone oczy przysłonił wachlarz czarnych rzęs. W źrenicach błyszczało zainteresowanie, ciekawość i żywiołowość. Jej gesty, ruchy zdradzały wybuchowość i temperament, nawet jeśli teraz spokojnym krokiem kierowała się w stronę Alana. Choć na twarzy gościł lekki uśmiech, a w oczach sympatia, chłopak zauważył coś jeszcze. Dumę. Godność i cień pogardy dla reszty, ledwo zauważalny. Wzbudzała respekt, musiał to przyznać. -Mam nadzieję, że lokaj nie trzymał was zbyt długo w samotności- powiedziała, jej głos zawibrował przyjemnymi, melodyjnymi dźwiękami.- Ten mężczyzna ma talent do przedłużania każdej ceremonii. Astrea dygnęła z gracją, bez strachu spojrzała hrabinie w oczy. -Dziękujemy za troskę i przyjęcie. Masz wspaniałego sługę, pani. Hrabina parsknęła śmiechem, który szybko opanowała. Związana etykietą musiała ograniczyć się do uprzejmego skinięcia głową. -Cieszę się- rozłożyła dłonie.- Witajcie w moim domu. Jesteście moimi gośćmi, którym chcę się odwdzięczyć. Choć za uratowanie życia trudno znaleźć podziękowanie- spojrzała na Alana. Chłopak zmieszał się lekko. Nie wymagał od niej wdzięczności, miał nawet wrażenie, że większą role od niego odegrał zwykły przypadek. Jakby z oddali usłyszał głos Astrei. Ray i Mirle stali nieco z tyłu, ze spokojem czekając na koniec rozmowy. -…dziękujemy pani za zaproszenie, to zaszczyt być pani gościem. Ruszyli żwirową alejką, wijącą się między krzewami bukszpanu. Alan dreptał posłusznie obok hrabiny teraz zabawianej przez Astreę. Dziewczyna szybko zdobyła sympatię Virginii, zręcznie prowadząc rozmowę. Alan obrócił się, spojrzał na Mirle. Półelfka uśmiechnęła się, potrząsnęła głową. -Tak, możecie zostać tu na dłużej, wypocząć w trudach podróży. Moja służba wszystkim się zajmie. Poza tym- hrabina zrobiła efektowną pauzę.- Jesteście wyjątkowymi gośćmi, przyjemnością będzie dla mnie goszczenie was na balu, który urządzam z okazji przesilenia. Nadchodzi lato, najkrótszą noc w roku spędzimy świętując. Astrea zamrugała nerwowo, spojrzała na nią z niedowierzaniem. -Bal?- wykrztusiła. Hrabina uniosła rąbek sukni, skinęła głową: -Zjawiając się, uczynicie mi niezmierną radość. Mirle spojrzała zaniepokojona na Astreę, gwałtownie pokręciła głową, ale druidka zdawała się jej nie zauważać. -Przyjmiemy zaproszenie-wypaliła bez zastanowienia.- Z pewnością pojawimy się na przyjęciu. Ray jakby ocknął się z zamyślenia, z zaskoczeniem spojrzał na czarodziejkę. „Oszalałaś?!” powiedział bezgłośnie. Astrea uciekła wzrokiem, uśmiechając się do siebie. Alan widząc złość Mirle i bezgraniczne zdumienie Raya, westchnął cicho. Nie miał siły wyobrażać sobie, jak potoczy się rozmowa z Astreą, gdy hrabina zostawi ich samych. Nagle rozmowę przerwał cichy okrzyk.. Virginia zmarszczyła brwi, odwróciła się. W ich kierunku szła jedna z dwórek. -Pani, pozwoliłam sobie przekazać ci wiadomość, iż hrabia Roland wraz ze świt… Urwała, dopiero teraz zauważając gości. Omiotła ich spojrzeniem, z trudem opanowując zdziwienie. -Przyjechali już? Zaraz ich przywitam- odparła Virginia, dając znak dziewczynie by podeszła bliżej. Położyła jej rękę na ramieniu i spojrzała na pozostałą czwórkę. -Moja ulubienica, mówiąc nieskromnie. Julio, przedstawiam ci naszych gości. Dziewczyna dygnęła lekko, z ciekawością przyglądając się nieznajomym. Alan uśmiechnął się, jedna przelotna myśl krzyknęła gdzieś w głębi umysłu: była ładna. Nawet bardzo, musiał to przyznać. Ciemne włosy spięte były klamrą, kilka luźnych kosmyków wijąc się, opadało na ramiona. Duże, ciemne oczy błyszczały lekko, na drobnych ustach drgał cień uśmiechu. Nieco niższa od hrabiny, smukła i zgrabna. Julia. Uśmiechnęła się do Alana, tak jak do Mirle i Astrei. Na widok Raya zamarła. Kąciki jej ust zadrgały, w końcu skłoniła się lekko. Chłopak wpatrywał się w nią dziwnym wzrokiem, w końcu, jakby z oporem ukłonił się sztywno. Nie mógł oderwać od niej wzroku. -Julia z chęcią pokaże wam zamek, oprowadzi po tutejszym ogrodzie jeśli zechcecie- Virginia zmrużyła bladozielone oczy.- Będzie doskonałą towarzyszką, jest do waszej dyspozycji. Dwórka błysnęła ząbkami. -To dla mnie zaszczyt.

***

-Mdli mnie- Mirle skrzywiła się lekko, od niechcenia upiła łyk herbaty z porcelanowej filiżanki. Astrea uniosła pytająco brwi. -Mdli mnie-powtórzyła półelfka.- Od cukierkowej Julii, przepychu bijącego po oczach, ugrzecznionych rozmów i sztywnego jak wykrochmalony kołnierz lokaja. Zaś zostanie na balu to najgorszy pomysł, na jaki mogłaś wpaść. -Powtarzasz to jak nakręcona- odcięła się druidka.- Przecież to nie koniec świata. A hrabinie nie powinno się odmawiać. Alan zyskał jej łaski, my wraz z nim. Tego się nie odrzuca. Półelfka wydęła pogardliwie wargi. -Dlaczego? Bo przed imieniem dodaje tytuł? Astrea w odpowiedzi tylko westchnęła. -Dlaczego ci to tak przeszkadza?- Alan zmarszczył brwi, po chwili nakazał wyczarowanym przez siebie kulom wpadać na siebie nawzajem. Mirle prychnęła cicho. -Ponieważ jesteśmy w złotej klatce. Czym was przekupiła? Nawet Ray stracił głowę dla panny Julii- mruknęła niechętnie. Ray, oparty o framugę okna zdawał się jej nie słyszeć. Astrea wzruszyła ramionami, Alan zatrzymał kule płynące w powietrzu. Zapadła cisza. Półelfka zacisnęła wargi. -Skoro tak uważacie- powiedziała chłodno.- Zostaniemy. Na naszą zgubę.

***

Wóz podskakiwał na wyboistym gościńcu, skutecznie uniemożliwiając Gothardowi zaśnięcie. Koła wolno toczyły się po żwirze, kamienie zgrzytały cicho, wystrzeliwując na boki. Gothard wyjrzał przez niewielkie okienko. Dzień powoli się kończył, niebo zarzuciło na siebie szarą szatę, tuż nad horyzontem pełzły strzępy obłoków. Druid potarł zmęczone powieki, westchnął ukradkiem. Mógł wybrać konia. Zacisnąć zęby, wsiąść na grzbiet zwierzęcia i błyskawicznie dotrzeć do Tamroth. Mimo to zdecydował się na telepanie drewnianym pudłem i bezsenność. Teraz jego głowa podrygiwała nerwowo a ciało było podrzucane przy każdym gwałtowniejszym uskoku kół. Poczuł dziką ochotę wyjść, trzasnąć drzwiami i na nogach dostać się do miasta. Jednak w końcu westchnął ponownie i skulił się na ławie okrytej burym kocem. Ciekawe, gdzie jest Batzalt, przemknęło mu przez myśl. Czy galopuje przez rozległe stepy, czy znalazł już złodzieja meteorytu? Nagle zrozumiał, dlaczego wybrał wyczerpującą podróż wozem. By zyskać czas, jeszcze kilka cennych dni. By na przekór wszystkiemu odwlec chwilę, kiedy rozpieczętuje kolejny telegram, dostanie kolejną uprzejmą wiadomość. Uprzejmą i pełną ukrytej groźby. Śpiesz się Gothardzie. Czas przecieka ci między palcami. Pogłaskał srebrną brodę jakby z rzadka przetykaną czarnymi nitkami. Udaje się z powrotem do Tamroth, do swojej twierdzy, z tymi samymi pytaniami bez odpowiedzi. Wyrocznia zawiodła. Poczuł nadciągającą falę goryczy. Skąd te komplikacje? Nie dostrzegł ich. Czyżby stał się ignorantem, nie potrafił dostrzec kilku drobiazgów, przewidzieć tego? Potknął się o własną dumę, upadek odurzył go głuchym, leniwym bólem. Znowu został sam. Sam, żywiąc nadzieję, że Batzalt znajdzie meteoryt. Druid z trzaskiem wyłamał palce, potarł skronie. Crhack zaczyna wątpić. Po porażce z Wyrocznią, podczas ich ostatniej rozmowy druid miał wrażenie, że mężczyzna najchętniej zmieszałby go z błotem. Nie powiedział nic szczególnego. Luźne, złośliwe uwagi, uszczypliwe życzenie udanej podróży. Mimo to czuł, że Crhack mu nie wierzy. Druid krótko zawita w Tamroth. Jedynie tyle ile potrzeba by zachować pozory. Być może pojawi się na spotkaniu Rady a potem skieruje na północ. Do Tor Saven. Tam będzie czekał na meteoryt. Czas nieubłaganie się kończy. Wóz znowu zatrząsł się w drgawkach, kufry przymocowane do dachu, jęknęły cicho. Gothard odsunął zasłonkę, w zamyśleniu wpatrywał się w zsiniałe niebo. Rozbłysły pierwsze gwiazdy.

***

Gwiazdy niczym srebrne iskry pojawiały się, przerywając monotonny atrament nieba. Księżyc zsyłał na ziemię chłodny blask. Ledwie widoczne snopy srebrnych promieni sączyły się do wnętrza pałacu, rozświetlając ciemność. Kamienne ściany błyszczały lekką, platynową poświatą. Julia zręcznym ruchem złapała flakonik, ocalając od nieprzyjemnego spotkania z posadzką. Z westchnieniem ulgi ułożyła go z powrotem na srebrnej tacce. Poprzesuwała kryształowe fiolki, starając się wyczuć równowagę. Po chwili, mocniej chwyciwszy tacę znowu podjęła marsz. Uniosła dłoń trzymającą kaganek, mdłe światło oświetlało niewyraźny zarys korytarza. Bez strachu przyglądała się ponurym, okrytym płachtą mroku rzeźbom i obrazom teraz nabierającym nieco upiorności. Dziewczyna westchnęła, z lekkim uśmiechem wciągnęła powietrze. Wokół niej unosił się słodki zapach migdałów i lawendy. Ulubione olejki hrabiny roztaczały wokół przyjemną, odurzającą woń. Przystanęła, jeszcze raz poprawiła ułożenie flakoników. Podjęła marsz przez uśpione korytarze, suknia szeleściła śpiewnie. Powinna się śpieszyć, woda nie może wystygnąć. Inaczej przygotowywanie kąpieli będzie musiało zacząć się od początku. Mabel nie daruje jej kolejnego niedopatrzenia. -Wredne babsko- mruknęła cicho do siebie. Wierna służka Virginii, stara maniaczka porządku i ulubiona dwórka szczerze się nie znosiły. Mabel traktowała nowoprzybyłą z jawną pogardą, widząc w niej pustą lalkę, której nie umiała złamać. Zaś Julia nie potrafiła wykrzesać choćby cienia szacunku do oschłej, wiecznie opanowanej i nudnej kobiety. Dla dobra reszty unikały się jak tylko mogły, rozmowy ograniczając do niezbędnego minimum. Choć dla nich to i tak było zbyt wiele. Julia ułożyła kaganek na tacce, wypolerowane srebro rozbłysło ukazując twarz dziewczyny. W orzechowych oczach igrał figlarny błysk. Uśmiechnęła się nieprzyjemnie, z cieniem drwiny. Gdyby tylko wiedzieli… Nagle poczuła silne szarpnięcie. Straciła równowagę, krzyk uwiązł jej w gardle, zduszony silną ręką. Sufit zawirował jak szalony, ktoś gwałtownym ruchem przyparł ją do ściany. Tacka z hukiem upadła na podłogę, kaganek zabłysnął i z sykiem zgasł. Poczuła mdlący zapach migdałów, z każdą chwilą coraz intensywniejszy. Jęk srebrnej tacy wibrował jeszcze przez chwilę, w końcu echo umknęło w dalsze zakamarki korytarza. Czekała, ona i napastnik, aż ponownie zapadnie cisza a rzeczywistość znowu pogrąży się we śnie. Woń lawendy snuła się wokół milczącej dwójki. Dziewczyna, zbyt zaskoczona by naprawdę się przestraszyć, wbiła oczy w skrytą przez cień twarz. Obca ręka wciąż boleśnie zaciskała jej usta, utrudniając oddychanie. Kaganek leżał gdzieś przy szczątkach butelek, światło słała blada tarcza księżyca. Silny uścisk dłoni zelżał, powoli zsunął się z jej twarzy. Odetchnęła głębiej, chciała się wyszarpnąć, lecz nic z tego. Niewidoczna postać przyciskała ją do ściany, skutecznie hamując ruchy. Fuknęła ze złością. -Zabieraj łapy…-warknęła ostrzegawczo.-Jak śmiesz?! Zostaw mnie, inaczej… Urwała, ze świstem wciągnęła powietrze. Twarz nieznajomego zbliżyła się, wysuwając z zasłony mroku. Spojrzała w oczy. Brązowe. -Wybacz za takie przywitanie, choć zaryzykuję stwierdzenie, że ciemne zaułki nie są ci obce Karie. O, pardon- złośliwy uśmiech- panienko Julio. Dziewczyna patrzyła w osłupieniu na ciemnowłosego, spowitego mrokiem chłopaka. Odniosła wrażenie, że miał w sobie coś z psychopaty. -Puszczaj- krzyknęła cicho, chłopak posłusznie rozluźnił uścisk wokół nadgarstków dziewczyny. -Karie, zawsze mnie zaskakiwałaś. Czy jest jakieś wytłumaczenie, dlaczego znowu się spotykamy? -Nieszczęśliwy wypadek- odparowała, podniosła głowę.- Bogowie…Ray… Gdy cię zobaczyłam w ogrodzie stwierdziłam, że to majaki. Przecież miałeś zawisnąć, Seth tak wiele mówił o tobie i… cholera, ile razy można umierać i wracać do żywych?! -Wiele razy, wierz mi- mruknął cicho Ray, zdobył się na kwaśny uśmiech. Dziewczyna dotknęła kosmyka jego włosów, duże oczy pełne niedowierzania błądziły po jego twarzy. Uśmiechnęła się, podeszła bliżej. Po chwili zamarła na ułamek, jej wyraz twarzy się zmienił. Skrzywiła się i skoczyła na chłopaka: -Drań! Jak mogłeś mnie nie powiadomić!- wrzasnęła. Zaskoczony Ray cofnął się, nie przewidując wybuchu Karie, spojrzał na nią zdezorientowany.- Tyle razy słyszałam te podłe opowiastki o twojej śmierci, szczegóły, detale, cholerne detale! Przecież byłeś martwy!- zachłysnęła się z oburzenia, wściekła bijąc pięściami na oślep.- Skonałeś w jakiś krzakach, Seth cię dobił, opisywał to raz, drugi, kolejny. Ile razy miałam ochotę go zaszlachtować za te wieczorne gawędy… -Ktoś usłyszy, Karie…Cicho! -I nagle znowu się zjawiasz, bynajmniej nie martwy, zdrowy z tym samym wrednym uśmiechem na gębie! Zadowolony, gość hrabiny, w towarzystwie obrońcy pani Virginii, uroczej blondynki i długonogiego elfickiego kundla- syknęła zjadliwie. -Mirle i resztę zostaw spokoju- mruknął ostrzegawczo Ray. Ale Karie nie słuchała. Z furią uderzała o pierś chłopaka, który nawet nie próbował się bronić. Wściekła, choć sama nie wiedziała dokładnie, dlaczego i szczęśliwa, że znowu go widzi. Że znowu słyszy jego niski, lekko chropowaty głos. Zmęczona, oparła głowę o jego ramię, resztkami sił wyzywając go w duchu. Łajdak, tchórz, drań, kanalia, szuja… Ray stał nieruchomo, wpatrując się w dziewczynę. Pogłaskał jej miękkie loki, westchnął cicho. -Seth mnie wspominał? Miło z jego strony- mruknął, zachowując spokój.- Może następnym razem upewni się dwa razy, czy skończył robotę. Znowu sobie wszystko spiep… -Och, zamknij się- westchnęła Karie.- Nic nie mów. Jestem wściekła, że nic mi nie powiedziałeś, że nie dałeś znaku życia… Nie mogłem, pomyślał. Wszystko się zmieniło, miałem się odciąć od przeszłości, zapomnieć. I, jakże by inaczej, znowu się nie udało. -Wybacz, nie mogłem-wymamrotał.- Marne wytłumaczenie, wiem. Jednak- na moment zawiesił głos, przyjrzał się jej uważniej. Po chwili na jego twarzy zadrgał drwiący uśmieszek.- Czemu tylko ja mam się tłumaczyć? Wyobraź sobie, że sam jestem bardzo ciekaw, co ty, skarbie, robisz w tym zamku. No więc jak… Julio? Odwróciła głowę, zagryzła wargi. -Jestem dwórką hrabiny de Vav- wymamrotała.- Jak sam wiesz. Karie już nie ma, nazywam się teraz Julia, a to moja nowa rzeczywistość. Ray zaśmiał się cicho, pokręcił głową. -Bardzo zabawne, ale teraz powiedz prawdę. Bo w tę bajkę nie uwierzę. Dla fatałaszków, piórek i deserów rzuciłabyś niezależność?- przechylił przekornie głowę. Wzruszyła ramionami. -Wróciłam na dobrą drogę. Pani Virginia znalazła mnie w jednej z gospod, podała mi rękę i wyciągnęła. Pokazała świat, otworzyła furtkę do lepszego życia. Jestem tu krótko, ale…-zawahała się na moment, po czym wyrzuciła jednym tchem- będę jej za to wdzięczna. Księżyc wychylił się zza koron drzew, odsunął strzępy obłoków. Zaciekawiony, zajrzał przez okno, srebrna poświata oświetliła stojącą blisko siebie parę. Patrzyli sobie w oczy z napięciem i nieufnością. Dziewczyna dotknęła twarzy chłopaka, smukłym palcem przesunęła po jego ustach. Księżyc, zawstydzony, że przeszkadza w takiej chwili, odwrócił wzrok. Skierował go gdzieś na uśpione równiny, smagane podmuchami wiatru. -Kłamiesz. -Nie musisz więcej wiedzieć. Nigdy już nie nazywaj mnie Karie. Jestem Julią. A ty gościem mojej pani. Będę oprowadzać cię po zamku, ogrodach. Będę zabawiać anegdotami, które nigdy nie okażą się zbyt ciekawe- przysunęła się bliżej. Ray schylił głowę, bliżej jej twarzy. Lawenda pachniała słodko.- Będę sympatyczną dziewczyną, która umila czas tobie i twoim nowym przyjaciołom. Zawsze o krok dalej niż dawniej. Spojrzenie będzie o ułamek chwili krótsze niż kiedyś. Odsunął kosmyk, niesforna wstążka włosów zasłaniała jej spojrzenie. Karie uśmiechnęła się lekko, nie zaprotestowała. Może przez wzgląd na stare czasy, może… Karie. -Jestem dwórką hrabiny, wbij to sobie do głowy. Mam na imię Julia. Julia. Śmieszne imię. Słabe, cukierkowe. Nie pasuje do ciebie, dziewczyno. Niech inni cię tak nazywają. Ja nie mam zamiaru. Wiem, że mi nie wolno, że mam się trzymać się z daleka, że trochę się zmieniło. Ale to sentyment, przecież kiedyś byłaś dla mnie w pewnym sensie ważna. Byłaś, nie jesteś… prawda? -Ray, nie możesz… -Więc mi zabroń. Palce drażniły skórę, kosmyki łaskotały jego twarz. Przymknął oczy, cisza dzwoniła mu w uszach, zapach pobudzał zmysły. Nie odsunęła się. Śliski jedwab przemykał pod dłońmi chłopaka, delikatne koronki mięły się pod silnym uściskiem. Ten ostatni raz, Karie. Choć… nie, nie będzie obiecywał. Jego słowo niewiele jest warte. Od jutra zostań Julią. Oprowadzaj nas po zamku, śmiej się z naszych dowcipów, uciekaj wzrokiem, a mojej dłoni dotykaj tylko przypadkiem. Księżyc, otoczony bladą poświatą nie zajrzał z powrotem przez okno. Lekko uśmiechnięty, pozwolił im pozostać w samotności. Jego spojrzenie spokojnie błądziło po nieskończoności nieba.

***

-Skoncentruj się. Alan w milczeniu wpatrywał się w porcelanowy dzban. -No dalej, wiem, że potrafisz- usłyszał szept Astrei. Zmrużył oczy, uparcie gapiąc się na naczynie. Powinien już dawno wywiercić w nim dziurę spojrzeniem. Wyprostował się, próbując wyrzucić z umysły wszystkie myśli. Skup się, wycisz. Spokojnie. Gdzieś w oddali ujadał pies, ktoś śmiał się głośno. Przestało go to obchodzić. Był tylko dzban i pusty umysł. Zmarszczył brwi, jakby miało mu to pomóc. Astrea cicho wciągnęła powietrze. -Teraz wypowiedz zaklęcie. -Onnuves…- mruknął cicho, wyciągając dłoń w kierunku dzbanka. Naczynie drgnęło lekko, po chwili chybotliwie zaczęło unosić się w górę. Alan poczuł strużkę potu zygzakiem spływającą mu po plecach. Dzban unosił się niewiarygodnie powoli, w górę, wciąż drgając i podskakując nerwowo. Naczynie wzlatywało coraz wyżej, biel porcelany lśniła lekko. Chłopak przymknął oczy z wysiłku. Cholera, przecież to tylko dzbanek! Dlaczego mam wrażenie jakbym podnosił całe miasto?! Skup się, Alan, spokojnie, opanuj energię. Dziwny strumień ciepła przebiegł mu po kręgosłupie, sączył się przez palce, rozpalał żyły. Powietrze wibrowało od magii. Jeszcze trochę, już tak blisko… -Astrea, czy widziałaś gdzieś może Jul…- do pokoju nagle wszedł Ray, z hukiem otwierając drzwi.-Alan, co ty… -Co?!- chłopak spojrzał na niego nieprzytomnie, nagle poczuł, że traci panowanie. Strumień gorąca rozlał się po jego ciele, dzbanek podskoczył nerwowo. Naczynie jak szalone zawirowało w powietrzu, Alan chciał jeszcze raz krzyknąć zaklęcie. Za późno. Dzban z płaczliwym jękiem runął w dół, roztrzaskując się o posadzkę. Śnieżnobiałe odłamki roztrysnęły się na wszystkie strony, woda zalała podłogę. Astrea cofnęła się odruchowo, a po chwili ze złością spojrzała na Raya. -Wyjdź stąd natychmiast! -Czyżby czary się nie udały?- chłopak uśmiechnął się z udaną troską. Dziewczyna fuknęła cicho. -Przeszkodziłeś, znowu! -Chcę tylko zapyta… -Nic nie wiem- burknęła Astrea, ręką wskazała na drzwi.- Tędy się wychodzi. Ray urwał, wzruszył ramionami, w końcu wyszedł. Astrea stanęła pośrodku pokoju, zapadła ponura cisza. -Znowu to samo. Alan opadł na krzesło. -Ile mogę ci tłumaczyć, ile mogę pokazywać…-wymamrotała ze złością. Spojrzała na szczątki dzbanka, zmarszczyła brwi. Szepnęła coś cicho, odłamki zawirowały z powrotem scalając się w całość.-Chcesz instrukcji z obrazkami?! Jak możesz nie pojmować… -Nie uprzedziłaś mnie, że w dzbanie będzie woda- przerwał jej lekko urażonym tonem.- To znacznie obciążyło dzban… Dodatkowo, przeszkodził mi Ray. -Nikt ci nie przeszkodziłby, gdybyś się postarał- odparła, odkładając wazę na swoje miejsce. Odrzuciła w tył włosy, spojrzała na niego buntowniczo.- Niczego się nie nauczyłeś…Na zrobienie prostej czynności potrzebujesz śmiesznie dużej ilości czasu, tracisz przez to energię. Jak nie zapanujesz nad swoją mocą, wykończysz się przy podnoszeniu widelca! Alan uparcie wpatrywał się w swoje palce, słowa Astrei raz za razem dźgały jego dumę. Z trudem hamował wybuch, wiedząc, że i tak nic nie da. -…i po drugie, dlaczego nie potrafisz się skupić?! Nawet wtargnięcie Raya nie jest przeszkodą. Masz dość siły by unieść durny dzbanek. -Jakby opanowanie magii było takie proste- zaczął i zaraz tego pożałował. Dziewczyna spojrzała na niego z cieniem triumfu. -Tak myślisz? Być może zdajesz sobie sprawę, że to, co tobie w ciągu chwili przekazała ta kobieta, innym przychodzi lata. Nie każę ci wykonywać rzeczy niemożliwych. Zacisnął usta, uparcie milcząc. Mierzyli się przez moment spojrzeniem, po chwili Astrea westchnęła cicho. -Zrobisz jak zechcesz, nie mogę cię zmusić do nauki magii. Masz Dar, jeśli go zmarnujesz to twoja decyzja. -Nie zmarnuję-szepnął.- W końcu go okiełznam. Astrea uśmiechnęła się słabo. -Oby Xylocopus okazał się lepszym nauczycielem ode mnie. Gdy go znajdziecie- machnęła ręką, znowu się uśmiechnęła- to znaczy, znajdziemy. Musnęła ręką blat stołu, spojrzała przez okno na otaczający dwór ogród. Na widok przepychu zieleni i kaskady kolorów westchnęła lekko. Alan wstał powoli, podszedł do dziewczyny. Ubrana w letnią sukienkę, z delikatnym makijażem w niczym nie przypominała druidki, której pomógł wydostać się ze szczątków wozu. -Chcesz wyjść do ogrodu?- zapytał. -Chętnie. Myślę, że nikt nic nie będzie podejrzewał- uważnym spojrzeniem zlustrowała pokój.- Po zaklęciach nie pozostał żaden ślad. Bez celu błądzili żwirowymi alejkami, wijącymi się pomiędzy krzewami róż i bzu. Alan wbił ręce w kieszenie, zadarł głowę, wpatrując się w błękit nieba. Astrea opowiadała mu historię zamku, ze szczegółami opisując ważniejsze miejsca dworu. -Wieża, najwyższy punkt zamku, z niej rozciąga się wspaniały widok na równiny. Tam też można rozpalić ognisko, które w razie potrzeby alarmuje sąsiadów o niebezpieczeństwie i… -Jesteś doskonale zorientowana- mruknął z ironią.- Ja i Mirle wciąż mamy problem z trafieniem do naszych sypialni. -Zbyt wiele czasu spędzacie z jednym miejscu- odcięła się Astrea. -Ty zaś każdy dzień spędzasz w towarzystwie Julii, hrabiny i watahy dwórek. -Przecież to świat, który znam-odparła cicho. Wygładziła marszczenia sukienki, poprawiła włosy. Chłopak przyglądał się jej z mieszanymi uczuciami. Nagle dziewczyna wydała mu się zupełnie obca. -Nie jedź z nami do Rawengladu- sam zdziwił się na dźwięk swojego głosu. Astrea drgnęła, spojrzała na niego zaskoczona. Co dziwniejsze, Alan był spokojny. Bardzo spokojny. -To mój pomysł by pchać się w środek walk- Astrea wciąż patrzyła na niego z niedowierzaniem.-Według ciebie, powinnam was teraz zostawić? Nie miał pojęcia, do powinien odpowiedzieć. Co byłoby w dobrym tonie, grzeczne a zarazem zadowalające. Potarł skronie, spojrzał na…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych