Wróż Marcin - VII
Dużo się dzieje i dużo wyjaśnia, ale Korab niewiele z tego rozumie.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{b} Pierwsza krew {/b}
{i} Ci co krwi nie przelali Są nie pewni czy to potrafią. Ci co ją rozlali Zaznali spokoju. PPB 3,7-10
Dusza duszy nierówna, A sen snu. KMS 2,2-3 {/i}
Popołudniowe słońce zalewało łąkę palącą spiekotą. W gorącym powietrzu panował bezruch. Żadnych ptaków ani owadów. Na niebie ani jednej chmurki. Łatek od dłuższego czasu bezskutecznie szukał cienia. W wiosce kręcili się jeszcze rozzłoszczeni górnicy więc nie chciał się tam zbliżać, a las... mniejsza o las lepiej już tu się grzać. Przemierzał łąkę wzdłuż i wszerz oddalając się stopniowo od osady. Z lekkim zaciekawieniem ale i z rosnącą obawą zauważył, że znalazł się w zupełnie dla niego nowym miejscu. Przysiadł i podrapał się tylną łapą po głowie. Uporczywa myśl próbował przedrzeć się z głębi wspomnień. Otrząsnął się gdy zobaczył pobliskie skałki. Beztrosko pobiegł przed siebie na spotkanie przygody i cienia.
Korab aż otworzył usta w zdumieniu. Nerwowo spoglądał to na Haralda to na nowoprzybyłych. Kolejny dziw w tej jakże dziwnej okolicy. Kolejny klocek w układance, rozochocił się chłopak{i}Bez przesady… miły. I tak najprawdopodobniej jej nie ułożysz. Chyba, że to te okrągłe części są tak… emocjonujące. {/i} Korab lekko się obruszył na te słowa i już wyraźnie zaczerwienił. Ciesząc się z panującego półcienia kolejny już raz bacznie przyjrzał się przybyszom. Dwóch nagich mężczyzn. Nagich i wyraźnie podobnych w każdym calu. Ba, identycznych jeśli nie liczyć starych, dawno zaleczonych a także zupełnie świeżych ran i blizn. Byli szczupli w ten sposób, który znamionuje zaskakującą siłę wychodząca z ścięgien a nie mięśni. Przy tym obaj, oczywiście że obaj, byli smukli i zręczni. Stojąca między nimi kobieta była tak do nich podobna jak tylko kobieta może być podobna do mężczyzny. Ten sam wzrost, ta sama postura. Te same zielonkawo brązowe oczy, te same lekko kręcone czarnozielone włosy, ta sama oliwkowa karnacja. Chłopak miał problem z ocenieniem barw w zielonkawym świetle, ale dałby sobie głowę uciąć że włosy naprawdę miały odcień zieleni. Wrócił spojrzeniem do kobiety czekając aż Harald skończy z nimi cichą rozmowę. Cała trójka nie zwracała na niego najmniejszej uwagi choć żywiołowo zareagowali na olbrzyma. Fakt ten zresztą raczej cieszył Koraba. Kobieta nie była obiektywnie ładna, ale miała w sobie coś co przyciągało wzrok. {i}Jest po prostu naga{/i} Skrzywił się na tę uwagę. Nawet nie dlatego, że nie prawdziwą ale na to że ta prawda ukrywała jakąś inną, ważniejszą. Poczuł, że Mysz chyba lekko zaintrygowała się ta myślą. Zaprzestała kąśliwych uwag i jeszcze raz przyjrzała się dziewczynie, tym razem bardzo, bardzo szczegółowo. Zza obfitej kępy sitowia wyszła kolejna kobieta. Początkowo Korab nie zauważył podobieństwa gdyż była w zaawansowanej ciąży, jednak gdy podeszła bliżej do pozostałej trójki było ono aż nad wyraz oczywiste. I znowu było w niej coś … no właśnie coś. Cała czwórka… ach, poddał się. Nic z tego nie poskładam, pomyślał w nawiązaniu do układanki. {i}Nie przejmuj się, ja też nic nie rozumiem.{/i}Szepnęła jego towarzyszka.{i} I to według ciebie miało mnie uspokoić?{/i}Spokojnie spojrzał jednak na Haralda próbując wyczytać z niego… cokolwiek. Nic jednak nie zobaczył, twarz olbrzyma była nieruchoma jak kamienna maska. {i} I właśnie to jest ta informacja, której szukałeś{/i}. Korab nieco się zdziwił i nieco rozłościł gdy w odpowiedzi odebrał zniecierpliwienie Myszy. {i} On się niepokoi, nie chce zdradzić swoich emocji… Jak myślisz przed kim? Przed tobą?{/i} Chłopak odburknął urażony, ale wiedział, że i tym razem Mysz pewnie ma rację. Zamyślony nawet nie zauważył, że obcy odeszli. Harald długo stał nad brzegiem i odprowadzał ich wzrokiem. Nie śpieszyli się zbytnio. Trójka brodząc w wodzie wybierała mięczaki a ciężarna powoli podążał za nimi. Odwrócili się nawet dwa razy za każdym razem machając olbrzymowi. Ten serdecznie im odmachał spoglądając ukradkiem na chłopaka z zawstydzona miną. Po dłuższej chwili zarzucił wędkę po raz kolejny. Świadom świdrującego spojrzenia chłopaka starał zachowywać się jak najbardziej naturalnie. Wyszło wyjątkowo sztucznie…
Lis spoglądał w stronę osady. Wciąż tłoczno, wciąż głośno. Oh mądry Chytrusie żeby chociaż smakowite kąski pozostawiali. Taka mięciutka szyneczka z aromatycznie doprawiona skórką i cieniutka warstwą tłuszczyku, albo świńskie raciczki. Ach ja on uwielbiał raciczki w galarecie z dodatkiem marchewki. Tylko takiej mięciutkiej a nie twardawej, ze śmietaną i skwarkami… Podejrzliwie spojrzał w niebo. Właściwie Chytrusie to jakiekolwiek kąski byłyby mile widziane, dodał w myślach przestraszony własną śmiałością.
Polsun znudzony siedział na leżaku i spoglądał na górników. Chmara ludzi, każdy inny, ale jakże teraz wyglądali podobnie. Chodź właściwie nie. Skwitował swój wywód kupiec. Właściwie to tworzyli grupki. Z jednej strony hulaki, które już zaczynały przepijać zarobione grosiwo. Oblegali pobliskie sterty siana. Walając się w nich jak świnie. Trunki lały się strumieniami nie raz zamiast do obleśnych ryjów trafiając na cuchnącą odzież lub suche siano. Co jakiś czas któryś dostojnie chybotliwym krokiem kierował się do małych chatek na uciechy innego rodzaju. Polsun zadumał się. Jaki życie jest dziwne. Dawno temu miejscowi powołali swego rodzaju kodeks. I w nim na poczesnym miejscu widniał zapis, no może zapis to złe słowo… Zadumał się głębiej. No nie ważne, zapis, że handel z górnikami w dzień handlowy, znaczy ten drugi, musi być publiczny. Brat Maciek głośno za tym nastawał. Ha! I potem równie mocno namawiał by pewne… eee… jak to ujął? Rękodzieło? Rzemiosło? Wyłączyć z tego prawa… Chyba nie przewidział, że przedsiębiorcze dziewczyny zaczną sprzedawać bilety na najlepsze miejsca. Chodź w zasadzie gardził zarówno klientami jak i sprzedawczyniami takich usług nie mógł wyjść z podziwu nad przedsiębiorczością dzierlatek. Kupiec z uśmiechem poprawił się na leżaku. Jaki cudny mebel. Podobno projekt Densee. Muszę sobie taki sprawić, na północy zrobi furorę. Zmarszczył czoło bo nagle doznał rzadkiego u niego przebłysku handlowego, jak mawiał jego nieodżałowany przyjaciel-kupiec. Skupił się bo jak, dla odmiany, często u niego bywało przebłysk minął nie pozostawiając po sobie żadnego śladu. Dopił niebezpiecznie ocieplające się piwo z poszczerbionego kufla. O, a tam druga grupa. Wskazał w myślach na niedużą grupkę chłopogórników oglądających i gładzących swoje nowo nabyte zwierzęta. Zależnie od fortuny i upodobań zgromadzili niezłą menażerię. Psy, koty, kury, gęsi, świnie, owce i krowy. Niektórzy dołożyli do tego futra i skóry a także dobre żelazne narzędzia. Rozmawiali rzeczowo i z powaga czując się za pewne co najmniej wolnymi kmieciami. Pewnie najwięcej zyskają z wyprawy. Polsun lekko zakołysał się w leżaku. Ale świetnie działa takie leżenie na kości. Raz, że nie na ziemi, dwa że wygodnie, a trzy, że na powietrzu. Pewnie w cieplejsze dni pół wsi by się chciało tak wylegiwać. A może i jaśniepaństwo jakby odpowiednio modą zagrać… Zamyślił się nad tą możliwością i po chwili stwierdził, że nigdzie go nie prowadzi. Spojrzał na trzecią grupkę. Tym się nie udało, prawie nie udało, albo chcą udawać, że im się nie udało. Zawsze znajdzie się taki, któremu uda się przemycić kamyczek czy dwa i potem z zyskiem spieniężyć go w Densee. Miernoty i nieudacznicy, podsumował ich kupiec. Siedzą teraz pod płotem i próbują pewnie wymyślić co babie powiedzą. Polsun rozejrzał się za Mii, ale obsługiwała hulaków więc pewnie nie będzie jej się chciało nadłożyć drogi i dolać mu piwa. Dłuższą chwilę przemyśliwał czy chce mu się samemu pofatygować.
Łatek ganiał przez całe popołudnie po nowo znalezionych skałkach. Sam się dziwił skąd ma tak dobry humor. Z dala od osady, z dala od lasu. Na samym szczycie największego głazu wyszukał miejsce, z którego widać było odległe krainy zapewne pochodzące wprost z matczynych bajek. Tam zawsze szlachetne i waleczne psy spotykała zasłużona nagroda liczona w setkach wędzonych baranich udźców. Żadnych skaczących durnot, za które dostaje się po głowie. Za to mnóstwo bezbronnych, i chętnych do uciekania. Zaskoczony z namacalności psiego raju, zadowolony i zmęczony jak nigdy zapadł w końcu płytką drzemkę na wygrzanych kamieniach śniąc o pysznej kostce.
Złowiwszy parę niewielkich rybek, Harald poprowadził Koraba na skraj lasu. Tam przy niewielkiej kępie leszczyny wykopał kilka podejrzanie wyglądających korzonków, następnie nazbierał kilka garści wpółdojrzałych orzechów oraz posuwając się po linii drzew w kierunku osady zerwał kilka liści z rośliny podobnej do buraka. Chłopak szedł za nim w ciszy nie przerywając olbrzymowi. Gdy zbliżali się do zabudowań gigant rzucił tylko przez ramię. -Roztropny z ciebie młodzieniec. Jeżeli chcesz się więcej dowiedzieć to odwiedź jutro Jezlę, mieszka tam – wskazał ledwo widoczną chatkę stojąca wśród łąk. - Ale ani słowo tutaj. Dobrze? – Wbił przy tym w Koraba skrzące się oczy. Chłopak głośno przełknął i pokiwał nerwowo głową. -Tam siedzi twój szef. – wskazał na odchodne palcem rozwalonego na leżaku kupca. Chłopak odprowadził go wzrokiem nie przestając myśleć o cóż też tak naprawdę chodziło Haraldowi. Poszukał w umyśle obecności Myszy by się jej poradzić ale ta już od dawna spala. Wzruszył tylko ramionami nieco zły na siebie, że właściwie w każdej sprawie zwykł się jej radzić. Idąc na tyle szerokim łukiem by nie dać się zauważyć ani Bercie ani Miriam skierował się do Polsuna. Górnicy w większości spali albo skupili się w małych grupkach wokół tlących się ognisk. Większość tymczasowych straganów dalej zalegała przed chatami, jednak towar został w większej części wykupiony. Taka Kalla, szwaczka z tego co pamiętał wywiesiła nawet czerwona chustę – standardowy znak braku towaru. Swoja drogą ciekawe czemu wszyscy na krótko się wahają zanim określają Kallę szwaczką?
Gdy się obudził było już ciemno. Jeszcze przez chwilę zdawało mu się, że zajada się nadziewanym duszonymi kasztanami kurczakiem. Zdaje się, że równocześnie gonił małe przestraszone stworzonko-z-długim-ogonem. Poczuł, że dalej przebiera łapami. Niepewnie przestał. Rozejrzał się wokół. Noc. Świszczący wiatr niósł ze sobą groźbę. Podkulił ogon i rozdął nozdrza. Nie poczuł nic podejrzanego. Sosnową żywicę, wilgotny mech, niezapominajki. Ot zwykłe leśne zapachy. Jakaś nagła myśl próbowała się przebić spomiędzy uciekających wspomnień o jedzeniu i gonieniu. Rozmarzył się żeby jeszcze dało się tak chętną sunię… ale to już chyba niewygodnie by było. Zamyślił się nad tą ekwilibrysyczną możliwością. Zahukała sowa. Lekki wiaterek przyniósł zapach przerażonego gryzonia. Coś jednak nie jest tak jak jest. Łatek podrapał się po głowie. Zawsze poprawiało mu to myślenie. Tym razem nie pomogło… a nie ta łapa. Zawsze zapominał, a nawet zapominał, że zapominał. Może trzeba by się nauczyć dwoma łapami na raz? Skupił się. Co jest nie tak? Leży sobie na kępie mchu. Czy to nie dziwne? No niby nie ale, ale… No dobra dalej. Rozejrzał się po raz wtóry. Dookoła rzadko rosnące drzewa przysłonięte jakby rozlanym mlekiem. Poczuł dreszcz idący wzdłuż kręgosłupa od masywnego karku w kierunku ogona. Tak, tak zbliżał się do… Nagle zrobiło się ciemniej spojrzał więc w górę. No tak księżyc zasłaniały nachodzące na siebie korony drzew. W momencie gdy dreszcz dotarł do samego kraniuszka ogona oczy mu zabłysły paniką. Las! O bogowie! Co robić? Dlaczego tu przyszedłem. Las! Gdzie jest wyjście? Rzucił się najpierw w lewo, potem w prawo, potem znowu w lewo. Las! Mamo!
Nieopodal, przytulona do drzewa stała nieruchoma postać. Zlewała się z pniem tak bardzo, że trudno było stwierdzić gdzie jest jeszcze kora a gdzie już ciało. Szarobrązowa cera mocno kontrastowała z czarnozieloną rozczochraną grzywą, która z kolei stapiała się w jedno z pobliskimi monstrualnymi paprociami. Tylko oczy pozostawały wyraźne, ostre, indywidualne… Postać obserwowała szamotającego się psa. Owczarek rzucał się na lewo i prawo, gonił w kółko, obijał się od drzew czy nawet biegał do tyłu. Zazwyczaj kamienna twarz bezimiennego obserwatora wyrażała teraz zdziwienie. Pies chaotycznie ale jednak niepowstrzymanie parł ku łące znajdującej się zaledwie kilka metrów w dół zbocza. Szara twarz skrzywiła się i zacisnęła usta. W stronę psa skierowały się mgliste sznury. Pęta zbliżały się do spanikowanej ofiary jednak nie mogły jej pochwycić. Brytan wybiegł z lasu pognał, teraz prosto jak strzała przed siebie zatrzymując się dopiero kilkaset metrów dalej na samym środku wilgotnej od rosy hali. Odetchnął z ulgą, zamarł i … zapadł się pod ziemię z skomleniem wyrażającym bezdenna niesprawiedliwość. Chwilę później nie było już nic i tylko kamienna twarz z oddali spoglądała w ślad za owczarkiem. Nie było jednak na niej wyrazu tryumfu raczej grymas rozczarowania. Wszystko pokryła gęsta, lepka mgła, która gdy się rozwiała odsłoniła jedynie skrawek przekopanej ziemi nieopodal skupiska wielkich głazów.
Lekki szmerek wiatru komponował swój własny wieczorny utwór. Pisał na szeleszczące źdźbła, szurający piasek i trzaskające obluzowane okno. Wtórowała mu orkiestra cykad w swoim własnym rytmie. Od czasu do czasu zahukała sowa lub zaklekotał ten mały nocny ptak, którego nigdy nie potrafił nazwać. Po skwarze dnia pozostało tylko wspomnienie a wiecznie głośni górnicy poszli już spać planując jutro wczesny wymarsz. Jedynie chuda wojowniczka przemierzała bezgłośnie osadę pilnując swoich owieczek, czy może trafniej - baranów. Czy ona nigdy nie śpi? Spoglądał w gwieździste niebo. Mimo pozornej przejrzystości powietrza dzisiaj gwiazdy słabo świeciły. Dopił piwo i przeciągnął się. Na horyzoncie dostrzegł cos dziwnego. Otóż z lasu wyłaniała się mgła i powoli wędrowała wzdłuż zbocza ku ledwo widocznym stąd skałkom. Kiedyś za młodu lubił się tam wyprawiać dla sportu. Później gdy Chmurny wybudował nową karczmę i Mii otrzymała osobny pokój zrezygnował. Wielki kłąb mgły odłączył się od reszty i dalej samotnie wędrował po łące. Widział podobne zjawisko już kilka razy ale zawsze budziło w nim zainteresowanie godne człowieka światowego za jakiego się uważał. Front mgły zwolna cofał się do lasu a samotna chmura zatrzymała się przy głazach. Po pewnym czasie rozwiała się lecz kupiec nie zarejestrował tego gdyż zdążył wcześniej zasnąć.
W niewielkim pokoiku samotnie siedział Harald. Zajmował niewielki, chybotliwy zydel na którym wyglądał na jeszcze większego. Łokciem opierał się na wyjątkowo solidnym lecz niskim stole w skupieniu wertując starą rozpadającą się księgę. Pożółkłe kartki w wielu miejscach były wyszczępione i ponaddzierane. Olbrzym nagle rzucił z trzaskiem tom na stół niebezpiecznie blisko spiżowego pucharu i gorączkowo przekładał inne równie zużyte księgi. W końcu wyciągnął z samego dna stosu oprawioną w płótno malutką książeczkę. Jego twarz wykrzywił okrutny grymas. Znieruchomiał patrząc w przestrzeń aż jego twarz zaczęła przypominać kamienna maskę.
Przemierzał szary sad. Znane skądś szare drzewa z złocisto-szarymi liśćmi i kwiatami koloru kutego na zimno złota. Drzewa były równomiernie rozmieszczone po całym ogrodzie, którego krańce ginęły w złoto-burej mgle. Pod stopami nie miał na pewno trawy ani gołej ziemi. Nie mógł jednak spostrzec po czym chodził bo opar podobny do tego na widnokręgu pokrywał również cały teren do wysokości kolan. Nie wiedział dlaczego nie schyli się i nie sprawdził. Skierował się przed siebie. Spojrzał na drzewa. Nieruchome niczym skamieniałe. Drzewa zazwyczaj zawsze się trochę ruszały jednak ten ogród tonął w martwocie. Doszedł do niewielkiego postumentu. Na jego środku spoczywała kobieta w długim białym płaszczu. Kaptur zakrywał jej głowę a koronkowe rękawiczki ręce. Korab powoli obszedł podwyższenie i na przeciwległej stronie znalazł stopnie. Gdy postawił stopę na pierwszym schodku kobieta drgnęła i usiadła. Podciągnęła nogi pod siebie i skierowała oskarżycielskie spojrzenie gdzieś w dal. Skąd wiedział, że oskarżycielskie skoro nie widział jej twarzy? Przyjrzał się kobiecie. Płaszcz na udach i brzuchu poplamiony miała krwią, poza tym był tak nieskazitelny, że aż raził w oczy. Obok stał kielich pełen zielonkawego płynu i otwarta księga. Korab przyjrzał się starając dojrzeć zawartość stronnic. Musiał się nachylić bo księga była równie oślepiająca co szata. Jęknął rozczarowany strony były puste. Zaniepokoił się i poszukał wzrokiem kobiety. Nigdzie jej nie było za to na środku postumentu spoczywał idealna kryształowa piramidka. Przeświecało przez nią blade światło barwiąc się fioletowo-niebiesko. Jej czubek zbroczony był krwią, która powoli ściekała tworząc rdzawe zacieki zmieniając szafirową aurę w karminową. Korab przebudził się na krótką chwilę zaniepokojony, jednak natychmiast zasnął śpiąc tym razem bez przeszkód do rana .
Ranek przywitał osadę niespotykanym zimnem i krystaliczni czystym powietrzem. Podskakując i zacierając ręce Korab skierował się do karczmy. Z złośliwym rozbawieniem spojrzał na zmarzniętego Polsuna. Biedak zasnął na leżaku, który okupował przez większa cześć wczorajszego dnia. I ma za swoje, leń patentowany. -Witam Panie. Mamy dzisiaj rześki poranek. – rzekł najmilej jak potrafił. Kupiec spojrzał na niego ze złością. Korab odpowiedział mu spojrzeniem. Co, zmarzliśmy trochę w nocy? -Rzeczywiście, całkiem przyjemny, nieprawdaż. Stęskniłem się za chłodniejszą aurą, a w tym leżaku jest naprawdę wygodnie. Miła odmiana po sianie i stodole, prawda? –A to stary krętacz. Zaklął w duchu. Wywołało to na twarzy kupca niemiły uśmieszek. Nagle otwarły się boczne drzwi karczmy i ze stukotem uderzyły o leżak. Polsun prawie się przewrócił a Korabowi zaświeciły się oczy. Przed nimi stanęła Miriam z wielkim…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Kern
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…