Wróć do katalogu

Wszystko już zblakło, spłowiało...

Spojrzenie wstecz, rozrachunek z przeszłością człowieka udającego się na emigrację.

ajan, opublikowano , 2 godz. 26 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

WSZYSTKO JUŻ ZBLAKŁO, SPŁOWIAŁO...

I

Sto razy rozważał podjęcie tego kroku, chodził z tym, spał – dziesiątki dni i nocy. Jako rozważny, doświadczony życiowo człowiek, argumentami za i przeciw zapisany miał niemal cały notatnik. I prawie dwie trzecie z nich było za. A teraz Wiktor – wysoki, chudy mężczyzna z dwudniowym, posypanym siwizną zarostem – stał przed drzwiami biura linii lotniczych i bał się wejść. Już trzymał rękę na klamce, a po chwili cofał ją, przepuszczając innych klientów. Wszyscy się spieszyli i nikt nie miał żadnych wątpliwości. Tylko on. Trzeba wejść. A może zastanowić się jeszcze... Ale przecież tyle razy... Co robić! Najlepiej po prostu zdać się na los. Więc tak: jeśli następnym wchodzącym będzie mężczyzna, nie przepuści go już i wejdzie przed nim. Jeśli kobieta, wróci do domu i przemyśli wszystko kolejny raz. Stanął nieco z boku i czekał w napięciu. Drzwi otworzyły się i wyszła kobieta z dwójką dzieci. Ale wyszła, więc to się nie liczy. Znowu kobieta. Wyjątkowo piękna. Wychodząc, zaczepiła pasek torebki o klamkę i szamotała się z nią przez chwilę. Jednak nie zatrzymał na niej wzroku, bo kątem oka dostrzegł zbliżającego się mężczyznę w granatowym płaszczu. Szedł wzdłuż ściany budynku i nie wiadomo było – przejdzie dalej, czy skręci do środka. Skręcił! Trudno. Słowo się rzekło. Zderzyli się w drzwiach. – O przepraszam... Pan był pierwszy – powiedział z uśmiechem nieznajomy. – Ależ proszę. – Nie, nie. Niech pan wejdzie. Więc stało się. Teraz już nie ma odwrotu. Rozejrzał się po sali. Wewnątrz nie było zbyt wielu ludzi. Przy okienku rezerwacji – tylko jedna osoba. Jakiś młody chłopak, chyba student. Ustawił się za nim. Student szybko załatwił sprawę i dziewczyna z okienka, ze zdawkową uprzejmością, wymówiła standardową formułkę: – Słucham pana, w czym mogę pomóc? Wiktor spojrzał za siebie, jakby nie był pewien, czy zwraca się do niego. Ale był sam. – Chciałbym zarezerwować bilet do Auckland – odpowiedział pośpiesznie. – Na kiedy? – Jeszcze nie wiem dokładnie, chyba za miesiąc. Właściwie to teraz chcę się tylko dowiedzieć, jakie są możliwości i ceny. – Najlepiej liniami British Airwayes. Zaraz dokładnie sprawdzę. Chwilę trwało stukanie klawiatury komputera. – Tak, zgadza się – może być przez Londyn i Hong Kong albo przez Londyn i Los Angeles. Bilet w dwie strony, niecałe dziesięć tysięcy. Złotych. Dokładna cena zależy od aktualnego kursu. – Ale ja tylko w jedną... Spojrzała na niego – tak mu się przynajmniej zdawało – z nieco większym zainteresowaniem. Speszył się nieco. – To około siedmiu tysięcy – odpowiedziała. – Taka mała różnica? – Niestety. Milczał dłuższą chwilę, zanim znów spytał. – A... A czy są jakieś inne możliwości? Chodzi właśnie o koszty. – Oczywiście, częściowo tanimi liniami. Ale tylko na krótszych trasach. Tu ceny są bardzo zróżnicowane, zależnie od terminu lotu i przewoźnika. Musiałby pan dokładnie przeanalizować oferty i promocje. Najlepiej przez Internet. – I jeszcze jedno. Ile czasu trwa podróż? – Zależy, jakie połączenia ostatecznie pan wybierze. Z przerwami na lotniskach tranzytowych – nawet do dwóch dni. To jeden z najdalszych zakątków świata. Teraz wydawało mu się, że jej oczy mówią: następny proszę! Ale nie było nikogo. No nic, trzeba się jeszcze dokładnie dowiedzieć. Może Marek... On ma komputer z Internetem. – To ja się jeszcze zastanowię. Dziękuję pani. – Proszę.

Wyszedł na ulicę. Nie zwrócił nawet uwagi na siąpiący majowy deszczyk. Właściwie to był zadowolony. Jeszcze dziś nie musi podejmować konkretnych decyzji. Ale klamka zapadła – znając siebie wiedział, że jak coś się zaczęło, to i skończyć się musi. Nie będzie już wracał do studiowania wydumanych argumentów. Resztę jego zeszytu zapełnią teraz notatki – co załatwić, jak i kiedy. Jedno tylko rzuciło mu się w oczy – szedł Kruczą, którą lubił i znał jak własną kieszeń, i nagle wydała mu się jakaś obca. Patrzył na nią oczami cudzoziemca.

Za miesiąc, dwa będzie mieszkał w Nowej Zelandi. Paweł proponował mu to już na pogrzebie Teresy, więc Wiktor sporo czasu miał na przemyślenia. Ale wtedy jeszcze nie mogło być o tym mowy. Praca, świeża rana po utracie żony, pies... Ale od roku był na wcześniejszej emeryturze, od śmierci żony upłynęło sześć lat, syn w Auckland już na stałe, a tydzień temu...

Rita... Za nic nie mógłby jej komuś zostawić i wyjechać. Ale już... Kolejny raz mocno zapiekły go oczy. Dziewięć lat. Nawet jak na owczarka niemieckiego nie była jeszcze zbyt stara. Była śliczna – zachwycali się nią wszyscy przechodnie, psiarze oczywiście. Niezbyt duża, czarna, podpalana. I miała taką sympatyczną mordkę. Od trzech, czterech miesięcy, kilka razy dziennie pokasływała lekko, jakby jakiś odłamek kości utkwił jej w przełyku. Ale poza tym była wesoła, miała apetyt... Wiktor nieraz zaglądał jej do gardła, lecz wszystko było w porządku. Potem podejrzewał, że to przez śnieg, który wprost uwielbiała lizać na spacerze. Zima przeszła, a kaszel – jakkolwiek wciąż lekki – pozostał. I nie nasilał się raczej. Jednak przy okazji wiosennych szczepień powiedział o tym weterynarzowi. Więc ten osłuchał ją stetoskopem. Coś nie podobało mu się serce. Zaproponował prześwietlenie. Wynik był niepokojący. Wyraźnie widoczny guz, dokładnie nie wiadomo na czym. – Sugeruję zabieg, bo jeśli nie, to moim zdaniem ma najwyżej kilka miesięcy życia – stwierdził weterynarz. Pod Wiktorem ugięły się nogi. Milczał dłuższą chwilę, zanim spytał: – A... A jakie są gwarancje... – Na ten temat nic nie mogę powiedzieć. To duży guz i dość poważna ingerencja. Wie pan – chirurg, anestezjolog... A co to jest, okaże się dopiero w trakcie. I musi pan podjąć decyzję szybko. Jak najszybciej. Wahał się. Nie, zupełnie nie chodzi o koszty, ale przecież nie było prawie żadnych objawów. Rita wyglądała kwitnąco. Lecz perspektywa kilku miesięcy zrobiła swoje. Umówili się za tydzień. Była taka wesoła, kiedy prowadził ją do kliniki. Szli jak co dzień, zawsze o tej porze. I często tędy właśnie przechodzili. Jak zwykle, obwąchiwała wszystkie znajome kąty, witała się z napotkanymi psami, przysiadała co chwilę, żeby tym zaprzyjaźnionym zostawić wiadomość: jestem na spacerze. Nigdy nie zapomni jej wzroku, jak patrzyła na niego w poczekalni. Leżała na podłodze, a on czulej niż zwykle drapał ją za uchem. Czy już wiedziała? I kiedy czekał w domu, już w trakcie operacji, telefon... – Pan Wiktor Turewicz? – Tak. – Dzwonię z kliniki. Niestety, po otworzeniu klatki piersiowej okazało się, że guz jest nieoperacyjny. Na płucach. Bardzo duży. Możemy ją zaszyć i pożyje pewnie kilka tygodni, albo uśpić jeszcze w narkozie. Poczuł... jakby silny cios między oczy. To niemożliwe. Godząc się na operację musiał to brać pod uwagę, ale nie mógł uwierzyć, że jednak... Kilka tygodni!? To zanim zdąży wygoić się rana! Nie, to nie może być prawda... – Halo, jest pan? Co robimy? – głos w słuchawce wyrażał lekkie zniecierpliwienie, jakby klient nie mógł się zdecydować, czy woli bezę czy bajaderkę. – Jaką... by pan... – Wiktor z trudem panował nad swoim głosem – podjął decyzję... na moim miejscu...? – Wie pan, zostaną jej tylko cierpienia. Najpierw stan po operacji, potem okres przed... – Proszę... ją... uśpić! – każde słowo sprawiało mu nieopisany ból. – Czy pan odbierze psa, czy mamy go przekazać do utylizacji? – Tak. – Tak, to znaczy co? – Odbiorę... Nie był w stanie powiedzieć już nic. Odłożył słuchawkę i opadł na fotel. Nie ma już Rity. A jeszcze dziś rano witała się z nim tak radośnie. Jeszcze czuł delikatny dotyk jej zimnego nosa, którym budziła go codziennie, a ślady mokrego jęzorka na pewno nie znikły jeszcze z jego rąk. I tak ufnie poszła na spacer, ostatni spacer, z którego już... Usiłował zachować spokój, ale łzy z niepohamowaną siłą cisnęły się do oczu. Siedział i patrzył w przestrzeń martwego teraz pokoju, i nie widział nic, tylko zamgloną sylwetkę podlotka, którym była Rita, kiedy pierwszy raz, tak nieśmiało przekroczyła próg ich mieszkania. I ten ostatni wyraz jej oczu, w których była nadzieja i ufność.

Śmierć psa. Domownika, najwierniejszego przyjaciela. Teraz wiedział jak to jest. To żal. Gorzki żal w krystalicznie czystej postaci. Bez tych wszystkich odcieni uczuć, które pojawiają się po utracie bliskiej osoby. Bez egoistycznego niepokoju o siebie, natrętnych myśli, co teraz będzie, a zdarza się, że... po prostu ulgi.

II

W Auckland Paweł mieszkał już dziewięć lat. Ale dopiero od niedawna w stosunkowo porządnej dzielnicy Epsom. Bo choć Epsom to nie Remuera, w której rezyduje prawdziwa elita, to przynajmniej nie trzeba, jak bywało w Mangere – gdzie kiedyś wynajmował skromne mieszkanie – oglądać się za siebie w nocy. Początkowo wyjechał tam tylko na dwuletni kontrakt. Oczywiście, wiadomo – przez znajomości – co jest regułą obowiązującą nie tylko w Polsce. I tak, choć dopiero rok minął od ukończenia architektury na Politechnice Warszawskiej, miał już rekomendacje do pracy w dużym i dość znanym biurze projektowym, usytuowanym w samym centrum miasta. Nikt nie odradzał mu tego wyjazdu. Wszyscy byli za. Nawet Dominika – jego koleżanka ze studiów, potem już narzeczona. Planowali przecież wspólną przyszłość, więc może liczyła, że ona też... A on, jak to bywa w tym wieku, dość szybko zakochał się w Karin – młodej i podobno uroczej dziewczynie, asystentce szefa jednej z pracowni tego biura. No, a Karin w nim. Ślub wzięli po półtora roku. Teresa i Wiktor nie mogli przyjechać – dystans, a zwłaszcza bariera kosztów były dla nich nie do pokonania. A że młodzi jeszcze na dorobku, rodzice nie zgodzili się na jakąkolwiek formę finansowania z ich strony. Sądząc ze zdjęć, panna młoda to miła, skromna dziewczyna – w typie aktoreczek, które w hollywoodzkich serialach grają drugoplanowe role młodych mężatek. Ale z telefonicznych rozmów z Pawłem można było wnioskować, że jego żona jest dość energiczną i stanowczą osóbką. Niestety, każda próba ich rozmowy z Karin była kalectwem z powodu bariery językowej. Był to potem jeden z podstawowych argumentów „przeciw” w notatniku Wiktora. A Karin po polsku umiała powiedzieć: dziękuję, proszę, dzień dobry i do widzenia. To wszystko. Aha – jeszcze kocham cię. Ale pewne zdumienie budził fakt, że wymawiała je jak rodowita Polka. Nie żadne tam doewieedżenja, czy dźjenkuyem. Paweł śmiał się, że równe poprawnie potrafi powiedzieć dupa. W czasie, gdy kończył się dwuletni kontrakt, Karin była już w ciąży. A ponieważ Paweł w pracy cieszył się doskonałą opinią, z przedłużeniem umowy nie było problemu. Więc Teresa i Wiktor nie mieli złudzeń – ich jedynak już na zawsze zostanie na tym końcu świata. Dotychczas miał wizę zezwalającą na pobyt stały i mieszkali w wynajętym „unit”. Teraz wystąpił o obywatelstwo i wzięli kredyt bankowy na dom w Epsom – edukacyjnej dzielnicy Auckland. I kiedy na świat przyszedł mały Mike, mieszkali już w luksusowej rezydencji z basenem. Był to duży dom, o dość odważnej architekturze, zbudowany w planie litery Y, ze sporym atrium usytuowanym w jej widełkach. Jedenaście pokojów i pięć łazienek urządzonych w standardzie adekwatnym do profesji gospodarza. W dużym pokoju z łazienką miał zamieszkać Wiktor. Na parterze, z oddzielnym wejściem od strony ogrodu. W części pokoju wydzielony jest aneks kuchenny, tak, żeby mieszkając razem, ojciec i syn nie musieli bezustannie wchodzić sobie w drogę. To był niemal warunek przyjazdu – Paweł, choć na ogół starał się być w porządku, w napadach złego humoru potrafił być przykry, co w tej sytuacji mogło stać się źródłem konfliktów. Tu w Warszawie, Wiktor był na swoich śmieciach, a tam... Chociaż ostatnio, w kamienicy na Klonowej, w której spędził całe życie, też już nie czuł się jak kiedyś. Kilka lat temu odnalazł się dawny właściciel, a raczej spadkobierca, wstrzymał wszystkie wykupy mieszkań, podniósł czynsze do granic możliwości starszych w większości lokatorów i nikt już nie był u siebie. Wyjeżdżając z kraju, Wiktor pozostawi więc tylko parę starych mebli w cudzych dwóch pokojach z kuchnią. To wszystko, czego dorobił się przez czterdzieści lat pracy. Graty, których nikt nie chce nawet za darmo i piętnaście tysięcy na koncie, po sprzedaży sześcioletniego, choć całkiem jeszcze sprawnego Opla. Więc co zabierze ze sobą na „nową drogę życia”? Trochę ubrań, najważniejsze książki, parę pamiątek i fotografie. Cały dobytek w dwóch walizkach – westchnął.

Fotografie... Otworzył środkową szufladę komody i sięgnął po duże, szare pudło po prodiżu. Przechowywał w nim swoje zdjęcia. Były tam wszystkie, pomieszane bez ładu i składu. Koniecznie, jeszcze przed wyjazdem, trzeba je uporządkować, umieścić w albumach. Wyjął przypadkowy plik i rozłożył na stole. Te śliczne, kolorowe, jakoś mniej chwytały za serce. Za dużo ich, wszystkie takie same. Szukał tych starych, czarno-białych, często przyblakłych lub niezbyt ostrych. Z nimi wiązało się najwięcej wspomnień. Trzeba – postanowił – pożegnać niektóre z tych miejsc. Odwiedzić je ostatni raz. Tak, tym wypełni czas przed wyjazdem. A ludzie z tych fotografii? Było ich tylu – dziesiątki znajomych, sympatycznych osób, z którymi wiążą się wspaniałe wspomnienia – ale czy mógłby teraz z nimi rozmawiać swobodnie? To pytanie retoryczne, bo już dawno nie ma z nimi kontaktu. Tak to jest. Na każdym etapie życia masz jakichś przyjaciół, znajomych i wydaje ci się, że są najważniejsi i pozostaną z tobą na zawsze. A potem znajomość przygasa, albo urywa się nagle z byle powodu. Otaczają cię już inni, nowi. W miarę lat ich krąg się kurczy, aż pozostaje tylko rodzina. I to ta najbliższa, bo z dalszą już dawno nic cię nie łączy. Czy kiedyś bywało inaczej, czy to raczej mit powielany w starych powieścidłach i sztukach teatralnych, w których roi się od scen, gdy po latach rozłąki, z wielką radością wpadają sobie w ramiona: szesnastoletnia panienka i jej stara, przyszywana ciotka – kuzynka dziadka ze strony ojca? Więc prędzej czy później, w kolejnych etapach życia, znajomości wypalają się i kończą. I brak czasu jest tylko śmieszną wymówką. – Wiesz, bardzo chciałbym się z tobą zobaczyć, ale ostatnio mam strasznie dużo roboty – mówisz przez telefon, leżąc na tapczanie i patrząc w sufit. – Zdzwonimy się. Mijają tygodnie i miesiące, i nie znajdujesz w sobie dość energii, żeby wystukać numer. A potem jest już za późno.

No tak! Trzeba jeszcze odwiedzić magiczne miejsca z tych zdjęć. A będących na nich ludzi odwiedzić także, ale już tylko we wspomnieniach. I zabrać je ze sobą na drugi koniec świata.

III

Zadzwonił do Marka. Było jeszcze dość wcześnie. Chyba nieco za wcześnie, bo w słuchawce usłyszał zaspany głos. – Halo, słucham. – Cześć szwagier, tu Wiktor. Przepraszam, jeśli cię... – Właśnie miałem wstawać. – odpowiedź Marka nie zabrzmiała zbyt szczerze. – Będę miał do ciebie prośbę. Czy można w Internecie wyszukać najbardziej optymalne połączenie lotnicze z Auckland? Wiesz, głównie chodzi o koszty. – Nie próbowałem. Ale pewnie tak. – Razem z tanimi liniami? – Spróbuję się dowiedzieć. A kiedy ostatecznie chcesz jechać? – Właściwie nic mnie już tu nie trzyma. Wizę też mam. Chcę tylko jeszcze odwiedzić parę miejsc. Pośpiechu nie ma, więc myślę o sierpniu. – I co, nie żal ci? To koniec świata. – Ale świat jest coraz mniejszy. Paweł mówił, że za parę miesięcy, poprzez satelitę, dotrze tam program TV Polonia, jest telewizja przez Internet – będę wiedział co w trawie piszczy. – Dobra, pogadamy jak przyjdziesz. Kiedy chcesz wpaść? – Jutro? Pojutrze? – Wolałbym pojutrze. Wdepnij przed wieczorem. – Dobrze. To na razie. Dzięki. – Cześć. Odłożył słuchawkę. Trzeba będzie jeszcze wypowiedzieć umowę na telefon i opłacić ostatni rachunek. Zapisał to w notatniku.

Od śmierci Teresy, kontakty z Markiem rozluźniły się nieco. Nawet bardziej niż nieco. Kiedyś jej brat był tu częstym gościem. To było niezwykłe rodzeństwo. Jak był małym chłopcem, często zastępowała mu matkę. Spojrzał na komodę, na której stała ramka z czarno-białą fotografią. A na niej, siedząca na gałęzi rozłożystej sosny dziewczyna, z tym jej słynnym, słonecznym uśmiechem.

Teresa. Ich pierwsze spotkanie... Był 8 marca 1968 roku. Dzień kobiet. Ale wtedy nikt nie zawracał sobie tym głowy. Warszawa, zamieszki na ulicach. Tę noc spędził w Gmachu Głównym Politechniki Warszawskiej. W środku nastrój radosnej euforii. Więcej majówki niż polityki. Kupa ludzi, żadnych zgredów. Kocioł z zupą na środku auli, tace z ciastkami wjeżdżające przez okno sali 202 na piętrze. Luz, nie ma zajęć, fajno jest. Owszem, na okolicznych ulicach dość niebezpiecznie. Idąc Nowowiejską, musiał wskoczyć w pobliską bramę, bo nagle z dwóch stron szczelnie zamknęły ją kordony milicji, uzbrojone w tarcze i pałki. Parę osób udało się złapać. Potem przedpołudniowe przemówienie Michnika. Może to nawet nie był on, bo przecież nikt tu go jeszcze nie znał z widzenia, ale taka rozeszła się wieść. Stał na wysokim krużganku schodów słynnej auli i coś mówił. Chyba mówił dobrze, bo często przerywały mu okrzyki i brawa tych, co byli blisko. Ale Wiktor był z drugiej strony i nie słyszał nic. Potem już nikt nie zawracał sobie tym głowy. Owszem, powtarzano: „Dziady”, cenzura, autonomia uczelni. W tym czasie Wiktor jeszcze niezbyt interesował się polityką. Gazet nie dawało się czytać, wszędzie to samo: imperialiści, zjazd, plenum – flaki z olejem. Wolna Europa gwizdała i rzęziła coś o Moczarze, Natolin, Puławy, walka wewnątrz partii. Kąkol truł o wrednych syjonistach. Wiktor rozmawiał z wieloma kumplami i widać było, że nikt właściwie nie wie, o co naprawdę chodzi. Wreszcie miał dość pikniku na politechnice. Postanowił zobaczyć, co się dzieje pod uniwersytetem. Zbliżał się wieczór. Na Krakowskim kręciło się mnóstwo ludzi. Stanął naprzeciw bramy uniwersyteckiej. Cała oblepiona odezwami. Nie próbował wchodzić, bo nie znał tam nikogo, a ponieważ był z politechniki, obawiał się, że go nie wpuszczą. Stał i patrzył. I wtedy usłyszał... – Zjeżdżaj stąd kurwo! – jakiś żul popchnął młodą dziewczynę, aż zatoczyła się na kosz śmieci obok przystanku autobusowego. Próbowała protestować, ale gość wyraźnie się rozkręcał. – Spierrdalaj stąd bo... Nie dało się tego słuchać. Wiktor doskoczył do faceta. – Ty czego! – A chuj cię to obchodzi palancie! – warknął oprych. – Obchodzi, bo ona jest ze mą. – To zaraz też dostaniesz w ryj. Chłopaki, bierzemy ich! Nagle, jak z podziemia wyrosło kilku cywilów. Otoczyli Wiktora i dziewczynę, wykręcili im ręce i poprowadzili w kierunku Traugutta, gdzie tuż za rogiem stała zaparkowana milicyjna suka. Wepchnęli ich do środka. Wewnątrz było już kilka osób. Pilnowało ich dwóch milicjantów w mundurach, siedzących przy drzwiach. Wiktor z dziewczyną usiedli w samym kącie, blisko szoferki. – O co tu chodzi? – spytał dziewczynę półgłosem. Próbował to opanować, ale w jego pytaniu czaił się strach. – Nie wiem, stałam tylko i patrzyłam. I wtedy ten... – Cisza tam! – wrzasnął piskliwie jeden z milicjantów, chuchrowaty jakiś. Zamilkli. Wiktor z boku spoglądał na dziewczynę. Też musiała był zdenerwowana, bo aż miała wypieki na twarzy. Niewysoka, ale dość ładna. Mogła mieć dwadzieścia lat. Chyba studentka – pomyślał. A w budzie są jeszcze cztery miejsca. Pewnie czekają, aż będzie komplet i wtedy gdzieś nas zawiozą. Tylko gdzie? I co dalej? Może pałowanie! – Jak masz na imię – spytał szeptem. – Teresa. – Ja Wiktor. Powiedziałem im, że jesteś ze mną. Lepiej niech tak zostanie. Tylko sobie przechodziliśmy... – Boję się, że szybko nas nie wypuszczą. Bo moją koleżankę też wczoraj... Zamilkła, bo chuchrowaty milicjant spojrzał groźnie w ich stronę. Ten drugi udawał, że śpi z czapką nasuniętą na oczy. – Podaj mi swój adres, pewnie nas rozdzielą, a może trzeba będzie kogoś zawiadomić – szepnął po dłuższej chwili Wiktor widząc, że chuchrowaty notuje coś pilnie w swojej raportówce. – Mokotowska 4 mieszkania 22. – Ja, Klonowa 12 mieszkania 8. Chuchrowaty jakby na to czekał. Spojrzał na Wiktora jak bazyliszek i ryknął: – Co ja mówiłem! Cisza miała być! Wyłaź z tego kąta! Tu będziesz siedzieć! – pokazał mu miejsce przy sobie. Wiktor z ociąganiem wstał i przeniósł się bliżej milicjantów. W suce zapanowała grobowa cisza. Teraz mógł się lepiej przyjrzeć Teresie. Siedziała ze wzrokiem wbitym w ziemię. Podoba mi się – pomyślał – i to nawet w tych okolicznościach. Krótkie włosy, ciemnoblond, szary, wełniany sweterek, kurtka i dżinsy. Nie wiadomo jak to się skończy, ale koniecznie muszę się jeszcze z nią spotkać. A tak w ogóle, to niesamowite – sytuacja fatalna, cholera wie co jest grane, a ja myślę o babach. To znaczy o tej... Dobrze, że mam jej adres. Spojrzała na niego, ale widząc, że patrzy, szybko spuściła wzrok. W tym momencie otworzyły się drzwi i do budy wepchnięto jeszcze dwie osoby. – Zawieźcie ich i wracajcie – rozkazał jakiś cywil w skórzanej kurtce i trzasnął drzwiami. Samochód ruszył i zaledwie po kilku minutach byli już na miejscu. Najpierw stanął, chyba przy jakiejś wartowni, a potem wtoczył się na wewnętrzny dziedziniec wielkiego budynku. – Wychodzić! – rozkazał chuchrowaty. Stanęli rozglądając się wokół. Chyba Mostowskich – pomyślał Wiktor. Po chwili wyszedł do nich jakiś mundurowy i razem z chuchrowatym zabrali ze sobą dwie kobiety. Reszta – już sami mężczyźni – czekali dalej w milczeniu, pilnowani przez zaspanego i kierowcę. Minęło co najmniej dwadzieścia minut, zanim ten sam milicjant wrócił i wprowadził do środka pozostałą grupę mężczyzn. W przejściu minęli się z chuchrowatym, który patrzył na nich jak na karaluchy. Gdy zniknęli mu z oczu za zakrętem korytarza, wrócił do samochodu i buda z powrotem ruszyła w miasto. Wiktor doprowadzony został do niewielkiego, zasmrodzonego papierosami pokoju. Za odrapanym, drewnianym biurkiem siedział cywil o szarej, zmęczonej twarzy. – Dowód osobisty – beznamiętnie, patrząc w okno, powiedział cywil. Miało to pewnie oznaczać żądanie okazania mu tego dokumentu. – Mam tylko legitymację studencką – odpowiedział Wiktor, kładąc ją na stole. Cywil wziął ją w dwa palce i otworzył z wyraźnym obrzydzeniem. Przyjrzał się fotografii, zbliżając do niej wzrok jak krótkowidz, a potem długo wpatrywał się w twarz chłopaka. – Nazwisko? – spytał. – Turewicz. Wiktor. – Adres? – Klonowa 12, mieszkania 8. – Student znaczy się. Politechnika. To co robiliście pod uniwersytetem? – Przechodziłem przypadkiem z dziewczyną, a tu jakiś obleś zaczął jej wymyślać od kurew. – Taak? Bez powodu zaczął? – Właśnie. Popchnął ją i kazał jej spierdalać. Przepraszam, ale właśnie tak się wyraził. – No, no... niewychowany jakiś. I co było dalej? – Musiałem zareagować, ale zdążyłem tylko powiedzieć, że to moja dziewczyna, kiedy otoczyło nas kilku cywilów i siłą wpakowało do samochodu. – A ja tu mam napisane, że były awantury, okrzyki, jakieś gestapo... – Coo? To kłamstwo! – Tak? Funkcjonariusz, co to pisał jest kłamcą? – Tak! To kłamstwo! Nie było najmniejszego powodu... – Nie przyznajecie się. Szkoda. – Albo jakaś pomyłka. Nikt mnie dotąd nie legitymował. Może to ktoś inny... – Pomyłka mówicie. Sprawdzimy. Cywil podniósł słuchawkę i nakręcił jakiś numer. Czekał dłuższą chwilę. – Mam tu tego z dziewczyną. Potwierdź co tam... No czekam. Tak... tak... też? A co ona? No tak... Dobra. Rozłączył się i pokiwał głową z udawanym smutkiem. – Wszystko się zgadza niestety. Wiktor był wściekły. Co za bydlaki. Niczego nie zeznam, żeby zdechli. – Czyli co, dalej zostajemy przy swoim? – Tak. – Bez sensu. No ale... – westchnął. Powoli wypełniał jakiś formularz. Cisza, tylko trzaskanie drzwi w korytarzu. Wreszcie skończył, znów długo przyglądał się twarzy chłopaka, a potem odwrócił papier. – Podpiszcie. Tutaj – pokazał palcem. Wiktor rzucił okiem na treść. Był tak zdenerwowany, że trudno mu było uchwycić sens. Ale wyłowił słowa: „zakłócili”, „obraźliwie”, „stawiał opór”. – Ja tego nie podpiszę! – Chcecie kłopotów? Wylecicie ze studiów jak nic! I to z wilczym biletem. – Trudno! – A wojsko czeka! – Gratuluję sukcesu w gnojeniu obywatela. Co dalej? Niestety, na spacer z dziewczyną nie zabrałem szczoteczki do zębów. Cywil spojrzał na niego z mieszaniną rozbawienia i znużenia. Wziął dokument, dopisał na nim: odma... i coś tam jeszcze, potem wypełnił mały druczek i razem z legitymacją podał go Wiktorowi. – Bardzo żałuję. Żegnam pana. – Co... mogę iść? – Tak, tak. To na razie wszystko. Przepustkę proszę zostawić na wartowni.

Uliczne latarnie z Placu Dzierżyńskiego rozświetlały marcową, dość już ciepłą noc. Przez nagie gałęzie krzewów prześwitywał neon kina Muranów. Odwrócił się. Pałac Mostowskich. Więc i on tu w końcu trafił. Za przestępstwo poważne nad wyraz. Cztery lata studiów w kubeł. Super. Starzy się ucieszą... Spojrzał na zegarek. Dochodzi dziesiąta. A co z Teresą? Może jeszcze tam jest. Nie podejmował żadnej decyzji, ale czekał. Lecz nie wychodził nikt. Mokotowska 4 m 22. Chyba jednak tam wstąpię – pomyślał. Jeśli jest, zrozumie, że mimo późnej pory... A jeśli nie, przynajmniej zawiadomi jej rodzinę. Wskoczył w piętnastkę. To kilka przystanków. A potem do chałupy. Dziś miał już nocować w domu, pewnie starzy się denerwują. Tylko co im powiedzieć?

Kamienica na Mokotowskiej tonęła w mroku. Wszedł na środkową klatkę. Ciemno. Gdzie tu jakiś kontakt? Jest coś. Nacisnął. Zaświeciło się, ale tylko na parterze. Spojrzał na numery mieszkań: 15, 16, 17. Więc 22 na drugim, środkowe. Ostrożnie wchodził po starych, drewnianych stopniach. Dzwonek. Otworzył mu dwunastoletni pewnie chłopiec. W głębi korytarza stała szczupła, niezbyt już młoda kobieta. Na jej twarzy widać było zaskoczenie i niepokój. Spodziewała się córki, a tu... – Dobry wieczór, czy jest Teresa? – Nie ma jeszcze... Czy coś się stało? – niepokój był jeszcze wyraźniejszy. – Proszę pani... Czy mogę na chwilę? – Tak. Proszę. Wszedł do wąskiego przedpokoju, oświetlonego ciemnym, pomarańczowym kinkietem. – Teresa jest przesłuchiwana w Pałacu Mostowskich. – Kim pan jest? – teraz jej oczy wyrażały strach. – Nazywam się Wiktor Turewicz. Proszę się nie niepokoić, powinni ją zaraz wypuścić. Mnie już też... – A co się stało!? – Pani córkę zaczepili jacyś tajniacy na Krakowskim Przedmieściu. Byli agresywni, więc próbowałem stanąć w jej obronie. Wtedy zapakowali ją i mnie do samochodu, i zawieźli do Mostowskich. Dalej już nie wiem, bo wzięli nas na przesłuchanie osobno. Mnie już puścili, więc myślałem, że ją też... – Pan jest jej znajomym? – Właściwie nie, ale zdążyliśmy wymienić adresy, żeby w razie czego zawiadomić... – Boże, co oni chcą od mojego dziecka! – Proszę pani, teraz pod uniwersytetem jest kupa tajniaków i pod byle pretekstem... Mnie zarzucili, że wznosiłem jakieś okrzyki. A to nieprawda. Ja tylko próbowałem pomóc Teresie. Ale oni i tak mi wmawiali... Nie chciałem podpisać tych kłamstw, więc mają mnie relegować z uczelni. Boję się, że z Teresą może być tak samo. – Pan jest studentem? – Tak, z politechniki, ale teraz to prawdopodobnie już tylko byłym. – Córka nie jest studentką. – To może lepiej. Oni chyba polują na studentów. Proszę pani, proszę się nie niepokoić, córka pewnie niedługo wróci. A ja muszę już iść, bo moi rodzice jeszcze też nic nie wiedzą. Jeśli pani pozwoli, wpadnę jutro dowiedzieć się... Dobranoc. – Do...branoc... I dziękuję.

Potem była przeprawa w domu: gdzie cię zaniosło, rozumu nie masz, zobaczysz co teraz będzie, wezmą cię do karnej kompanii, tyle lat na marne, tyle lat...

Spał do południa. W sumie nie tak długo, bo zasnął dopiero nad ranem. Bo też myśleć miał o czym. Te nieszczęsne studia. Rodzina rwie włosy z głowy. Jeszcze tylko półtora roku... Teraz nie wiadomo co robić. Chyba tylko czekać. Ale na co? Przyślą jakieś zawiadomienie? Trzeba iść do dziekana, wyjaśnić, może jeszcze coś da się odkręcić. Tylko czy dziekan w ogóle przyjmuje. W gmachu głównym nie było nikogo, to znaczy sami studenci, a na Narbutta? Lecz w myślach coraz częściej pojawiał się też drugi wątek. Teresa. Właściwie powinien o niej zapomnieć. Swoje już zrobił: próbował ją ratować od tych oprychów, zawiadomił matkę. Ale nie mógł. Wciąż w pamięci miał ten obrazek: patrzy na nią, ona to spostrzega i szybko spuszcza wzrok. I niby nic więcej, ale było w tym coś. W jego patrzeniu i jej spłoszonych oczach. Jakby iskra. I to było nazbyt pośpieszne, tak się nie robi, jeśli czyjeś spojrzenie jest bez znaczenia. Czy jest już w domu? Przecież jego wypuścili, a ona prawdopodobnie zeznawała wcześniej. I o ile jemu, jako facetowi, łatwo jest zarzucić wszczynanie ulicznych awantur, to jej... Takiej delikatnej dziewczynie? Absurd. Musiała już wrócić. A jeśli nie? Jeśli przesłuchiwał ją jeszcze gorszy ubek? Trzeba do niej pójść. Koniecznie. Zaraz.

Po niecałej godzinie był na Mokotowskiej. Lecz kiedy zobaczył twarz jej matki, wiedział, że Teresy nie ma. Widział jej rozpacz i czuł, że i jego ogarnia jakiś lęk. I wściekłość większa od tej, którą sam odczuwał w czasie przesłuchania. – Proszę pani, jadę do Mostowskich. Zrobię wszystko, żeby ją wypuścili! – Boże, dlaczego... dlaczego... – Jak tylko... to wrócę... wrócimy. Proszę czekać. Zbiegł na półpiętro. – Aha! – cofnął się, zanim zamknęła drzwi. Nazwisko! Nie znam jej nazwiska! – Majewska... Teresa Majewska. – Proszę czekać!

W bramie wjazdowej, przy szlabanie stał jeden milicjant, a w budce obok drugi. Ten przy szlabanie, kapral, wyglądał najwyżej na siedemnaście lat. Ładny, delikatny chłopczyk, taki, co w szkole powinien mieć same piątki. Zesztywniał widząc zbliżającego się cywila. – Dzień dobry – powiedział Wiktor – z kim mógłbym rozmawiać w sprawie zatrzymanej dziewczyny? – A macie jakieś pełnomocnictwa? – Jestem narzeczonym, jej matka mnie prosiła. – Nie ma takiej możliwości. – Ale chodzi tylko o to, kiedy ją wypuszczą. – Nic nie wiem. – Spodziewam się, że nie, ale ktoś wie i z tym kimś... – Nikt tu nie będzie z wami rozmawiał. Kapral podszedł trochę bliżej i dodał mniej oficjalnie: – Nie wiecie co się dzieje? – No właśnie, wczoraj wieczorem zgarnęli nas pod uniwersytetem, mnie puścili, a jej nie. Milicjant spojrzał na Wiktora z pode łba. – A, studenci... Pewnie zakłócaliście... – Zapakowali nas do budy za nic, jeśli jest pan w stanie w to uwierzyć. – Jak to mówią... Znaleźliście się w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie. – Właśnie. – Jak tak, to może zatrzymali ją na dwadzieścia cztery. – Ale dlaczego mnie puścili a jej nie! – Może na przesłuchaniu była pyskata... Arogancka. Dziewczyny nieraz takie są. W takich przypadkach dołek murowany! – To nic się nie da zrobić? Nie mógłby pan gdzieś zadzwonić? – Nawet mowy nie ma! Ale jeśli jest tak jak mówię, koło szóstej powinna wyjść. To jeszcze – spojrzał na zegarek – ze trzy godziny. Wiktor bezradnie patrzył na widoczny zza szlabanu dziedziniec, gdzie wczoraj przywiozła ich milicyjna suka. – Tędy będzie wychodzić? – No tak, chyba, że sprawa jest poważniejsza, to wtedy delikwenta wywożą z honorami. Do aresztu śledczego. – To zaczekam. – Tylko nie kręćcie się tu za blisko. Tam dalej, przy fontannie są ławeczki. Macie szczęście, że dziś ładna pogoda.

Czas wlókł się niemiłosiernie. Zrobiło się już szaro. Zobaczył ją od razu. Podała przepustkę młodemu przy szlabanie, a potem szybko szła w stronę przystanku tramwajowego. Nie spodziewała się, że ktoś na nią czeka. Przystanęła zaskoczona, pośpiesznie próbując poprawić sobie włosy. – A... to ty – też akurat cię wypuścili? Była wyraźnie zmieszana. Czuła, że po nocy spędzonej w areszcie, musi wyglądać okropnie. – Nie, mnie już wczoraj... Byłem u twojej matki, bardzo się martwi. Musimy... musisz zaraz do niej jechać. – Czekałeś tu na mnie? – A jak myślisz? Przyszedłem powspominać tu sobie wczorajszy wieczór? – To było straszne. Wsadzili mnie do celi z jakąś prostytutką. Tak wstrętną... ordynarną! – Ale czemu od razu cię nie wypuścili!? – Bo jestem chuliganem i pobiłam dwóch milicjantów w cywilu. – Coo? – Tak było w jakimś tam protokole zdarzenia, czy zajścia! – Przecież to czysty idiotyzm! – Nie, to ich zasada. Ty pewnie jesteś studentem, czyli mogli uznać, że byłeś tam z powodów politycznych. A ja nie, więc jestem kryminalistką wszczynającą pospolite burdy. – To bydlaki. Ale nie wiem co gorsze. Mnie mają relegować z uczelni. I do woja. – O Boże... Niemożliwe! To wszystko przeze mnie! Gdybyś nie... – Na nic ci się nie przydała ta moja pomoc. Ale możesz być pewna, że gdyby jeszcze raz... to zrobił bym to samo. Popatrzyła na niego tak jakoś... I mimo, że rzeczywiście nie wyglądała najpiękniej, to jej spojrzenie przeszyło go na wskroś. Objął ją ramieniem i poszli w kierunku przystanku. – Wiesz, będę miała sprawę karną. O to pobicie. Grozi mi dwa lata więzienia. – Nie wierzę. – Dostanę wezwanie na rozprawę. W maju lub czerwcu.

Spotkali się dwa dni później, pod „Patykiem” – granitowym obeliskiem w pobliżu Pałacu Kultury, będącym czymś w rodzaju drogowskazu. Przyszła ubrana jak wtedy, w dżinsach i sweterku, z narzuconą zamszową kurteczką, bo zrobiło się nieco cieplej. Dyskretny makijaż, na szyi jedwabna, szaro-zielona apaszka. Wyglądała – jak to ocenił na pierwszy rzut oka – prześlicznie. Wprost nie mógł się na nią napatrzeć. Najchętniej posadziłby ją naprzeciw siebie i patrzył, patrzył, i patrzył. Ale ona szła obok i nie mógł. Więc zarzucał ją pytaniami na jej temat. Chciał wiedzieć wszystko, zaraz, już. Natychmiast ocenił, że jest uroczą, subtelną dziewczyną i postanowił: Teresko – będziesz moja, żeby tam nie wiem co. W ciągu niespełna dwóch godzin dowiedział się, że pracuje w fabryce urządzeń optycznych, w dziale szkolenia zawodowego i że nie ma ojca, który niedawno zmarł na gruźlicę. W trakcie drugiego semestru musiała przerwać studia na psychologii, bo matka, księgowa w gazowni, nie mogła utrzymać jej i dziesięcioletniego wtedy braciszka Marka. Bardzo kochała Marka, w ogóle wszystkie dzieci, więc od trzech lat, w każde wakacje wyjeżdżała jako wychowawczyni na kolonie. A teraz nie wiadomo, czy to będzie jeszcze możliwe. Tę wiedzę, uzupełnioną wieloma innymi szczegółami Wiktor wchłaniał jak gąbka, ale było jeszcze coś, o czym ona nie wspominała, a on bał się zapytać. Taka dziewczyna musiała być obiektem westchnień niejednego chłopaka, a że miała już swoje dwadzieścia lat więc... Ale ponieważ Teresa konsekwentnie unikała tego tematu, nie dowiedział się niczego i potem długo w nocy nie mógł zasnąć, rozważając wszelkie potencjalne zagrożenia i przeszkody. Czuł, że jest na najlepszej drodze do zakochania się w niej po uszy, o ile – czego był coraz bardziej pewny – nie stało się to już. Miał też nadzieję, że Teresa nie zerwie tego rodzącego się dopiero związku, choć przypuszczał, że jest coś, jakaś tajemnica, tabu, którego naruszenie jest jeszcze daleko przed nim. I było daleko.

W następnych dniach często wpadał na Narbutta. Chciał się zorientować, czy jest szansa na wizytę u dziekana. Ale strajk ciągle trwa, zajęcia dalej zawieszone, nikt nic nie wie. Na ulicach już raczej spokój, choć podobno mniejsze zamieszki rozlały się na całą Polskę. Wolna Europa krzyczała, Gomułka szalał, rozpętała się nagonka na osoby pochodzenia żydowskiego, ale jeszcze nic nie wskazywało, że już niedługo.... Dopiero po dwóch tygodniach życie na uczelni zaczęło wracać do normy. Wznowiono zajęcia, a Wiktor nie wiedział co ma robić. Do domu nic nie przyszło, na wydziałowej tablicy ogłoszeń same stare zawiadomienia, jeśli nie liczyć odezw o naruszaniu praw obywatelskich i zniesieniu cenzury. Kilka razy pytał dziekanicę o aktualny rozkład godzin prodziekana do spraw studenckich, ale wciąż otrzymywał opryskliwą odpowiedź, że nic nie wiadomo i ona mu takiego planu nie urodzi. Włócząc się po korytarzach gmachu Nowej Technologii rozmyślał, skąd właściwie biorą się dziekanice. Przeważa opinia, że z łapanek urządzanych w trakcie sabatów na Łysej Górze. To możliwe, bo każda z nich nadaje się tylko na miotłę. Wreszcie, zupełnie niespodziewanie, na dziekana wpadł w toalecie. Durna sytuacja, ale co robić. Musiał zagadać. – Panie profesorze, dzień dobry przede wszystkim, bardzo przepraszam, ale poluję na pana już parę dni. Czy mógłby mi pan poświęcić kilka chwil? – Widzę, że z pana wytrawny myśliwy, bo o trofeum najłatwiej przy wodopoju lub w trakcie... – To przypadek, proszę mi wierzyć. – Dobrze, proszę przyjść do mnie za dziesięć minut. Dziekanica spojrzała na Wiktora wrogo, kiedy już bez pytania jej o zgodę pukał do gabinetu profesora. – Proszę, niech pan siada – wskazał mu krzesło naprzeciw swojego biurka – co pana sprowadza? – Nie chciałbym zabierać panu profesorowi dużo czasu, więc powiem w skrócie. Dziewiątego marca stałem z dziewczyną pod uniwersytetem, kiedy jakiś łobuz, bez najmniejszego powodu zaczął jej ubliżać. Nie będę przytaczać słów, ale gorszych już być nie mogło. Oczywiście próbowałem zareagować, lecz właściwie zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, otoczyło nas kilku cywilów, zaciągnęli nas do samochodu i zawieźli do Pałacu Mostowskich. W trakcie przesłuchania imputowali mi, że wznosiłem jakieś okrzyki – w rodzaju „gestapo” i w ogóle stawiałem opór. Proszę mi wierzyć, nic takiego nie miało miejsca. Odmówiłem więc podpisania protokołu przesłuchania, a prowadzący je milicjant poinformował mnie, że zostanę relegowany z uczelni i powołany do wojska. Teraz nie wiem, co ze mną będzie, czy mam chodzić na zajęcia, czy zacząć trenować musztrę. Dziekan milczał dłuższą chwilę, jakby chciał ocenić, czy chłopak jest z nim całkiem szczery. – Drogi kolego – powiedział wreszcie – słyszałem już o takich przypadkach i wiem, że często była to zwykła prowokacja. Wierzę, że niechcący wdepnął pan w to bagno. Oczywiście jeszcze nie wiadomo, jakie mogą być ostateczne konsekwencje, bo sprawa tych wydarzeń wciąż nie jest zakończona, ale jak dotąd nic do mnie nie wpłynęło. Mogę tylko zapewnić, że – o ile nie będę musiał zmienić zdania na pański temat – zrobię wszystko, żeby tą sprawę wyciszyć. Do wojska jeszcze daleko. Najpierw uczelnia musiałaby zawiadomić WKU o skreśleniu pana z listy studentów. Jak znam życie, wkrótce wszystko ucichnie i wiele spraw nabierze innego, właściwego wymiaru. Tak że proszę wracać na zajęcia i być dobrej myśli. Jeszcze tylko zapiszę pana nazwisko... – Wiktor Turewicz, czwarty rok. – Dobrze, no i życzę powodzenia. – Dziękuję panie profesorze. Wyszedł z pewnym uczuciem ulgi, ale nie do końca. Bo jeśli milicja nie odpuści, może być różnie.

A że nie zamierzała odpuścić, okazało się wkrótce, bo Teresa otrzymała wezwanie na rozprawę sądową. Już na dziesiątego maja. W wezwaniu czarno na białym napisane było, że jest oskarżona z jakiegoś tam artykułu KK o znieważenie i... pobicie funkcjonariuszy milicji na służbie. Spotkali się jak zwykle pod Patykim, Teresa pokazała mu wezwanie i wybuchła płaczem. Wiktor czytał je dziesięć razy i nie wierzył własnym oczom. – Teresa, każdy sędzia, jak na ciebie spojrzy, będzie wiedział, że to czyste kretyństwo. – Tak! Zobaczysz, że mnie skażą! Miałam nadzieję... Jeśli zdecydowali się na oskarżenie, to zrobią wszystko, żeby wykazać, że jestem winna... – Nie wierzę. W każdym razie będę twoim świadkiem. – A co to da.... Ty też brałeś w tym udział. Będziesz stroną, a nie świadkiem. – Trzeba będzie wziąć adwokata. – Ach... mama już mi załatwiła. To był przyjaciel mojego ojca. Często bywał u nas, my u niego... Ale ja go nienawidzę! Nie chciałam się zgodzić, lecz mama... Że nie mamy innego, że to drogo kosztuje, że jeśli nie, to dadzą mi jakiegoś z urzędu. I on się zgodził. Nie weźmie od nas pieniędzy. Och, Wiktor... Boję się!

I rozprawa się odbyła. Dzień wcześniej mecenas Śliwiński – ten przyjaciel – poprzez matkę przykazał Teresie, żeby na rozprawę ubrała się skromnie, najlepiej jak mniszka i robiła skruszoną minę. Sędzią było jakieś babsko po czterdziestce, sztywne jak kij. Był też skacowany ławnik, prokurator i nasz mecenas. I kilka osób na sali. Akt oskarżenia brzmiał: wszczynała, znieważała, stawiała opór, jednego z funkcjonariuszy uderzyła w twarz, a drugiego podrapała. Sędzina spojrzała na Teresę wzrokiem puchacza i spytała: – Czy oskarżona przyznaje się do winy? – Nie, wysoki sądzie. Więc przesłuchali dwóch poszkodowanych milicjantów w cywilu, których chyba pierwszy raz widziała na oczy, a którzy oczywiście potwierdzili wszystkie zarzuty. Potem zeznawał Wiktor. Pouczony o odpowiedzialności za składanie fałszywych zeznań, opowiedział jak było i stwierdził, że także nie rozpoznaje żadnego z zeznających świadków. Prokurator w całej rozciągłości podtrzymał oskarżenie, przeciwstawił zeznania dwóch funkcjonariuszy organów milicji niewiarygodnym relacjom jedynego świadka obrony, w dodatku zamieszanego w to zajście i zażądał roku pozbawienia wolności. Wtedy wkroczył mecenas Śliwiński. Z uniżonym uśmieszkiem zwrócił się do pierwszego ze świadków oskarżenia: – Panowie... yyy... Wiemy... To była taka trudna sytuacja... Mieliście nadzwyczaj ciężką służbę... Tak. No... Może któremuś z panów wyrwało się jakieś grubsze słowo, przecież to zupełnie zrozumiałe. W takim stresie... – Nie. – Ale... może jednak, proszę sobie przypomnieć... Bardzo proszę... – Nic takiego nie miało miejsca. Wiktor nie wierzył własnym uszom. Co za glista! Jakaś galareta! To ma być adwokat? I jak on to mówił! Stękał, jęczał, płaszczył się! „...Taka trudna sytuacja... Może się wyrwało...” Nie mógł tego słuchać. Rzygać się chciało. Z chęcią by mu napluł w twarz. Oczywiście ten mięczak, adwokacina od siedmiu boleści, nic nie wskórał, bo żaden z punktów oskarżenia nie został podważony i Teresę uznano za winną zarzucanych jej czynów. Pomijając niekończące się formułki prawne, wyrok w imieniu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej brzmiał: rok więzienia, w zawieszeniu na dwa lata.

Minął maj, zaczyna się letnia sesja egzaminacyjna, a w sprawie Wiktora cisza. Tylko na Narbutta jakby coraz mniej studentów. Na Mechaniczno-Technologicznym nie, ale na Mechanice Precyzyjnej... Co się stało, jakaś epidemia? Ano... Jak się okazało, prawie jedna trzecia studentów było pochodzenia żydowskiego. I to sami najlepsi. Najzdolniejsi. To był szok, gdy jeden z przyjaciół Wiktora, Kamil zaprosił go do kawiarni i powiedział: – Wiesz Wiktor, wyjeżdżam... – Gdzie?! A sesja? Masz jeszcze egzamin z metrologii. – Wyjeżdżam z Polski... Na zawsze. – Cooo? Dlaczego! – Większość z nas teraz wyjeżdża. Nareszcie dotarło. – Ty... jesteś...? – Tak. Długie milczenie. – Musisz? – Tak. I wiesz co jest najgorsze? Matka wyjeżdża do Izraela, ja do Austrii, brat do Szwecji, a ojciec chce zostać. Mówi, że jest za stary. W dodatku... Magda ze mną nie jedzie. Patrz... W grudniu miał być nasz ślub.

Zaczęło się lato, w którym Dworzec Gdański, peryferyjny, warszawski dworzec, przeżywał dni swojej świetności. Niezbyt chlubnej niestety. To z niego tylu – wybitnych i zwykłych ludzi wyjechało z Polski na zawsze. Bo okazali się Żydami. Dlaczego – zastanawiał się Wiktor – ci Żydzi są tacy zdolni. Na uczelni – najlepsi studenci. Sławny uczony – Żyd. Wspaniały artysta – Żyd. To dlatego tak ich nie lubią, tępią. Bo są zagrożeniem dla małych, szarych przeciętniaków. A przecież to oni – tak, właśnie oni – ich wyhodowali. Gnębili ich przez wieki. Więc przeżyć mogli tylko aktywni, zaradni, inteligentni. I dlatego właśnie tacy bywają Żydzi. Proste. Zwyczajny darwinizm.

IV

Sam już nie wiedział, jak długo wpatruje się w zatłoczoną – jak co dzień – Trasę Łazienkowską. Stał oparty o poręcz zawieszonej nad nią kładki dla pieszych i patrzył. Patrzył, ale widział tylko obrazy przechowywane w pamięci. A pod nim bezustannie pędził nieprzerwany sznur samochodów. Z dala srebrzyła się wąska o tej porze roku wstęga Wisły. Kiedyś, tuż obok, było osiedle domków fińskich, w którym mieszkała jego pierwsza miłość – Irenka z VIIb. Ciekawe, co się teraz z nią dzieje, jak wygląda. Bo wtedy była najpiękniejsza. Nie tylko dla niego – dla połowy chłopaków z jego klasy. Miała taki promienny uśmiech i śliczne dołeczki. Niestety nie odważył się na najdrobniejszy krok. I ona niczego się nie domyślała. Skończyła się szkoła i każde z nich poszło w swoją stronę. Nie spotkali się już nigdy. Tyle lat, prawie pół wieku... Irenka z oczami jak sarenka... Taki napis wyrył kiedyś scyzorykiem na jej ławce. Ale to nie dla niej musiał tu przyjść jeszcze ten jeden raz.

Myślami powędrował do pamiętnego roku, pierwszego roku nowego stulecia, który świat przyjął z taką euforią. W telewizjach wszystkich krajów fajerwerki nie gasły przez całą dobę. A zaraz potem wróciła szara codzienność. I nadszedł upalny czerwiec.

Trzydziesta rocznica ślubu Teresy i Wiktora wypadała za tydzień, w sobotę. Kupił jej złoty pierścionek – delikatny, z małym brylancikiem. Wszyscy, którym pokazywał go w sekrecie przed żoną przyznawali, że jest niezwykle piękny. Na przyjęcie zaproszonych zostało kilkanaście osób. – Rita znów będzie się bała, zawsze piszczy jak po domu kręci się dużo ludzi – odezwał się Wiktor kończąc śniadanie. – Ale jak ją przytulisz, choćby na chwilę – natychmiast się uspokaja. Nie będziesz się bała, prawda suniu? – powiedziała Teresa do zwiniętej na kanapie Rity, która jak zwykle przysłuchiwała się ich rozmowie. Rita podniosła swoją śliczną mordkę i spojrzała na panią jakby chciała odpowiedzieć: „Jak jestem z wami, to nie boję się niczego. Ale rzeczywiście – przyznaję, że tłoku nie lubię”. – Będzie dość ciasno, choć rodziny jak na lekarstwo – zauważył Wiktor. – A pamiętasz nasze wesele? – wtedy to dopiero było tu ciasno! Goście musieli tańczyć w przedpokoju. A stara Broczkowska pod nami waliła szczotką w sufit. Teraz to już tak nie będzie, oj nie – westchnęła. – Cóż... Rodzina się nam wykrusza. Twoja matka nie żyje, moi rodzice też niedawno, jedno po drugim... – Paweł na końcu świata... – Patrz Teresko – minęło trzydzieści lat, a mieszkanie wciąż to samo i my ciągle w tych dwóch pokojach. Tyle, że doprowadzili nam centralne i nie musimy się już martwić o węgiel na zimę. Nie ma co, wielkiej kariery to my nie zrobiliśmy. Wszystko co mamy, to ta stara, ciasna chałupa i przechodzony maluch na parkingu. – A ja lubię naszego malucha. – A ja lubię piękne dziewczyny w maluchach. – No, no... dziękuję, miły jesteś. – Ale ja tak... ogólnie. Naprawdę, jak widzę ładną dziewczynę prowadzącą malucha, to taka dziewczyna podoba mi się dużo bardziej, niż gdyby jechała mercedesem. Może to głupie, ale mam wrażenie, że ta w zwykłym, niepozornym samochodzie musi być uczciwa, mądra i dobra – w przeciwieństwie do ślicznej lali w limuzynie. Przedwczoraj wlokłem się w korku na Wisłostradzie – dwa kilometry na godzinę. Obok mnie jechała piękna blondyna w nowiutkim, czarnym BMW, a zaraz za mną dziewczyna w leciwym maluchu, też bardzo ładna. Ta z BMW, w drodze pomiędzy mostami zrobiła sobie całą poranną toaletę. Stale z nogą na gazie. Najpierw w lusterku wstecznym ufryzowała sobie włosy, a potem wykonała pełny makijaż: usta, brwi, rzęsy, paznokcie – wszystko. A ta z malucha – nie wiem, wyglądało, że chyba się czegoś uczy. I na tą pierwszą spoglądałem tylko ciekawie, a na drugą, z prawdziwą przyjemnością. – Ty lepiej patrz przed siebie jak jeździsz i nie oglądaj się za babami! Potem są wypadki.

Czemu to powiedziała! Czemu wymówiła to słowo! Dlaczego...

Pół godziny później, na Trasie Łazienkowskiej zabrakło jej benzyny. Nie mogła tego przewidzieć. Zaciął się wskaźnik paliwa. Chciała zepchnąć malucha ze środkowego pasa na prawy. Wysiadła, a w tym momencie z wielką prędkością nadjechał potężny TIR...

I w trzydziestą rocznicę ślubu odbył się jej pogrzeb. Na palcu miała delikatny, złoty pierścionek z brylancikiem.

V

Był już późny wieczór, kiedy Wiktor wpadł na Mokotowską. Uruchomili Internet. Wyszukiwarek połączeń lotniczych było sporo, wiele razy wprowadzali wszystkie dane, ale komputerowi ciągle coś nie pasowało. Najczęstszym rezultatem był komunikat w rodzaju „nie ma takiego połączenia”. Wiktor miał już dość, ale Marek był niezmordowany. W końcu sukces: jest optymalna trasa. Przez Frankfurt i Sydney. Z datą wylotu 11 sierpnia. – Wiesz Wiktor, jednak wpadnij jeszcze raz do biura na Kruczą i najlepiej załatw wszystko na miejscu. Ja nie mam w tym wprawy, możemy coś pochrzanić i co wtedy? To zbyt poważna sprawa. – Tak, tak. Będę musiał tak zrobić. W każdym razie dzięki. – Napijesz się kawy? – Chętnie. Potem już może nie być okazji. Marek wyszedł z pokoju włączyć czajnik elektryczny. – I co szwagier, nie będziesz tęsknił za Polską? – spytał z głębi kuchni. Wiktor wstał i podszedł do okna. – Za tym miejscem na ziemi na pewno. Brak mi będzie tego krajobrazu, klimatu, czterech pór roku i śniegu w zimie. Bo tam jest tylko lato i pora chłodów. Żal mi też będzie polskiej mowy wokół. W sklepie, na ulicy. Ale samych ludzi mniej. – Ludzi nie? – Wiesz, my, Polacy mamy tyle wad, że jakoś... nie bardzo. Jedynie tych znajomych. – Nie czujesz się patriotą? – Zależy jak pojmujesz patriotyzm. Narodowcem nie byłem nigdy. Dla mnie ojczyzna, to ta ziemia i przyroda wokół nas. Czyli trywializując – geografia tak, historia raczej nie. – No nie wiem... Chodź, jest kawa jaką lubisz. Bez śmietanki. Dwie kostki, jak zwykle? – Tak, dzięki. – Szczerze mówiąc, nie zazdroszczę ci tego wyjazdu. No, siadaj, kawa stygnie. Wszystko już załatwiłeś? Ale Wiktor wciąż stał i patrzył na przeciwległą stronę ulicy. Choć widział tylko mgłę. Wreszcie usiadł przy stole i odpowiedział cichym, jakby nie swoim głosem: – Wszystko, jeszcze tylko te bilety. Nie mam już mieszkania, samochodu, niczego... I nie zostawiam nic, oprócz grobu Teresy. – O to się nie martw, przecież ja... – Tak, tak. Zawsze byliście wspaniałym rodzeństwem. – Chyba tak, ale... Wiesz co, powiem ci coś, czego bym ci nie powiedział w innych okolicznościach. Zresztą nikomu. A teraz myślę, że mogę, bo znikasz, prawie jak Teresa sześć lat temu. – No, porównanie dość drastyczne. Jeszcze nie wybieram się na tamten świat. – Ale wyjeżdżasz, że już chyba dalej się nie da. Spójrz na ten globus, tam na półce. Gdyby, wbijając strzałę w Warszawie, przeszyć go na wskroś, to jej grot wyszedłby dokładnie w okolicach twojego Auckland. – Tak? Patrz, nawet nie wiedziałem. Wymieszał kawę i dodał próbując żartować: – To może zamiast szukać samolotów, wykopię głęboki dół i dostanę się tam na skróty. No, ale co mi chciałeś powiedzieć? – Tylko mam prośbę. Nie chcę, żeby się Ewa... – No co ty. Zresztą i tak już chyba nie zobaczę twojej żony. Kiedy wraca z tego stypendium? – No tak, nie spotkacie się już. We wrześniu. Marek spuścił wzrok, wpatrując się w warstwę fusów na dnie filiżanki. – Wiktor... Wiesz... Kiedyś cię nienawidziłem. – O tak. Czułem, że za mną nie przepadasz. – Ale to było dawno, jeszcze przed waszym ślubem. Potem mi przeszło. Mam nadzieję, że mi wierzysz. – A czym sobie zasłużyłem na tak wyrazistą namiętność? – Byłem zazdrosny. O Teresę. – Jak to, przecież to twoja siostra! – Ale był czas, kiedy patrzyłem na nią inaczej. Czułem to już wcześniej, ale zrozumiałem dopiero jak przeczytałem pewną książkę... Nie pamiętam tytułu i autora. Dość cienka książka w ciemnozielonej okładce. Tyle wiem, bo potem gdzieś wsiąkła. To była opowieść o rodzeństwie, nastolatkach, których rodzice wyjechali na lato, czy też oni wyjechali, w każdym razie zostali sami. No i... Najpierw były jakieś niewinne dotknięcia, potem pocałunki, a potem – no wiesz. Wszystko opisane bardzo subtelnie, ale aż kipiało erotyką. Dziwna rzecz, taka książka w tamtych czasach... – Chyba nie chcesz powiedzieć, że ty i Teresa... – Nie, chociaż to, co wtedy czułem, miało z tym wiele wspólnego. A zaczęło się właśnie, jak Teresa poznała ciebie. Ja miałem wtedy prawie trzynaście lat. Przedtem ona była jakaś aseksualna. Ubierała się jak zakonnica, nie chodziła na żadne randki. Podczas gdy jej koleżanki... – Wiem, że tak było. Mówiła mi. I wiem dlaczego. Chyba i ty powinieneś to wiedzieć, ale najpierw dokończ swoją historię. – Powiesz mi? – Tak. Marek spojrzał w kierunku wielkiej, dębowej szafy, od lat w tym samym miejscu. – W tym czasie lubiłem się bawić w szpiegów, dywersantów, zresztą nieważne. Pewnego dnia, w trakcie takiej zabawy, siedziałem zamknięty w tej szafie. To znaczy prawie zamknięty, bo nie mogłem się całkiem zamknąć od środka. Więc została szpara. I wtedy do pokoju weszła Teresa. Miała na sobie szlafrok, chyba pierwszy naprawdę ładny, niebieski szlafrok – pamiętam, bo właśnie zaczęła nagle o siebie dbać. Stanęła przed lustrem – tym tutaj – i czesała włosy. Potem rozpięła go i oglądała swoje piersi. Dotykała ich... A ja w tej szafie... Patrzyłem na nią i bałem się drgnąć. W końcu całkiem zsunęła szlafrok i była zupełnie naga. Usiadła na krawędzi krzesła, odchyliła głowę do góry i zaczęła głośno oddychać. Coraz głośniej i głośniej. Przestraszyłem się trochę, ale czekałem co będzie dalej. I wtedy zobaczyłem, że jej palce poruszają się tam... I sam nie wiem, jak to się stało, że moja ręka też wślizgnęła się w spodnie i ja... W pewnej chwili poczułem jakieś nieznane dotąd, oszałamiające doznanie, a dłoń zrobiła się całkiem mokra. To był pierwszy raz, taka wczesna inicjacja – jak widzisz, związana z Teresą. I potem już patrzyłem na nią nie jak na siostrę, lecz na kobietę, która wzbudza we mnie pożądanie. – Więc jednak było w tym coś z kazirodztwa. – Właśnie tak określił to ksiądz, do którego – jeszcze tego samego dnia – poszedłem się wyspowiadać. To wtedy pierwszy raz usłyszałem to słowo. Byłem młodym katolikiem, żarliwym, świeżo po bierzmowaniu. Chodziłem często do kościoła, na niektóre nabożeństwa także w dni powszednie i przemyśliwałem nawet o ministranturze. I wiedziałem, że popełniłem grzech. Ciężki, bo to szóste przykazanie. A szóste przykazanie kościół traktuje poważnie. Nad wyraz poważnie. Ale nie sądziłem, że aż tak! Proboszcz, bo trafił mi się akurat proboszcz, mówił, że to największy grzech, z jakim się spotkał od lat. Dużo większy, niż gdybym ją zabił! I jak on to mówił! Prawie wrzeszczał. Groził, że nie da mi rozgrzeszenia, straszył ogniem piekielnym! Miałem wrażenie, że słucha tego cały kościół. Gdyby to było średniowiecze, z pewnością zaprowadziłby mnie przed szlachetne oblicze ojca Torquemady, a potem osobiście podłożył płonącą żagiew pod mój stos z nadzieją, że posyła moją duszę do diabła. – I co, pogonił cię z konfesjonału? – W końcu dał to rozgrzeszenie, ale z jaką pokutą! I wpędził mnie w ogromne poczucie winy. A ja i tak nie mogłem uwolnić się od Teresy. A ponieważ była już z tobą – nienawidziłem cię – to chyba jasne. Z tego poczucia winy i osamotnienia w grzechu wyzwoliła mnie dopiero ta książka. Że zdarzają się takie, a nawet bardziej drastyczne przypadki. A po tej spowiedzi zupełnie przestałem chodzić do kościoła. Nie byłem w nim prawie czternaście lat. Dopiero Ewa zaciągnęła mnie tam siłą przed ślubem. Wiesz jaka jest Ewa. – A ta twoja nienawiść do mnie. Długo to trwało? – Dość długo. Prawie dwa lata. W pierwszej klasie liceum zakochałem się w jednej Marylce, z równoległej klasy. I jakoś tak samo przeszło. Ale bywa, że jak myślę o Teresie, nawet tyle lat po jej śmierci, to widzę ją przed tym lustrem. A niekiedy, dość rzadko, ale jednak, miewam takie sny. – Ja jestem jedynakiem, więc nie miałem takich doświadczeń. Niemniej wyobrażam sobie, że zdarza się to znacznie częściej, niż mogłoby się wydawać. – Też tak sądzę. Choć w moim przypadku była to raczej burza hormonów niż cokolwiek innego. A samo kazirodztwo to temat tabu i powszechnie nic o tym nie wiadomo. Od czasu do czasu przewija się w kronikach kryminalnych i to w relacjach, że tak powiem, pionowych. A jeśli chodzi o rodzeństwo... W literaturze, sztuce, nikt nie porusza tak drażliwego problemu. Ta zielona książeczka była chyba jedynym wyjątkiem. Czy przykładowo ktoś kiedyś zrobił o tym film? Może był jakiś poboczny wątek w filmie o starożytnym Rzymie. A tak to nie słyszałem. No, ale ty też miałeś mi coś powiedzieć o Teresie. Muszę wiedzieć o niej wszystko. Ona była bardzo ważna w moim życiu. – Wiem i dlatego ci o tym opowiem. Ale to dość mroczna historia. Powiedziała mi to dopiero dwanaście lat po ślubie. Dwanaście lat! I tylko dlatego, że nie mogłem już w tej sprawie nic zrobić. Bo właśnie wtedy pewien powszechnie szanowany obywatel poszedł do piekła. – Wiktor! O kim ty... i co... – Więc słuchaj.

Tego dnia wróciłem z pracy, wszedłem do kuchni i zobaczyłem ją siedzącą nad pociętą nożem gazetą. Na drobne kawałki. Była spokojna, jakby wypalona, ale sądząc po tym, co leżało na stole, musiała chyba przeżyć atak furii. – Teresa! – przestraszyłem się – Co się stało! Bo widzę, że coś się stało! Mów! Spojrzała na mnie i odwróciła wzrok. Patrzyła w przestrzeń. Mijały długie chwile oczekiwania. W końcu drewnianym głosem powiedziała: – Nareszcie ten bydlak... Znów cisza. – Co!? – Zdechł. – Kto taki! Teresa! Co się z tobą dzieje! – Mecenas Śliwiński. Przyjaciel rodziny. Tu jest jego nekrolog. Wśród strzępów gazety można było jeszcze odczytać: „ŚP... Mec... Jó... iwiński... Odsze.... ukoch... mąż... ciec... ziadek. ...grążeni w smut...” – Teresko, kochanie co on ci... – Zgwałcił mnie. – Coooo? Kiedy! – Pierwszy raz... jak skończyłam piętnaście lat. Zamurowało mnie. Usiadłem obok i nie zadawałem żadnych pytań. Wiedziałem, że to właśnie stanowiło tę tajemnicę, która była między nami od pierwszych chwil bycia razem. Czekałem, aż sama powie mi wszystko i zrzuci z siebie ten ciężar. I odtąd nie będzie już żadnego tabu. A ona powoli odzyskiwała spokój. Potem wstała, wyrzuciła strzępy gazety do śmieci i powiedziała: – Teraz ci o tym opowiem. Przedtem nie mogłam, bo pewnie próbowałbyś jakoś zareagować, wymierzyć mu sprawiedliwość, a ja nie miałam na to dość siły. Podeszła do okna, oparła się o framugę i zaczęła mówić, patrząc gdzieś w dal. – Mecenas Śliwiński był, jak to mówią, przyjacielem rodziny. Razem z ojcem aż do matury siedzieli w jednej ławce. Był też świadkiem na ślubie rodziców i nawet o mało co nie został moim chrzestnym. Z tego co wiem, nie mógł, bo akurat wyjechał do Libii. Dość często bywał u nas, w każdym razie zawsze na imieninach rodziców. A my u niego znacznie częściej, bo był bogaty, mieszkał w dużej willi w Aninie i urządzał tam wielkie przyjęcia, a latem pikniki w ogrodzie. Zawsze miał dla mnie laleczki, czekoladki i ogromne lizaki. Mimo to nigdy specjalnie go nie lubiłam, bo wydawał mi się fałszywy. Ale moi rodzice go uwielbiali. Skończyłam właśnie piętnaście lat, kiedy w trakcie takiego pikniku podszedł do mnie i powiedział, że chce mi coś pokazać na strychu. Zaintrygował mnie, więc z nim poszłam, a ponieważ w ogrodzie było co najmniej trzydzieści osób, nikt nie zwrócił na to uwagi. Na strychu było gorąco i duszno. Stało tam trochę starych mebli i kanapa, nieco mniej zakurzona niż pozostałe graty. Kazał mi na niej usiąść, a sam wyciągnął skądś kilka zagranicznych pisemek. Powiedział, że jestem już dorosła, bo mam piętnaście lat i wolno mi robić to, co jest na tych zdjęciach. Chciałam uciec, ale okazało się, że drzwi na strych były już zamknięte. Złapał mnie, przewrócił na kanapę i ściągnął mi majtki. Krzyczałam, płakałam, ale nikt nic nie słyszał, bo jedno, jedyne okienko na strychu nie wychodziło na ogród, tylko na dość ruchliwą ulicę. No i zrobił to... Potem zamknął mnie na tym strychu samą, bo powiedział, że muszę się uspokoić. Wyszedł i wrócił, nie wiem, chyba po pół godziny. Przyniósł mokry ręcznik, wytarł mi twarz i poprawił włosy. Zaczął mnie przepraszać, że chciał, żeby było przyjemnie, że teraz to już naprawdę jestem dorosła i jeszcze będę mu wdzięczna. Potem powiedział, żebym nikomu nic nie mówiła, bo to już i tak niczego nie zmieni, a moi rodzice wiele mu zawdzięczają, i bardzo byliby na mnie źli, gdybym się poskarżyła. Wiesz... Zawsze byłam trochę zamknięta w sobie i stało się tak, jak chciała ta świnia. Nic nikomu nie powiedziałam, choć nieraz świerzbił mnie język, jak ojciec czy matka rozpływali się nad dobrym wujkiem Józiem. Ale już nigdy potem nie pojechałam z nimi do Anina. Zawsze mówiłam, że się źle czuję, albo mam dużo lekcji i nie mogę. Patrz... Tyle razy się wymawiałam, a oni niczego się nie domyślali. Zabierali więc tylko Marka, a ja zostawałam sama. Ale za każdym razem kiedy tam byli – dosłownie za każdym – miałam w oczach obraz tego spoconego bydlaka przywalającego mnie swoim tłustym cielskiem. Zawsze chciało mi się rzygać na samo to wspomnienie i początkowo naprawdę rzygałam. W szkole nie mogłam patrzeć na żadnego chłopaka, nie chodziłam na zabawy i prywatki. Nawet ubierałam się tak, żeby żadnemu z nich nie wpadło nic do głowy. Z jednej strony matka była zadowolona, że ma taką grzeczną córeczkę, która zajmuje się nauką, a nie głupstwami, ale z drugiej strony, patrząc na moje koleżanki musiała dostrzegać jakąś różnicę. I wiedziałam, że to ją martwi. A ja odczuwałam złośliwą satysfakcję, że jeśli jest na tyle głupia, żeby niczego się nie domyślać i pod niebiosa wychwalać drogiego mecenasa – to niech cierpi. Ale to... jeszcze nie wszystko. Dwa lata później całą rodziną wyjechaliśmy na wczasy nad morze. Nawet nie wiedziałam, że był to ośrodek Ministerstwa Sprawiedliwości i że te wczasy załatwił nam uczynny wujek Józef. I oczywiście, zjawił się tam ze swoją wyfiokowaną żoną i tłustym jak on sam synem Karolem. Całe dwa tygodnie miałam zepsute. Unikałam go jak ognia, wciąż koncentrowałam się na tym, co wymyślić, co zrobić, żeby nie widzieć tej wstrętnej mordy. Całe szczęście, że stoliki w stołówce były czteroosobowe i siedzieliśmy oddzielnie, bo chyba nie mogłabym niczego przełknąć. Zbliżał się już koniec turnusu, kiedy mecenas zaproponował jakąś wieczorną imprezę na tarasie domu wypoczynkowego. Marek biegał gdzieś z innymi chłopakami, a ja wymówiłam się bólem głowy. Ale rodzice byli zachwyceni. Żeby nie było gadania, wzięłam od nich klucz do pokoju i położyłam się spać. Ze snu wyrwał mnie jakiś przygniatający ciężar. Nie mogłam złapać tchu. Zupełnie oszołomiona nie potrafiłam się bronić. I ten wieprz... znowu... Nie wiem, jak mu się to wszystko udało. Chyba musiał spić resztę towarzystwa, a sam się wymknął i... A ja głupia nie zamknęłam drzwi, żeby rodzice po imprezie mogli wrócić do pokoju. Tym razem powiedziałam sobie: nie daruję ci kanalio! Lecz zamiast od razu zgłosić się na milicję, albo przynajmniej powiedzieć rodzicom, zaczęłam obmyślać najokrutniejsze formy zemsty. Ale co mogłam zrobić? Choć nie byłam z siebie dumna, napisałam do jego żony kilka listów – podpisanych, nie żadnych tam anonimów – w których ujawniłam prawdziwe oblicze jej męża. Ale albo udało mu się je przejąć, albo żona je zignorowała... A może zrobiła mu tylko awanturę? Nie wiem. W każdym razie kontakty się urwały, choć jestem pewna, że rodzice dalej nie wiedzieli nic. Potem widziałam go jeszcze tylko dwa razy. Na pogrzebie ojca i wtedy, w sądzie. To dlatego tak nie chciałam, żeby mnie bronił. Ale matka błagała – córeczko, nie mamy pieniędzy, musisz mieć adwokata. Brzydziłam się sobą, ale w końcu jej uległam. Wtedy, po rozprawie – pamiętasz – nawet do niego nie podeszłam. Zresztą sam wiesz, jaka to była obrona i czy było za co dziękować. A matka prawie całowała go po rękach. To było okropne. I potem w domu miała do mnie pretensje. Patrz, umarła nie podejrzewając niczego.

Kiedy Wiktor kończył opowieść Teresy, Marek siedział nieruchomo, ze spuszczoną, podpartą rękami głową. Zapadła długa cisza. Nic, tylko brzęczenie muchy i tykanie starego, ściennego zegara. Wreszcie wyprostował się i patrząc na wiszący na ścianie portret siostry powiedział: – Wujku Józefie... W Święto Zmarłych będę u ciebie na Powązkach. Przysięgam. I nasram na twój grób.

VI

Trzeba zrobić selekcję fotografii. Te, które niewiele znaczą – wyrzucić. Bo najgorsza jest inflacja zdjęć. Im jest ich więcej, tym bardziej bezmyślnie rzucasz na nie okiem, a w pamięci pozostaje pustka. Na podłogę spadła jakaś pocztówka. Schylił się. Hm... Nawet udane zdjęcie: ostre, kontrastowe. Bo też – teraz przypomniał to sobie dokładnie – zrobił je swoim wysłużonym Pentasixem Łukasz – wydziałowy artysta. Spojrzał z tyłu: „1965”. Tak... To pamiętne andrzejki na Mechanice Precyzyjnej. I ostatnie zdjęcie z Dorotą.

To dlatego postanowił odwiedzić miejsce, gdzie kiedyś był koniec świata, a w każdym razie koniec Warszawy. Fort Wola. Czterdzieści lat temu Wiktor wysiadał tu codziennie, budzony przez konduktora na pętli tramwajowej. Tuż obok wyły syreny Zakładów Mechanicznych Marcelego Nowotki. Tak nazywały się wtedy, bo potem rzecz jasna Nowotko musiał zniknąć i zostały Zakłady Wola, czy coś w tym rodzaju. Rozejrzał się. Za płotem rozciągał się olbrzymi teren, chyba jeszcze bardziej zaniedbany niż dawniej. Jakieś nieczynne hale, porzucone maszyny, zarośla. Ale podobno wciąż produkują to samo – silniki do czołgów. Tu odbywały się robotnicze praktyki studentów z wydziału Mechaniczno-Technologicznego. Przez cały letni semestr pierwszego roku pracowali jak wszyscy, od szóstej rano, albo na drugą zmianę do dziesiątej. Przy maszynie, w przesiąkniętym chłodziwem kombinezonie. Ciekawe – zastanawiał się wówczas – jak w tym ubranku czują się nasze koleżanki. Było ich kilkanaście, może dwadzieścia. Dosyć fajne, jak na Politechnikę. Szczególnie Dorota. Drobna, wręcz filigranowa dziewczyna, która atrakcyjnie wyglądała nawet w roboczym kombinezonie. Zawsze potrafiła go czymś upiększyć: a to szerokim, czerwonym paskiem, a to koralami, czy szyfonową chusteczką na szyi. I o dziwo, jej kombinezon, wyjątkowo dobrze dopasowany do sylwetki, był zawsze czysty. Pracowali w sąsiadujących ze sobą gniazdach. Na akord, jak wszyscy. Ona przy wiertarkach, on na szlifierce. A w słoneczne dni, w czasie przerw śniadaniowych, siadywali na krawężniku przed bramą hali maszyn i gadali o wszystkim, i o niczym. – Wiktor, wczoraj przypadkiem wpadł mi w ręce twój pasek z wypłatą. Jakim cudem udaje ci się aż tyle zarobić? – spytała Dorota. – Bo ja pracowity chłopak jestem. Powinnaś już wiedzieć. – Nie żartuj, przecież wszyscy dostajemy robotę z najniższej grupy. Trzeciej, najwyżej czwartej. – Pamiętasz? Na początku pytali, kto jest po technikum. Więc się zgłosiłem i przydzielili mi szlifierkę, a tam jest piąta grupa. – Ale to i tak niewielka różnica. – Fakt, najważniejsze są normy. Wiesz, ja często szlifuję szklanki popychacza. I tak dociskam tarczę ścierną, że każdego dnia muszą mi ją wymieniać na nową. To dlatego stoję cały w chmurze pary z chłodziwa. Ale wyrabiam sto procent. – Nie boisz się, że ci kiedyś tarcza pęknie? – Eee, zaraz tam pęknie... Zresztą brygadzista nieraz to widział i tylko się śmiał. – Wiesz, kiedyś czekałam na majstra w kantorku i widziałam karty pracy innych robotników. Mają operacje z co najmniej szóstej grupy. Nawet na wiertarkach. A ich robota taka sama jak nasza. – Być może specjalnie zaniżają nam grupę. Albo kombinują z normami. Wiadomo, studenci – co zarobią, to na przyjemności. A tamci z tego żyją. I poniekąd może trochę racji w tym jest. – A mnie to wkurza. Powinna być sprawiedliwość.

Rzeczywiście Wiktor nigdy na nic nie narzekał. Właściwie to lubił nawet ten wszechobecny zapach chłodziwa w olbrzymiej, wyłożonej drewnianą kostką hali maszyn. Dobrze się czuł wśród tokarek, frezarek i szlifierek, a nawet na wydzielonym ze względu na niemiłosierny hałas gnieździe automatów. Lubił ten luz, z jakim odnosili się do siebie robotnicy i dość sympatycznych – o dziwo – brygadzistów i mistrzów. Z upodobaniem raczył się wodą sodową, którą czerpało się wprost z kranów do metalowych, przytwierdzonych łańcuchami kubków. Jest całkiem fajnie – myślał – pół roku w fabryce, zamiast rozwiązywania całek i tej cholernej geometrii wykreślnej.

W połowie maja przeszedł na odlewnię. Każdy musiał zaliczyć tu miesiąc. Tylko dziewczyny nie, bo za ciężkie warunki pracy. Harówy nie było, jako że płacili za dniówkę, grosze oczywiście. Ale ten okropny smród form odlewniczych! Rozbijał je wielkim młotem zanim jeszcze całkiem zdążyły wystygnąć. – Wiesz – opowiadał Dorocie – na odlewni jest facet, inżynier, który komponuje wsad do pieca indukcyjnego. W karcie wyrobu ma dokładną specyfikację z procentowym wykazem wszystkich składników stopu. A on staje przy złomowisku i palcem pokazuje dźwigowemu: teraz to, teraz tamto, trochę tego, o – jeszcze ten kawałek. Potem wrzucają to wszystko do pieca i tym, co z niego wychodzi zalewają formy. I dobra... – To u nas, w Polsce, normalne. Mój kuzyn pracuje w fabryce telewizorów, w kontroli przełączników kanałów, które przychodzą z Elwro. W jego sekcji – a jest tam siedem osób – mają całą skomplikowaną procedurę pomiarów i przyrządy, które stoją zupełnie bezużytecznie, bo oni tylko wyciągają każdy przełącznik z pudełka i patrzą, czy w transporcie nie zapowietrzyły się lampy. To widać na pierwszy rzut oka, bo wtedy są białe na czubku. I jeśli trzeba, wsadzają nowe. A inne braki wychodzą dopiero na taśmie montażowej. W ten sposób robotę, na którą mają cały dzień, odwalają w piętnaście minut. Dosłownie. A reszta czasu – dla nich. I co najciekawsze, prawie wszyscy o tym wiedzą.

Wiktor też dogadał się z mistrzem, że jednego dnia będzie tyrał uczciwie, a za to drugiego może się nie pokazywać wcale. A że akurat zrobiło się ciepło, w wolne dni wylegiwał się w krzakach porastających rozległy teren zakładu. Potrafił w nich zasnąć tak mocno, że parę razy przegapił nawet koniec zmiany. Ale w chłodniejsze, lub deszczowe dni krzaki nie wchodziły w grę. Wałęsając się po całym terenie odkrył bocznicę kolejową, na której zawsze stały puste, lub częściowo załadowane wagony towarowe. Można w nich było rozwalić się na podłodze, lub różnych pakach czy skrzyniach i zapaść w spokojny sen sprawiedliwego. Powiedział o tym Dorocie, a ona koniecznie chciała to zobaczyć. Umówili się na jutro.

Był letni, gorący dzień, Wiktor miał „wolne”, a Dorota wiedziała, że i tak na wiertarce majątku nie zrobi. Więc poszli za halę A, minęli galwanizernię i oczyszczalnię ścieków. Jeszcze sto metrów i bocznica kolejowa. Rozejrzał się, czy nikt nie łazi w pobliżu. Spokój. Podeszli do torowiska. – O, właśnie tu spałem przedwczoraj – wskazał na stojący obok wagon – Chcesz wejść? – Dobra, ale musisz mi pomóc, nie mogę sama tak wysoko... Rzeczywiście, wagon nie miał stopni i dla drobnej dziewczyny wejście nie było zbyt komfortowe. Wiktor wskoczył do środka i wyciągnął do niej rękę. Stała pod nim, usiłując oprzeć kolano o podłogę. Jej kombinezon rozchylił się nieco... Pod spodem nie miała nic. Przez krótki moment widział z góry jej nagie, jędrne piersi. Trochę go zatkało. Podobała mu się, ale dotąd traktował ją jak koleżankę – miłą i ładną – z którą tym przyjemniej gadało się na przerwie śniadaniowej. Nie umawiali się nigdzie po pracy. Nic właściwie o niej nie wiedział. Ale teraz... To co zobaczył, trwało chwilę, jedną chwilę, którą usiłował przedłużyć obrazem zapisanym w pamięci. – No, Wiktor... na co czekasz?! Pomóż mi do jasnej Anielki! – Przepraszam... jakoś tak się... zamyśliłem. Wciągnął ją do środka i rozsiedli się na wielkiej, drewnianej skrzyni w samym końcu wagonu. Panował tam półmrok rozświetlany przenikającymi przez szpary smugami słońca. I leżały jeszcze resztki legowiska, które dwa dni temu urządził sobie Wiktor. – Fajnie – powiedziała – nikt się tu nie kręci? – Przedwczoraj nie było żywego ducha. – Mam nadzieję, że jesteś grzecznym chłopcem i nie zamierzasz tego wykorzystać! – spojrzała na niego figlarnie. Prawdę mówiąc, właśnie przed chwilą taki scenariusz zaświtał mu w głowie. – Ależ nigdy, przenigdy bym tak nie pomyślał, gdybyś nie podsunęła mi tej... – Oj Wiktorku, chyba nie skrzywdzisz biednej koleżanki! – Biednej... No tak, ubrałaś się dość oszczędnie. Niechcący to zauważyłem. – Zauważyłam, że zauważyłeś – spoważniała patrząc mu w oczy. Zmieszał się trochę. Więc nie udało mu się ukryć wrażenia, jakie zrobił na nim ten widok. – I nie oszczędnie, tylko lekko po prostu – dodała już z uśmiechem. Lato jest. Siedzieli vis a vis opierając się plecami o przeciwległe ściany wagonu. Nie miał wątpliwości, że zaczęła się gra, najwspanialsza gra, jaka może toczyć się między kobietą a mężczyzną. Nagrodą może być wszystko, ale wystarczy jeden fałszywy ruch... To wiedział, bo już kiedyś popełnił ten błąd. Więc teraz nie wolno jej spłoszyć. Ale nie był doświadczonym graczem. Ba – był żółtodziobem, debiutantem. Mimo dziewiętnastu lat. Z ledwo widocznym uśmiechem czekała co będzie dalej. Wiedziała, że jest panią sytuacji. A on czuł, że nie wolno już zwlekać. A niech to... Dlaczego usiadł tak daleko! – Coś masz na policzku – skłamał. – Gdzie? – odruchowo wytarła go sobie ręką. – Jeszcze. Czekaj. Podsunął się blisko, jak najbliżej. I nagle przekroczył tą magiczną barierę, kiedy włącza się jakaś kosmiczna grawitacja, która sprawia, że ciała nie mogą oderwać się już od siebie. Jego usta znalazły jej usta i poczuły ich smak. I trwali tak długo, bardzo długo, chyba wieczność. A potem rozpiął jej kombinezon i zobaczył, że nie ma na sobie nic więcej. Była naga... zupełnie naga. I on – już po chwili – też. Leżała na wznak z rozrzuconymi włosami, a on całował brodawki jej piersi. Zrobiły się duże i twarde. I zapragnął już wreszcie... Ale... no nie... coś nie tak... Pomogła mu. I w tym momencie, właśnie w tym, nie wytrzymał. To była chwila. Cudowna i gorzka. – Przepraszam – jęknął – za bardzo cię chciałem. Spojrzała na niego z czułością. – Ty jeszcze nigdy... – spytała – Tak? Cisza. Więc tak... – pomyślała. – Zaczekaj – powiedziała łagodnie – za chwilę znów będziesz gotów. Wysunęła się spod niego i zaraz po tym poczuł, że jej usta... że ich dotyk... tam... Przeszył go dreszcz. I odwzajemnił tę…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych