Wybór Tom I
Opowiadanie o długiej i krętej drodze jaką trzeba czasami przebyć w poszukiwaniu miłości i szczęścia, przeplatanej intrygami, brukowanej zdradą z niepewnym końcem. O wyborach, których należy dokonać i o ich zwodniczym charakterze. Wszystko to osadzon
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Historia ta naprawdę miała miejsce, być może nie naszych bohaterów a innych osób się tyczyła, być może nie w tym a w innym czasie miała miejsce, być może nie wszystko co tutaj spisano zgodne jest z prawdziwym obrazem jaki rozegrał się niegdyś, czy też może dopiero się rozegra. Pewne jest jedno, opowieść ta nie jest z palca wyssana, lecz morałów, chodź licznie tu zawartych i w oczy się rzucających, do serca swego brać nie musisz, gdyż rolą tej historii jest przyjemność jej odkrywania, a nie nauka z niej płynąca. Zagłębiając się w opowieść poczuj wiatr, targający włosami bohaterów, ciesz się chwilami ich radości, zagryzaj wargi w chwilach trwogi, uroń łzę w chwilach smutku. Historia ta opowiada o losach dwóch różnych i z początku obcych sobie osób, których życie los splótł w wspólny warkocz wydarzeń, uwikłał w łańcuch nieodwracalnych decyzji i doprowadził… Tego już dowiesz się z samej opowieści.
On.
Bogato odziany mężczyzna, co chwilę z niepokojem zerkał w okno, wypatrując kuriera, który miał zjawić się lada chwila. Nerwowo przechadzał się po swym gabinecie w jednej z największych i najbardziej wpływowych gildii w mieście. Zniecierpliwiony oczekiwaniem zasiadł w bogato rzeźbionym fotelu za dębowym równie pięknie inkrustowanym biurkiem. Wbił wzrok w niewielką paczuszką leżącą na blacie. Od szybkiego dostarczenia tej paczki zależało powodzenie pewnych bardzo ważnych planów gildii na północy, to było ich być albo nie być. Kuriera polecił mu stary znajomy, jako pewnego, godnego zaufania i zaprawionego w tego typu przedsięwzięciach. Usłyszał kroki na korytarzu prowadzącym do jego gabinetu, szybkie i energiczne odbijające się echem po pustym o tej porze korytarzu, klamka drzwi opadła, do pokoju wszedł wyczekiwany przybysz. Wyobrażał go sobie nieco inaczej, jako potężnego mężczyznę, z czołem pooranym latami doświadczeń, twardego niczym skała o którą rozbijają się wszelkie fale. Młodzian który stał w drzwiach nie przypominał ni trochę tego z jego wyobrażeń. Liczył sobie nie więcej niż dwadzieścia pięć wiosen, nie był zwalisty wręcz przeciwnie, był wysoki i szczupły. Ubrany w podwójne, czarne, podróżne spodnie, wysokie skórzane buty i czarną bluzę, na której połyskiwał w świetle świec wypolerowany, łuskowy napierśnik. Na plecy miał zarzucony czarny, długi płaszcz, spod którego wyzierała głownia długiego miecza. Młodzian podszedł do biurka i zasiadł na krześle naprzeciwko. Zsunął z głowy kaptur. Skórę miał śniadą, wysmaganą wiatrami północy i wypaloną słońcem południa, widać było, że jego domem jest szlak. Włosy, brązowe z lśniącymi złotawymi pasmami były doskonałym dopełnieniem jego oczu. Pierwszy raz widział takie oczy, głęboko brązowe, lecz w płomieniu świec nabierały koloru płynącego złota. Zaczął skrupulatnie wyjaśniać złotookiemu cel, wagę i konsekwencję powierzanego mu zadania. To była szansa, na którą czekał przez te wszystkie lata. Uważnie obracał niewielki pakunek i wysłuchiwał instrukcji od zleceniodawcy, gdzie kiedy i komu ma ów pakunek przekazać. Prawdę mówiąc niewielu podjęło by się tego zadania, zima była sroga, szlaki zasypane i nieprzejezdne a droga długa i niebezpieczna, ale wizja pokaźnej sakwy pełnej złotych monet była na tyle pociągająca, że podjął się wykonawstwa. Większość swego życia spędził na szlaku i nie obce mu były mrozy zim i skwarne słońce upalnych lat, wiedział, że podoła realizacji zlecenia. Przesyłka miała być przewieziona dyskretnie, szybko i bez opóźnienia, konsekwencje nie wywiązania się z kontraktu były poważne, gildia dla której wykonywał owo zlecenie nie wybaczała błędów, ale on nie miał zamiaru ich popełniać. Uścisnął dłoń zleceniodawcy pieczętując umowę, pakunek owinął czerwonym materiałem i upchnął za połą koszuli. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, czekało go pięć dni drogi, miał wyruszyć po zmroku. Podczas gdy stajenni szykowali do drogi jego konia on sam postanowił skorzystać z tych kilku godzin w mieście i skierował swe kroki do pobliskiej karczmy. No może słowo karczma nie zbyt pasowało do obskurnego zamtuza, ale piwo mieli tu przednie a i ceny nie wygórowane. Zamówił dzban piwa i wygodnie rozsiadł się na ławie. W głowie już układał plany jak zmieni swoje życie, gdy tylko otrzyma obiecaną zapłatę. Rozkoszując się smakiem chłodnego napitku wrócił wspomnieniami do wszystkich minionych chwil i wyborów, które go tutaj doprowadziły. Jego przygoda z życiem zaczęła się gdy miał jakieś szesnaście lat, opuścił dom i ruszył w świat szukając lepszego jutra. Przyłączył się do grupy najemników, lecz Ci porzucili go rannego po jednej z potyczek , następnie tułał się po miastach, różnymi zajęciami się parając, jedne przynosiły mu chwałę, jak na przykład odbicie pewnego barona z rąk porywaczy, inne zaś kładły się cieniem na honorze, chociażby kradzież świętych relikwii z największej katedry w stolicy. Całe życie coś gonił, coś czego nie potrafił sprecyzować i dokładnie określić. Próbował wszystkiego, wyruszył z piratami na ciepłe morza, zaciągnął się i ruszył na wojnę, nie mogąc znaleźć celu w rzeczach dających adrenalinę, próbował się ustatkować. Otworzył zakład płatnerski w jednym z niewielkich miast, który to nawet bardzo dobrą sławą się cieszył. Stabilizację miał przypieczętować ożenek, więc znalazł sobie żonę, bo tak było trzeba. Dwa lata później zostawił żonie swój majątek, i zakład a sam znów ruszył na szlak. Tułał się dalej, na każdym kroku zdobywając nowych przyjaciół i nowych wrogów. I właśnie jeden z dawnych przyjaciół polecił go zleceniodawcy z wpływowej gildii, droga do władzy, wpływów i pieniędzy stanęła przed nim otworem. Martwiło go tylko jedno, doskonale czuł, że to nadal nie było jego przeznaczenie.
Ona.
Młoda dziewczyna, ubrana w czarną podróżną suknię i owinięta bialutkim futrem z norek uważnie obserwowała służących pakujących kufry na wóz, zganiła ich krzykiem gdy jeden z nich upuścił jeden z pakunków podczas umieszczania na dachu karety. Kufry były pełne różnorakich przedmiotów, potrzebnych na szykujące się weselisko. W tym upuszczonym właśnie znajdowała się porcelanowa zastawa na tysiąc osób, wykonana z najlepszej gatunkowo porcelany, z ręcznie malowanymi złotem pejzażami. Inne paki zawierały haftowane obrusy, ozdoby, a także białą, obszytą perłami suknie ślubną. Po wszystko to fatygowała się tak daleko od zamku, ale było warto, tylko tutaj w nadmorskim mieście kupcy mieli tak wspaniały wybór wszystkich tych cudownych rzeczy, do tego w tak przystępnych cenach. Miała nadzieję wrócić do domu przed pierwszymi śniegami, ale wiedziała że to jej się nie uda. Zima zaskoczyła wszystkich i srogo uderzyła w połowie złotej jesieni. Nie chcąc zwlekać postanowiła ruszyć w drogę, licząc iż opady śniegu ustaną, lub nie będą na tyle intensywne aby uniemożliwić podróż. Ślub wymagał wielu przygotowań i dużego nakładu pracy, o ona chciała tego dopilnować. Zapatrzyła się w wirujący płatek śniegu, powoli majestatycznie sunący ku ziemi, gdzieś w środku odezwały się wspomnienia, jej jeszcze przed chwilą wesołe oczy ogarnął smutek. W młodości kochała życie, kochała pęd wiatru we włosach gdy wybierała się na konne przejażdżki, kochała podróże w nieznane odstępy, zawsze jej było pełno, na turniejach rycerskich, na polowaniach, na wyprawach w nieznane. Jej piękne zielone oczy, krótkie czarne włosy, z białymi pasmami spięte w kucyk, delikatne usta i jasną cerę zauważył na jednym z turniejów syn bogatego hrabiego. Był przystojny, wygadany i bogaty. Najpierw gdzieś zawiązała się znajomość, zabierał ją na wystawne bale, królewskie polowania i wprowadzał w świat arystokracji i szlachty. Przeprowadziła się na jego zamek, ich znajomość stała się dużo bardziej zażyła, lecz gdy poprosił ją o rękę, odmówiła, gdzieś w głębi serca nie czuła żaru, tęskniła za wiatrem we włosach, ledwo widocznych leśnych ścieżkach, szare mury zamku przytłaczały ją. Choć z drugiej strony odpowiadał jej ten spokój, stabilizacja i bezpieczeństwo jakim była otoczona. Mimo wszystko starała się przy każdej okazji wyrywać z zamku, to z wyjazdem po podatki do pobliskiego miasta, to z grupa pielgrzymów jako przewodniczka, czy też razem z zbrojnym patrolem na granicę księstwa. Z czasem coraz rzadziej zapuszczała się w odstępy, coraz więcej czasu spędzała w murach zamku, coraz bardziej adaptowała się do nowego życia. I gdy po roku jeszcze raz poprosił ją o rękę, zgodziła się. Wierzyła w to, że ja kocha, a to że połączy swe włości z jego majętnościami i ustanowi stabilne i duże księstwo, też było perspektywą wartą ożenku. Chociaż nie miała pewności, czy to co czuła do swego narzeczonego to była miłość, ale małżeństwo to gwarantowało jej stabilność, dostatek i opiekę. Ustalono datę ślubu, huczne weselisko miało odbyć się na wiosenne przesilenie. Postanowiła wybrać się do odległego o dziesięć dni drogi dużego portowego miasta, aby tam dokonać wszelkich niezbędnych zakupów. Piękna słoneczna złota jesień wręcz zachęcała do podróży. Droga do miasta minęła szybko i przyjemnie, towarzyszyło jej dwóch służących z zamku i jeden z zamkowych gwardzistów. Złote talary szybko zmieniały się w różnorakie dobra, kupowane w kramach, na bazarach i wystawnych sklepikach. Radość zakupów, i miasto tętniące życiem pozwoliły jej zapomnieć o głuchej pustce w sercu, która czasami tylko boleśnie o sobie przypominała, wywleczona na wierzch widokiem spacerujących zakochanych par, czy barda śpiewającego smutną miłosną melodię. Z zadumy wyrwały ją pokrzykiwania służących, którzy właśnie uporali się z ostatnim pakunkiem. Byli gotowi do drogi. Szybko usadowiła się wewnątrz karety, cztery czarne rumaki ochoczo ruszyły drogą ku bramom miasta, żłobiąc koleiny w białej puchowej wyściółce ulicy. Z początku droga przebiegała bez większych trudności, lecz przed nimi wił się górski szlak, a zima z każdą godziną przybierała na sile. Gdy zapadł mrok, spokojny dotąd opad zmienił się w uderzenie śnieżycy, konie z trudem brodziły w wysokim śniegu, przedzierając się zasypanym szlakiem. Silne podmuchy wiatru targały karetą. Okazało się, że służący jadący konno za karetą gdzieś przepadli, mimo powrotu i poszukiwań nie udało ich się odnaleźć, należy też dodać że wraz z służącymi zniknęła szkatuła z złotem, więc zapewne skorzystali z okazji na to by wieść lepsze życie i rozpłynęli się w ciemnościach nocy wraz z talarami. Nad ranem, po całonocnych zmaganiach z szalejącą zamiecią, grzęznącym w śniegu wozem i przenikliwym zimnem, dotarli do doliny w której znajdowała się górska osada. Jako, że pogoda nie miała najmniejszego zamiaru się poprawić, zmuszona została do przeczekania zimowej zawieruchy właśnie tutaj, na całe szczęście w osadzie była duża karczma, gdzie bez trudu udało się znaleźć elegancki pokój, dobre jadło i schronienie. Konie zaprowadzono do stajni, kufry z zakupami przy pomocy uprzejmego karczmarza znalazły się w wynajętym pokoju. Nazajutrz, wieczorną porą, podczas gdy spożywała kolację, w towarzystwie swego ochroniarza, do jej uszu, przebijając się przez głosy trzaskających w kominku drew, szumiącego wiatru i szepczących o interesach kupców, dotarły krzyki i parskanie koni. Drzwi karczmy otworzyły się z trzaskiem wpuszczając do środka tuman śniegu. Grupa przybyłych mężczyzn wyglądała groźnie, ubrani w stalowe pancerze i kolczugi, pookrywane futrami z niedźwiedzi, uzbrojeni w groźnie wyglądające narzędzia mordowania. Szybko ulokowali się w alkowie, pokrzykując na siebie i śmiejąc się. Jeden z nich ruszył do karczmarza, chwycił go za poły koszuli i podniósł nad ziemię, potrząsając nim niczym szmacianą lalką składał zamówienie, szepcący w kącie Sali kupcy zamilkli i pospuszczali głowy. Ci siedzący w alkowie wzrokiem lustrowali salę. Siedziała ze spuszczoną głową, czując ich wzrok na swym ciele, szybko wstała i ruszyła do swojego pokoju, jej towarzysz, mocno już uraczony tutejszym winem postanowił zostać na dole, aby dokończyć świeżo przyniesiony antałek. Zamknęła się w swym pokoju, lekko przestraszona i podenerwowana legła na łóżku, zmęczenie dało o sobie znać, powoli zamknęła oczy. Obudziły ją wrzaski i hałas dobiegający zza okna. Zerwała się na równe nogi, przez szybę, na której mróz mozolnie rzeźbił biały pejzaż zobaczyła swojego gwardzistę kłócącego się z trójką ludzi w futrach. Kłótnia przerodziła się w bójkę, piany jak kłoda ochroniarz nie miał najmniejszych szans. Przerażenie ścisnęło jej gardło, gdy jej przyboczny osunął się martwy na śnieg i gdy dotarło do niej, że jest sama. Stała w oknie, wpatrzona w leżące na dole zwłoki, z ciemności nocy wyłoniła się czarna postać, ubrana w długi ciemny płaszcz, postać przyklękła przy martwym człowieku i powoli podniosła głowę. Zdusiła krzyk, gdy spod czarnego jak noc kaptura rozjarzyła się para złotych oczu. Wystraszona, skuliła się kącie pokoju i usnęła. Śniące się jej koszmary przerwały głosy wyważanych drzwi jej pokoju.
Pierwsze spotkanie.
Zima, mimo iż według kalendarza to jeszcze nie była jej pora, szalała w najlepsze. Śnieżne zaspy zamknęły drogi do górskiej doliny ulokowanej wśród szczytów. Trakty zasypane śniegiem ściął mróz, skutecznie uniemożliwiając wjazd i wyjazd z sennej osady, przycupniętej w dolnie, teraz otulonej białą pierzyną śnieżnego puchu. Tylko dymy pnące się ku niebu z kominów domostw świadczyły o czyjejś obecności w osadzie. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, chowając majestatycznie swe oblicze za pobliskim szczytem. Sine, ciężkie chmury nadciągające z zachodu powoli gromadziły się nad uśpioną doliną pogrążając ją w mroku. Świeże płatki śniegu, najpierw mniejsze, potem coraz większe, powoli opadały na zmarzniętą skorupę, pokrywającą ziemie, domy i drogi. Z minuty na minutę pogoda robiła się coraz gorsza, coraz silniejszy wiatr rozwiewał dymy kominów. Na przełęczy prowadzącej do wioski, na zasypanej i oblodzonej drodze, zamajaczyła konna postać. Szczelnie otulona derką, ledwie trzymająca się siodła, targana silnymi porywami wiatru, który zmieniał delikatne płatki śniegu w smagające twarz pociski. Postać powoli i mozolnie, walcząc z wiatrem zbliżała się do kładącej się do snu osady. Strudzony i przemarznięty do szpiku kości rozglądał się po opustoszałej wiosce, szukając karczmy w której mógłby schować się przed rozpętującą się właśnie zamiecią. Skierował konia w stronę centralnego placu, w oknach domostw pojawiały się zaciekawione twarze, bacznie obserwujące idiotę, który podróżował w samym środku zimy po nieprzejezdnych szlakach. Psy zbyt zmarznięte by szczekać wychylały tylko łby z bud i odprowadzały go wzrokiem. Przy rynku znalazł pokaźną gospodę, w oknach paliło się światło, z komina unosił się zapach pieczeni, boleśnie przypominający mu o długiej podróży jaką miał za sobą. Zauważył dwa szczelnie poowijane wozy, zapewne kupieckie, stojące przy wejściu do karczmy. Zaraz za nimi stała też zdobiona kareta, na wpół przysypana zsuwającym się z dachu śniegiem. Zsiadł z konia, chwycił uzdę i ruszył w kierunku stajni. Stajnia była pełna, co świadczyło o dużej ilości gości w gospodzie. Cztery czarne rumaki z lśniącą sierścią zapewne należały do właściciela karocy, pociągowe siwki o długiej sierści i krępych nogach były zapewne własnością kupców, gdyż takich właśnie koni zwykli używać do ciągnięcia swych kupieckich wozów. Rzucała się też w oczy grupka koni różnej maści, z lekkimi siodłami, sakwami i miejscem na broń i podróżny ekwipunek, takich koni używali zwiadowcy i co gorsza rozbójnicy. Koniuszy odprowadził jego konia, a on ruszył ku drzwiom karczmy z nadzieją, że konie widziane w stajni należały do zwiadowców. Scena która akurat rozgrywała się przed wejściem do gospody, rozwiała jego nadzieje. Trzech typków, odzianych w niedźwiedzie skóry, uzbrojonych w grube, drewniane obuchy katowało przy wejściu bogato odzianego człowieka. Ten początkowo próbował się bronić, ale celne uderzenia pałek, najpierw go rozbroiły a następnie zwaliły w śnieg. Jeden z napastników wyciągnął zza pasa długi zakrzywiony nóż, po czym kilkakrotnie pchnął leżącą na śniegu ofiarę. Biel puchu skaziła karminowa kałuża, napastnicy splunęli na ścierwo i wrócili do karczmy. Nie zareagował, po pierwsze kalkulacja szans, ich było trzech a on jeden, a sądząc po liczbie koni w stajni łącznie z tymi w środku było ich z dziewięciu. Po drugie, życie nauczyło go nie pchać nosa w nie swoje kłopoty, ponieważ to zawsze się kończyło źle. Podszedł do trupa leżącego w czerwonej kałuży krwi. Po ubraniu można było wywnioskować, iż ów typ był kimś w rodzaju ochroniarza czy też strażnika, do tego dosyć majętnego, gdyż jedwabnych koszul nie noszą zwykli gwardziści. Poprawił miecz u boku i ruszył w stronę wejścia, z mocnym postanowieniem nie wchodzenia w drogę aktualnym biesiadnikom. Gospoda była pustawa, zasiadł przy dębowym stole, odpiął od pasa miecz i położył na blacie. Jedynymi osobami w Sali było trzech skulonych kupców, siedzących w rogu, co chwila zerkających ze strachem w kierunku alkowy, skąd dochodziły donośne odgłosy zabawy. Zapewne tam w alkowie urzędowała banda, która chwile temu, przed drzwiami karczmy, dała pokaz swojego nastawienia do pozostałych gości. Rozsiadł się wygodnie, zrzucił z pleców płaszcz, a jako, że miejsce które wybrał znajdowało się tuż przy wielkim kominku, odprężył się pozwalając by ciepło z paleniska ogarnęło zmarznięte kości. Po chwili zjawił się i karczmarz, wyraźnie zestresowany z powodu gości urzędujących w alkowie. Zamówione jadło i napitek szybko pojawiły się na stole. Zapach pieczonej gęsi i aromat zamorskiego czerwonego wina, oraz głód po długiej podróży, sprawiły, że szybko zapomniał o uciążliwych i niebezpiecznych gościach, a zajął się smakowaniem specjałów tutejszej kuchni. Kątem oka wyłowił kupców czmychających na górę, zapewne do swych pokoi. Tak więc został sam, nie licząc przerażonego karczmarza, i przekrzykującej się bandy w alkowie. Syty posiłek, aromatyczne wino i ciepło z kominka rozpływające się po kościach oraz długie godziny spędzone w siodle na szlaku, spowodowały, że przysnął. Z drzemki wyrwały go głośne pokrzykiwania i głosy szamotaniny, uchylił jedno oko. Na schodach zauważył trzech typków z alkowy, ciągnących w dół schodów skrępowaną i zakneblowaną kobietę, ubraną w atłasową czarną suknię, okryta białym futrem. Ta szarpała się i szamotała, ale w obliczu trzech rosłych zbójów była bezradna. Błagalnym wzrokiem omiatała pustą salę, szukając wybawienia. Prowadzący ją mężczyźni brutalnie, popychając i rżąc gdy wpadła na ławę, prowadzili ją w kierunku alkowy. Na niego, śpiącego w kącie Sali nie zwrócili uwagi. Przymknął oko, przecież to nie jego problem, zresztą co miał by zrobić, on był jeden a ich ośmiu, może więcej. Bandyci wraz z zrezygnowaną dziewczyną zniknęli za kotarą alkowy. Wrzawa i śmiech stały się dużo wyraźniejsze, tak jakby właśnie zabawa w alkowie miała rozpocząć się na dobre. Gdy tylko zniknęli, otworzył oczy, cicho chwycił miecz i szybko ruszył w kierunku stajni. Nie potrafił powiedzieć dlaczego to robi, może przez te zielone błagające oczy, a może dlatego, że na jej widok poczuł dziwne, nieznane i przez te wszystkie lata poszukiwane uczucie, ścisk w żołądku, żar w sercu i coś czego nie potrafił określić, a może dlatego, że tak postąpił by ktoś honorowy. On nie bywał nigdy honorowy i zdawał sobie, że to co chce zrobić jest bez najmniejszego sensu i że najprawdopodobniej podzieli los skatowanego przed karczmą człowieka, mimo tych wszystkich pewników, szybko znalazł koniuszego, wręczył mu kilka złotych monet i nakazał osiodłać i przygotować do drogi dwa konie i zostawić otwarte drzwi stajni. Sam z podróżnych sakw przytroczonych do siodła swojego konia wyciągnął dwie samo repetujące kusze, szybko wdział na pierś łuskowy pancerz, długi miecz przewiesił przez plecy, poprawił sztylet znajdujący się w bucie. Z namaszczeniem naciągnął obydwie kusze, założył bełty o grotach ostrych niczym brzytwy. Spojrzał w zamieć przez otwarte wrota stajni, westchnął i po chwili wyciągnął ciepłą derkę i położył na siodle drugiego konia. Nabrał głęboko powietrza i szybko ruszył do wnętrza karczmy. Nie musiał się skradać, śmiech i wrzaski panujące w alkowie obudziły by nawet zmarłego i w zupełności wystarczały aby nie usłyszany podszedł do kotary oddzielającej alkowę od reszty pomieszczenia. Zważył kusze w dłoniach, grotem jednego z śmiercionośnych bełtów delikatnie uchylił zasłonę. Szybko policzył napastników, było ich dziesięciu, wszyscy niestety uzbrojeni, dwóch trzymało kobietę, już nie spętaną, ale nadal zakneblowaną, kolejnych dwóch szykowało miejsce na stole, starał się nie zastanawiać w jakim celu, chodź odpowiedź była zbyt oczywista. Pozostała szóstka, siedziała przy stole rechocząc i ponaglając kompanów, do szybszego uprzątnięcia stołu. W zielonych oczach dziewczyny zobaczył łzy. Wymierzył w dwóch, którzy ją przytrzymywali, zwalniane cięciwy syknęły jednocześnie. Świst tnących powietrze bełtów był bardzo krótki, zakończony głuchym stuknięciem gdy ostre groty wbijały się w ciało, gruchocząc kości i rozrywając mięśnie. Wyraz zaskoczenia na twarzach osuwających się na ziemie oprychów wykwitł wraz z czerwonymi plamami na ich koszulach. W tym samym momencie rozchylił poły kotary i wpadł do środka, bezbrzeżne zdumienie malowało się na twarzach zbójców. Cisnął kuszami w dwóch stojących przy stole, na szczęście niedoszła ofiara gdy tylko poczuła, że uścisk trzymających ją dłoni zelżał szybko rzuciła się ku rozchylającej się kotarze, chwycił ją za rękę i kazał biec do stajni. Sam zatrzymał się na środku pomieszczenia i wyciągnął miecz. Czerwona poświata drew płonących w kominku krwawo odbijała się w stalowej, wypolerowanej klindze miecza. Dobiegła do drzwi prowadzących do stajni, zatrzymała i odwróciła by zaczekać na swego wybawcę, on odwrócił się szybko i kazał jej uciekać nie czekać i nie oglądać się, z alkowy wybiegli bandyci, już nie z wyrazem zaskoczenia a wściekłości na twarzach. On cofnął się stając między nimi a drzwiami prowadzącymi do stajni, powoli zakręcił młynka mieczem, jeszcze raz ponaglił ja do ucieczki, sam zaś uraczył uzbrojoną grupkę wrednym uśmiechem. Dopadła osiodłanego konia, szybko wskoczyła w siodło i galopem ruszyła w szalejącą zamieć, owinęła się szczelnie pozostawioną na siodle derką i zniknęła w mroku nocy. Koń szedł jak wicher, szybko niósł ją z dala od karczmy i od obleśnych oprawców, zastanawiała się kim był jej wybawca, nie zdążyła mu się przyjrzeć dokładnie, mimo iż jego postępowanie jej bardzo pochlebiało, ale zdawała sobie sprawę, że został tam w karczmie na pewną śmierć. Ośmiu zaprawionych w jatkach zbójów, kim by nie był, sam nie był w stanie ich pokonać. Zastanawiała się dlaczego poświęcił się dla niej? Dlaczego postanowił oddać swoje życie za jej ? Zatrzymała konia, szybko sprawdziła co znajduje się w jukach przytroczonych do siodła. Znalazła małą ręczną kusze i krótki miecz, może i nie była mistrzynią fechtunku, ale pamiętała co nieco z lekcji które pobierała na rodzinnym zamku. Zawróciła i po swoich śladach ruszyła szybko ku gospodzie. Gdy dziewczyna zniknęła w mroku nocy, zamknął drzwi prowadzące do stajni i oparł się o nie plecami. Napastnicy uzbrojeni w pałki, buzdygany i długie noże powoli i z respektem do długiego miecza, który dzierżył w dłoniach, zbliżali się ku niemu. Oparty o masywne, dębowe drzwi zataczał mieczem półokręgi, nie pozwalając się zbliżyć przeciwnikom na odległość ciosu. Najpierw spróbował jeden, doskoczył szybko zmniejszając dystans i wyprowadzając szerokim łukiem cios buzdyganem, zaraz za nim skoczył drugi z przeciwnej strony w długim wypadzie z wyciągniętym w przód nożem. Przyjął uderzenie buzdygana na miecz, stal zajęczała pod siłą ciosu, przeniósł ciężar ciała na drugą nogę i wykorzystując pęd przeciwnika, rzucił go w stronę nożownika. Śmiertelne pchnięcie przeznaczone dla niego zatrzymało się na udzie bandyty. Zaskoczeni napastnicy zwalili się na ziemie i szybko odczołgali poza zasięg jego miecza. Dwóch z nich, widząc że trudno podejść osaczoną ofiarę ruszyło do alkowy. Wrócili dosyć szybko, taszcząc jego własne kusze. Z przerażeniem śledził jak naciągali cięciwy i układali na prowadnicach bełty. Na twarzach bandytów pojawił się uśmiech tryumfu. Jak na zwolnionym filmie, widział jak podnoszą kuszę do oka, mierzą wprost w jego serce, zacisnął zęby oczekując głuchego uderzenia, gdy bełty przeszyją jego łuskowy pancerz. Jednak zamiast jęku zwalnianych cięciw usłyszał przeraźliwi wrzask. Okazało się, że karczmarz pospieszył mu z pomocą i właśnie chlusnął na kuszników garem wrzącej potrawki z gęsi, jak się okazało w sukurs przyszli też kupcy, których wcześniej widział w gospodzie, w trójkę podnieśli ciężką dębową ławę i cisnęli ją w gromadę zdezorientowanych bandytów. Karczmarz szybkim ruchem głowy wskazał mu na drzwi, nie ociągał się, dopadł swego konia i ruszył w noc, śnieżyca przybierała na sile, ale wyraźnie widział ślady kopyt odciśnięte w śniegu, zostawione przez konia dziewczyny. Owinął się szczelnie derką, zmrużył oczy i galopem puścił się po śladach. Jedną ręką prowadziła konia, w drugiej kurczowo trzymała nabitą kuszę, dotarło do niej, że najprawdopodobniej jej wybawca leży martwy, a banda właśnie rusza za nią w pościg. Już miała zawrócić konia i odjechać jak najdalej od gospody i pościgu, gdy przez szalejące płatki śniegu zauważyła szybko zbliżającą się konno postać, więc byli tuż za nią, nie da się złapać ponownie, postanowiła, że żywa nie wpadnie w ręce bandy, ścisnęła kusze w zziębniętych palcach, wymierzyła i pociągnęła za cyngiel. Pędził pod wiatr, ciemność i padający śnieg spowodowały, że stracił orientacje, jedyne co widział to znikające ślady kopyt przed sobą. Wpatrzony w trop nie zauważył jeźdźca stojącego mu na drodze, gdy podniósł głowę było już za późno. W świst wiatru wdarła się nuta tnącego powietrze pocisku. Usłyszał zgrzyt pękających łusek pancerza, poczuł uderzenie w okolicach barku, a zaraz potem potworny ból i ciepłą posokę rozpływającą się pod pancerzem. Impet uderzenia wytrącił go z równowagi, powoli osunął się z siodła i wpadł w głęboki śnieg. Próbował podnieść się i stanąć do walki, ale jeździec który go ustrzelił z obnażonym krótkim mieczem już był przy nim, przycisnął kolanem jego pierś nie pozwalając się podnieść i powodując eksplozję bólu w ranie, zacisnął oczy. Poczuł powiew wiatru gdy napastnik zerwał mu z twarzy kaptur, ostatkiem sił podniósł powieki i ostatnim co zobaczył były jej przerażone a zarazem okrągłe ze zdumienia zielone oczy. Klęczała na śniegu, jak zaklęta wpatrzona w swego złotookiego wybawcę, którego właśnie ustrzeliła. Z przerażeniem odskoczyła, zdając sobie sprawę, że klęczy kolanem na jego piersi mierząc krótkim mieczem w szyje. Z odrętwiałych rąk wypuściła miecz, z jej oczu, gęstą strugą popłynęły łzy. Łkając szukała oznak życia u leżącego u jej stóp mężczyzny. Drżącymi dłońmi wyciągnęła pocisk, tkwiący poniżej barku, przez dziurę wybitą w pancerzu zaczęła wypływać krew, czerwono znacząc śnieg. Czuła słaby, niknący chwilami puls jego serca, w którym jeszcze tliło się życie. Walcząc z smagającym wiatrem, łzami zalewającymi oczy i drążącymi dłońmi, wwlokła bezwładne ciało no swego konia. Sama usadowiła się w siodle i ruszyła przed siebie, nie wiedząc już nawet, czy jedzie szlakiem czy też nie. Jedną ręką trzymała go mocno na swych kolanach, drugą gładziła jego brązowe, przeplatane złotem włosy, prosząc go by wytrzymał, aby nie umierał a w duchu modląc się o cud. Duże, ciepłe łzy płynące z jej oczu, rozpryskiwały się na jego twarzy. Silny podmuch wiatru zwalił z trzaskiem pobliskie drzewo, wzbijając w powietrze tuman białego pyłu, spłoszony koń stanął dęba zrzucając swoich pasażerów i galopem pomknął w mrok. Na czworakach dopadła do leżącego twarzą w śniegu umierającego mężczyzny, kucnęła przy nim i wciągnęła go na swoje kolana, wtuliła się w jego włosy i głaszcząc delikatnie po twarzy, przepraszała. Gdzieś przed nią w zamieci zamajaczyło światełko i po chwili zgasło, wytężyła wzrok wpatrując się w ciemność, zastanawiając czy już z rozpaczy, beznadziei i zmęczenia oczy płatają jej figle. Światełko pojawiło się znów, i tym razem nie chciało znikać, stawało się intensywniejsze i fruwało miarowo z lewa na prawo. Z ciemności wyłoniła się przygarbiona, opatulona futrem postać, w jednej ręce trzymała huśtającą się Lampe oliwną, a w drugiej spłoszonego konia. Radość i nadzieja na ocalenie rozbłysły w jej sercu, złożyła delikatny pocałunek na ustach leżącego na jej kolanach mężczyzny. Przybysz podszedł do nich, w blasku płomienia lampy zobaczyła, przyjazną, pomarszczoną twarz starszego człowieka. Próbowała podnieść się, coś powiedzieć, ale nogi nie usłuchały, osunęła się na swojego towarzysza, i spojrzała w niebo pełne gwiazd, ostatnie płatki śniegu przyklejały się do jej twarzy. Jej oczy zamknęły się same.
Znaleźć szczęście
Obudziła się i usiadła na miękkim łożu, rozglądając po małej komnacie. Przez wąskie okno wpadał blask słońca, na kamiennej posadzce rozłożono miękkie skóry, gobelin, przedstawiający scenę jakiejś zapomnianej dawno bitwy zdobił ścianę. Na niewielkim stoliku stała przygotowana strawa, zauważyła także swoje ubranie równo poskładane i ułożone na krześle w rogu komnaty. W małym kominku wesoło trzaskał ogień, wygramoliła się spod grubego, ciepłego futra i wdziała swoją suknię. Wybiegła przez drzwi na długi, niknący gdzieś w mroku, pusty korytarz, rozświetlony światłem płonących krużganków. Na chybił trafił obrała kierunek i zaczęła biec, zaglądając do pokoi. Cześć z nich była pozamykana, inne zaś okazywały się puste i podobne do tego w którym się obudziła. W biegu skręciła w boczny korytarz i wpadła wprost na idącego z tacą mężczyznę. Z hukiem zwalili się na podłogę, taca z metalicznym dźwiękiem odbiła się od posadzki i budząc donośne echo potoczyła po podłodze korytarza. Spojrzała najpierw w twarz człowieka na którego wpadła, rozpoznając w nim tego, który znalazł ich w śnieżnej zamieci, następnie jej wzrok padł na rozsypaną zawartość tacy, zabrudzone krwią bandaże, niewielki kawałek metalu będący grotem i czarną koszulę nasiąkniętą czerwienią, z dziurą tuż poniżej barku. Ze strachem spojrzała pytająco w oczy starego człowieka. Na jego twarzy wykwitł uspokajający uśmiech, gestem głowy wskazał na drzwi znajdujące się na końcu korytarza. Szybko podniosła się z podłogi i biegiem ruszyła ku wskazanym drzwiom, naparła na klamkę i cicho wśliznęła się do komnaty. Leżał nieprzytomny na łożu, na świeżym opatrunku widniała mała, czerwona plamka krwi, w miejscu gdzie ugodził go bełt. Delikatnie usiadła na krawędzi łoża, teraz mogła przyjrzeć mu się uważniej, był niewiele starszy od niej, jego brązowe włosy przeplatane były złotymi pasmami, tak jak jej czarne srebrnymi kosmykami. Był szczupły, ale pod śniadą skórą widać było sprężyste, stalowe mięśnie. Był nawet przystojny, a na dodatek czuła dziwny uścisk w dołku kiedy na niego patrzyła. Z lekiem wyciągnęła dłoń ku jego twarzy, pomału przeciągnęła koniuszkami palców po policzku, czując łaskotanie kilkudniowego zarostu. Sama nie wiedząc czemu tak czyni, nachyliła się nad nim i wtuliła w jego szyję, przez jej zamknięte powieki przeciskały się łzy szczęścia. Zamarła gdy poczuła delikatny dotyk dłoni na swych plecach, szybko podniosła głowę i spojrzała w jego otwarte, złote oczy. Szybko zeskoczyła z łóżka stając na podłodze, starając się ukryć zakłopotanie i rumieniec na swej twarzy. Podniósł się na łokciu, po czym próbował usiąść, twarz jego przeszył grymas bólu, stracił podparcie i zachwiał się, rzuciła się chcąc go złapać, przytrzymać, złapała go i pomogła utrzymać równowagę, tym razem delikatnie złapał jej dłoń nie pozwalając aby ją zabrała, czuła dziwne gorąco, płynące od czubków palców dłoni trzymanej na jego piersi, gdzieś w głąb jej serca i rozlewające się po jej ciele, wysuszające i ściskające gardło i wylewające się różem na jej policzkach. Wyciągnął rękę i położył na jej policzku, gładząc łagodnie jej skórę, wtuliła się w jego ciepłą, miękką dłoń. Dziewicze uczucie pulsujące w ich żyłach, rozpalało serca, gasiło smutki. Zatracili się w sobie zupełnie, na bok poszły troski, zobowiązania i myśli o jutrze. Liczył się tylko dzień dzisiejszy, nie ważna była przeszłość, nikt nie pytał o jutro, istniało tylko teraz. Wyszli z komnaty na długi korytarz, z planem odnalezienia gospodarza i ich dobroczyńcy. Musiała go podtrzymywać, gdyż był jeszcze słaby i słaniał się na nogach, choć wtulony w jej bok z każdą minutą nabierał sił, odżywał. Mijali puste pokoje, długie cieniste korytarze i opuszczone sale. Długimi krętymi schodami zeszli do przedsionka. W tysiącu luster powieszonych na ścianach odbijały się ciepło, pomarańczowe ogniki lamp i w każdym z tych luster było ich, wtulonych w siebie, odbicie. Wspólnymi siłami pchnęli gotyckie odrzwia, te ze skrzypem sunąc w bok wpuściły do środka oślepiające promienie słońca, uderzenie świeżego ciepłego powietrza i zapach młodej wiosny. Wyszli na krużganek, zima gdzieś zniknęła, niczym za dotknięciem zaczarowanej różdżki. Wokół pyszniła się bujna zieleń, mieniąc się…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil zerosuper
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…