Wróć do katalogu

WYPADEK

Odzyskane albo oszukane uczucia, starość w poczuciu własnej, wysokiej wartości - wypadek jak każdy inny

kasiU, opublikowano , 55 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

WYPADEK

Odbywała powolną podróż długim białym korytarzem. Przymknięte oczy oglądały bezkres sufitu i jasno świecące lampy. Narastające mdłości przykuwały głowę do twardego oparcia. Zacisnęła powieki i Bóg podarował jej na chwilę bezsenne omdlenie. Błękitne prześcieradło przesunęło się odkrywając nagie ramię i zgięty siny łokieć. Kiedy szpitalny wózek wprowadzano do windy, ogumowane kółka lekko podskoczyły na nierówności podłogi. Szum windy i jej miarowe stukanie obudziło ją. Znalazła się wewnątrz wahadła zegara, który miał ją przenieść do czasu, którego godzin nie umiała nazwać. Nie można tak wlec się w nieskończoność! Czy jeszcze jest dzień? Nigdzie nie widać okna. Jak długo tu jestem? Po co się tutaj znalazłam? Mogłam przecież być już po tamtej stronie. Może powinnam? Może los, który mi dałeś jeszcze się zastanawia, co ze mną zrobić? Na razie wiszę ciągle. Czekam. A może to znak? Zawsze wiedziałam, czego ode mnie oczekujesz! Teraz nie mogę go odczytać, nie potrafię! A jeśli się zgubię? Czy chcesz mnie posłać gdzieś, gdzie jeszcze nie byłam? A może znajdę coś, co zgubiłam? Czy zasłużyłam?

Olga przeniosła tacę z filiżankami do kuchni. Jedna herbata, jedna nesca i jedna parzona mielona. Za chwilę, dzięki niezdrowemu roztworowi markowej kawy, wspaniały aromat wypełnił całe pomieszczenie. Śmietanka. Cytrynka. Cukier. I pion. Trzymaj pion. - Luiza, w barku są ciasteczka w brązowym pudełku, wyjmij je proszę. - Rozpieszczasz nas. Ile tu kalorii!. – młoda kobieta cieszyła oczy widokiem orzechowych serduszek w czekoladzie – normalnie je chyba zjem. - Potem nie wejdziesz w rozmiar 38 – jej brat był bezlitosny. - Nawet, jeśli przestaniesz mieścić się w windzie, zostają jeszcze schody – uśmiechnęła się Olga – wszystkich i tak nie pozwolę ci pożreć, bo sama je lubię. W moim wieku nie mogę już wyglądać jak wieszak. Nawet odmalowany. - Daj spokój, wyglądasz świetnie – Luiza się zagalopowała – to znaczy, przepraszam, wiesz, co mam na myśli. – Chyba nawet się zarumieniła. - Tak kotku. Nigdy nie lubiłam fioletów. Doktor Jobke jest jednak pewien, że jeszcze pod koniec tygodnia przejdą w kolory jesieni, a w nich zawsze czułam się dobrze. – Duży łyk kawy. Gorąca, mocna, pachnąca. - Witek, nie wyłączyłam piecyka, mógłbyś? - Jasne – odparł z pełnymi ustami, – co karzesz. - Olga, pomyśleliśmy z Witkiem, że im szybciej pogadamy, tym lepiej. - Dla kogo? – zapytała Olga nieobecnym tonem. - Jak to? – Luiza była zbita z tropu – no wiesz, dla wszystkich. - Razem łatwiej przebrniemy przez te wszystkie formalności. Z fachowością Luizy i moją energią umeblujemy cię w trzy dni. – Witek stał już w drzwiach pokoju. – Gdyby nie te, no... eee... nieprzewidziane okoliczności, już dawno byśmy wszystko załatwili, ale na horyzoncie pojawiły się schody. - Schody? – Olga nie zrozumiała. - Do wszystkiego potrzebne są twoje pełnomocnictwa. - Do czego na miłość boską? - Chodzi o spadek. – Ojciec coś musiał zostawić, to znaczy chodzi mi o testament, a pan Wojta jest tak tajemniczy jakby występował w teatrze. – Luiza była zażenowana własnym wystąpieniem. - Ale czego wy oczekujecie? - Nie chodzi o nasze oczekiwania. Raczej ... o twoje zagospodarowanie! – Witek sam wiedział, że zdanie zabrzmiało kretyńsko. - Chcecie mnie zagospodarować? – Olga była skołowana nie gorzej niż oni. - Pomyśleliśmy, że będzie ci trudno teraz samej. – Luiza wzięła sprawę w swoje ręce. – Ostatnie miesiące wyczerpały cię wystarczająco. Teraz jeszcze ten wypadek. Dom jest taki duży – Stawała się chaotyczna. Zaczerpnęła duży haust powietrza. – Chodzi nam o to, żebyś nie czuła się opuszczona ani samotna. Tutaj zawsze roiło się od ludzi. Mieszkaliśmy tutaj, byliśmy razem tyle lat. Później praca ojca, interesanci, biuro. Wreszcie prawie szpital przeniesiony na to miejsce. Pomyśleliśmy, że Witek z Tatianą mogą się do ciebie wprowadzić, bo ich mieszkanie łatwiej sprzedać niż mój dom. Witek teraz znów będzie częściej za granicą, więc dla jego dziewczynek będzie to urozmaicenie. – Luiza jeszcze raz otwarła szerzej usta dla złapania głębszego oddechu. Oldze udało się zapytać: - Masz na myśli niemowlęta?! – Pytanie zbiło z tropu panią prawnik. Przesadziła. - No, wiesz... one rozumieją dużo więcej, niż nam się wydaje. Lubisz je bardzo, więc myśleliśmy, że sprawi ci radość częstsze przebywanie z nimi. - Ja ich nie tylko lubię. Ja je kocham, jednak wolałabym sama decydować o spotkaniach z nimi. Twoja żona, kochanie, może mnie odwiedzać, kiedy tylko pragnie. Wystarczy jeden telefon. Jeżeli zaś Tatiana chce już wrócić do pracy, chętnie się nimi czasem zajmę, jednak nie dwadzieścia cztery godziny na dobę! Zresztą, wybaczcie, ale ta rozmowa staje się jałowa. Wyławiam z niej jedną cenną rybkę, mianowicie fakt, iż się o mnie troszczycie. - To nie jest oczywiste? – Witek nie był zadowolony z przebiegu rozmowy. Nie potrzebował dodatkowej opiekunki do dzieci. – Uważałem, że to dobre rozwiązanie dla nas wszystkich. Bałem się, że bez ojca będziesz zagubiona. Zawsze żyłaś dla kogoś. Martwimy się o ciebie. - Ani przez chwilę nie wątpiłam, że mnie nie opuścicie. Jednak chcę mieć wpływ na kształt swojego życia. Witek, nie udało mi się pokochać twojej żony, choć wiem, że jest wartościowym człowiekiem. Wspólne zamieszkanie w tym by nam nie pomogło. – Olga wzięła swoją filiżankę i umieściła ją na kolanach. Kostki palców miała białe, było jej za ciepło. Jednak ton jej głosu był tak samo stonowany i dźwięczny jak zawsze. – Tu jednak nie o to chodzi. Z waszych słów zrozumiałam, że gdyby nie sprawy formalne dotyczące własności, już bym tu nie mieszkała sama. Nie przypominam sobie, byśmy wcześniej ten temat poruszali. Nie wiem też nic od Jurka Wojty, bo rozumiem, że do niego się zwracaliście. Był jednak naszym przyjacielem tyle lat, że jestem pewna, iż wspomniałby mi o podobnych zamiarach. Na szczęście jednak możemy zapomnieć o niefortunnych planach zagospodarowania nieużytków babki Olgi, gdyż kość niezgody nie należy już do mnie. – Ulga. - Co to znaczy? – Luiza nie zrozumiała zwrotu akcji. - Straciłaś dom?! – Witek od niezadowolenia przeszedł do osłupienia. – Wasze finanse nie wyglądały tak źle! - Nie kotku. Sprzedałam go. Teraz moje finanse faktycznie nie wyglądają tak źle. - Nic nam nie mówiłaś. – Luiza wydobyła głos z wielkiej głębokości. – Nie wydaje ci się, że my też moglibyśmy... - Chcielibyście go kupić? Zawsze twierdziliście, że jest staroświecki i niewygodny. Wprawdzie w obliczu faktu, iż Witek z Tatianą zmienili poglądy, może się troszkę pośpieszyłam. Jednak nie ma o czym mówić. W tej chwili jest już po herbacie. No, jeszcze możecie go odkupić od pośrednika, jeżeli wam na tym zależy. – Wypiła duży łyk kawy. Nie była już gorąca. Wlała za dużo śmietanki. - Nie o to nam chodzi, Olga. Wybacz, że podjęliśmy taką decyzję za twoimi plecami, ale chyba rozumiesz, że myśleliśmy o tobie. – Witek był ciągle skonsternowany. Sytuacja wymykała się spod kontroli. – Wychowaliśmy się w tym domu. Mamy do niego stosunek emocjonalny. Ojciec go bardzo lubił. Nie sądziliśmy, że się go pozbędziemy! - Witeczku, ja się go pozbyłam. Także mam do niego stosunek emocjonalny. Mieszkałam w nim wcześniej, niż wy wszyscy. I dlatego właśnie zdecydowałam, że czas się z nim rozstać. Przepraszam, że to powiem, ale wasze rodziny nie potrzebują pomocy materialnej. Nie wierzę, że liczyliście na jakieś zyski. W każdej chwili możecie nabyć dowolny dom, w dowolnej okolicy. - Tak, Olga. Ale to był nasz dom. – Luiza była podenerwowana. - Z jakiego punktu widzenia? – Bardzo chciała tego uniknąć, ale musiała przejść do konkretów. - Olga, nie rozmawiajmy w ten sposób. Nie chcę powoływać się na prawo spadkowe, bo jak zauważyłaś nie zależy nam na korzyści materialnej. Chodzi tu raczej o dziedzictwo, spuściznę, coś co jest w rodzinie trwałe, co przechodzi z ojca na syna. – Luiza była zadowolona. - Kochani, to mój dom. On nigdy nie należał do waszego ojca. Nie był tu nawet zameldowany. Zadowolenie minęło, herbata wystygła, a atmosfera zgęstniała. Wypadki przybrały tak nieoczekiwany obrót, że rodzeństwo poczuło się ogłuszone. - Olga, co ty mówisz? A wspólnota majątkowa? - Nie było jej. Ojciec sobie tak życzył. Tak wygląda stan faktyczny. A teraz wybaczcie mi, ale muszę jechać do szpitala. – Podniosła się. – Macie pełne filiżanki, to afront dla gospodyni. – Uśmiechnęła się odkładając tacę. - Do szpitala? – Witek zdziwił się raczej odruchowo – Tak to zostawimy? Tę rozmowę? - Myślisz, że jest coś jeszcze do dodania? Wam nie zależy na pieniądzach, dom jest a raczej był mój. Do końca miesiąca mam się wyprowadzić, to wszystko. Oczywiście zostaje jeszcze kwestia mebli, pamiątek, różnych drobiazgów. Weźmiecie, na co będziecie mieli ochotę. Ale to sprawa nie do załatwienia dzisiaj. Pomyślcie o tym. Umówimy się jeszcze w tym tygodniu, jeśli wam to pasuje. – Przeszła do przedpokoju a oni automatycznie za nią. - Nie musicie jeszcze wychodzić. Macie swoje klucze. Proszę tylko, byście je zostawili później u pani Róży. – Witek pomógł jej ubrać płaszcz. Włożyła kapelusz i umalowała usta. – Do zobaczenia kochani. Dzisiejsza rozmowa była zaskoczeniem dla nas wszystkich. Przyjmijmy, proszę, do wiadomości fakty. Spróbujmy powstrzymać się od ich rozpamiętywania. – Cmoknęła ich w zadziwione twarze. Uśmiechnęła się swym codziennym, pogodnym, dobrze im znanym uśmiechem i wyszła. Luiza podniosła z podłogi rękawiczki, które musiały spaść potrącone płaszczem Olgi. Witek stał i bez słowa wpatrywał się w drzwi, za którymi zniknęła. - Rozumiesz coś z tego? – Luiza odłożyła rękawiczki na półkę i wróciła do salonu. Witek, wciąż oszołomiony, przeszedł za nią. – Jak to możliwe, że ten dom był wyłącznie jej własnością? Znając uczciwość i prostolinijność ich obojga, możemy być pewni, że tak było. - Ojciec miał w centrum gabinet, pewnie to było jego mieszkanie. – Witek próbował uporządkować informacje. – No dobra, ale gdzie ona teraz będzie mieszkała? Dlaczego zrobiła to tak szybko? Może ona kogoś ma? - Zwariowałeś?! Dwa miesiące po śmierci ojca? Nie Olga. Nie ona. To chodzące dziesięć przykazań. – Luiza małymi łykami dopijała herbatę. – Mnie od pośpiechu dziwi bardziej tajemniczość. Ona z nami nie rozmawia na kluczowe tematy. - Daj spokój, z właściwym sobie taktem wytknęła nam to samo. I miała co gorsza rację. - A może wywęszyła pomysł Tatiany? - Nie wykluczone. Faktem jest, że gdyby ta niespodzianka nam wyszła, to byśmy pięknie nabroili. – Witek w zamyśleniu dyskretnie wypluł kawowe fusy na spodek. – Pomyśl. Przez tyle lat wydawało się nam, że dom należy do ojca, a raczej do nich. To on decydował jaki kolor mają mieć ściany i co będzie rosło przed frontem. To on pracował więc zarabiał. Olga zawsze siedziała w domu, nie miała żadnych dochodów. I nagle taki numer. - Może o to właśnie chodziło? Że go zdradzi, kiedy się dowiemy? – Luiza sprzątała filiżanki na tacę. – A to było nieuniknione, jeżeli zamierzała sprzedać dom. - No dobra, to w takim razie po co go sprzedawała? Przecież mogła tu spokojnie mieszkać. – Witek przeszedł za siostrą do kuchni. - Lubiła ten ogród i otoczenie. Tuż obok mieszka pani Róża. Zauważyłaś, że Olga nie podała żadnego wyjaśnienia, czemu go sprzedaje? Powiedziała tylko, że czas się z nim rozstać. - Skoro to jej dom, nie musiała nam się tłumaczyć. – Luiza włożyła filiżanki do zlewu. – W gruncie rzeczy jej współczuję. Przez tę swoją cholerną lojalność całe życie się gimnastykowała. – Odkręciła kran. Chwilę czekała aż woda się zagrzeje. Opłukała filiżanki. - Ja bym sobie tak nie dała ustawiać stołków we własnym mieszkaniu. To dlatego myśleliśmy, że ona nic nie ma! - Ona to robiła celowo. Utrzymywała nas w przekonaniu, że to on jest szefem. – Witek przyglądał się niebieskim filiżankom podrygującym w rękach siostry. – Głowa rodziny, te sprawy wagi państwowej, autorytety i pozory. - Naprawdę sądzisz, że pozorowali? Oni byli pewni swego zdania, swojej określonej postawy. A po za tym kochany, nagle się okazało, że tkwimy w tym po uszy. To my wyjechaliśmy z dziedzictwem i ojcowizną. - To twoje słowa. - A co, ty się pod nimi nie podpisałeś? – Filiżanki znalazły szczęśliwy azyl na drucianej suszarce do naczyń. – Dobra. To tyle. – Wytarła ręce w spraną pasiastą ściereczkę.

Młoda kobieta rozejrzała się po kuchni. Każdy kawałek ściany, podłogi i mebla, o czymś jej nagle przypomniał. Że kompot się rozlał a był taki słodki, że kubek z truskawką rozbity, że dzisiaj nie będzie podwieczorku, bo ostrzygli kota pani Róży, że do ogrodu najbliżej jest przez okno. - Boże, dlaczego ona to sprzedała? - Będziesz ryczeć? – Witek domknął uchylone drzwiczki nad zlewem. – Ten zawias znowu się poluzował. – pamiętał, że bezpośrednim powodem tego stanu było nadwyrężenie kuchennego mebla przez pewnego starego konia, który się na nim huśtał. Jednak nie dał tego po sobie poznać. – Może go jednak kupisz? – Przeszli do przedpokoju. Witek wyjął z kieszeni pęk kluczy. Spośród nich wybrał dwa na złotym kółeczku i odpiął. Resztę schował. - Wiesz, że Robert by mnie chyba przeklął. To dom z całkiem innej bajki. – Luiza otwarła torebkę i rozpoczęła pilne przeszukiwanie. - Coś zgubiłaś? - Nie mam kluczyków. - Lu, kochanie, przyjechałaś tu ze mną, a ja nie dałbym ci kluczyków od mojego auta. - Jestem nieprzytomna. Ale zwalę to na Olgę. Tak nas przerobić. Gdzie ona się w takim tempie przeprowadzi? – Luiza przyglądała się, jak Witek śmiesznie wiąże buty. Zawsze bawiło ją wiązanie kokardki z dwóch pętelek. - A może by tak wypytać panią Różę? – Wysapał zgięty w pół. - Myślałam już o tym, ale trochę mi głupio. Wiesz, cała ta sytuacja jest tak nietypowa, że nie wiem, jak ją ugryźć. Na rozmowę z panią Różą zawsze jeszcze będzie czas. W tej chwili jednak wolałabym sobie odpuścić jej wnikliwe śledztwo.

Nagle tuż nad ich głowami zadźwięczał dzwonek. Witek się zachwiał, Luiza odskoczyła, drzwi się otwarły. Stanęła w nich drobna, pomarszczona i niezwykle energiczna kobieta. - O, witam i przepraszam za wtargnięcie. Wychodzicie? Olga! – starsza pani zawołała ponad ich głowami. - Nie ma jej. Pojechała do szpitala. Właśnie mieliśmy zamknąć. Prosiła, by zostawić u pani klucz. - Pewnie, pewnie. Dziękuję. Przepraszam. Wychodzę. Nie, to znaczy oddajcie mi klucze. – Pani Róża wybiegła na ganek, by po chwili zawrócić do drzwi. – Jak to do szpitala? Po co do szpitala? Nic mi nie wspominała, że wybiera się dzisiaj do szpitala? - Proszę wybaczyć, pani Różo, ale właściwie nie wiemy po co. - No wiesz, przecież można zapytać. Można ją było podwieźć, przecież ona jeszcze nie siada za kierownicę. Można spytać, można się dowiedzieć, cóż stoi na przeszkodzie? – Mała kobietka wpatrywała się w Witka. – To było coś pilnego? Bardzo pilnego. Przecież wyszła i zostawiła was po prostu samych. Luiza, co jest grane? – Tym razem to Lu musiała jej spojrzeć prosto w oczy. O żadnej odpowiedzi nie było mowy. Nie było na to czasu. – Ona już nie jeździ na żadne opatrunki. Ja ją woziłam na opatrunki. Już skończyły się zabiegi. Po co pojechała do szpitala? O! – Krzyknęła i natychmiast zakryła sobie dłonią usta. - Mogła pojechać do kogoś w odwiedziny. Może poznała tam kogoś miłego, do kogo chciała zajrzeć po skończonej kuracji? – Postawił hipotezę Witek. - Tak sądzisz? Jesteś pewien? Więc tak się spawy przedstawiają! – Pani Róża zastygła w bezruchu. - Nie, nie! Ja tylko się zastanawiam, co skłoniło ją do pośpiechu i udania się tam bez towarzystwa. – Bronił się Witek. - Macie czas? – Pani Róża najwyraźniej powzięła jakąś poważną decyzję. – Zapraszam do mnie. - Ja nie mogę! – Zbyt wyraźnie ucieszyła się Luiza. – Wyszłam tylko na chwilę z biura. - Daj spokój, dziecko, przecież to twoje biuro. Pani Róża zamknęła za nimi drzwi już nie ich domu na klucz. – Bardzo proszę, tędy. Dziury w płocie już nie ma. - Jestem umówiona. – To był już raczej gest rozpaczy. - Masz telefonik? To skorzystaj z niego. Ty, Witeczku, masz widzę trochę więcej czasu? To świetnie. Mam wam coś do powiedzenia.

Sprawa nabierała kolorów oraz tempa, którego żadne z nich się dzisiaj nie spodziewało. Byli przygotowani na trudności, jednak rzeczywistość ich przerosła. Sąsiadka poszła przodem. - Czy ona słyszała naszą rozmowę?! Po coś ty o niej w ogóle wspominał?! - Żartujesz? Wyrosła spod ziemi. Zawsze miała nosa do takich historii. Ale ma to swoje dobre strony. Mamy szansę dowiedzieć się jakichś szczegółów. - Dobre strony?! Jakie historie? Olga jest osobą rozsądną. Wprawdzie ja sama nie rozumiem co ją ugryzło, ale myślę, że wszystko samo się po kolei wyjaśni. Ta baba może tylko namieszać. – Szeptali między sobą posłusznie drepcząc w stronę sąsiedniego ganeczku. Oplatające je dzikie wino miało całkiem czerwone liście. Opierając się o żółty mur domu, czerwień zamieniała się w pomarańcz, topiąc blask słońca w ciepłym sosie czasu.

Ciemna winda. Półmrok rozpychany tylko małą lampą o słabej żarówce wciska się do gardła. Metaliczny stukot. Zatrzymała się. Hop, hop, podskoczyły kółka, przeliczyły gumowe kości. – Jaka ja jestem ogromna, pomyślała. Za dużo, za dużo mnie jest. - Półsen. Przystanek. Badania. Rentgen, tomografia, coś jeszcze sprawdzą. Bezsilne, bezowocne i jałowe oczekiwanie. Korytarz. Kobieta w szarym swetrze z białymi pomponami cicho płacze. Trzyma za rękę wózek na kółkach, garbaty jakąś nieokreśloną postacią w tobołku koca. Koc jęczy. Biały pielęgniarz przesuwa się bezszelestnie i niezauważalnie. Huk w głowie. Kolana ciężkie. Co tu leży? Palto?! Nie, nie mam palta. Jest ciepło, jakiś koc. Zimno mi. Boże jak zimno. Podciąga pod samą brodę, tylko usta na wierzchu. To nie zimno. Nie takie prawdziwe, to dreszcze. Kochanie, pewnie masz gorączkę. Zaraz przyjdzie lekarz, coś ci da, przepisze, pomoże. Jest kolejka. To oczywiste. Nie jestem w ciężkim stanie. To izba przyjęć. Przecież mogę ruszać wszystkimi kończynami. Tylko w głowie mi się kręci. Ból narasta. Głuptasie, będzie narastał. Szok minie, potłuczenie zostanie. Przypomnij sobie, nie byłaś sama! Jak to się stało, że nie widzieliście się tyle lat i on właśnie dziś się pojawił?! Usiadł obok ciebie w drodze do katastrofy? A może los nie targnął by się na ciebie, gdyby go tam nie było? Może to jego oniemiała obecność pozbawiła cię równowagi? Może zgadzając się na wspólną podróż, straciłaś panowanie nie tylko nad kierownicą?

- Moja wina!? Moja wina? Jaka znowu moja wina! Ja chciałam się do niej tylko zbliżyć! Oboje uznaliśmy, że warto chociaż spróbować! - No tak, otworzyliśmy jednak puszkę jakiej fantastycznie śmierdzącej Pandory! - Nie krzycz, obudzisz dziewczynki! - To ty cały czas pokrzykujesz. - Bo jestem oszołomiona! Co ona teraz zamierza? - Nikt do końca nie wie, co ona zamierza. Pani Róża się tylko domyśla. Opowiedziała nam straszny horror o tapicerze, najpewniej łowcy posagów, który obedrze Olgę ze skóry, zgwałci w przemyślny sposób i porzuci gdzieś w lesie bez majtek. - Czyli sprawa ma swoje dobre strony! – zachichotała nerwowo Tatiana – przynajmniej z punktu widzenia Olgi. - Jasne, jasne. Ja wiem, że językiem pani Róży można namalować bitwę pod Grunwaldem, ale w jej słowach na pewno tkwią ziarna prawdy. - Ale przecież ktoś taki jak Olga nigdy by nie zdradził. A jeżeli była z nim w takiej komitywie teraz, po śmierci ojca, to musieli znać się dobrze już wcześniej. - Musieli. Ale przecież to tapicer. Od mebli. I ona i pani Róża korzystały z tych jego, no usług. Olga go mogła wtedy tylko spotkać i gdzieś podwozić. - I teraz lata do niego do szpitala? Z powodu mebli? - Nie denerwuj mnie, bo cię obiję. Może mieć wyrzuty sumienia. - To nie ona spowodowała wypadek. - Ale z nią jechał! Czuje się odpowiedzialna, wiesz jaka jest. - Zadzwonił telefon, a raczej zaburczał ręcznik, którym był nakryty. Tatiana odebrała – Dzwoni pani Kasia, pyta czy jest dzisiaj potrzebna, zostajesz w domu, czy jedziesz jeszcze gdzieś? – Witek pokręcił przecząco głową. – Dziękuję, pani Kasiu, dziękuję. Proszę przyjść jutro rano. Do widzenia.

Witek objął żonę i potargał jej włosy, co bardzo lubiła i bardzo wiarygodnie udawała, że nie lubi. - Ale czekaj, umknął nam przedmiot rozważań, gdzie ona teraz będzie mieszkała? Jak to się stało, że żadne z was jej o to nie zapytało? - Ciekawe kiedy, przecież ona zwiała. Najnormalniej w świecie uciekła. - Bała się tej rozmowy tak samo jak wy. Coś mi się jednak widzi, że ta wasza Olga nie jest postacią tak kryształową jak się zdawało. - Przestań. Nikt nie mówił, że jest idealna, ale tym bardziej trudno to wszystko poskładać. - Jest to mieszkanie w centrum, po gabinecie ojca. Może tam się urządzi, będzie jej pewnie wygodniej. Pomyśl, przecież nie chciała nawet mebli. Musi iść gdzieś na gotowe. - I to się nie zgadza, bo tam nie ma mebli domowych, do mieszkania. Tam jest przecież biuro i tylko jakaś kanciapa z czajnikiem i klopem. Tam dałoby się coś przerobić ale nie w miesiąc, a ona ma tyle czasu na wyprowadzenie się. - Jednak tapicer? - Wszystko wskazuje na knowania złowrogiego rzemieślnika. Muszę się do niej jeszcze wybrać, tylko umówię się z Luizą. Ale, kurczę, kiedy. Jutro lecę do Wiednia. Dzisiaj jeszcze? - Po pierwsze dzisiaj jesteś udomowionym pantoflarzem. A po drugie nie ponaglaj jej. Skoro dzisiaj czmychnęła, może się poczuć osaczona. Może Lu mogłaby się do niej jutro wybrać? - Zadzwonię do niej.

Szpitalny sufit pełen wspomnień. Pomału przesunąć oczy do okna. Nie za szybko, bo kark boli jeszcze. W oknie już pojawia się dzisiaj. Myślę, że to już całkiem dobre dzisiaj. Czy nie za dużo sobie wyobrażam? To nie film. Wszystko zdarzyło mi się naprawdę. Jednak czy wszystko to jest przygotowane akurat dla mnie? Z drugiej jednak strony zawsze mnie zaskakiwałeś wtedy, kiedy traciłam wszystko. Wybacz mi więc moją śmiałość, zuchwałość moją mi daruj. Czy kiedyś mi czegoś odmówiłeś? Nawet Romka mi darowałeś wtedy, kiedy już o tym nie marzyłam. Może i teraz zapalasz światło w pokoju, do którego dawno zgubiłam klucz. Co znajdę za drzwiami? Czy wszystko stoi na swoich miejscach? A kiedy już będę w środku, czy za oknem będą się snuły tamte londyńskie mgły? Przez szparę w drzwiach widać tamten abażur, radio cicho gra. Książki też chyba te same, chociaż inne obwoluty, pewnie nowe wydania. Z kuchni dochodzi inny zapach. Czuję zioła. Nie jestem już młoda, nie mam tamtych czółenek i też pijam ziółka. To chyba dobry znak.

- Oczywiście kochana, możemy porozmawiać. Masz rację, nie powiedziałam wszystkiego. Macie prawo się o mnie troszczyć. Dobrze Lu, przyjdź do mnie dzisiaj. Tak, możesz wieczorem. – Olga odłożyła słuchawkę telefonu. - Będzie chciała wszystko wiedzieć – pomyślała. - Czy da się powiedzieć wszystko? Nie da się opowiedzieć tych dni i nocy, które nie wrócą. Uśmiechów, radości i smutków. Pierwszych pocałunków i pierwszych zmarszczek. Siwych włosów, kłótni i pogodzeń. Pogodzeń z życiem i pogodzeń z sobą. Będą chcieli zrozumieć moją decyzję. Czy to ma jakąś szansę? Albo cel. Klamka zapadła. Westchnęła z ulgą. Niczego nie odwrócę. Ze złością spojrzała na zegarek – a ciebie nie lubię!

- Witaj, kochanie. – Olga cmoknęła Luizę w policzek. Wzięła od niej teczkę – Ciężkie to masz. Musisz to ze sobą targać? - Cześć, Olga. Ale się zasapałam! – Luiza zdjęła żakiet i buty. - Nie przyjechałaś samochodem? – przeszły do salonu. - Nie, coś mi dziś w nim chrupnęło. Krystyna mnie przywiozła i wysadziła za tamtym rogiem przy kiosku. Robert po mnie przyjedzie. Napiję się wody. - Proszę, stoi na stoliczku. Szklankę weź sobie z barku. Jesteś głodna? - Wiesz, że nawet nie. Trochę się zdenerwowałam tym autem i w ogóle, nie będę nic jadła. No, chyba że masz coś specjalnego. - Przykro mi, jestem nieprzygotowana. Mogę dostać pałę. - Daj spokój. Przepraszam, ale czy mogłybyśmy porozmawiać? - Oczywiście, po to tu przyszłaś, a ja nie dałam wam wiele czasu właściwie na nic. – Olga usiadła na fotelu. Luiza naprzeciw niej na kanapie na podwiniętych nogach. - No wiesz, dość nas zaskoczyłaś, więc... - Tak, spróbuję ten węzeł rozwiązać. Ten dom, to jak wiesz spadek po mojej babce, tej, która nie była babcią waszej matki. Mieszkałam z nią tu od urodzenia, równocześnie od śmierci mojej matki. Mój ojciec nie był w stanie podjąć wyzwania opieki nad noworodkiem. Kiedy potem ożenił się z matką Kingi, zabrał mnie stąd. To macocha zapewniła mi uczucia i ciepło, których wcześniej nie miałam. Moja babka była osobą surową dla siebie i innych. Nigdy o tym nie mówiłam, ale nie potrafiła mnie kochać tak, jak tego potrzebuje i oczekuje dziecko. Nie dawała sobie z tym rady. Kochała tak bardzo moją matkę, że ja nie mogłam jej zastąpić. Byłam dla niej ciągłym okrutnym przypomnieniem tamtej dziewczynki. Musiałam dojrzeć do tego, bym ja sama mogła pokochać ją w całej tej rozpaczy i boleści straty. Dostałam od Pana Boga możliwość odpuszczenia. To rzadka gratka. – Torebka Luizy zawyła radosnymi dzwoneczkami. Zadzwonił jej telefon. - Przepraszam, zobaczę kto to. – Robert?! Co się stało? Ach, to nic. Wrócę taksówką. Dobrze postaram się, ale nie obiecuję. – Olga, zbita z pantałyku wstała i niepewnie przeszła do kuchni. Nalała wody i włączyła czajnik. Poczuła się dotknięta. - Powinna była wyłączyć komórkę. Kochanie, ta rozmowa jest trudna dla ciebie, nie dla niej. – Machinalnie zalała herbatę w pękatym czajniczku. - Młodzi oczekują prostych wyjaśnień, nie historii biblijnej. Pomyliłaś się. Każdy się może pomylić. – wróciła do salonu. - Wybacz, Olga, Robert dał mi znać, że nie może po mnie przyjechać. Słucham cię - Chodzi mi o dom i związane z nim różne wspomnienia. Nigdy go nie lubiłam. Był mój i stanowił dla mnie wartość jako coś wyłącznie mojego. W tej chwili chcę wyjaśnić coś pilniejszego według mnie. Istotne dla mnie jest to, że będąc zdrowa na ciele i umyśle, informuję was o moich decyzjach, które dotyczą tylko mojej osoby, mojej przyszłości i mojego życia, a wy ich nie akceptujecie! - Ale Olga, to nie tak! – teraz Lu zaskoczyła zmiana sytuacji. My chcemy być tylko pomocni. Kochamy cię! Nie chcieliśmy cię urazić. Przepraszam, zaczęliśmy wszystko z dupy strony, masz rację, ale nie mieliśmy złych intencji. Zawsze wszystko robiliście z ojcem, myśleliśmy, że potrzebujesz wsparcia kogoś bliskiego! - Kochanie, wsparcie nie oznacza meblowania komuś głowy. Z ojcem podejmowaliśmy zawsze wspólnie decyzje. A wy przyszliście do mnie z gotowym scenariuszem końca moich dni! - Musisz przyznać, że ty też nas zaskoczyłaś swoją rewelacją! Nie jesteśmy warci tego, by z nami coś omówić? - Wybacz, ale się zapętlasz. Wymagasz dla siebie praw, których mnie odmówiłaś. - OK, wydaje mi się jednak, że za to cię już przepraszałam i ja i Witek. Nie chcieliśmy cię uszczęśliwiać na siłę, przecież nas znasz! - Trudne sytuacje zawsze nas zaskakują. Czynią z nas innych ludzi. Samych siebie trudno poznać. Nie tak chciałam wam to wszystko powiedzieć. Moje życie obróciło się o 180 stopni. O dziwo jednak nie stanęło wcale na głowie. To trudno wyjaśnić w kilku słowach. Wydawało mi się także, że wy też mnie dobrze znacie i zrozumiecie, że skoro coś robię, to mam to przemyślane i nie kieruję się jakimś kaprysem czy szaleństwem. - No tak, ale, przepraszam, że to powiem, nie masz już trzydziestu ani czterdziestu lat. Nigdy nie byłaś całkiem sama. Ostatnio wiele przeszłaś. Chcieliśmy ci jakoś wypełnić i zająć czas! - Zwariowałaś? – Olga wstała, podeszła do…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych