Wyprawa w las
Strach zagląda w oczy.Dalszy ciąg opowiadań,które ukazują nam trudne życie mieszkańców pewnej pogalicyjskiej wsi.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{font:courier}Początek XXI wieku. Wieś Dziadowo. -Witam serdecznie wszystkich państwa. Dzień dobry!. Nazywam się Rajmund Kosznut i jak wiecie zostałem po tragicznym w skutkach wypadku wójta zmuszony jako przewodniczący rady gminy do zwołania nadzwyczajnego zebrania walnego,a z racji tego że obiecałem to jednej osobie pozwoliłem sobie zaprosić gości specjalnych. A wracając do sprawy to naszym zadaniem jest przede wszystkim ustalenie kto jest winien śmierci śp. wójta Josaphata Deegandiora. Wszyscy zdajemy sobie sprawę że nie tyle chodzi tu o sprawców czy zleceniodawców, a przede wszystkim o prowokatorów. Naszą pracą będzie też wybranie nowego wójta. Na koniec zajmiemy się sprawą ucieczki Wampira z Geisberegu oraz wątkiem białego wilkołaka. -Wiem że w większości się znamy, ale pragnę dla porządku przedstawić wszystkich obecnych. A więc obok mnie od lewej strony siedzi Roman hrabia Teharczicz, hrabia na ugorze, właściciel winnic i rozległych sadów, a także stróż podziemnych bunkrów i jaskiń. Obok niego usiedli kolejno Marcin Kosaszczeciniec, baron, marszałek i przedstawiciel władzy krajowej w naszej mieścinie, Genowefa Ladenberger - Zatocka - kandydatka na wójcinę, przewodnicząca partii "Jesteśmy z ludu" (JzL), Shogari Ajzaukauri, dawny dyktator powstania przeciwko plebejuszom, którego od dłuższego czasu nie widzieliśmy w naszej wsi, bo jak wiemy przebywał w tym czasie w Tybecie i jak wiemy po powrocie przybrał nowe nazwisko i imię, dlatego widzę u niektórych niemałe zdziwienie. Następnym gościem jest nasz słowacki kolega partyzant Gaspar Sklaveris , siedzący obok swojego druha Alessiu Gevonoriego, którego zowią rzymianinem, to jak wiemy potomek wołoskich romów, który od kilku lat stacjonuje w naszej miejscowości. Następny w kolejności to komisarz policji, a zarazem ojciec rodziny, czyli Lucjan Gusman Sowidaskur. Obok niego siedzą dwaj jego podwładni, czyli Michał Patusinowy, inspektor oraz Darko Kuternoga, posterunkowy.I ostatni w tym rzędzie Filip Ciapata,prawa ręka naszego kochanego Śp.wójta. Naprzeciwko mnie siedzi zaś Karl Zümmirmen ,ślązak z dziada pradziada, oficer śledczy. Po mojej prawej stronie siedzą kolejno Arnemosz Gerainosz - stary rom, sołtys, znachor, czarodziej, Rapahun Forten - Bocianoski - sekretearz gminy, Światosław Wladoskownik - starszy z ludu, Władysław Przegrajno - członek rady, Maurycy Sknero - skarbnik gminy, Zygmunt Zetrzeproch - przewodniczący komisji rewizyjnej przy radzie gminy. A teraz duże brawa dla naszego kolejnego gościa, którego zdołałem osobiście namówić do udziału w naszym zabraniu; człowiek ten jak wiemy jest młodszym synem imigranta z Ameryki Łacińskiej José Miramontes Jr, ale wiemy że już zdążył zrobić wiele dobrego dla naszej niewielkiej społeczności. Wiemy że jest to prawnik, kierownik sklepu "na rogu", właściciel sieci handlowej i kancelarii adwokackiej. Zostałem też zmuszony do zaproszenia trzech kontrowersyjnych osób, które jak twierdzą mogą nam pomóc w spełnieniu ostatniego naszego złożonego i ciężkiego zadania. Te trzy osoby ze związanymi rękami jak wszyscy widzimy to: Edgar "Kleofas" Miciurisz, zwany Miciurim, autorytet wszystkich prawie zbójów i dziadów, Jonathan Beaynauos - ukraiński żyd, bliski współpracownik Miciurego, a w przyszłości następca gangu Cummona oraz Sergiusz Laukusky - zwany Lakuliusem, uważany za wariata, a w dodatku co nie wszyscy wiedzą mający zdolności szamańskie, odziedziczone po babce Indiance. Z tego wszystkiego nasz największy niepokój budzi zwłaszcza hasło gang Cummona, który tyle złego narobił w naszej wsi. Zdajamy sobie sprawę że choć jego założyciel, Helmut Cumman, boss kartelu narkotykowego siedzi obecnie w więzieniu o zaostrzonym rygorze to wciąż nim kieruje z tylnego siedzienia, a swoim powiernikiem i marionetkowym gospodarzem uczynił Edgara Miciurego. Otóż pierwszą naszą decyzją jest ustalenie ,kto odpowiada za śmierć wójta. Kto ma jakieś propozycje. Rękę podniosła Genowefa Ladenberger. Winnym śmierci wójta jest Cummon i jego poplecznicy. I ja się z tym zgadzam. Dlatego zebraliśmy tu tych dwóch kryminalistów w towarzystwie Laukuliusa by we trójkę wybrali się na ciężką wyprawę zgładzenia wampira z Greisbergu i Manhaine. Jeśli z niej wrócą darujemy obydwu karę śmierci przez powieszenie. Mogą sobie dobrać kilku towarzyszy, którzy będą ich pilnować. Ja od razu proponuję nieobecnego tu Aleksandra Janosa, a także Shogariego Ajzaukariego vel Szymona Windisza, Alessiu Gevonoriego, Gaspara Sklaverisa oraz Jana Witka. Czy są sprzeciwy. Nastała dłuższa chwila milczenia. Po pięciu minutach Kosznut stwierdził: -Czyli pozostaje nam wybór nowego wójta. Przed sobą mają państwo kartki z dwoma kandydaturami: Jeśli chcą państwo głosować na Genowefę Ladenberger - Zatocką to proszę postawić krzyżyk w kratce obok nazwiska kandydata,jesli zaś chcą państwo głosować na José Miramontesa Jr to krzyżyk na kratce obok jego nazwiska. Po wszystkim proszę wrzucić kartę ze swoim głosem do urny.Przez chwilę jak to zazwyczaj bywa słychać było szum i gwar, zwłaszcza w miejscy gdzie siedziała Genowefa Ladenberger. Mimo tego głosujący nie tracąc czasu szybko się uwinęli z oddaniem głosu po czym po kolei jak siedzieli ruszyli do urny z wypełnionymi głosami. Wtedy ponownie głos zabrał Kosznut: -A teraz zapraszamy państwa na przerwę; obok jest jadalnia, a tam czeka dla każdego z państwa kawa z kawałkiem ciasta. Po przerwie gdy podliczone zostaną głosy zapraszamy państwa ponownie. ,,W Dziadowie odbyło się nadzwyczajne zebranie rady gminy. Kulminacyjnym momentem było głosowanie nad wyborem nowego wójta. Po werdykcie jaki ogłosiła komisja wyborcza pod przewodnictwem Rajmunda Kosznuta zapanowało niezłe zamieszanie. Pani Genowefa Ladenberger zaczęła wznosić okrzyki bojowe i niemal podburzała do buntu. Na szczęście doświadczony sołtys wsi Arnemosz Gerainosz stonował złe nastroje, a ostatecznie nowym wójtem wsi i tak został ogłoszony młody José Miramontes Jr." ,,Dziennik Galycyjański''
Grupka osób delegowana przez nadzwyczajne zebranie gminy udała się w kierunku centrum wsi, aby u korzeni dowiedzieć się kim był Wampir z Greisbergu i jaki jest obecnie jego wpływ na ludzi a nadto zdobycie informacji gdzie obecnie się ukrywa. W drodze do wsi Ajzaukauri zaczął wspominać dawne czasy oraz przebieg walk o wolność naszą i waszą. Kulminacyjnym momentem jego wywodu była relacja z ostatecznej bitwy zniewolonego ludu przeciwko najeżdźcom,którzy byli wspierani przez plebejuszy. W tamtych walkach uczestniczyła zaledwie garstka obecnych w tej wyprawie bohaterów. Oprócz dyktatora byli to Miciuri, Lakulius, Gevonori, Sklaveris i Janos. Relacja ta nabrała barw od momentu natarcia wojsk sprzymierzonych na obóz najeźdzców, a Ajzaukauri opowiadał to tak:
-Aleksander Janos pojawił się wkrótce z Wastulfem i Lakuuliusem obok gotowych do walki wojsk powstańczych i rebeliantów po dowództwem mojej skromnej osoby. Z tą różnicą że wtedy nie nosiłem imion Shogari Ajazukauri, ale ludzie zwali mnie walecznym Szymonem. Powstańcy i wspierające ich odziały rebeliantów, rabusiów i chłopów stanęły naprzeciwko wojsk cesarstwa i gubernatorstwa oraz gen. Zielara i jego hołoty. Poprzysiągł ze zemści się krwawo za śmierć ojca. Prawe skrzydło, w którym zebrani zostali powstańcy przylegało do brzegu rzeki Kotufru, co miało zabezpieczyć ich przed okrążeniem. Prawą część skrzydła zajął dowodzący rebeliantami Velmif ze swym oddziałem, obok niego Alehandro z ciężkozbrojną piechotą, oddział Skalwingów (lekka piechota) i 100 barbarzyńskich najemników. Lewą część skrzydła zajmował oddział wojsk zaciężnych dowodzony przez księcia Olmintisa. Lewe skrzydło, które stanowiło większość wojska, zajmowały oddziały ukraińskie pod dowództwem Jeana Solenna. Przed nimi podążało 20 rydwanów z kosami bojowymi. Pośrodku armii, obok Olmintisa znajdowałem się ja z 80 ciężkozbrojnymi jeźdźcami, wywodzącymi się z najlepszych rodów okolicznych wiosek. Ja sam szedłem do boju z obnażoną głową, bez pancerza. Tabory pozostawiono daleko z tyło. Dobrze zaopatrzony ogromny tabor rebeliantów , powstańców i wojsk najemnych oraz mniejszy obóz Sklawingów. Wojska Galyjusa były znacznie liczniejsze od wojsk powstańczych i liczyły 300 wojowników Cesarskich. Zwyczajem były pogrupowane narodowościami w kwadraty. Lewym skrzydłem naprzeciw wojsk sprzymierzonych dowodził Patson Goreli i Issfarness, który posiadał spore doświadczenie w walce z powstańcami. Prawe skrzydło to wojska dwóch wodzów Generała Zielara i Horkosa. Centrum armii zajmował Zielar z 150 ciężkozbrojnej jazdy. Przed linią wojsk jechały wozy zaopatrzone w kosy.Armia Velmifa posuwała się od kilku dni, spodziewając się w każdej chwili napotkać przeciwnika. Jednego ranka zwiadowca przyniósł wiadomość, że nadchodzi wojsko króla przygotowane do walki. Żołnierze Velmifa w pośpiechu uformowali szyk bojowy i oczekiwali na przeciwnika, który ukazał im się dopiero po południu. Ponieważ armia cesarza liczebnie znacznie przewyższała armię Velmifa, zaproponował on Aleksandrowi, by powstańcy uderzyli w środek linii przeciwnika zapewne sądząc, że zabicie cesarza położy kres bitwie. Alehandro jednak odmówił, ponieważ środek armii cesarstwa był całkowicie poza zasięgiem skrzydła wojsk sprzymierzonych. Taki manewr oderwałby skraj skrzydła od rzeki, co naraziłoby ich na okrążenie. Gdy wojsko Rasykija zbliżyło się na odległość 3–4 stadiów (około 600 metrów),Alehandro wydał rozkaz i powstańcy ruszyli do przodu, podczas gdy reszta wojska Velmifa pozostała na swoim miejscu. Żołnierze biegli i uderzali włóczniami o tarcze. Na ten widok linia wojsk cesarskich załamała się i wojownicy zaczęli uciekać zanim jeszcze doszło do bezpośredniego starcia. Podczas tej gonitwy wojska cesarskie odniosły duże straty podczas gdy wojska sprzymierzone nie poniosły żadnych strat, oprócz jednego rebelianta ranionego strzałą. Bezruch prawego skrzydła armii cesarza skończył się z chwilą wydania przez niego rozkazu okrążenia skrzydła przeciwnika. Wtedy Velmif , chcąc uniknąć zajścia od tyłu, wykonał niespodziewany ruch, zaatakował wraz ze swoimi 80 jeźdźcami środek armii Patsona Gorelego. W krótkim czasie rozgromił cały jego oddział, ale jego jeźdźcy rozproszyli się na polu bitwy. Sam Velmif z kilkoma najbliższymi wojownikami dotarł aż do Galyjusa i własnoręcznie zranił go poważnie w pierś. Po chwili zginął ugodzony włócznią w oko. Martwemu Galyjusowi Velmif kazał obciąć głowę i prawą rękę. Pozostałe oddziały powstańców pod moim dowództwem oraz sklawingowie zaczęli nacierać w kierunku obozu Lasqueza, gdzie zmusiły do poddania się jego wojska. Przy tej okazji cały ich obóz został doszczętnie złupiony. Tymczasem Horkos zebrał rozbite oddziały i uderzył na wojska Solenna. Ich dowódca widząc, że nie powstrzyma natarcia, przepuścił żołnierzy przeciwnika i zaczął razić ich tyły. Za ten manewr został później wyróżniony. Horkos pod gradem pocisków nie zawrócił już, ale pognał dalej i połączył się z Zielarem w dawnym obozie powstańców. Połączone wojska Zielara wróciły tą samą drogą, jaką przyszły do obozu i ustawiły się naprzeciw linii wojsk sprzymierzonych.
Velmif z wojskami ponownie ruszył do ataku i sytuacja się powtórzyła, wojska cesarskie zaczęły uciekać w odległości jeszcze większej niż poprzednio. Powstańcy ścigali ich aż do wsi, za którą znajdowało się wzniesienie. Na wzgórzu znajdowała się jednak konnica. Po krótkiej przerwie znów ruszyli do ataku. Wojska cesarskie ponownie uciekły rozpraszając się na wszystkie strony, tak że powstańcy nie widzieli sensu ich gonić. Po naradzie oddziały cesarskie wracają do rozgrabionych taborów nic nie wiedząc o śmierci Galyjusa. Wtedy zostają zaatakowani z dwóch stron. Z jednej Velmif z 60 jeźdźcami i Aleksander z 50 zaciężnymi. Z drugiej Solenn z 40 najemnikami,wojskami Olmintisa i Sklawingami. Pogrom był zupełny. Wojska cesarskie doznały dotkliwej porażki. Wycofały się tylko pojedyncze bataliony. Dowództwo wojsk cesarskich przejął Król Zielar i pogrupował wojska na dwa szwadrony. Pierwszym kierował on sam. Drugi powierzył Horkosowi, którego armia została już rozbita. Obydwie walczące strony starły się pod wąwozem Karkulase. I tym razem wojska przeciwników zostały rozbite. Horkos zginał raniony mieczem a Zielar dostał się do niewoli. Tak kończy się ta bitwa. Niestety wygrana bitwa z wojskami cesarskimi to nie był jeszcze koniec. Czekała nas jeszcze gorsza bitwa. Następnego dnia docierają dobre wieści o przegranej wojsk cesarskich, ludzie radują się z wolności. Velmif nakazuje złożenie broni resztkom wojsk, które się poddały, nie odważa się jednak ich atakować nie chce bowiem ponosić dodatkowych strat. W drodze powrotnej wojska sprzymierzone zostają zaatakowane przez Flavenbira i jego krwawą armię. Sytuacja robiła się nieciekawa. Jednak na arenę wkracza nasz kochany Miciuri, za którym podąża demon Meriż von Dermor. Wojska sprzymierzone przygotowują się do natarcia. Rozbijają tymczasowy obóz . Na ich obóz nacierają pierwsze oddziały wojsk kata. Jednak nieoczekiwanie Meriż i Miciuri z grupką rabusiów opowiada się po naszej powstańców. I dołączają do ich szeregów. Prawe skrzydło wojsk Sklawa zajmował elitarny Święty Zastęp , połączony z pozostałymi oddziałami rebeliantów ,amazonek i wojsk Olmintisa, łącznie liczył 800 falangistów, dalej w centrum stało 5 oddziałów Velmifa w liczbie 200 powstańców, zaś na lewym skrzydle twórcy koalicji antypaktowej – Okozim, Miciurin oraz wojska rydwanowe demona Meriża w sile 500 ludzi. Blisko 100 najemnych lekkozbrojnych pod dowództwem Solenna uzupełniało szeregi wojsk sprzymierzonych. Naprzeciw nich Flavenbir, na czele katowników, zajął pozycję na prawym skrzydle, zaś jego poplecznik Zemiurg, dowodzący jazdą – na lewym. Velmif posuwał się do przodu w szyku skośnym, wzorując się na twórcy owej taktyki, czyli mojej. Gdy zaczął się wycofywać pozorując chęć uniknięcia starcia, katownicy lekceważąc przeciwnika ruszyli w ślad za nim, tak że w centrum ich szyku powstała luka. Wtedy na znak dany przez Velmifa klinem jazdy ruszył do ataku Aleksander, rozcinając linię wojsk zaciężnych kata. W momencie, gdy powstańcza falanga zbliżyła się do nieprzyjaciela, Velmif wstrzymał odwrót na prawym skrzydle i uderzył na katów, którzy nie wytrzymali tego uderzenia. W tym czasie Święty Zastęp zaatakował lekką jazdę Hendiga. Z prawej flanki wsparty siłami koalicji anytpaktowej ruszył na Flavenbira Velmif .Meriż posiadający demoniczne moce walczył w powietrzu z Flavenbirem, wspierał go doświadczony Hormusto. Wojska katownicze na lewym skrzydle pod przywództwem Zemiurga zostały otoczone przez jazdę Aleksandra i wycięci w pień na miejscu, gdzie stali. Zapadał już zmrok. Dogasały ostatnie pogorzeliska. Wojska sprzymierzone świętowały ostateczne zwycięstwo. Wtedy nadszedł mój chwalebny triumf i jako Windisz Szymon, waleczny bohater, zaczęto śpiewać o mnie pieśni i hymny pochwalne. Uczono o mnie w szkole dzieci, a moje nazwisko rozeszło się po świecie niczym błyskawica, niczym fala rozeszło się moje bohaterstwo i moje czyny, moja nieustępliwość i twardość stała się wszędzie rozpoznawalna, sława moja zawładnęła wszystkimi rozumami i sercami, które stały się mi oddane. Jednak ja na przekór wszystkim, zniknąłem, zagłębiłem się otchłań nicości i upodlony własnymi czynami musiałem uciekać z tego świata. Musiałem oczyścić duszę. Po długim czasie tułaczki, zakołatałem do bram tybetańskiego klasztoru. Tam nastąpiła moja przemiana, która w przyszłości miała niewyobrażalne konsekwencje. Zmiana dotychczasowego życie musiała pociągnąć za sobą szereg następstw. A pierwszym z nich było zerwanie wszelkich więzi jakie łączyły mnie z moim dawnym nazwiskiem. -Dobra przestań paplać dziadu - odezwał się niedopuszczony dotychczas do głosu Beynauos. Mamy przecież ciężkie zadania przed sobą, więc do dzieła. -Pozwól mu dokończyć. Przecież on ciągle w naszych sercach jest bohaterem, jest dawnym poczciwym Szymonem. -Ja już skończyłem. Nie mam więcej nic do powiedzenia. Chodźmy bo czas nagli. Grupka naszych wędrowców zbliżała się do ścisłego centrum. -Jesteśmy prawie na miejscu - odezwał się Lakulius. -Już zmierzcha. Znajdźmy jakąś tawernę, tu po nocach nie jest bezpiecznie.-rzekł z uśmiechem Janos. -Widzę alejkę, ograniczoną z dwóch stron kamieniczkami, która prowadzi na plac, gdzie rozpoczniemy nasze działania.- zakomunikował Sklaveris. Grupka wybrańców po chwili ruszyła alejką, gdzie kilku z nich weszło do najbliższego budynku w rogu uliczki, a byli to Miciuri, Beaynauos, Janos i Witek. Windisz vel Ajzaukauri prowadził resztę w stronę placu. -Kim jest ten gość.- odezwał się Sklaveris. -Raczej to nikt z gminy. - odrzekł Gevonori. -Może kogoś wynajęli. - powiedział Lakulius. -Nie sądzę. Poszedł by za Miciurim. - rzekł Sklaveris. -Chodźcie dojdziemy do placu, a tam w knajpie obmyślimy co robić. Chociaż był listopad, późna godzina popołudniowa to dużo ludzi dzisiaj pojawiło się w centrum. Nagle z tłumu wyskoczył jakiś chłystek z nożem i ugodził jakiegoś staruszka i porwał mu siatkę. Z racji tego że Sklaveris był najbliżej całego zdarzenia skoczył szybko ku niemu i obezwładnił go jednym ruchem ręki. Wezwano natychmiast karetkę i posterunkowego. W jednym ze sklepów była pielęgniarka i usłyszawszy że na zewnątrz jest niezłe zamieszanie, krzyki i gwar przybiegła na pomoc. Windisz,Lakulius,Sklaveris oraz Gevonori opuścili te zamieszanie i ruszyli szybko w kierunku knajpy. Podeszli do lady. -Witam panowie czego chcecie. -Każdemu po dużym piwie - odezwał się Windisz. Barman zaczął nalewać trunek. A do naszych wędrowców przysiadł się jakiś obskurny gość. -Nazywam się Pleśniowy i widziałem jak załatwiliście rabusia, -No i co w związku z tym. - rzecze Windisz. -Cha, wiem że szukacie wampira. - odpowiada. -No nie tylko jego. - wtrąca się Lakulius -No i co z tego. - dopowiada Sklaveris. -Wiem gdzie go szukać. Jeśli dobrze zapłacicie to wam powiem. -Sklaveris daj mu drobne. - mówi Windisz. Wampir ukrywa się w lesie, nie wiem gdzie dokładnie. -Jak się tu już pojawiłeś obwiesiu to powiedz nam jeszcze dlaczego ludzie go chronią, osłaniają? - pyta Sklaveris -On im wszystkim grozi. To jest przecież potwór. -Dobra w takim razie dziękujemy ci. My się będziemy zbierać. Dopijemy piwo i nie ma nas. - podsumowuje Gevonori. -Nie dziękujcie. - odpowiada Pleśniowy. -A z jakiej to racji. - szepcze Sklaveris. -Bo radzę wam teraz nigdzie nie chodzić, nie błąkać się. -Grozisz nam. - uśmiecha się Windisz. -Nie jakbym śmiał, jestem w głębi duszy dobrym człowiekiem.A chyba jednak zdajecie sobie sprawę że po nocach, czyli za jakieś dwie godziny chodzi coś po placu. Nikt nie wie co to jest, ale wiemy o nim tyle że to nie jest na pewno Czarny Rybak, zwany hyclem, który swego czasu porywał ludzi w sieci. - Tak jest, matka mi też kiedyś opowiadała jak byłem mały że po skraju naszego ogrodu chodzi coś na jednej nodze. - żartuje drwiąc z niego Sklaveris. -Śmiejcie się, dowcipkujcie. Ludzie mówią że ten stwór ma na czole wypisane słowo tajemnica, w ręce trzyma zaś chorągiew zanurzoną we krwi. Ludzie mówią że stwór szuka wybrańca, ofiary czy coś w tym stylu. Ponoć ludzie, którzy tu chodzą koło szóstej wieczorem zawsze czują nieokreślony niepokój, czują na sobie oddech tej bestii. -Przejęty jestem do głębi razem z towarzyszami. - rzecze Windisz. -Wiecie że was śledzi pewien gostek. - zmienia temat Pleśniowy. -Taak. - dziwi się Windisz. -To nie byle kto, to człowiek Cummona,który niegdyś był na usługach księcia ciemności. -Uuu...,ale nas straszysz facet. - drwi Sklaveris. -Możemy cię wziąć, przydasz się. - wtrąca się Gevonori. -Nie chcę sobie napytać biedy, narobić kłopotów. Chociaż już w zasadzie je mam. -Nie to nie. - mówi Gevonori. -A ! raz kozie śmierć. Idę z wami. Prawdę mówiąc powiem wam że jestem waszym fanem. -Dobra jeśli idziesz z nami to będziesz osłaniał tyły, ale najpierw rozglądniemy się tu godzinkę i poczekamy jak odejdzie trochę ludzi.- rzecze Windisz. -Będziemy czaić się na tajemnicze COŚ? - pyta Lakulius. -Nie mamy go w planach.Ważniejszy jest Heinrich Vörnekreutze. - odpowiada Sklaveris.
Godzina 17.30 Plac główny - Greisberg. -Widzę że jesteśmy w komplecie. - mówi Windisz. -Miciuri co ustaliliście? - pyta sklaveris. -Wiemy że pajac, który pojawia się tu o szóstej to czubek. Podobnoć jest podwożony bryczką, która później znika we mgle. -A w sprawie Heinricha? -Ukrywa się bagiennym lesie, otoczonym wapiennymi skałkami. Podobnoć został przygarnięty przez niejakiego McDoonela. Słyszałem o nim nieprzyjemne rzeczy. -A to się dobrze składa bo nasz kochany kolega Lukulius zna las jak własną kieszeń. - twierdzi Windisz. -Zgadza się - odpowiada szaman. -Dobra. Musimy ustalić taktykę. Nikt nas nie powinien śledzić. Najpierw idziemy wyczaić jamę Manhaine'a, białego wilkołaka. - mówi Windisz. -Co robicie? Myślałem że zajmujecie się tylko wampirem. - rzecze Pleśniowy. -Wiele rzeczy jeszcze o nas nie wiesz. - uśmiecha się Sklaveris. -Opowiem wam pewną historię związaną z tym wilkołakiem - zaczął mówić Pleśniowy. Dzieci uczyły się w prowizorycznej szkole. Był zbudowana z cegieł i kamieni obita palami i deskami dawniej był to spichlerz ,obok niej znajdował się po lewej stronie dom rady, piękny duży murowany i otynkowany budynek. Pani Joanna Wamonik była jedyną nauczycielką oprócz niej w szkole zatrudniono woźną i dyrektorkę. Dawniej znajdowała się tu jeszcze szkoła robótek rolno - lesnych i wynajmowała ona jedno z pomieszczeń od zarządu na salę lekcyjną. W niej to uczył lekcji prac polnych dziwny nauczyciel którego zachowanie pozostawiało wiele do życzenia podobno powiesił się w lesie ale wielu mówiło że nic mu się nie stało i do teraz chodzą słuchy że on żyje i błąka się po lesie w głębokiej dziczy coraz bardziej wariuje i dziczeje w samotności. Nazywał się Joniusz Baczibesz. Pani postanowiła dziś zrobić lekcję biologii. Dzieci co żyje w lesie – pyta pani. Sarenki, łasice, myszki, zajączki-krzyczy chłopiec -Coś jeszcze? -Motylki, węże, jaszczurki, sowy - mówią dzieci -A jakieś większe - pyta nauczycielka. Dzieci popatrzyły po sobie oczami -Niedźwiedzie, wilki, rysie, żubry, jelenie i łosie - chwali się swoją wiedzą jeden z chłopców. -Ale głębiej też coś jesz żyje -wybałuszyła oczy jedna z dziewczynek, przy tym zgrzytnęła zębami i przekrzywiła głowę. -Co? - zaciekawiła się pani Wamonik. -Biały wilkołak, Manhaine. W klasie nastała cisza. -A co to za zwierz, gdzie mieszka powiedz nam o tym coś więcej -Nie wiem dokładnie gdzie, ale tam - przy tym pokazała w stronę lasu. -gdzieś w środkutego gąszczu on mieszka. -On jest be on chce zrobić nam krzywdę, ale ja się nie dam. -Dziecko co ty wygadujesz za bzdury. Pewien chłopiec szedł przez las zbierając jagody…-podśpiewywała dziewczynka. Wszystkich ta melodia strwożyła. -Przestań-krzyknęło jedno z dzieci. Zadzwonił prowizoryczny dzwonek. Dzieci pozbierały zeszyty i włożyły do tobołka. Przy wychodzeniu nauczycielka spojrzała na dziewczynkę ta się obróciła w jej stronę i nagle posmutniała. -Ładne bajki. śmieje się Janos. -Czekajcie...Opowiem dalej. Tymczasem na skraju lasu hasała sarenka, ale nagle upadła w niewielki rów nie mogła wyjść wpadła do bagna od spodu coś szczypało jej kopytka był to plorz, duży chrząszcz. Lasu pilnował faun, pół-baran, pół –człowiek, mieszkał on w dziupli starego dębu. Często zajadał korzonki i gałązki młodych drzewek, zjadał także owady i gryzonie. Pięciu chłopców poszło do lasu, Marek, Bartek, Szymon, Czesiek i Kamil. Postanowili przynieść chrust i jedzenie dla rodziny, która przymierała głodem. Od roku był zakaz wstępu do lasu od czasu jak zaginęło w nim dwóch chłopców. Wieczorem nie wracali, ktoś ich podobno widział jak chodzili koło lasu i ostrzegł ich kilka razy aby nie wchodzili do niego. -I na tym koniec bajki. Czy raczej prawdziwej historii.Więc proponuje jednak po ciemku nie chodzić po lesie. Wróćmy do jakiegoś hotelu i tam przenocujemy. Wstaniemy o brzasku i wyruszymy. Może zajdziemy do wieczora. -Dobra, zgoda. - odrzekł Windisz. Jak powiedzieli tak zrobili. Znaleźli hotel wzdłuż jednej z uliczek.Po czym do rana wstali i zabierając potrzebny sprzęt w tym maczety i siekierę oraz kostury oraz zabierając ze sobą dodatkowo dwóch wiesniaków ruszyli w las,który był bardzo zarośnięty gąszczem lian i bluszczy, brak było jakiejkolwiek ścieżki czy drożyny. Było słychać tylko pogwizdywania ptaków. Nad ich głowami latały jastrzębie i głuszce. W lesie roiło się do jarów i grzęzawisk, w które wpadali; były tak wąskie przejścia wśród skałek i gęstych krzaków że postanowili się rozdzielić. Część poszła dalej w większy gąszcz, a część została na miejscu i tam się rozglądała. Jednak ci co zostali usłyszeli krzyki gdzieś z daleka a tam z gąszczu. Wśród tych co pozostali na miejscu pozostał Sklaveris , Windisz i Lakulius. Błądzili tak pół dnia aż wreszcie doszli na jakąś polanę śródleśną. Tam zauważyli szałas zbudowany z konarów. Podeszli bliżej i spostrzegli owłosionego ubranego we włosiennicę mężczyznę, który siedział na legowisku. Począł się na ich widok wydzierać i wyrywać kłaki z głowy, był nim owy nieżywy Beczibesz. -Uciekajcie stąd natychmiast zaraz tu przyjdzie biały wilkołak. - przepowiadał Beczibesz. Nagle szaleniec się rozebrał i zaczął się drapać, skakać i drzeć. Wyleciał z szałasu i poleciał w las w przeciwną stronę tej skąd oni przyszli. Patrzyli na niego zdumieni. -Zwiewajmy stąd jak najprędzej-zaproponował Windisz. -Ja zostaję, przyszedłem tu zniszczyć wilkołaka i tego dokonam- odparł Sklaveris. -Rób co chcesz my wracamy. -Lakulius był blady na twarzy. Na nogach miał skórzane mokasyny a na głowie czapkę z szopa. -Ale ja się nie dam nie myślcie że potwór mnie zniszczy ja się nie dam-głos mu się załamywał. Na zewnątrz się chmurzyło. Między drzewami skakał kocbaran. Drzewostan lasu składał się głównie z buka, dębu, sosny, jesionu i graba. Wyszli z szałasu. -Nie uważasz, że krajobraz tak się zmienił. Mężczyźni się wycofali i przeszli do miejsca gdzie zaczynały się gęste zarośla i namorzyny. -Przechodzimy dalej nie mamy wyboru- powiedział Sklaveris. -Ja tu zostaję - odparł Windisz. -I ty też, a siedźcie i tak was dorwie-rzekł Lakulius. Szaman wszedł w gąszcz, przesuwał się mozolnie obok bluszczu, chmielu i czerniny. Nagle usłyszał płacz dzieci zdawało mu się że były chyba gdzieś niedaleko ale szybkosię opamiętał i rozpoznał głos zapatisza, sępiego ptaka żyjącego w gąszczu trzmieliny, tam ma uwite gniazdo i tylko tam przebywa, żywiąc się padliną, owadami i ssakami. Może być groźny nawet dla człowieka. Ptak ten nie umie latać, jest bardzo ciężki, ale umie naśladować różne głosy. Szybko cofnął głowę i natychmiast poszedł naprzód ,wzdrygnął się na widok człowieka leżącego pod spróchniałym drzewem był to jeden z jego towarzyszy. Odwrócił głowę, twarz jego tak jakby pożółkła i posmutniała. -Pomocy ratunku napadła nas niedźwiedzica - odezwał się jeden z wieśniaków co z nimi poszedł. -Gdzie jesteś-spytał go Janos. -Tu na drzewie Podszedł do niego. -A gdzie reszta. -Jeden nie żyje - pokazał na martwego kompana, Miciuri i Beyanous uciekli przed niedźwiedziem o w tamtą stronę. Przysypali ziemią martwego towarzysza i poszli dalej. Za nimi pomiędzy drzewami kukał w rytm ruchu piły kocbaran, kot o rogach barana i zębach jak szable. Tymczasem troje myśliwych przy ognisku opiekało upolowaną wściekłą niedźwiedzicę. Podeszli do nich Miciuri i Beyanous. -Widzę że się posilacie- zagaił Miciuri. -A może tak skosztujecie? - zapytał Gevionori -Cicho... - z łuku Jan Witek wystrzelił strzałę w kierunku kocbarana. A Sklaveris podbiegł do zwierza i mozolnie przyciągnął go do ogniska. -Rzuć go w ogień, upieczemy dwie ofiary przy jednym ogniu - poradził mu Pleśniowy. Robiło się ciemno. -Chodźmy się chwilę zdrzemnąć, dwóch na warcie, jeden w pogotowiu.. Później zmiana. Po obfitym posiłku zasnęli. Na warcie stanęli Miciuri i Beyanous. Chwilę tak przespali. Obudził ich przerażający krzyk. -Co u licha?- pytał sam siebie Gevonori. -Pobudka!- krzyknął Lakulius. Nie chcą się obudzić. Coś tu się złego dzieje. Zaczął ich kopać. -No nie, Gevonori chodź tu, gdzie jesteś. Gevonoriemu zaczęło się kręcić w głowie. Wszystko się waliło, nagle runął na ziemię. Jeden z i wieśniaków biegł z całej siły, chcąc się stąd jak najszybciej wydostać. Słyszał mnóstwo głosów jakie go napastowały, było słychać głos Lakuliusa i dzieci. Ze zmęczenia i nieuwagi zawadził o korzeń wystający z ziemi i tracąc równowagę spadł na ziemię. Z tyłu ktoś do niego zaczął podchodzić i klaskać. -Pięknie - odpowiedział przykryty kapotą mężczyzna. Teraz przyszedł czas na ciebie i tak długo już pożyłeś. Odsunął kaptur i jego oczom ukazał się Pleśniowy. Z drugiej strony zaszedł go Miciuri. Zaś obok niego pojawili się Witek, Janos i Miciuri. -Ty zdrajco chciałeś nas wykiwać, wiemy że mieszkałeś w tym lesie. Wcale z nami nie wędrowałeś. Nie kroczyłeś za naszymi ścieżkami. -Chciałeś nas otruć - dalej mówił Pleśniowy. Nagle obok nich pojawiło się dwoje dzieci, które zaczęły gryźć jak popadnie na początku Miciurego, później Witka i Janosa. -Co im się dzieje - zastanawiał się Pleśniowy-To jest jakaś parodia faktu, to teatrzyk. Pojawił się Lakulius, Sklaweris i Windisz oraz dwoje jakichś dzieci. -To jesteśmy wszyscy w komplecie, ale gdzie ten Manhai- odezwał się Pleśniowy. Musi być wśród nas bo inaczej wszyscy byśmy się tu nie spotkali oprócz martwego wieśniaka - rzekł Miciuri. Wilkołak chciał nas zebrać do kupy żeby mu nikt nie uciekł. Teraz potworze możesz się ujawnić. Z dalsza ujrzeli hasającą dziewczynkę ,która coś niosła w torbie, nagle znikła tak Jakby się rozpłynęła w powietrzu. To ona-krzyknął otumaniony Janos - Przyszła po nas. Teraz nawet nic nas nie uratuje. -Jeszcze nic straconego - rzekł szaman. Lakulius zwariował; to wyrywał kłaki z głowy to stawał na niej.Zachowywał się jak Beczibesz, który znikł im w niewyjaśnionych okolicznościach z oczu. -Gdzie się podział Beaynous - spytał Miciuri . A gdzie jest Gevonori? - spytał z kolei Witek. -Leżą tam-pokazał palcem Sklaveris - zmasakrowani. Ona tu już była widziałem ją, ale nic nie mogłem poradzić. Wszystkich nas wykończy. Ta wioska jest przeklęta. Troje nieobecnych wisiało na drzewie głową w dół bez rąk, które leżały na ziemi. Nagle na oczach wszystkich coś ich chwyciło i zawlekło w dzicz. Kolejno los kompanów podzielili dzieci. Musimy się uzbroić w cierpliwość może odejdzie-rzekł Miciuri. Zaczęła się trząść ziemia drzewa wylatywały z korzeniami. Rozstąpiła się ziemia. Witek wpadł do rozpadliny i tak jakby zapadł się pod ziemię. Ziemia pochłonęła również zdrajcę wieśniaka i Janosa. Na Miciurego zawalił się konar drzewa. Lakulius i Sklaveris trzymali się skarpy i przy własnej pomocy wydostali się na zewnątrz. W ziemię zapadła się hasająca dziewczynka, która próbowała dorwać Lakuliusa. -Chodź pomóżmy Miciuremu, jest w ciężkim stanie - zaproponował Lakulius . Opatrzyli rannego wojownika, miał zmiażdżoną głowę i rany cięte głowy, wzięli go na barana. Przyłączył się do nich Windisz, który skręcił kostkę w nodze i za pomocą kija wydostał się z krzaków. Wędrowcy uszli kawałek Po czym przystanęli. Byli przed jakimś legowiskiem. -Odpocznijmy - rzekł Windisz. -Nie mamy wyboru – uśmiechnął się Lukulius. Przytaknął mu Miciuri. Na niebie zajaśniał księżyc, zawył wilk. Manhai powraca on tu na was czeka ja muszę się zbierać. - rzekł Miciuri. -Jak to on już zginął-rzekł Lakulius. -Nie, nie zginęło jego wcielenie, on tu ciągle jest czuwa. Wycofali się w pobliskie zadrzewienia. -Jak myślisz stary Lakuliusie czy ten las może być schronieniem?, czy da się z niego chodź wyjść? Szaleniec zapatrzał się na niego i nic nie odpowiedział. Gdzie jest droga powrotna-odezwał się Windisz, który powracał już do sił, ale ranna noga bardzo mu ciążyła. -Podam ci zioła, które uśmierzą ci ból. Tymczasem Janos wpadając do uskoku chwycił się jakiegoś korzenia, sędziwego drzewa, które szeroko zapuściło korzenie. Janos był wysokim, ciemnookim brunetem o rzadkiej brodzie, ubrany był w płowy strój traperski, a pod nim miał flanelową koszulę, na nogach zaś mokasyny z ostrogami. Jego nieodłącznym atrybutem był tomahawk, który skrzętnie ukrywał za skórzanym pasem na plecach. Był bardzo silny i odważny, z pozoru wyglądał na trochę otępiałego, ale pozory mylą. Nie miał dokładnego planu aby wyjść z tej patowej sytuacji w jakiej się znalazł. Pocieszała go sytuacja że nic mu nie dolegało. Fakt że dziewczę wleciało do głębokiej skarpy napawał go początkowo smutkiem, ale widząc zatrważający widok jak dziecię przemienia się w obrzydłą mieszaninę zła, brzydoty i dzikości sprzeczne uczucia go opuściły. Nie mógł sobie uzmysłowić jak takie coś w krótkim czasie pozbawiło życia jego kompanów w tak podstępny sposób, że nikt nie mógł tego zauważyć. Może to im się coś stało, może coś miał z tym wspólnego wieśniak może ktoś inny wreszcie pytał się sam siebie skąd się tu wziął ten niespodziewany kataklizm, w tej chwili trudno było mu się nad tym zastanawiać. Na drzewie Beyanous otworzył oczy i spozierał wokoło. Przeistoczył się w straszydło leśne. Przeszedł transformacje, którą utrwaliła w nim symbioza z pasożytniczymi grzybami i porostami. Opanowały go wszczepiając mu zarodniki i spory. -Ale ten las mroczny, nigdy takiego nie widziałem - odezwał się szaman Lakulius. Zadzwonił dzwoneczek. -No cóż to las dziewiczy-spojrzał mu prosto w oczy Lakulius. Echo dźwięku zaczął się nasilało się. -Co to? to jakiś dzwonek. - odezwał się Lakulius. -To koza szuka swego pana dosyć często ją tu słychać, podobno dawniej mieszkał tu pasterz skazany na banicję i on miał właśnie tą kozę.- odezwał się ponownie Lakulius. -A skąd to wiesz? - pyta Ajzaukauri vel Windisz. -Mówią o tym wszystkie zwierzęta. Ja znam ich język. Faun był moim przyjacielem. Pokażę ci coś chodź ze mną do mojej prywatnej groty. Miciuri niech tu zaczeka, niech obmyje sobie rany nad tym strumykiem. - Lukulius pokazał na strumyk. Windisz, Sklaveris i Lakulius zaczęli przedzierać się przez gąszcz czerniny. -Co to za rozłożyste drzewo. - pyta Sklaveris. -Te drzewo podobno zostało zasadzone od gałązki drzewa poznania dobra i zła. Słynne było z tego że owocem z tego drzewa wąż skusił Ewę. A Ewa później Adama. Ale to chyba jakieś podanie. Nagle ich oczom ukazała się kolejna jaskinia. Weszli do środka. Szaleniec szedł pierwszy. Gdy znaleźli się w rozległej komnacie, Lukiulius gestem ręki pokazał Windiszowi i Sklaverisowi aby zaczekali tu na niego. Po chwili z powrotem przyszedł do niego tym razem z obszernym workiem. -Umiesz odplątać ten worek.-spytał się szamana. Wywlekli wór na zewnątrz. Chwilę się z nim tarmosili, ale na nic to wyszło sznur był chyba zaczarowany. Postanowili go chwilę powlec i rozedrzeć o ostre kolce cierni. -A co w tym worze jest- spytał ciekawy Sklaveris. -A tam siedzi Szydło, moje oczy i uszy. Musiałem go włożyć do wora bo sprawiał mi problemy - odpowiedział szaleniec. Sklaveris był średniego wzrostu szatynem o świdrujących niebieskich oczach, ogorzałej i suchej twarzy poprzetykanej licznymi zmarszczkami. Na sobie miał kapotę zszytą z kawałków różnobarwnych materiałów a także lekko przewiewną włosiennicę. Na nogach miał drewniane chodaki. Natomiast szaman miał na sobie przewiewny kożuch ze skóry rysia oraz mnóstwo pazurów i zębów dzikich zwierząt oplecione sznurkiem i przywiązane do szyi. Na nogach miał sandały. Był dość wysokim rudzielcem z bokobrodami i bródką oraz zielonych oczach. -Na, co ci potrzebne te Szydło.-zapytał Windisz, starzec o szpakowatej brodzie i ciemnych włosach oraz czarnych oczach. -Potrzebny mi do tego, aby wskazał niebezpieczną drogę do domku McDoonela, który mieszka na bagnach. Niestety w tych okolicach przebywa szalone ciele bez głowy. A tylko Szydło może go zwieść na manowce. Nagle z wora wygramolił się zręcznymi ruchami włochaty stworek z zębami jak brzytwy i czupryna z piór. W umyśle wróżbity wzrastał niepokój. Strach wzmógł się w nim tym bardziej że stworek patrzył na niego złowrogim wzrokiem przy tym klaskając i ocierając z energią ręce. Jego ogon wyglądał jak bicz i w przeciwieństwie do reszty ciała, które były pokryte sierścią a ogon pokryty był łuskami. -Idziemy po Miciurego. Mam nektar i maściło one mu pomogą. Znalazłem je przy okazji gdy szukałem wora w starej szafie. Nagle nadleciała sowa co patrolowała teren na usługach Lukiuliusa. Siadła mu…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Gregorz Pietrzak
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…