Wyznawcy - Rozdział 1
Hmmm... ciąg dalszy, nieco inny niż prolog, ale zawsze ;-)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Wyznawcy
ROZDZIAŁ 1
Klinder
- Klinder.- Niewysoki mężczyzna spojrzał na Petfillera. - Mam dla ciebie zlecenie. Klin spojrzał na zleceniodawcę. - Kto, gdzie, kiedy i za ile? - Zapytał chłodno. Wielu ludzi się z nim spotykało. Połowa z nich w interesach. Druga połowa była tym interesem. Wszyscy zleceniodawcy Klindera zastanawiali się, dlaczego jest on taki spokojny? Czyż Śmierć nie czycha i na niego? - Kto? Lizodupek burmistrza, kandydujący na przewodniczącego rady miasta. - Tutaj zrobił przerwę, widząc uśmiech na twarzy zabójcy. Nawet najbardziej optymistyczny człowiek nie nazwałby tej wsi miastem. - Ja mam ci mówić gdzie? W wychodku, czy w domu? Może być nawet podczas podlizywania się burmistrzowi. Ile? Standartowo - trzysta alerańskich koron. Kiedy? Chociażby zaraz. - Mam przynieść głowę? Jakiś cenny przedmiot, należący do delikwenta? - Uśmiech zniknął z ust Klina jak by go wiatr zdmuchnął. - Nie, wierzę ci. Masz reputację, jesteś znany bardziej niż nasz król. - Miło mi to słyszeć. A teraz... Potrzebuję zaliczki. Ja ciebie aż tak dobrze nie znam. Wyciągnął przed siebie rękę. Łysawy westchnął, poczym położył na niej pękatą sakiewkę. Klin schował ją. Po chwili usłyszał pytanie: - Jeszcze jedno. - Klin spojrzał mężczyźnie prosto w oczy. Wydawać by się mogło, że przez chwile zobaczył w nich strach. - Dlaczego nosisz miecz na plecach, a nie tak jak wszyscy przy pasie? Zabójca zrobił szybki piruet. Ostrze miecza zmaterializowało się przy tętnicy szyjnej zleceniodawcy. - Bo gdy wykonuje pewne, że się tak wyrażę, bajery - odpowiedział spokojnie - to pochwa nie lata mi między nogami, i dzięki temu iż jest metalowa chroni moje plecy. Klinder uśmiechnął się. Facet nie. Nadal czuł zimno żelaza na gardle. Przeniósł wzrok, z oczu Petfillera na brzeszczot. Zabójca powoli schował miecz i raz jeszcze uśmiechnął się. Wyszedł z domu. Nadal padało. Co prawda, deszcz przeszedł już w mżawkę, lecz Klin założył kaptur płaszcza na głowę. Ciche mlaśnięcia błota, pod butami Klindera, raz jeszcze utwierdziły go o tym, iż musi opuścić ten deszczowy kraik. Choćby zrobić sobie krótkie wakacje. Nieliczni mieszkańcy, którzy akurat o tej porze postanowili wyjść ze swoich chat, usuwali mu się z drogi. Nie chodziło nawet o pozycję Klindera Petfillera, lecz o jego wygląd. Czarne, długie włosy, teraz pod kapturem, nosił zazwyczaj rozpuszczone, na twarzy widniała blizna, ciągnąca się od lewej brwi, poprzez kącik ust, aż do brody. Szare odzienie wędrowca, teraz zastąpił czarny skórzany płaszcz. Nad lewym ramieniem widniała rękojeść miecza. I te zielone, bezdenne oczy. Dłuższe wpatrywanie się w nnie groziło, nie tyle śmiercią, co powikłaniami zdrowotnymi. Stanął przed wielkimi, dębowymi drzwiami. Spojrzał przed siebie. Jego oczom ukazała się pozłacana tabliczka, niewątpliwie głosząca, kto tu mieszka. "Cholera, - zaklął w duchu Klin - trzeba by się wreszcie nauczyć czytać". Klinder umiał czytać. Sekretne znaki i runy złodziei, zabójców i skrytobójców. Inne pismo nie było mu potrzebne, więc się go nie uczył. Lecz teraz zapragnął przeczytać to, co wyryte było na tabliczce. Nie interesowało go to, że za kilka dni owej tabliczki już tu nie będzie, ponieważ właściciel zaraz umrze i pojawi się może inny napis... Pięścią, w czarnej, nabijanej ćwiekami rękawicy, zapukał do drzwi. Otworzyła mu pokojówka. Zwykle uśmiechnięta, teraz zbladła pod ciężarem spojrzenia Petfillera. Od razu wiedziała, co się szykuje. Cofnęła się do domu, pozwalając, aby Klinder też wszedł. "Rozsądna kobieta - pomyślał Klin, - może jeszcze trochę pożyje." Służąca zniknęła gdzieś w głębi domu, poczym ukazała się razem, z właścicielem posiadłości, którego nazwisko widniało na drzwiach domu. - Zginiesz. - Powiedział spokojnie Klin, do niskiego, grubawego mężczyzny, odzianego w bogato zdobiony szlafrok. - Masz jakieś ostatnie życzenie? Na przykład, żeby nie podpalać domu albo, co...? - Nie zabijaj mnie. Zapłacę ci, powiedz tylko ile? - Klin, jednym płynnym ruchem przystawił mu brzeszczot do szyi. Gdyby mu na tym zależało ofiara nawet nie wiedziałaby, że zginęła. Oczy bogacza rozszerzył strach. - Zapłacę ci, wiesz przecież, że mam pieniądze. - Ile? - Zdziwiło to samego Petfillera, bo nigdy nie litował się nad ofiarami. Zawsze dotrzymywał warunków umowy, i nie był przekupny. - Dostaniesz pięćset alerańskich koron, i jeszcze raz tyle za wyjawienie mi, kto cię nasłał? - Błysk w oku, zasygnalizował zabójcy, że facet ma nadzieję, iż przeżyje. "Ludzie, - pomyślał - myślicie, że moja reputacja bierze się z litości, czy z sumienności i z tego, że dotrzymuję obietnic. Co za naiwniak." Petfiller, momentalnie połapał się, iż oprócz obiecanych trzystu koron, za zlecenie, może wyciągnąć coś od swojej ofiary. - Każ przynieść pieniądze służącej. - Grubas skinął głową. Cienka strużka krwi pociekła mu po szyi. Klin zawsze ostrzył miecz przed zleceniem, i ostrze było zawsze bardzo ostre. Po chwili kobieta zjawiła się ze strachem w oczach i ze szkatułą w rękach. Coś, jakby grymas gniewu przebiegł po twarzy radnego, lecz szybko wziął z jej rąk szkatułę i dał ją Petfillerowi. - Weź wszystko, tylko mnie oszczędź. Mieliśmy układ. Ja swojej części dotrzymałem, teraz, jeśli łaska, wyjaw mi imię tego nikczemnika. Klin pochylił się nad ofiarą szepnął mu coś do ucha, poczym spojrzał na niego i rzekł: - Ja też dotrzymuje umów. - Pchnął ostrze miecza i zrobił szybki unik, ustawiając się z boku ofiary. Krew, jak i ręka ze sztyletem wystrzeliły przed siebie. Krew miała jak najszybciej wydostać się z ciała, sztylet natomiast, miał zatopić się w brzuchu oprawcy. Radny, nie mógł oczywiście wiedzieć, że Petfiller nosi pod płaszczem kolczugę. Klin zrobił unik i stanął za swoją ofiarą. Zabójca spojrzał na przerażoną służącą patrzącą mu prosto w oczy. Wyjął sakiewkę, którą niedawno dostał od zleceniodawcy, zaliczkę za zadanie, i rzucił w jej stronę. - Te pieniądze pomogą ci wydostać się stąd, i zapomnieć o wszystkim, jeśli jednak mnie oszukasz, to tego pożałujesz. A teraz wyjdź, dobra kobieto, i staraj się mnie, jak i tego miejsca unikać. - Klinder wytarł miecz o szlafrok trupa. Kałuża krwi nadal rosła, lecz już nie tak szybko, jak przed chwilą. Stwierdził, iż kobieta zastosowała się do jego poleceń. Zniknęła, wraz z sakiewką. Zabójca wziął szkatułę. Z niemałym zdziwieniem stwierdził, iż jest cięższa, niż na to wyglądało. Wyszedł z domu ofiary. Przestało padać. Już mu się nie spieszyło. Dodatkowym obciążeniem była szkatuła. Tym razem nie wszedł do domu swego zleceniodawcy, udał się dom dalej, do gospody, w której wynajmował pokój. Od razu poszedł do siebie. Otworzył szkatułę, i ze zdumieniem stwierdził, iż nie jest ona zapełniona monetami, lecz drogimi kamieniami, klejnotami i złotem. O takiej nagrodzie, za tak proste zadanie nigdy nie liczył. Nigdy też nie okradał domów swoich ofiar. Czasami spotykał takich naiwniaków, jak dziś. Chcieli oni go przekupić. Brał od nich pieniądze, poczym zabijał. Zawsze dotrzymywał obietnic, dlatego nigdy w takim przypadku nie zabijał rodziny ofiary. W tym przypadku nie zabił służącej. "Po resztę kasy, zgłoszę się później. - Pomyślał, siadając na sienniku. - Kupię sobie rasowego ogiera, klejnoty schowam i wyjadę. Oj! Jakiż będę miał wspaniały odpoczynek!" Jego rozmyślania zostały przerwane przez właściciela gospody, który przyszedł poinformować go, iż balia z gorącą wodą jest gotowa. Co prawda Klin nie przypominał sobie, aby kazał napełnić balię, lecz poszedł się wymyć. Po zleceniu zawsze tak robił. Żeby zmyć z siebie brud. Brud i odór Śmierci. Woda była gorąca. Kiedy tak siedział, i rozmyślał wszedł jego zleceniodawca. Klinder, nie przypominał sobie, aby mówił mu, gdzie się zatrzymał, i już miał zamiar opieprzyć gospodarza, kiedy mężczyzna przemówił. - Spokojnie, mam dla ciebie resztę kasy. Świetna robota. - Uśmiechnął się do zabójcy. Nagle rzuciło mu się w oczy coś, co widział po raz pierwszy; Tatuaż na prawym ramieniu Klina. Starannie wykonany, przedstawiał łeb istoty, podobny do łba wilka. Owłosione łapy i tułów. Najważniejszy motyw tatuażu widniał na piersi zwierzęcia. Łańcuszek z zawieszonym na nim pentagramem. Tło rysunku stanowił szary półksiężyc. Zamyślił się, próbując sobie przypomnieć, gdzie coś takiego widział wcześniej. - Jak mnie znalazłeś? - Przerwał milczenie Klin. - Dawaj kasę, i jeśli nie masz nic przeciwko temu, sam sobie wyszoruję plecy. - Tak, już, trzymaj. - Podał mu sakiewkę, tym razem dwa razy bardziej obszerną, niż wcześniej. - Wiedziałem gdzie spędzisz noc, ponieważ to jedyna gospoda, w której właściciel nawet na torturach nie zdradzi, czy byłeś tu wczoraj, czy jesteś teraz, czy może będziesz, bo złożyłeś rezerwację. Tu chronią się wszyscy... Tacy jak ty, poszukujący spokoju i prywatności. - Dzięki, a teraz... spierdalaj. Muszę pobyć sam. Mężczyzna spojrzał na zabójcę i wyszedł. Klinder miał wątpliwości. Doszedł do wniosku, że musi jak najszybciej opuścić to miejsce. Musi zrobić sobie przerwę. Jak najszybciej. Zaszyć się gdzieś i odpocząć. "Może pojadę w góry? - Rozmyślał. - Nad morze? A może po prostu pojadę do Delty, i zobaczę, co oferują? Mój skórzany płaszcz już się przeciera na łokciach. Taaa..., Co kilka lat trzeba go zmieniać". Wyszedł z balii. Ubrał się, spakował i wyszedł. Z gospody udał się do kowala. Starego konia wymienił na nowego, i dopłacił piętnaście koron. Młody ogier, szarawy, świetnie wyszkolony, po prostu cudo. Kowal sprzedał go bardzo tanio. Naiwny człowiek. "A może nie doceniłem własnego wierzchowca?" - Myślał Klinder Petfiller, przez nielicznych znajomych nazywany Klinem, najlepszy zabójca w kraju. O spojrzeniu twardszym od granitu, i bardziej stanowczym, niż rozkazy najgroźniejszego nawet z tyranów, rządzącego Aldorem.
Herven
Hasta spojrzał na dwóch oprychów. Tego samego wzrostu, te same rysy twarzy zdradzały, i iż są oni braćmi. - Hervenie Dwim, potocznie zwany Hastą - powiedział jeden z braci, o szarawych oczach, - zechcesz pójść z nami. - To nie było pytanie, lecz stwierdzenie. Dwim spojrzał, najpierw na pierwszego, potem na drugiego z braci, poczym na obydwu. Spokojnym ruchem wyjął z cholewy swego buta, długi, myśliwski nóż. - Odłóż ten nóż! - Krzyknął drugi z braci, poczym spokojnym tonem dodał. - Pewna osoba chce się z tobą spotkać w interesach. - Kto? - Zapytał, nie chowając noża. - Pan Estarnim. - Hasta nigdy przedtem nie słyszał tego nazwiska. Powoli skinął głową. - Prowadźcie, panowie. Jestem tuż za wami. Bracia popatrzyli po sobie, poczym ruszyli przez miasto. Szli szybko, nie odwracając się, aby sprawdzić, czy traper podąża ich śladem. Miasto tętniło życiem. Smród portowej dzielnicy docierał aż tu, na przedmieścia, i zarazem do najbogatszej dzielnicy Delty. Przewodnicy skręcili w boczną uliczkę, i zatrzymali się dopiero przed dębowymi drzwiami. Jeden z braci, Hasta nie mógł określić, który z nich, ponieważ stali do niego tyłem, zapukał do drzwi. Drzwi zostały otwarte przez wysokiego, jegomościa w skórzanym kaftanie, nabijanym ćwiekami. Gestem zaprosił ich do wejścia. Po za nim, w komnacie była tylko jedna osoba. W izbie panował półmrok. Pokuj zatopiony był w pół mroku światła, rzucanego przez kominek, znajdujący się na przeciwległej ścianie izby. W środku było ciepło. Na środku pokoju stał długi stół, przy którym siedział, jak się tego domyślił Hasta, pan Estarnim. Miał poważny wyraz twarzy. Uśmiechnął się na widok swego gościa. Hasta usiadł. Odźwierny postawił przed nim gliniany kubek, poczym o nic nie pytając nalał do niego piwa. Piwo miało gorzkawy posmak, i smakowało jak szczyny. "Tylko tyle, - pomyślał traper - dla nich znaczę, ile smak tego piwa." - O co chodzi? Dlaczego ci dwaj niekoniecznie uprzejmi panowie - tu spojrzał na braci - kazali mi się tu zjawić? Jakaż to sprawa dręczy was, panie Estarnim, że byłem potrzebny do jej rozwiązania? - Otóż, szanowny panie Harwenie Dwimie - w głosie faceta, Dwim usłyszał lekką ironię, pomieszaną z rozbawieniem, - potrzebuję, nie tyle pana, co pańskich umiejętności. - Dziś wieczorem - kontynuował - wydaję przyjęcie. Moja jedyna córka, przyznaje, niezbyt urodziwa, wreszcie znalazła dla siebie męża. Pana rolą jest dostarczenie żywności, w postaci mięsa. - Co jeśli się nie zgodzę? Co wtedy? - Wtedy... Myślę, że przystanie pan na takie warunki, jakie proponuję. Dostanie pan worek, duży worek. Łuk i strzały. Oraz sowite wynagrodzenie. Za sztukę, ma się rozumieć, plus, że się tak wyrażę, robociznę. - To znaczy? - Harwen nieznacznie uniósł jedną brew. - Pięćdziesiąt alerańskich monet za samo zadanie. I za zwierzynę, odpowiednio dużo. - Umowa stoi. Będę przed zachodem. Wypatroszyć zwierzynę, czy może zależy panu na skórze? - Och, proszę się nie fatygować. - Miły uśmiech zagościł na ustach Estarnima. Na krótko. - Jęśli panu zależy na skórach, to mogę je panu oddać. - Aż na taki brak gotówki nie cierpię. Dwim wstał. Od odźwiernego wziął łuk, strzały i worek. Już miał wyjść, kiedy cofnął się do stołu. Wziął z niego kubek i wypił piwo, poczym jego smak skitował jednym zdaniem: - Jak wy możecie pić takie szczyny? - Powiedziawszy to, nie czekając na odpowiedź wyszedł. Powoli, nie spiesząc się wyszedł poza teren miasta. Chwilę szedł gościńcem, poczym zatopił się w gęstwinie lasu. "Kurwa, - pomyślał oglądając łuk - Co za szmelc! Jeśli uda mi się z niego przebić pancerz muchy, to chyba urządzę festiwal!" Uśmiechnął się do swoich myśli. Zajął wygodną pozycję w gęstwinie, poczym zaczął nasłuchiwać. I usłyszał szelest. Zbyt głośny, jak na leśne zwierze, więc musiał tu być człowiek. Chwile jeszcze nasłuchiwał, poczym stwierdził, że jest ich dwóch. Spokojnie podkradł się do miejsca, gdzie stali, i ze zdumieniem stwierdził, iż są to ci dwaj bracia, którzy załatwili mu zlecenie. - Gdzie on jest? - Zapytał ten z szarymi oczami. - Był gdzieś tu! Cholera - zaklął drugi, - pan Estarnim nam wyrwie nogi z dupy, jak go nie zabijemy! - Spokojnie, dorwiemy skurwysyna. Szarooki na chwilę odwrócił się od brata, słysząc szelest w listowiu. Kiedy znów na niego spojrzał, stwierdził, że coś się zmieniło. Może to ta brzechwa, stercząca bratu z piersi? Tak, przecież jej tam wcześniej nie było... Momentalnie padł na ziemię, co uratowało mu życie. Druga strzała, lecąca ku spotkaniu z jego tętnicą szyjną, wbiła się w pień drzewa. - Ty kutasie, zabiję cię! - Wrzasnął, choć wiedział, iż ma małe szanse przeżycia. - To się jeszcze okaże. - Dobiegł go głos trapera. Drugi brat, pozostały przy życiu, próbował zlokalizować skąd dochodzi głos, lecz z marnym skutkiem. Powoli wstał. Długie ostrze noża, z łatwością zatopiło się w jego szyi. Obydwaj bracia, mięli przy sobie krótkie miecze. Traper skorzystał z jednego z nich, i już po chwili wracał gościńcem do miasta. Na plecach niósł worek. Spokojnym krokiem dotarł pod dom Estarnima, poczym zapukał. Otworzył mu odźwierny. Zapłacił, poczym skierował Hastę do izby obok. Znajdowała się tam kuchnia. Herven szybko dogadał się z kucharzem, i wyszedł.
Estarnim powiódł wzrokiem po zebranych. Bawili się świetnie, jedli, pili i śpiewali w rytm muzyki, granej przez kilku bardów. Gospodarz, na danie główne przewidział wielkiego dzika, kupionego wczorajszego dnia. I nastał ten moment. Dwóch paziów wniosło do sali olbrzymią tacę, przykrytą srebrnym półmiskiem. Zapachniało smakowicie. Paziowie postawili tacę, przed Estarnimem, i udali się do kuchni. W sali zapanowała cisza. Gospodarz spojrzał na zebranych, poczym przemówił do swych gości: - Zebraliśmy się tutaj, aby świętować! Świętować zrękowiny mej jedynej córki! - Oklaski wzbiły się ponad tłum. Mężczyzna kontynuował. - Przejdźmy do dania głównego, które jakże aromatycznie nam tu pachnie. W tej samej chwili zobaczył ciemną postać w kącie sali. Nie przejął się tym zbytnio. Podniósł tacę, poczym upuścił ją z brzękiem na podłogę. Para oczu skierowana była na niego. Jabłka w ustach dwóch braci, świadczyły o dużym poczuciu humoru Hasty. Estarnim jeszcze raz spojrzał na dwie głowy spoczywające na tacy. Szklane oczy trupów, dalej przewiercały go swymi spojrzeniami. Estarnim momentalnie domyślił się, kto jeszcze przed chwilą stał w kącie izby. Nigdy już nie próbował zgładzić, ani wytropić Hervena Dwima, popularnie zwanego Hastą.
Apolinia
Apolinia Rael posłała nieznajomemu powłóczyste spojrzenie. Oceniała go. Szczupły, wysoki, nosił długi miecz przy pasie, sztylet ukryty w cholewie buta, lekko rysował się na prawej nodze, i ten nóż w rękawie... Facet się kogoś, lub czegoś panicznie bał, ale chyba nie
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Regis
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…