Z pamiętnika Sheiny (56)
"Kilka metrów przede mną stał Kadekatzu, a przed nim drzewo. I… ja. Widziałam siebie z trzeciej osoby. Obserwowałam całą tą piekielną scenę. Jak Kadekatzu bierze zamach toporem, jak krzyczę..."
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
„Ona…”
„Nic nie zapowiadało, że ten dzień będzie inny. Kolejna doba domowego aresztu. A jednak zmieniło się bardzo dużo. Zaczęłam się bać. Siebie. - Bardzo mi zależało, żebym dziś to ja został wybrany na strażnika twoich drzwi, Strażniczko. Z tymi słowami, dziwnym uśmiechem i wielkim toporem Kadekatzu wszedł niespodziewanie do mojego pokoju. Oczy mu błyszczały, ale nie odbijały uśmiechu na jego twarzy. Coś było zdecydowanie nie tak. Wiedziałam to, czułam, od pierwszej sekundy jak wszedł do pokoju. Nie powinien był w ogóle wchodzić. Zwłaszcza z bronią. Nie miał do tego uprawnień. I niebyło takiej potrzeby. Chyba, żeby działo się coś niepokojącego. A się nie działo... Zamknął za sobą drzwi, od środka, na klucz. - Tylko jedna rzecz została do zrobienia, prawda? Kiedy zaczął się zbliżać wolnym krokiem do mojego łóżka, usłyszałam po raz pierwszy ten głos. Melodyjny, kojący, spokojny. Był tuż obok a równocześnie brzmiący, jakby dochodził z bardzo daleka. Ale nie mówił, nie szeptał. Zaczął potwornie krzyczeć. „On chce ciebie zabić!” Ale ja się czułam jak sparaliżowana. Nie potrafiłam się ruszyć. Nogi odmówiły posłuszeństwa, jakby stały się z ołowiu. Dlaczego…? Kręciłam bezradnie głową, nie rozumiejąc niczego. - Nie siedzisz tu dlatego, że tego chcesz. Nie dla swojego bezpieczeństwa. To kara, prawda? Jego oczy zwęziły się, głos zadrżał od kryjącej się w nim furii. „On wie!” - Nim będzie za późno, nim ktoś przez ciebie zginie… Wtedy do mnie dotarło, co się dzieje. Nie było sensu krzyczeć. Nikogo nie było w pobliżu. Wszyscy zajęci przygotowaniami do święta. Nikt by zresztą nie zdążył, zanim… było by po wszystkim. Już wiedziałam po co ten topór. Wszystko zaczęło się dziać jak w zwolnionym tempie. Usłyszałam huk tłuczonego szkła, chwile po tym jak rzuciłam się na oślep w stronę okna. Kawałki spadającego szkła mieniły się tęczą w promieniach słońca. Miałam nadzieję, że żaden z nich nie wpije mi się w ciało. Ziemia nie zbliżała się aż tak szybko. Zdążyłam zamortyzować jakoś upadek, nie łamiąc sobie niczego. Czas nagle przyśpieszył. Zaczęłam biec przed siebie, ile sił w nogach, myśląc tylko o tym, żeby się nie potknąć. Żeby nie nadepnąć na żaden ostry kamień, czy suchą gałąź. Nie miałam niczego na nogach. Małe kamyczki bezlitośnie wbijały mi się w stopy. „Zaraz kogoś spotkam. Stworzycielsko spraw, bym kogoś zaraz spotkała.” Ale nie było nikogo, nigdzie. I tak nie było mi dane biec długo. Coś owinęło się dookoła kostki. Straciłam równowagę i upadłam. Jakieś zielsko zaplątało się wokoło stopy, pełznąc coraz wyżej. Na nic zdały się próby uwolnienia się. Roślina ta, wyglądająca jak korzeń bardzo ciasno owinęła się wokoło nogi. Zresztą, to nie była zwykła roślina. Nie mogła być. W tym samym czasie, kilka metrów za mną Kadekatzu klęczał z obiema dłońmi dotykającymi ziemi. Jego żywiołem była ziemia. Wstał powoli, nie odrywając ode mnie wzroku i zaczął się zbliżać. Powoli, spokojnie. Jego twarz, niczym maska, nie wyrażała żadnych uczuć. - Tak, jak mówiłem na początku, miałem racje. Nie nadajesz się na Strażniczkę. Pozwoliłaś uciec Mrocznemu. Sama mu w tym pomogłaś! - Bzdury pleciesz… Skąd taki pomysł?! - Skąd taki pomysł?! Nie kpij sobie ze mnie! Widziałem to na własne oczy! Które w tym momencie błyszczały szaleństwem. Chwycił mnie za szyje i po prostu podniósł do góry jak jakąś lalkę. To, co było owinięte dookoła mojej nogi zacisnęło się jeszcze bardziej. Stopy straciły kontakt z gruntem. W ułamku sekundy zaczęłam się dusić. - Puść mnie!!! Próbowałam rozluźnić jego uchwyt, ale nadaremno. Zaczęły przeze mnie przechodzić fale gorąca, jedna po drugiej. Serce tłukło się rozpaczliwie. Przed oczami zaczęły mi wirować kolorowe plamy. Organizm domagał się powietrza. Ale przecież nie mogę się udusić. Nie tak może zginąć Strażniczka. Mój wzrok prześlizgnął się na drugą rękę Kadekatzu. Na rękę, w której trzymał topór. Nagle zostałam pchnięta na pobliskie drzewo. Jego oczy rozszerzyły się znacznie, zamrugała w nich zielona iskra a usta wypowiedziały bezgłośnie kilka krótkich słów. To, co obwiązywało mi kostkę błyskawicznie rozrosło się i w kilka sekund byłam całkowicie unieruchomiona. Całe ciało było dokładnie owinięte przez to coś, co skutecznie przywiązało mnie do drzewa. - To już koniec – mruknął Kadekatzu, zadowolony. – Możesz krzyczeć ile chcesz. Nikt ciebie nie usłyszy. Zadbałem o to. Nadal się nie uśmiechając podszedł do mnie. - Ja robie tylko to, co musze zrobić. „Zginę, zginę… Na Stworzycielkę… Niech mi ktoś pomoże! Ja tego nie chciałam, nie chciałam… Nie chciałam, żeby tak było.” Nie mogłam ruszać rękoma, w żaden sposób. Mimo, że próbowałam rozpaczliwie szarpać się na wszystkie strony. Tak jak w śnie. Przytwierdzona do drzewa i zupełnie bezbronna. Czy to mogło być to? Czy ten sen zwiastował tą sytuację? Ostrzegał mnie a ja nie posłuchałam? A może nie było możliwości uniknięcia tego losu. „Ja teraz zginę... Naprawdę…” Przeleciały mi przed oczami różne obrazy, róże sytuacje. Słowa, które wypowiedziałam a później których żałowałam. Tyle jeszcze rzeczy do zrobienia. Tyle nie załatwionych spraw. Tym czasem sprawiałam same problemy. Może to i lepiej. Może Kadekatzu ma rację. Może się faktycznie nie nadaje, skoro dałam się w taki sposób złapać i obezwładnić. „Przepraszam…” Znowu przepraszam… Tak jak w Danteh’en. Za swoja głupotę, za brak ostrożności. Za to, że nie jestem tym, kim powinnam być. Za to, że wszystkich zawiodę. Że Jego zawiodę. „Przepraszam… Nie chce umierać… Nie chce płakać…” Ale co z tego? Nie mogłam powstrzymać łez… - Żałosne… Jesteś po prostu żałosna. Żegnaj… Wziął zamach. Widziałam jak w zwolnionym tempie topór zatacza mały łuk w tył, by zaraz skierować się wprost na mnie. Zamknęłam oczy. Usłyszałam swój własny, przerażony krzyk. I nastała cisza. Nie było bólu. Poczułam, że nie jestem już skrępowana. Otworzyłam oczy. Nie byłam już przywiązana do drzewa. Bo nie było drzewa. Nie było niczego. Nie było podłoża, ani nieba, żadnych ścian. Tylko pusta czerń. Pośrodku tej nicości, przede mną powietrze zaczęło lekko iskrzyć, rozświetlając nieco mrok. Pośrodku światła pojawiła się postać. Młoda kobieta. Elfka, z długimi pięknymi, czarnymi włosami i oczami, błękitnymi jak poranne niebo. Była ubrana w lekka, zwiewną szatę w kolorze jej oczu. Uśmiechnęła się do mnie. Uśmiech ten sprawił, że poczułam się lepiej, jakby wszystkie troski nagle zniknęły. - Trzeba ci trochę pomóc – powiedziała prawie szeptem, miękkim, melodyjnym głosem. I od razu zniknęła. Cała jasność, która ją otaczała zaczęła się rozprzestrzeniać. I nagle w pojedynczym błysku światła zauważyłam, że stoję boso na trawie. Cały spokój, który jeszcze przed sekundą czułam, zniknął. Kilka metrów przede mną stał Kadekatzu, a przed nim drzewo. I… ja. Widziałam siebie z trzeciej osoby. Obserwowałam całą tą piekielną scenę. Jak Kadekatzu bierze zamach toporem, jak krzyczę. Ale nagle zatrzymał się. Ostrze ledwo musnęło skórę na szyi. Wystarczająco jednak, by z rozciętej rany popłynęła krew. Kadekatzu cofnął broń i zrobił kilka kroków w tył. - Czyżbyś się czegoś przestraszył, mój drogi? Druga ja, wciąż z zamkniętymi oczyma uśmiechnęła się lekko. To nie był mój uśmiech. Zupełnie inny, obcy. Upiorny. Głos był też jakby obcy, dochodzący gdzieś z oddali. To był ten sam głos, który mnie wcześniej ostrzegał. Korzenie, które ją oplatały nagle zesztywniały i zaczęły pękać, niczym szkło.…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Synis
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…