Za cudze grzechy.
Współcześnie dziejący się horror. Zapalony wędrowiec ma pecha wdepnąć w tajemnice, które nigdy nie powinny zostać odkryte...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Za cudze grzechy.
Nosił przezwisko Robal i był zapalonym wędrowcem. Każda pora roku i każda pogoda była dobra, żeby wyruszyć na szlak. Wyruszyć i na parę dni oderwać się od szarej rzeczywistości, od nudnej pracy za marne pieniądze, od durnego szefa i w ogóle od ludzi. Dobre buty na nogach, śpiwór, trochę prowiantu, plecak na grzbiecie, przy pasie nóż, a w kieszeni kompas - niczego więcej nie potrzebował. Pakował się i skoro świt wyruszał, aby po prostu iść przed siebie i cieszyć się tym charakterystycznym poczuciem wolności oraz swobody, które wówczas odczuwał. Tak też i uczynił teraz. Był początek lata, przyroda w pełnym rozkwicie, słońce już przygrzewało, ale jeszcze nie tak, żeby nazwać to upałem. Jedyny minus to jeszcze stosunkowo zimne noce i gwałtowne burze co jakiś czas, choć Robal nie takie rzeczy znosił podczas swoich wycieczek. Wyruszył o piątej rano. Trzy godziny później minął tablice informującą, że opuszcza miasto, a w chwilę później odbił z drogi międzymiastowej biegnącej przez lasy Lubelszczyzny prosto w leśną drogę. Jeszcze kwadrans i dziarsko kroczył leśnym szlakiem, oznaczonym jako zielony. Odgłosy mknących asfaltową drogą samochodów powoli pozostawiał za sobą, ptaki radośnie ćwierkały, drzewa i krzewy szumiały pod wpływem podmuchów łagodnego wiatru, płuca napełniały się wonnym, leśnym powietrzem. To był jego, Robala, żywioł; wędrówka i dzika przyroda. Nic, tylko napełniać płuca wonnym, leśnym powietrzem i kroczyć przed siebie... Byle naprzód, byle dalej od cywilizacji. Po prostu żył dla tych chwil. I to nic, że zaczął mżyć dokuczliwy deszczyk. W kwestii pieszych wędrówek można było Robala nazwać fanatykiem.
Około południa zatrzymał się na krótki odpoczynek i mały posiłek na skraju leśnego traktu. Niedługo później pozbierał się i znowu był w drodze. Spotkał pojedynczego rowerzystę z wielkim plecakiem, który go pozdrowił, minął jakiegoś faceta z aparatem tak zaaferowanego fotografowaniem czegoś w poszyciu, że nawet nie zauważył Robala, który przeszedł mu za plecami. Godzinę później Robal dotarł do miejsca, gdzie zielony szlak zakręcał łagodnym łukiem poprzez las, aby poprowadzić wędrowca spowrotem ku miastu. Robal przeszedł jeszcze kilkaset metrów szeroką leśną drogą, następnie skręcił w wąski leśny trakt. Kilkanaście minut później, po krótkim zastanowieniu, odbił w wąziutką dróżkę, ledwie widoczną pomiędzy zaroślami. Już parę razy korzystał z owego szlaku, który właśnie pozostawił za sobą, ale nigdy nie zszedł z niego w tym miejscu. I właśnie o to chodziło - o wędrówkę przez nowe okolice, a im dziksze tym lepsze. Ścieżka była wąziutka, najwyraźniej rzadko wykorzystywana. Często pięła się górę, aby kawałek dalej stromo opaść w dół. Gdzieniegdzie trzeba było przedzierać się przez zarośla, a dwukrotnie był pewien, że będzie musiał szukać nowej trasy, ponieważ ta zdawała się urywać w ścianie krzewów i drzew. Po kilku chwilach udawało mu się jednak odnaleźć dalszy ciąg zarośniętej ścieżyny. Raz wystraszył jakąś sarnę, która przecięła mu droga, trzaskiem suchych gałęzi pod jego stopami. - Dzień dobry, pani sarno - powiedział, gdy ta przeskakiwała dróżkę. Maszerując tak dziarskim krokiem w ciszy i spokoju, przypomniał sobie na wpół szalonego dziadka Waldka, który z uporem godnym lepszej sprawy przestrzegał przed wędrówkami przez co bardziej dzikie rejony Lubelszczyzny. I nie chodziło tu na przykład o mokradła w okolicach Janowa Lubelskiego, czy inne pułapki Matki Natury. Przestrzegał, ponieważ "nie wiadomo, co esesmańskie, a potem ruskie draństwo wyczyniało w tych lasach w czasach wojny i później, a słyszało się różne rzeczy". "Jakie rzeczy?" - pytał wówczas Robal. "A różne. Takie o sprawkach wbrew naturze i Bogu, na ten przykład. I o paskudnych tajemnicach, które nigdy nie powinny być odkryte". I tak dalej, i temu podobne. Dziadek Waldek naprawdę miał niebyt równo po sufitem. Wiele kilometrów dalej, gdy słońce już kierowało się w stronę zachodniego horyzontu, przestało być sielsko i przyjemnie. Najpierw wyraźnie usłyszał coś jakby dobiegający z naprawdę wielkiej oddali, niesiony wiatrem wrzask. Aż zatrzymał się, dłuższą chwilę nasłuchując. Wrzask nie powtórzył się. Robal mimowolnie pomyślał o tych wszystkich pierdołach, którymi zamęczał szurnięty dziadek. Odległy okrzyk okazał się być zwiastunem kłopotów. Niedługo później maszerował skrajem jakichś pól uprawnych, zapewne znajdujących się na skraju jakiejś kompletnie zapyziałej wsi, jakie można spotkać we wschodniej Polsce. I to tu zaczęły się kłopoty. W pewnym momencie stwierdził, że drogę zastąpił mu kawał prawdziwego chłopa. Takiego w gumiakach, zniszczonych spodniach i kurtce od dresu. Chłop zmierzył Robala spojrzeniem od stóp do głów. Pomimo odległości dobrze ponad dwóch metrów dało się poczuć odór alkoholu. - Co tu robisz!? - huknął, aż Robal się cofnął. Pomimo że chucherkiem nie był. Wędrówki przez dzicz to niezła zaprawa dla ciała. - Idę - wyrwało się Robalowi. Pomyślał o znajdującym się przy jego pasie naprawdę konkretnym nożu surwiwalowym i ta myśl dodała mu otuchy. - A co? Wszedłem na teren prywatny czy coś? - Gdzie niby idziesz? Tu nie ma nic ciekawego! - Przed siebie... - Pewnie następny kutas... szatanista jeden... - padło nieco bełkotliwie z tyłu, zza pleców Robala. - Szukasz tych ruin, czy już z nich wracasz? Co masz w plecaku, ateisto parszywy?! Przez głowę Robala przeleciały dwie następujące po sobie myśli. Pierwsza; jak można być "szatanistą" i ateistą jednocześnie. Druga o tym, że lekko szurnięty dziadek Waldek zawsze powtarzał, że do lasu bez pepeszy lepiej nie chadzać, jeżeli już ktoś musi w ogóle chadzać... Gdy Robal obrócił się plecami do ściany lasu, stając bokiem na ścieżce, ujrzał jeszcze dwóch chłopów tak chłopskich, że mogliby robić za ilustrację pod definicją "prawdziwie polskiego chłopa". Jeden bawił się jakimś kozikiem, drugi trzymał w wielkiej łapie kawałek drąga. A wódą jechało tak, że robiło się słabo. - Co gały wytrzeszczasz - rzucił trzeci, ten z drągiem. - Pokazuj, co masz w plecaku! - To bankowo jeden z nich - oznajmił chłop z kozikiem, powoli ruszając ku Robalowi.. - Stary Zdunek gadał wyraźnie, że byli na zielono, pedalskie chusty na łbach mieli i takie durne plecaczki na garbach, co ten też ma. Robal zrobił krok do tyłu, napierając "durnym" plecakiem na zarośla. Miał tu do czynienia z bardzo niebezpieczną mieszanką pod tytułem prawdziwy polski chłop plus nadmiar spirytusu. Któryś coś powiedział o sprawianiu "pierdolonych hien cmentarnych", podczas gdy Robal wykonywał już klasyczny "w tył zwrot" i rzucał się w zarośla. Upadł na kolana, potknąwszy się o jakiś korzeń, ale zerwał się na nogi i pognał przed siebie, jak ścigany przez stado demonów. Pomimo gałęzi zaczepiających o plecak i ubranie, pomimo zdradzieckich korzeni i zeschłych konarów pod stopami. Oczywiście ruszyli za nim, ale mieli i mniejszą wprawę w poruszaniu się po lesie, i wchłonięty alkohol na pewno nie pomagał. Wykazali się za to uporem. Coś przeraźliwie huknęło. Jakieś trzy metry od biegnącego Robala sosna straciła kawał kory. Dubeltówka! - wybuchło w głowie uciekającego. - Mają dubeltówkę! Dubeltówka okazała się być niesprawna albo była zaledwie jednostrzałowym samopałem, ponieważ kolejny wystrzał nie padł. - Łapcie kutasa! - wrzeszczał ktoś, co niosło po lesie. - Biegnie pewnie do ruin!! Znów się potknął, ale jakimś cudem utrzymał równowagę. Zbiegł ze wzniesienia, ledwo ominął drzewo, które wyrosło mu na drodze. Co to były za ciecie?! Co im odwaliło?! O jakie hieny cmentarne chodziło?! Wyraźnie słyszał, że jeden z tych cieciów, ten najbardziej uparty, dosłownie depcze mu po piętach. Trzaski łamanych gałęzi i sapanie tamtego było coraz wyraźniej słyszalne. Padło nawet kilka wyzwisk.. Robal wdrapał się na łagodne wzniesienie, przedarł się przez nisko rosnące krzewy... A wówczas jego stopa uwięzła w czymś, a on sam zwalił się w dół zadziwiająco stromego zbocza z drugiej strony pagórka. Pociągając za sobą swojego prześladowcę, który uczepił się plecaka. Obaj zwalili się w na dno płytkiej kotlinki, tocząc się po mchu. Robal poczuł jak szelka plecaka pęka, podczas gdy on sam ląduje na twarzy, na poszyciu ze śmierdzącym alkoholem chłopem na swoich plecach. - Już my się z tobą załatwimy, sekciarzu! - padło jakby z wielkiej oddali. Usłyszał coś jeszcze o "szatanistach". I poczuł szarpnięcie za plecak, gdy prześladowca usiłował postawić swoją ofiarę. Jedna szelka była już zerwana, a zapięcie drugiej puściło - chłop poleciał w tył, a przy okazji walnął tyłem głowy o pień najbliższego drzewa. Niebyt mocno, ale jednak. Robal zyskał kilka sekund. I wykorzystał je na rzucenie się z nożem na oszołomionego wieśniaka. Nie myśląc nad tym, co robi, wzniósł ponad piętnastocentymetrowe ostrze z hartowanej na zimno stali do ciosu.... Oprzytomniał jednak, gdy ujrzał strach w oczach podpitego wieśniaka. Obrócił nóż w ręce i strzelił faceta na odlew twardą rękojeścią najmocniej jak potrafił. Zaraz potem, zapominając o plecaku, zerwał się do biegu i pognał kotlinką - byle dalej - akurat gdy następny ze ścigających zaczął wrzeszczeć do pozostałych, że "Józek ledwie dycha". Było też kilka słów o takich owakich mordercach. I obietnica, że dorwą i wypatroszą "wyznawcę diabła", jak ktoś Robala dla odmiany określił. Robal biegł, przedzierając się przez niezbyt gęste w tym miejscu zarośla. Czasem się potykał, ale nie zwalniał ani na chwilę. Teraz, gdy nie miał plecaka, szło mu to zadziwiająco sprawnie, chociaż na chwilowy wzrost jego sprawności miała zapewne ilość adrenaliny, jaką wytworzyły jego gruczoły pod wpływem stresu. Biegł, choć przestał już słyszeć odgłosy pościgu. Byle naprzód, byle dalej. Przeskakiwał niższe zarośla, przedzierał się przez wyższe, nie zauważając nawet, że kaleczy sobie dłonie i twarz. Gnał jak sarna, umykająca przed wygłodniałym wilkiem. Wreszcie zwolnił, zatoczył się parę razy, padł następnie na kolana i oparł się dłońmi o zbite poszycie. Zwymiotował na koniec i zwalił się na bok, przyciskając do piersi swój nóż, niczym najwierniejszego towarzysza. Ptaki nieśmiało ćwierkały. W koronach drzew szumiał wiatr. Już nikt go nie ścigał... Przekręcił się na plecy i zamknął oczy, ciężko oddychając.
Nie było tak źle - doszedł do wniosku. Plecak i wszystko, co w nim miał stracił, ale na grzbiecie miał nadal lekką kurtkę, w kieszeni piersiówkę z wodą i dwa batony. Miał też nóż, kompas z zestawu surwiwalowego, zapałki i parę innych drobiazgów - a ze wszystkiego potrafił zrobić odpowiedni użytek. Swoją drogą to po prostu niesamowite, że ludzie, wybierając się na wszelkiego rodzaju wyprawy w dzicz, często nie mają przy sobie takiego ekwipunku. A potem słyszy się o turystach ginących bez sensu w śnieżycy tylko dlatego, że nie mieli kompasu, przez co łazili w kółko, aż do zamarznięcia na śmierć. Albo dlatego, że nie mieli noża, żeby wystrugać sobie kule, zrobić prymitywne łupki na złamaną nogę, nawet zbudować najprostszego szałasu, żeby jakoś przetrwać noc. Nóż, zapałki, kompas - po prostu obowiązek. Najbardziej żałował telefonu komórkowego, który schował dziś rano do kieszonki w plecaku. Gdyby miał komórkę, wzywałby już pomoc, zawiadamiał policję i tak dalej. Tym wieśniakom w żadnym razie nie zamierzał popuszczać. W końcu najprawdopodobniej zatłukliby go na śmierć, gdyby nie zdołał uciec. Boże, co za prymitywów można spotkać w tym pięknym kraju... Odpoczywał jakiś czas, siedząc pod smukłą sosną, czekając aż zszargane nerwy uspokoją się, a dłonie przestaną drżeć. Dopiero potem zebrał się, otrzepał z igliwia i z kompasem w garści ruszył niemal dokładnie w kierunku zachodnim. W ten sposób najdalej po północy powinien dotrzeć do drogi międzymiastowej, a gdy już do niej dotrze, dalej będzie już z górki. I już nad ranem wróci do tamtej pieprzonej wiochy z taką ilością gliniarzy, że jeszcze dzieciom dzieci tych wieśniaków będzie robiło się słabo na sam widok policyjnego munduru. A na zauważając w okolicy samotnego wędrowca będą zamykać się na cztery spusty w swoich chatach. Tak na wszelki wypadek. W pewnym momencie zatrzymał się, uświadamiając sobie dziwne zjawisko. Bzyczenie owadów i ćwierkanie ptaków... nagle urwało się. Niczym ucięte nożem. Rozległ się też gwałtowny trzepot skrzydeł, gdy kilka ptaków nagle zerwało się do lotu pomiędzy koronami drzew i umknęło w kierunku przeciwnym, niż zmierzał Robal. Robal poczuł też nagle coś pod stopami. Jakby... echo odległego dudnienia... dochodzące gdzieś z naprawdę wielkiej odległości. Gdzieś... z głębin ziemi... Wstrząs sejsmiczny?? A może to tylko przelatujący gdzieś wysoko samolot spowodował taki efekt? Albo kawalkada tirów na odległej drodze... Wzruszył ramionami i ruszył dalej. Słońce wisiało już niezbyt wysoko nad horyzontem, oślepiając wędrującego na zachód Robala, drzewa rzucały długie cienie, do tego robiło się coraz chłodniej, kiedy prawie wpadł na resztki jakiegoś ogrodzenia. Co słup z zardzewiałą siatką robił w środku lasu?! Obok leżała jakaś skorodowana tablica... Kopnął ją, przewracając na drugą stronę. Jakieś litery nakreślone cyrylicą... Poniżej kilka liter normalnego alfabetu, z których dało się złożyć informację, że to jakaś strefa wojskowa. Słowem tablica jeszcze z czasów poprzedniego ustroju. Uświadomił sobie też, że obok miejsca, gdzie stał, przebiegała chyba jakaś leśna droga, teraz niemal całkowicie zarośnięta. Zawahał się, spojrzał na kompas, potem wzruszył ramionami i ruszył dalej. Potem zatrzymał się i zdecydował się pójść jednak zarośniętą drogą, mimo że odbijała nieco na północ. W ten sposób powinno być szybciej i wygodniej, przynajmniej tak długo, jak długo ta droga będzie biegła we właściwym kierunku. Ruiny... Tamte cholerne raptusy mówiły coś o ruinach... Zobaczył je kilkanaście minut później... Znajdowały się w swego rodzaju zagłębieniu terenu, w jakby niecce, o zbyt jednak regularnym kształcie, aby uznać ją za naturalny wytwór. W samym centrum niecki znajdowała się zwietrzała, spękana betonowa kopuła z lekko uchylonymi topornymi drzwiami. Miała kolisty otwór na szczycie i dużo mniejsze rozmieszczone wzdłuż podstawy. Kopułę otaczały w regularnych odstępach coś jak gdyby studnie w liczbie pięciu. Z kolei na zboczach niecki znajdowało się pięć betonowych, niedużych bunkrów; trzy z nich nadal z drzwiami - ciężkimi i mocno skorodowanymi Tuż obok niecki - ponad dziwnymi budowlami w niej - zlokalizowane natomiast były rozlatujące się murowane baraki, coś jakby resztki wieży strażniczej i inne bliżej niezidentyfikowane pozostałości jakichś zabudowań. Hałasujące gdzieniegdzie owady nagle zamilkły... Znów coś słabiutko zadudniło. A może zbliża się burza, choć nie widać tego było po minimalnie zachmurzonym niebie? A może lepiej za dużo się nie zastanawiać? Nawet nie wiedział dlaczego to zrobił, zapewne z głupiej ciekawości, ale zlazł po łagodnym zboczu do niecki i powoli zaczął obchodzić centralną budowlę. Takie rzeczy, jak ta tutaj, położone na kompletnych odludziach, zawsze go trochę fascynowały - trochę przez szurniętego dziadka, który często bredził o tajemnicach ostatniej wojny światowej. Tak na oko była to jakaś instalacja właśnie jeszcze z czasów drugiej wojny światowej. Hitlerowcy coś tu postawili, później przyszli Rosjanie, na koniec to porzucono i pozostawiono, żeby zniszczało... Miejscowy ciemnogród dorobił następnie do tego jakąś legendę, do kompletu ostatnio w okolicy pewnie miały miejsce jakieś nieciekawa zdarzenia, które rozjuszyły miejscową, naturalnie bogobojną i praworządną społeczność, a on - Robal - w to wszystko wdepnął. I problem gotowy. Obok drzwi centralnie umieszczonej kopuły, w betonie, można było dostrzec wyciśnięty znak swastyki, nawet po tylu dziesięcioleciach. Cofnął się i zajrzał do jednej ze studni. Fetor jaki uderzył go w twarz, zmusiłby go do wymiotów, gdyby nie to, że już wcześniej wszystko z siebie wyrzygał. Szarpnął się, ale po chwili zdjęty strasznym podejrzeniem, ściągnął z głowy chustę, przycisnął sobie do twarzy, a breloczkiem - będącym przy okazji latarką - zaświecił w mroczną czeluść. Dostrzegł tylko zarysy, ale i tak wiedział, co tam spoczywa. Ludzkie zwłoki w stanie zaawansowanego rozkładu. W pierwszej chwili zamierzał się po prostu odwrócić i uciec. W drugiej się opanował. I podszedł do następnej studni, przedzierając się przez wysoką trawę. Tu także były zwłoki. Podobnie jak w kolejnej. Pozostałych dwóch nawet nie zamierzał sprawdzać. Po prostu wiedział, że tam też będą trupy. Po chwili prawie udało mu się jednak rzygnąć. Ktoś tu się najwyraźniej paskudnie zabawiał, a te prostaki przypisały jemu współudział. Odwrócił się i z duszą na ramieniu, zaczął wspinać się w górę niecki, z zamiarem powrócenia na niemal całkowicie zarośniętą drogę i ucieczkę stąd. Rychło się jednak okazało, że jakby nieprzyjemna wydawała się sytuacja, to może być gorzej. Wręcz dużo gorzej.
Podobno jak ktoś ma pecha to i w drewnianym kościele oberwie cegłą w głowę... Już prawie wydostał się z zagłębienia z dziwną instalacją, kiedy spokój leśnego wieczoru rozdarł donośny warkot silnika. W chwilę potem zarośniętą drogę przedarł się zardzewiały, poradziecki UAZ, zaparkował prawie w jednym ze zrujnowanych baraków, a ze środka wysypało się aż sześciu ludzi. Dwóch z nich od razu rozpoznał, jako tych, którzy zaczepili go na tamtej dróżce. Pozostali wyglądali natomiast tak, że w ogóle nie chciał ich poznać. Wszyscy mieli przy sobie przedmioty, które mogły służyć do robienia krzywdy innym ludziom. - Gazem! - powiedział któryś z przybyszy. - Nim słońce zajdzie! - A jak tych chujów tu już nie ma? - Spokojna głowa, Zdunek mówił, że przyszli pieszo. Nie uciekną nam. Przerażające było, że ich głosy brzmiały tym razem całkiem trzeźwo. Zamierzali zrobić, co zamierzali, mając względnie pełną świadomość swoich czynów. Robal tymczasem już zsuwał się w dół po łagodnym zboczu. Spojrzał w stronę pobliskiego bunkra niknącego w stoku, ku przymkniętym zardzewiałym drzwiom, zawahał się krótko i skoczył ku nim. Wiedział, że zardzewiałe zawiasy mogą narobić hałasu. Dlatego nie szarpnął tych przeklętych drzwi, a tylko ostrożnie spróbował poszerzyć szczelinę, żeby móc się zmieścić. Nie dość, że zgrzyt pozbawionych smaru zawiasów był tak potępieńczy, jakby dobywał się z samego dna piekieł, to jeszcze górny z nich oderwał się od betonu z przeraźliwym odgłosem dartego metalu. - Tutaj!! - wrzasnął jeden z przybyszy. - Jest jeden pierdolony szatanista! Gdyby nie to, że Robal dostrzegł w półmroku bunkra otwór prowadzący do niskiego korytarza, rzuciłby się ponownie do ucieczki przez las... Chociaż mało prawdopodobne żeby udało mu się wówczas wydostać z tej sztucznej dolinki. Przeraźliwie huknęło. Wiązka grubego śrutu zrykoszetowała…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil mamut
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…