Zabierz mnie ze sobą - rozdział 2
Akcja nabiera tempa, serdecznie zapraszam do czytania.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
2.
Prułam przez gąszcz ludzi niczym lodołamacz. Chwilami moje łokcie napotykały na ruchome przeszkody, ale nie przejmowałam się groźbami i przekleństwami. Lotta w bieganiu nie miała sobie równych, a ja musiałam chociaż utrzymać ją w polu widzenia. Działo się z nią coś dziwnego, niedobrego. Wyleciała na korytarz niemal z drzwiami, nie mówiąc nawet co zamierza. Plułam sobie w brodę za własną głupotę i durne rady. Na co mi to było? Nigdy więcej. Tłum nieco się rozluźnił, więc zaczęłam energiczniej przebierać nogami. Dystans między nami powoli się zmniejszał i już, już miałam ją dopaść, gdy Lotta nagle skręciła w bok i wybiegła przez frontowe drzwi na szkolny plac.
Pomyślałam przez chwilę, że kryzys zażegnany. Męskie dormitorium było na drugim piętrze, a ona nawet nie zbliżyła się do schodów. Mina zrzedła mi dopiero, gdy zauważyłam Arna siedzącego przy jeziorze. W błogiej nieświadomości moczył stopy, podczas, gdy trasa Lotty wyraźnie przecinała miejsce, w którym siedział. Wyhamowała prawie przy samym brzegu, a zdziwiony Arn uśmiechnął się do niej promiennie. Widziałam to w biegu jak przez mgłę, gdyż pot zalał mi oczy. Odezwała się do niego, ale nie dosłyszałam niczego. Uśmiechnął się, biedny, myśląc, że to będzie lekka pogawędka. Jego usta poruszyły się szybko, ale zaraz zamilkły, bo Lotta kontynuowała. - ...bo się o ciebie martwię. Sam rozumiesz. – dosłyszałam strzępek jej wypowiedzi. Brwi Arna niemal połączyły się z linią włosów. Odchrząknął, a właściwie zarzęził i zerknął na mnie. - Rozumiem. – powiedział zmienionym głosem, wyglądając jakby go ktoś zdzielił mokrym ręcznikiem. Nawet ja, z moją średniej jakości spostrzegawczością, nie przeoczyłabym takich wielkich rumieńców. - No to miłego dnia. – rzuciła, po czym odwróciła się na pięcie. Stałam krok od nich, zgięta w pół i zadyszana, próbując zrozumieć chociaż część słów jakie wymienili. - Chodź moja droga, dosyć joggingu na dziś. – stwierdziła i złapała mnie pod pachę.
Szłyśmy kawałek w zupełnym milczeniu, Lotta upajając się poczuciem dobrze spełnionej misji, ja zaś łapiąc haustami powietrze. Dzięki niej dowiedziałam się jak słabą mam kondycję. Mięśnie to nie wszystko.
- Co mu powiedziałaś? – wydusiłam wreszcie. - Coś, co przyprawiło go o dreszcz emocji. - Mianowicie?
Nie odpowiedziała, tylko szła dalej, celowo mnie ignorując.
- Nie mam pojęcia co się z tobą dzieje. Zachowujesz się jak aktywowane nasienie diabła.
Obróciłam się w kierunku jeziora. Arn siedział, tym razem tyłem do słońca. Nie widziałam jego twarzy, ale po kątach zawartych między jego głową, nogami i rękoma, wywnioskowałam, że Lotta dała mu do wiwatu. - Nieważne co mu powiedziałam, liczy się efekt. - Jaki? – naciskałam. - Taki, że skoczyła mu adrenalina. – Lotta roześmiała się w sposób, który nie przypadł mi do gustu.
Westchnęłam ciężko.
- Jeśli mi nie powiesz, to dowiem się wszystkiego od Arn’a. Jego wersja z pewnością okaże się fascynująca. – Marna prowokacja, ale Lotcie zazwyczaj nie trzeba było więcej. - Droga wolna.
Nie wierzyłam własnym uszom. Moja najlepsza przyjaciółka spacyfikowała mnie, osobisty obiekt westchnień i kto wie kogo jeszcze. Doszłyśmy do dormitorium w milczeniu; ja w grobowym nastroju, Lotta - wręcz tryskając energią. Postanowiłam, że dopadnę Arn’a przy obiedzie i wszystko z niego wyduszę. Zerknęłam na zegarek. Było koło południa. Z okazji apelu odbywały się wyjątkowo tylko zajęcia praktyczne. Normalnie o tej porze ślęczałabym na teorii taktyki, walcząc ze znużeniem i chęcią strzelenia sobie w łeb. Stwierdziłam, że dziś jednak ucieszyłabym się z takiej lekcji. Całkiem niegroźnej, bez przełajów i draki z najlepszą przyjaciółką. Trening z bronią ręczną miałam za piętnaście minut. Kto nie zna naszego kraju, zapewne nie rozumie po co nam miecze i sztylety, w dobie broni palnej i laserów. Prawda jest taka, że wampirów ani wilkołaków pukawką się z drzewa nie zestrzeli, choćby kule były srebrne, pozłacane, drewniane czy z kryptonitu. A laserem można im co najwyżej wzrok skorygować. Jedynym sposobem na zabicie wampira jest odcięcie mu głowy. Tak urządzony nie jest w stanie pić krwi. Zdycha, gdyż głodny nie może się regenerować, a jak wiadomo odcięta głowa to dość poważny problem zdrowotny. W każdym mieście jest punkt, gdzie przechowuje się niedobitki i czeka, aż wyzioną ducha. Żywe średnio się palą. Nie trzeba tego robić, ale jest to praktyczniejsze. W formie kupki pyłu zajmują mniej miejsca. Jeśli chodzi o sztylety, przydają się co najwyżej w unieruchomieniu wampira. Jak się dobrze wetknie ostrze, to klient zostaje sparaliżowany i można dokończyć robotę nawet się nie brudząc. Z wilkołakami sprawa jest nieco cięższa. Lepiej utrzymywać je na dystans, stąd celne rzuty sztyletem są najskuteczniejsze. Dopiero tutaj sprawdza się srebro.
Tak więc każdy wojownik jako niezbędnik nosił przy sobie miecz, srebrny sztylet i kuszę - według uznania. W dniu Nadania Praw otrzymam właśnie taki mały zestaw zabójcy, z wygrawerowanym herbem rodu Woronski. Jak się domyślacie herbem jest... kruk. Nie żartuję. Zresztą, w końcu i to czarne, i to.
Przebrałam się i poszłam na salę ćwiczeń, zwaną pentagonem. Po pół godzinie zrozumiałam, jak wspaniałe jest bieganie, w porównaniu do bezustannego machania męskim mieczem. Był wiele dłuższy, cięższy, grubszy od damskiego i niemal większy od niektórych ćwiczących.
- Musicie umieć władać każdą bronią na wypadek, gdyby wasz przyboczny poległ i pozostałby wam tylko jego miecz. – Pan Nowicky, człowiek o niespotykanej fantazji, dbał o nasze bezpieczeństwo lepiej niż ktokolwiek. Przewidywał każdą możliwość. Myślał jak człowiek, wampir i wilkołak razem wzięci. Szkoła bardzo go ceniła, ale trzeba przyznać, że od ciągłego zgrzytu oręża nieco poprzewracało mu się w głowie.
Godzinę później wyglądałam jak po rundce w basenie. Mokra i różowa, oddałam miecz do składu modląc się, żeby już do mnie nie wrócił. Swoją drogą, ciekawe, czy chłopcy walczyli dziś damską bronią. Musieli mieć ubaw, podczas, gdy my wypruwałyśmy sobie flaki. Wlokłam się do pokoju marząc o prysznicu. Ciuchy lepiły się do mnie niemiłosiernie. Już dawno nie przeszłam takiego wycisku. Mijając sale wykładowe, podreptałam na piętro ku dormitorium dziewcząt. Nagle coś zwróciło moją uwagę. Koło jednej z sal, stał on. Nie mogłam się mylić. Odwrócony tyłem czytał beznadziejną gazetkę, głoszącą o projekcie budowy biblioteki w naszej szkole. Jego czarne włosy, szerokie ramiona i sposób w jaki stał wydawał mi się bardzo znajomy. Zastygłam, licząc, że się odwróci. Jak na zawołanie chłopak drgnął i ruszył korytarzem, nawet się nie oglądając. Wpadłam w frustrację. Musiałam sprawdzić, czy to na pewno był on, chociaż w sercu czułam, że nie mogę się mylić. Niewiele myśląc, ruszyłam za nim. Wspaniale, druga gonitwa jednego dnia. Kiedy zbiegłam ze schodów, zorientowałam się, że zniknął. Po prostu wyparował, albo biegał szybciej ode mnie. Zrezygnowana i niemiłosiernie wkurzona zawróciłam, ładując się prosto pod prysznic.
Letnia woda ukoiła nieco moje nerwy, ale nie na długo. Ubrana w świeże ciuchy zeszłam na obiad, licząc, że chociaż sprawa z Lottą się wyjaśni. Ku mojemu rozczarowaniu Arn nie pojawił się przy stoliku. Dopiero pod koniec zauważyłam go na drugim końcu sali, obok Glenny. Coś wyraźnie poszło Lotcie nie po myśli, bo obrażona nawet na porcję zupy, przybrała pozę kobiety pokrzywdzonej. Nie wiem na co liczyła, ale tym razem chyba Arn utarł jej nosa.
- To nie tak miało być. – wyszeptała, gmerając łyżką w misce. - Hmm. – skwitowałam, rozbawiona jej nagłą skłonnością do rozmowy. - Powiedziałam mu, że znalazłam w gabinecie pielęgniarki wyniki badań Glenny i wyczytałam niechcący o jej... chorobie. Radziłam, żeby na nią uważał, jeśli nie chce drapać się przez kolejny miesiąc.
Opadło mi wszystko, co tylko mogło. Łyżka, szczęka i powieki.
- Powiedz, że tego nie zrobiłaś. – przybrałam grobowy ton. - Wiesz jaka byłam wściekła... - Powinnaś ich przeprosić. Jego i ją. Takich świństw się zwyczajnie ludziom nie robi.
Lotta, z miną zbitego psa pokiwała głową.
- Jego przeproszę... może. Kiedyś. Ale jej nigdy. I tak na pewno nosi jakieś paskudztwo... - Lotta.
Przyjaciółka widocznie poczuła się lepiej, zrzucając swoje zmartwienia na moje barki.
- Zachowałaś się co najmniej jak trzynastolatka. Nie o taki bodziec mi chodziło. Nie miałaś go straszyć i zrażać do dziewczyny, tylko zadziałać na jego zmysły. Swoim ciałem chociażby. Teraz masz tak przesrane, że wygląd Miss Salejonu ci nie pomoże. – wyrecytowałam na wydechu, akcentując puentę.
Lotta spojrzała na mnie spod byka, ostatecznie odpychając miskę nieszczęsnej, zimnej już zupy.
- Wolę bardziej radykalne środki. Ale swoją drogą dzięki za radę. Jak nie siłą to urokiem!
Nie. No ja się zastrzelę.
Znów to zrobiłam. Udzieliłam jej rady. Nieświadomie, ale nieszczęście gotowe. Powinnam zacząć martwić się z kilkudniowym wyprzedzeniem.
***
Kolejne parę dni przebiegało schematycznie, rano schodziłam na śniadanie, później znosiłam lekcje i treningi, pochłaniając kolejno obiad i kolację, pomiędzy którymi mieliśmy czas wolny. Siedząc w pokoju zastanawiałam się, czy mi nie odbiło. Może ciemnowłosy gość istniał tylko w mojej głowie. Pytałam Glorii czy nie widziała kogoś nowego, ale odpowiedziała przecząco. Podobnie jak kilka innych znajomych. I nagle mnie oświeciło. Dziewczyny z Dyplo. One go znały. Rozmawiały z nim. Wyszłam w trakcie dyskusji Lotty z Glorią na temat szykującej się dziś wieczór imprezy. Prawie nie zwróciły na mnie uwagi, gdy wyśliznęłam się z pokoju. Tematem zabawy były Dzieci mroku. Ciekawy wybór. Sala pełna
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil PannaLawenda
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…