ZACMIENIE KSIEZYCA
Rycerze odziani w czerń na czarnych rumakach. Słyszałam szloch i złorzeczenia Duchów.Widziałam rozlewaną krew i moje serce płakało.Kim byli i czego chcieli...?Dlaczego przelewali niewinną krew?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Spałam jeszcze kiedy niewidzialna moc uniosła mnie w powietrze. Przeczuwając niebezpie-czeństwo obudziłam się i zaczęłam wyrywać się z niewidzialnego objęcia. Dopiero po chwili pusz-czona, spadłam boleśnie na posłanie. Niczego nie widziałam. Wokół mnie panowały nieprzeniknione ciemności. Jedyne co mogłam zrobić to trzymać z całych sił niedźwiedzią skórę, którą Duch szarpał i potrząsał na przemian. Chwilę mocowałam się z nim bezradnie, aż w końcu znikł odpędzony zaklę-ciami, które zaczęłam szeptać pobladłymi ze strachu wargami. W małej izbie znów nastała cisza. Sły-szałam już tylko szum liści szeleszczących na wietrze. Usiadłam, chowając twarz w drżących dło-niach. To nie pierwsze i pewnie nie ostatnie ostrzeżenie, które dostałam z Zaświatów. Otuliłam się na nowo skórami, kładąc się na twardym posłaniu. Sen nie nadchodził. Bałam się zamknąć oczy ze stra-chu przed tym, co mogłam ujrzeć, ale zmęczenie szybko przezwyciężyło me obawy. Nawet nie wie-dząc kiedy usnęłam. Widziałam niebo całe w purpurze i ogromną polanę, której ziemia przesiąknięta była krwią. W tumulcie walki konie rżały rozdzierająco i słyszałam rozpaczliwe okrzyki konających ludzi. Szczęk zbroi i krzyżujących się ze sobą mieczy wydawał się dorównywać grzmotowi piorunów. Widziałam zakrwawione ciała, odrąbane nogi i ręce, czaszki rozłupane na połowy i rozprute brzuchy koni. Niemalże czułam fetor unoszący się w powietrzu. Lecz z całego tego zamieszania wyłaniała się jedna sylwetka otoczona srebrzystą, magiczną aurą. Był to wysoki mężczyzna o oczach koloru fiołków i czarnych niczym noc włosach. Ubrany był w lekką, skórzaną zbroję, w prawej dłoni dzierżył wyjąt-kowo długi miecz, którym miażdżył czaszki atakujących go wojowników. Nie rozumiałam znaczenia tego snu. Odkąd pamiętam nigdy nie widziałam tak uzbrojonych rycerzy ani tak okrutnych bitew... Dopiero świtało. Słońce rozjaśniało horyzont, zalewając niebo mieszaniną czerwieni i różu. Podniosłam się z posłania. Na stołku zbitym z kilku desek ułożone były szaty z sarniej skóry. Na po-czątku ubierałam górną część, której długie rękawy przeplatane były końskimi włosami, a potem długą spódnicę, która była ozdabiana zajęczymi ogonami i malutkimi kosteczkami myszy polnych. Wszyst-ko, co zakładali kapłani miało ścisły związek z siłami, którym służyli i którymi się posługiwali. Ufali-śmy, że przybierając sarnią skórę, przejmowaliśmy jej szybkość i wdzięk, zaś orle pióra miały pomóc nam widzieć więcej i przemieszczać się w różnych światach. Na koniec siadałam przy stoliku i wpla-tałam w swoje długie włosy krucze i jastrzębie pióra, na szyję zakładałam naszyjnik z wilczych kłów. Tak ubrana wychodziłam do wąskiego korytarza, który prowadził wprost do świątyni. Było to duże pomieszczenie o kształcie koła i sklepionym dachu starannie pokrytym trzciną. W jego centralnej czę-ści stał potężny płaski kamień o białej, niemalże krystalicznej barwie, zaś owalne ściany pokryte były prastarym pismem i tajemniczymi symbolami, których znaczenie znałam wyłącznie ja. Bez słowa uklękłam przed kamieniem, wyciągając przed siebie dłonie ich wewnętrzną stroną ku górze. Zasty-głam w bezruchu, zamykając powieki. Oddychałam głęboko wsłuchując się w równe uderzenia swego serca. Dopiero kiedy pierwsze ptaki zaczęły budzić się ze snu, poruszyłam wargami i z mojego gardła wydobył się cichy śpiew w starym nieznanym memu ludowi już języku. Była to pieśń na cześć Wiel-kiej Bogini Księżyca i Rogatego Boga Słońca. Nauczyła mnie ją moja babcia, a ją nauczyła jej babcia. Tak to działo się przez pokolenia, bowiem nigdzie nie spisywałyśmy naszych tajemnic. Wiedza, którą posiadałyśmy była zbyt cenna, a słowa miały dla nas zbyt dużą moc. Kiedy skończyłam śpiewać było już zupełnie jasno. Słyszałam pierwsze rozmowy na uliczkach w dole wzgórza i pierwsze dwukołowe wozy ciągnięte przez konie turkotały na kamieniach. Podniosłam się z kolan, zaczynając zapalać zioła ułożone w glinianych misach otaczających biały kamień. Gęsty dym wypełnił świątynię. Przez wą-skie, podłużne okna tuż pod dachem wpadały do środka tylko pojedyncze strumienie światła. Przez chwilę jeszcze krzątałam się w świątyni, po czym weszłam do mojej izby, by zabrać ze sobą wiklino-wy koszyk. Przyjemny ciepły wiatr otoczył mnie, kiedy wyszłam na zewnątrz, niósł ze sobą słodki zapach kwiatów. Uśmiechnęłam się sennie, zaczynając schodzić powoli ze wzgórza. Szłam wąziutką ścieżką oznaczoną niskimi palami wbitymi w ziemię. Znalazłszy się pomiędzy pierwszymi drewnia-nymi chatkami rozglądnęłam się ciekawie wokoło. Wąskie uliczki wysadzane kamieniami zapełnione były straganami pełnymi przeróżnych towarów. Były tu owoce, warzywa, przyprawy, skóry, kamienie szlachetne, żelazne narzędzia, gliniane misy i wiele innych rzeczy, których przeznaczenia nie znałam. Okrzyki sprzedawców odbijały się echem o długie rzędy podobnych do siebie chatek pokrytych trzci-ną. Skręciłam w lewo. Idąc wzdłuż drewnianego muru miałam nadzieję natknąć się tylko na kilka osób, które zobaczywszy mnie szybko znikały w drzwiach swych domów. Nie lubiłam patrzeć w ich oczy. Był w nich strach, którego sami tak do końca nie rozumieli. Strach zmieszany z szacunkiem. Szybko przemykałam się przez otwarte na oścież wrota, wychodząc prosto na zakurzony trakt wijący się niczym wąż między polami. Zboże już się złociło, zwiastując nadchodzące żniwa. Szłam powoli, muskając dłonią duże kłosy. Musiałam oddalić się od osady, aby znaleźć się na rozległych łąkach. Zbierałam tylko wybrane kwiaty. Białą koniczynę, kaczeńce, rzeżuchę łąkową, bodziszek, firletki poszarpane, chabry i dzwonki... Babcia opowiadała mi, że jeśli będę dobrze słuchać usłyszę grające na nich Duchy Przyrody. Podobno to najpiękniejsza muzyka naszego świata. Przechadzałam się między nimi, dziękując im za ich ofiarę i obiecując im wynagrodzić doznane przez nie krzywdy. Kiedy na-zbierałam już cały koszyk wracałam do osady. Strażnicy nie lubili wypuszczać mnie poza bezpieczne mury, gdyż czasy były niespokojne, ale rozumieli, że muszę wywiązać się z moich obowiązków. Tymczasem wędrowni handlarze donosili nam o coraz to nowych bitwach, o krwawych rzeźniach i ludziach uciekających na północ. Mówiono o wielkiej armii, która podbijała coraz to nowe tereny. Nikt nie znał pobudek, którymi się kierowali rycerze odziani w czerń. Zazwyczaj atakowali o zacho-dzie słońca. Pojawiali się niczym mary nocne i znikali z pola bitwy tuż o świcie, zostawiając za sobą dziesiątki ciał, które rozszarpywały kruki i wygłodniałe wilki. Słyszałam tylko urywki z tego, co opo-wiadano sobie z wielkim przejęciem na ulicach i w karczmach. Wiedziałam tylko jedno - jeszcze nig-dy dotąd nie byliśmy w tak wielkim niebezpieczeństwie. I wcale nie byli mi do tego potrzebni handla-rze i wędrownicy. To wiatr niósł ze sobą zapach kwiatów i dojrzewających zbóż, ale i zapach śmierci. Po raz pierwszy tego ranka podjęłam się wspinaczki ku świątyni. Szłam w osamotnieniu, wsłuchując się w swoje kroki. Przede mną wznosiły się dumnie ku niebu wysokie mury świątyni w kształcie walca. Jej ściany starannie uszczelniono mułem rzecznym. Od strony osady nie można było dostrzec małej izdebki wybudowanej tuż przy wejściu do jej wnętrza. To właśnie tam mieszkałam. Wniosłam świeże kwiaty do świątyni i zaczęłam układać je wokół białego kamienia, ołtarza. Każdy kwiat miał swoje miejsce. Niektóre z nich kładłam na wschodzie, inne na zachodzie, znowu inne na północy i na południu. Wszystkie przyporządkowane innym Duchom Przyrody, innym energiom rzą-dzącym światem. Szary dym kadzideł wypełniał świątynię. Wdychałam go głęboko, czując jak coraz bardziej kręci mi się w głowie. Z coraz większym trudem przychodziło mi okrążać ołtarz, trzymając w dłoniach kamienne symbole Słońca i Księżyca. W końcu uklękłam znów przed ołtarzem, lecz tym razem pochyliłam się przed nim, dotykając czołem ziemi. W nagłych przebłyskach światła widziałam krwawe walki. Ginęli niewinni ludzie. Płonęły domy, szopy, całe osady. Zabijano zwierzęta. Grabiono majątki. Rycerze odziani w czerń na czarnych rumakach. Słyszałam szloch i złorzeczenia Duchów. Widziałam rozlewaną krew i moje serce płakało. Kim byli i czego chcieli...? dlaczego przelewali nie-winną krew? Niespodziewanie ujrzałam mężczyznę otoczonego srebrzystą aurą. Dosiadał rączego wierzchowca, a otoczony był przywódcami poszczególnych legionów. Musiał być kimś ważnym. Kimś bardzo ważnym... Nagły ból przeszył mnie niczym błyskawica. Gwałtownie odchyliłam się do tyłu, otwierając szeroko oczy. Przez chwilę oddychałam głęboko, próbując pozbierać myśli. Moja wizja została prze-rwana. Czyżby ktoś wyczuł mą obecność? Powoli uniosłam się z klęczek i wyszłam z sanktuarium. Bezradnie usiadłam na swoim posłaniu w izbie. Wciąż to samo. Wciąż na nowo widziałam krew, bi-twy, śmierć. Te same sny, te same wizje. Jednak co to wszystko miało znaczyć? Duchy ostrzegały mnie już wcześniej przed zbliżającym się niebezpieczeństwem. Nie mówiły jednak o rycerzach w czarnych zbrojach, ani nie mówiły o bitwach. Mówiły o młodzieńcu, który zabił swego brata. Mówiły o winie i o poniesionej za to karze. Mówiły, że nadchodzi czas zmian... Odgłos kroków wyrwał mnie z rozmyślań. Powoli uniosłam oczy ku starcowi, który zbliżył się do mnie kłaniając się nisko. Podniosłam się i popatrzyłam na niego wyczekująco. Zaczął powoli, wyraźnie zastanawiając się nad wypowiadanymi słowami. Miał długą brodę i białe włosy opadające na chude ramiona. Odziany był w szaty kapłańskie. Misternie wyszywane w bluszcz i polne kwiaty. - Długo dyskutowaliśmy o tym młodzieńcu. Nasze zdania na jego temat były podzielone. Pochodzi z tak biednej rodziny, że wielu z Rady Starszych nie potrafi pogodzić się z faktem, że miałby być Wybranym. Jednakże twe zdanie, Pani, zaważyło na naszej decyzji i postanowiliśmy go pobłogo-sławić i przyjąć do Kręgu Wybranych. Skinęłam powoli głową. Byłam rada z ich decyzji. Wiedziałam, że robią dobrze idąc za moimi namo-wami. - Dziś Wielka Bogini Księżyca objawi się nam w swej pełnej krasie, dziś odziewa się w postać Wielkiej Matki, Tej Która Daje Życie. Tej nocy pobłogosławi go swą mocą i zaopiekuje się nim, tak jak to uczyniła z nami. - Przygotowywaliśmy go do jego służby najlepiej jak potrafiliśmy. Wieczorem namaścimy go won-nymi olejkami, a gdy będzie gotowy przyjdziemy do świątyni, by poświęcić jego ciało i duszę. - Niech tak będzie. Kiedy przyjdziecie wszystko będzie przygotowane. Starzec ukłonił się znów nisko i wyszedł z izby zostawiając mnie samą. Przez chwilę stałam bez ru-chu, spoglądając na jego szczupłą sylwetkę znikającą za rogiem, po czym schowałam twarz w dło-niach, wypuszczając gwałtownie powietrze z płuc. Rada Starszych zgodziła się na niego tylko ze względu na mnie. To mój głos zadecydował o dalszych losach tego człowieka. Nerwowo przechadza-łam się po izbie myśląc o nadchodzącym rytuale. Musiałam wszystko przygotować i przede wszyst-kim... na samą myśl o tym, zimny dreszcz przebiegł mi po plecach. Bezwiednie skierowałam swe kro-ki do świątyni i uklękłam między kłębami wonnego dymu. - Pani... – szepnęłam, wyciągając ku górze dłonie –Ty, której poświęciłam całe swe życie, ty, której podporządkowałam wszystkie me myśli wysłuchaj mnie w swej dobroci. Przybądź do mnie i wy-słuchaj próśb swej oddanej służebnicy. Pani Księżyca, Pani Życia, Pani Płodności wysłuchaj mnie. Proszę przybądź na me wezwanie. Niespodziewanie jasny strumień światła wpadł przez okno, spływając na mnie. Przymknęłam oczy, pochylając z szacunkiem głowę. - Dziękuję Ci za twą dobroć, moja Pani. Proszę wysłuchaj mnie. Dziś w nocy poświęcony zostanie ci człowiek. Jego ciało zostanie namaszczone wonnymi olejkami i słodką krwią. Dziś w nocy w jego ciało spłynie moc najświętszej ziemi, naszej dobrodziejki i żywicielki. Proszę bądź z nami i wypełnił go swą energią. Niech Duchy usłyszą twój głos i będą mu posłuszne. Widziałam go w wizjach, które pozwoliłaś mi ujrzeć, wiem, że jest tym, którego pragniesz mieć za swego sługę. Proszę cię przyjmij jego ofiarę i przyjmij moje poświęcenie, gdyż bez ciebie nasze czyny nie mia-łyby przyszłości. Wysłuchaj mnie moja Matko... Umilkłam. Nie podnosząc głowy, klęczałam tak długo aż promień światła cofnął się i znikł pozosta-wiając sanktuarium w półmroku. Dopiero wtedy po moich policzkach popłynęły wąskie strumienie łez. Coś wewnątrz mnie mówiło mi, że zostałam wysłuchana i że moje prośby zostaną spełnione. Do-tknęłam czołem ziemi po czym dorzuciłam świeżych kwiatów do płonących w glinianych misach ziół i wyszłam ze świątyni. Teraz musiałam udać się ponownie poza mury osady. Znów schodziłam w dół wzgórza, mijając chaty pokryte trzciną znikłam w cieniu wysokiego drewnianego muru, po czym wy-mknęłam się na zewnątrz. Za każdym razem kiedy widziałam szeroki trakt wijący się między polami aż po sam horyzont miałam ochotę biec. Nieważne gdzie poprowadziłaby mnie ta droga. Nieważne co czekałoby mnie na jej końcu... Tym razem zwróciłam kroki w przeciwną stronę niż to było rano. Okrążyłam osadę i znalazła się na skraju starego lasu. Jego olbrzymie drzewa, o potężnych pniach i rozłożystych konarach wznosiły się majestatycznie ku błękitnemu niebu. Przy czym gałęzie były tutaj tak gęste, że żadne inne rośliny nie były w stanie przeżyć. Ziemię pokrywały tylko szeleszczące, po-żółkłe liście. Przez chwilę stałam bez ruchu przyglądając się drzewom. Były takie potężne! O wiele większe niż najwyższe mury naszej osady. Kiedy na nie patrzyłam zdawałam sobie sprawę jak niewie-le znaczę w świecie, jaką małą i nieznaczącą cząsteczką tego świata jestem... Nawet o tym nie wiedząc zaczęłam iść przez las, podążając niewidzialnym szlakiem coraz głębiej i głębiej. Nie wiem jak długo zajęła mi przeprawa. Mijałam olbrzymie drzewa przewrócone przez wiatr, widziałam pagórki prze-wiercone na wylot przez potężne korzenie wijące się po ziemi niczym żywe węże czyhające na ofiarę. Aż w końcu moim oczom ukazała się przepiękna polana porośnięta wysoką trawą. Ściana lasu otacza-ła ją ze wszystkich stron, a przez gęste konary drzew tylko gdzieniegdzie prześwitywało światło za-chodzącego słońca. Czułam jak serce zaczyna bić mi coraz szybciej w piersi. Kiedy tak stałam, nie mogąc przekroczyć granicy lasu, widziałam jak ręce zaczynają mi drżeć. Cisza panująca wokoło wy-dawała się tylko jeszcze bardziej pogłębiać. Odetchnęłam nierówno i powoli weszłam na polanę, sta-jąc w samym jej centrum. Przez chwilę stałam nieruchomo unosząc twarz ku niebu. Po czym podnio-słam wysoko dłonie. - Wzywam oto święte Duchy prastarych i mistycznych żywiołów – powietrza, ognia, wody i ziemi. Przybądźcie na me wezwanie i przyprowadźcie do mnie święte zwierzęta. Prowadźcie je przez las, bym mogła złożyć ofiarę naszej Wielkiej Matce, Królowej Płodności i Natchnienia. Nie skończyłam jeszcze mówić, kiedy zerwał się lekki wietrzyk, który poruszył długimi kłosami traw i otoczył mnie ze wszystkich stron bawiąc się moimi rozpuszczonymi włosami. Uśmiechnęłam się otwierając oczy. - Dziękuję – szepnęłam, siadając pośród traw i opierając głowę na piersi. Nadszedł czas czekania. Nigdy nie wiedziałam jak długo zajmie Duchom sprowadzenie na polanę świętych zwierząt. Tymczasem coraz mniej czasu zostawało mi do przygotowania najważniejszej części rytuału. Tak naprawdę to nie chciałam tutaj być. Nie mogłam sobie wybaczyć, że to właśnie ja miałam wybrać święte zwierzę... Nagle poczułam jak ziemia pode mną zaczyna drżeć. Ptaki gwałtownie zerwały się z drzew uderzając powietrze wielkimi skrzydłami. Podniosłam się, rozglądając się wokoło i szukając wzro-kiem koni... naszych świętych zwierząt. Dopiero po chwili ujrzałam galopujące stado przepięknych wierzchowców. Czekałam w milczeniu, nie ruszając się z mojego miejsca. Kiedy konie zatrzymały się na polanie, w lesie znów zapanowała przygnębiająca cisza. Nie mówiłam nic, tylko przechadzałam się między długonogimi końmi, szukając najpiękniejszego. Nareszcie udało mi się go znaleźć. Była to śnieżnobiała klacz o długiej, jedwabiście miękkiej grzywie. Serce ścisnęło mi się na jej widok. Była taka piękna...! Powoli podeszłam do niej i popatrzyłam w jej duże oczy. Wydaje mi się, że wiedziała, że rozumiała, że musi iść ze mną, bo posłusznie opuściła ze mną polanę, potem las, a potem spokojnie przeszła ze mną główną ulicą osady. Mieszkańcy wychodzili z domów i obrzucali nas kwiatami i zie-lonymi liśćmi. Szłam tuż obok klaczy, trzymając jej długą grzywę. Ulgę poczułam dopiero kiedy za-częłyśmy wspinać się wąską ścieżką prowadzącą do świątyni. W milczeniu poprowadziłam ją do krę-gu utworzonego z pięciu wbitych do ziemi pali. Były w nich misternie wyryte prastare znaki, symbole i litery, które nadawały temu miejscu szczególną moc. To był pierwszy raz, kiedy miałam poprowa-dzić Rytuał Inicjacji. Serce drżało mi w piersi, kiedy przywiązywałam jej długie nogi do pali i kiedy zakładałam na jej smukłą szyję powróz. Klacz stała zaś nieruchomo ze spuszczoną głową i patrząc na nią miałam ochotę płakać, wiedząc że już niebawem... Szybko odwróciłam się, podążając do mojej izdebki. Miałam jeszcze tyle pracy. Wyczyściłam żelazny kociołek i ułożyłam go na ołtarzu, po czym przyniosłam kadzielnicę wypełnioną mirrą i białą świecę, na której wcześniej wyryłam specjalnym nożem imię wybranego młodzieńca. Teraz jeszcze brakowało mi glinianego kielicha z wodą, miseczki z solą, dzwoneczka i dwóch rodzajów kwiatów jeden biały - dla Bogini, drugi żółty - dla Boga. Tak, teraz wszystko było gotowe. Słyszałam głosy Rady Starców. Na zewnątrz było już zupełnie ciemno. Tylko jasny księżyc w pełni rozświetlał mrok. Odetchnęłam nierówno i wyszłam im naprzeciw. Jeden ze starców, Wielki Kapłan, podszedł do mnie i wszyscy weszliśmy do świątyni. My pierwsi, za nami młodzieniec, a na końcu Rada Starców. Zgodnie z tradycją członkowie Rady utworzyli krąg, stając pod ścianami i złapawszy się za ręce przypatrywali się naszym przygotowaniom do Rytuału. Wielki Kapłan wziął z ołtarza dzwoneczek i zadzwonił nim trzykrotnie, a ja wziąwszy rytualny nóż zaczęłam kreślić wokół ołtarza duży krąg. - Kreślę oto ten magiczny krąg, jasna jest biała ta świeca, gdyż wzywam żywioły, by strzegły i chroniły ten święty rytuał. – mówiłam. Następnie wzięłam jedną z glinianych mis, w których paliły się zioła i odwróciłam się twarzą w stro-nę, w której rodzi się Słońce. - O potężne Sylfy, strażnicy wschodu, moce powietrza i umysłu, w imieniu starszych oto przywołu-ję was i waszą magię. Bądźcie błogosławione. – powoli odstawiłam misę na swoje miejsce i od-wróciłam się w stronę południa - O potężne żywiołowe Salamandry, strażnicy południa, moce ognia i ducha, w imieniu starszych oto przywołuję tu was i waszą magię. Bądźcie błogosławione! – powoli wypiłam łyk wody z kielicha i odstawiłam go na ołtarz. Teraz wzięłam misę z solą i odwróciwszy się ku północy szepnęłam – O potężne żywiołowe Gnomy, strażnicy północy, moce ziemi i ciała, w imieniu starszych oto przyzywam was tu i waszą magię. Bądźcie błogosławione. Sypnąwszy szczyptę soli, odstawiłam naczynie z solą na ołtarz. - Oto wiosna zmienia się w lato – powiedziałam, unosząc wysoko ręce ku górze – a wielkie sło-neczne koło ponownie się obraca, kiedy zielone zaklęcie przyrody odmładza nasze dusze i gdy godziny ciemności są najkrótsze. Tej świętej nocy przywołuję i wzywam was o Wielka Bogini i Rogaty Boże. W tym uświęconym kręgu Cienia i Ognia ślubuję was czcić, miłować całym mym sercem, oraz służyć wam dobrze do końca mych dni. Obiecuję szanować i przestrzegać prawo mi-łości wobec wszystkich żywych istot i przysięgam dotrzymać warunków rady – postępuj tak jak tego pragniesz, lecz nie czyń nikomu szkody. – powoli wylałam resztę wody z kielicha na ziemię. W tym samym momencie młodzieniec klęknął przede mną. Odwróciłam twarz ku niemu. To był pierwszy raz, że nie widziałam go w mych wizjach. Był piękny. Wysoki, o silnej budowie ciała i wy-raźnych, brązowych oczach. Jego długie do ramion włosy były koloru złocistych zbóż. Patrzył mi prosto w oczy. Nie bał się, choć dostrzegałam w nim niepewność związaną z jego dalszymi losami. - W obecności Bogini, która błogosławi nas narodzinami, śmiercią i ponownym narodzeniem, w obecności jej małżonka, Rogatego Boga, a także w obecności czterech żywiołów, potężnych i martwych oraz mych braci w Rzemiośle, czy jesteś gotowy, przepełniony miłością i wiarą, by przyjąć śluby i rozpocząć podróż w głąb siebie i ku boskiej sile? Ani na chwilę nie oderwał ode mnie oczu. Z dłońmi złożonymi na jednym kolanie. Odziany w naj-piękniejsze szaty, które Rada Starszych wręczyła mu w kilka minut przed rozpoczęciem rytuału ini-cjacji. Promieniała od niego siła i zdecydowanie. Bez żadnych wątpliwości – był tym, na którego tak długo czekaliśmy. - Tak, jestem – odparł spokojnym, głębokim głosem. - Niechaj tak więc będzie – powiedziałam, podając mu pergamin z zapisaną przysięgą. - Przysięgam – zaczął czytać – służyć Bogini i jej małżonkowi, Rogatemu Bogowi. Obiecuję nigdy nie naruszać doktryny Rady Starców, która brzmi – postępuj tak jak pragniesz, lecz nie czyń ni-komu szkody. Będę wzywał wyłącznie pozytywne energie i białą magię oraz będę starał się uży-wać moce czarodziejskich praktyk wyłącznie dla dobra innych. Dla bezpieczeństwa tego kręgu i wszystkich, którzy stanowią jego część niniejszym składam następującą przysięgę dochowania ta-jemnicy – będę strzegł tajemnic Rzemiosła i tego kręgu i nigdy, niezależnie od czasu, nie wyjawię obcym prawdziwego imienia jakiejkolwiek niewiasty lub mężczyzny zebranych w tym świętym miejscu, bez udzielonego mi zezwolenia na to przez daną osobę. Przysięgam również, że jeśli z jakiejkolwiek przyczyny, niezależnie od czasu, opuszczę ten krąg i świętą ścieżkę, będę wierny tej przysiędze do końca mych dni. Biorąc na świadków Boginię i jej małżonka, uroczyście przysię-gam, że dobrowolnie pragnę przystąpić do świętego kręgu. - Przypieczętuj swoją przysięgę pocałunkiem i powstań z kolan. Mężczyzna pocałował pergamin wstając. Tymczasem ja przesunęłam dłonią nad kotłem i w tym sa-mym momencie wrzucone do środka zioła zaczęły płonąć. Spojrzałam w jego oczy. - Możesz teraz włożyć swoją przysięgę do kotła transformacji, by strawił ją ogień i by mogła być dostarczona naszej Bogini i jej małżonkowi. Posłusznie zgniótł pergamin i wrzucił do płonącego kotła. Ogień szybko strawił papier i wygasł. W tym samym momencie Wielki Kapłan podał mi rytualny nóż i zakreśliłam nim przed młodzieńcem w powietrzu pentagram. - Świętą mocą ostrza i pentaklem błogosławię i nadaję ci moc. – to powiedziawszy oddałam nóż Wielkiemu Kapłanowi i wzięłam z jego rąk misę z płonącymi ziołami. Teraz nakreśliłam nim pen-tagram w powietrzu mówiąc - Prażywiołem Powietrza i Strażnikami Wschodu błogosławię i na-daję ci moc. – następnie wzięłam od Kapłana zapaloną świecę i znów nakreśliłam nią pentagram – Prażywiołem Ognia i Strażnikami Południa błogosławię i nadaję ci moc. Teraz biorę kielich z wodą i kreślę nim pentagram w powietrzu. Skończywszy zanurzyłam w nim ko-niuszki palców i spryskałam kilkoma kroplami nowicjusza – Prażywiołem Wody i Strażnikami Za-chodu błogosławię i nadaję ci moc. Zwracam kielich Wielkiemu Kapłanowi. A on umieszcza go z powrotem na ołtarzu, po czym wręcza mi miseczkę z solą. Kreślę nią pentagram, a potem biorę szczyptę soli, by posypać nią mężczyznę – Prażywiołem Ziemi i Strażnikami Północy błogosławię i nadaję ci moc. Chwila ciszy wydaje się przeciągać w nieskończoność. - Ja, Wielka Kapłanka, służebnica Bogini Matki i Boga Ojca, uroczyście mianuję cię Strażnikiem i niniejszym witam cię z otwartymi ramionami i miłującym sercem w tym kręgu jako jednego z nas. Niech tak się stanie! – powoli zbliżam się do niego i obejmuję go serdecznie. Po chwili, w której Wielki Kapłan bierze go w objęcia, biorę do rąk nóż i obchodzę z nim nakreśloną linię kręgu, mówiąc cicho - Zlikwidowany został krąg, dopełnił się rytuał, niechaj tak się stanie. Teraz udaliśmy się na zewnątrz, gdzie czekała na nas biała klacz przywiązana do drewnianych słupów. Rada Starców po raz kolejny okrążyła rytualne miejsce i utworzyła krąg, a ja razem z Wielkim Kapła-nem ustawiliśmy się po obu stronach klaczy, trzymając ją za uzdę. Widziałam jak młodzieniec pod-chodzi do klaczy i jak ściąga z siebie szaty, które spadają na trawę. Jego muskularne ciało napięło się do granic wytrzymałości, kiedy wchodził na duży płaski kamień ułożony przy zadnich nogach klaczy. Przez chwilę zapanowała cisza i widziałam jak zamyka oczy, jakby bojąc się tego co nadejdzie. Kiedy w nią wszedł klacz nerwowo uniosła łeb do góry wyrywając się z naszego uścisku, ale potem znów znieruchomiała, nie mogąc się uwolnić. Chciałam zamknąć oczy, nie chciałam na to patrzeć, jednakże wiedziałam, że nie wolno mi tego uczynić. Patrzyłam na niego, do ostatniej chwili. Do chwili, w któ-rej znieruchomiał i wszystkie jego mięśnie rozluźniły się, a powieki otworzyły się gwałtownie w eks-tazie rozkoszy. Twarze Rady Starców rozjaśniły się. W końcu udowodnił, że jest mężczyzną. Nie, on stał się mężczyzną. Jak przez mgłę widziałam jak Wielki Kapłan podaje mu stary miecz. Był on wy-konany bardzo starannie. Długie, srebrne ostrze i rękojeść ozdabiana kolorowymi kamieniami. Męż-czyzna okrążył klacz i uniósł miecz w prawej dłoni wysoko ku niebu. Jego ostrze błysnęło w srebrzy-stym świetle księżyca. Wszystkim zaparło dech w piersiach, kiedy jednym mocnym pchnięciem wsu-nął cały miecz w ciało klaczy, która z rozpaczliwym rżeniem osunęła się na ziemię. Strażnik ukląkł przy niej i podniósł na mnie swe brązowe oczy. Bezwiednie uklękłam obok niego i zbierając krew klaczy w dłonie zaczęłam go nią nacierać. Zaczęłam od czoła, potem szyja, pierś, brzuch i nogi. Jego ciało drżało. W oczach płonął ogień. Podniosłam się z kolan i dałam mu znak, by zrobił to samo. - W obliczu naszej Matki, mocą naszego Ojca oznajmiam iż ten oto człowiek stał się równym mi i Strażnikom Żywiołów. Dziś narodził się na nowo, jest w nim nowa moc i nowa wiedza. Magiczny krąg przyrody został zamknięty, a cztery żywioły zjednane. Tobie od dziś służyć będą Salamandry i Strażnicy Południa. Przypominam ci tylko o twej przysiędze, abyś służył Bogini i Rogatemu Bo-gu. To powiedziawszy odwróciłam się w stronę księżyca, wznosząc ku górze zakrwawione dłonie. - O Wielka Bogini Księżyca, świetlista i dzika, jesteśmy twymi uniżonymi dziećmi. Czarodziejko srebrzystego światła oddajemy ci cześć i uwielbienie. Klękamy przed tobą i odprawiamy rytuały, by uczestniczyć w twej mistycznej miłości. Bogini zbóż, wody i życia, córko światła, matko i żo-no, ty tańczysz w słonych wodach i bawisz się chmurami. Błogosławisz nasze dusze spokojem ziemi, ciepłem ognia i siłą powietrza. O najwyższa Bogini, twe wody gaszą pragnienie naszych marzeń. Bądź z nami odtąd aż po kres naszego życia. Niechaj tak się stanie. Wielki Kapłan odwrócił się w stronę nowicjusza i ująwszy go za dłoń zaczął go sprowadzać w dół wzgórza, a za nim wąskim sznurem podążała Rada Starców. Rytuał Inicjacji został wypełniony. Mogli odejść. Ja zaś jeszcze długo stałam na wzgórzu, spoglądając w jasną tarczę Księżyca i dopiero kroki mężczyzn wyrwały mnie z rozmyślań. - Witaj – usłyszałam głos jednego ze Strażników. Odwiązywali powrozy klaczy, a potem przenieśli ją na wielkie palenisko, ułożone po drugiej stronie wzgórza. Tam podpalili je, dziękując Duchom Żywiołów za pomoc i ofiarowując mięso naszej Matce i Rogatemu Bogu. Podeszłam do nich. Długo milczeliśmy, patrząc tylko jak płomienie ognia tańczą na wietrze. - Zaopiekujecie się nim? Przyjmiecie go do waszego grona? – spytałam. - Oczywiście. Jest teraz jednym z nas, a niebezpieczeństwo czyha. - Wiecie...? - Czuję to w powietrzu. Wiatr niesie ze sobą lament niewinnych. - A ziemia przesiąknięta jest ich krwią. - Woda zatruta jest ich ciałami. To już nie potrwa długo. Już niebawem będą tutaj. - Więc co mamy czynić? – spytałam bezradnie. - Co mówiły Duchy? - Nic. Pokazują mi tylko bitwy. Krwawe rzeźnie. Widzę jak mordują ludzi, grabią wszystko, co znajdą na swej drodze. I widzę mężczyznę, który im przewodzi, ale nie wiem, co mam czynić... - Nasze Duchy płaczą i błagają nas, abyśmy coś szybko uczynili. Chcą, abyśmy opuścili osadę, jednakże... – zamilkł, odwracając twarz w stronę ciemności. Wszyscy przecież wiedzieliśmy, że nie możemy opuścić naszych Sanktuariów. A ludzie nie opuszczą swych domów, by udać się na tułaczkę. Nawet gdybyśmy opuścili osadę nasze życie wciąż byłoby w niebezpieczeństwie. Odwróciłam się od nich i w milczeniu ruszyłam w stronę świątyni. Kiedy wzej-dzie słońce będę musiała być gotowa, by przywitać Rogatego Boga i by na nowo podziękować Bogini za jej łaskę inicjacji... Ze snu wyrwały mnie nawoływania mężczyzn. Słyszałam śmiech i głośne rozmowy. Zaś w dole wzgórza osada zamarła. Przeciągnęłam się leniwie na swoim posłaniu i odetchnęłam głęboko ciężkim od pyłu powietrzem. Tak, czas żniw nastał. Jak co dzień wstałam i wyszłam do świątyni, by pozdrowić Rogatego Boga. Potem przebrałam się i wyszłam na zewnątrz. Dzień był piękny. Żadnej, choćby najmniejszej chmury na niebie i jeszcze rosa skrzyła się na zielonej trawie. Widziałam stąd oraczy, którzy poganiali woły ciągnące pełne wozy. Niemal wszyscy mężczyźni opuścili osadę. W domach pozostały tylko nieliczne kobiety wraz z dziećmi. Przygotowywały posiłki dla pracujących i opiekowały się niemowlętami. Czas żniw był dla mego plemienia szczególny. Był to czas obfitości, radości i tańca. Nie znaliśmy wojen. Żyliśmy w spokoju z dala od innych osad i tylko czasami odwie-dzali nas handlarze i wędrownicy, którzy przynosili wieści z dalekich zakątków świata. Zaczęłam zbiegać ze wzgórza, by jak najszybciej dołączyć do pracujących. Właśnie biegłam wzdłuż muru, kiedy nagle z jednej z bocznych uliczek wyszedł wysoki mężczyzna. Na moje nieszczęście zatrzymałam się prosto w jego ramionach. Zarumieniona cofnęłam się, przepraszając. - To ty? – spytałam cicho. - Wybacz, zamyśliłem się... – zaczął. - Myślałam, że Strażnicy już pomagają przy pracy. - Właśnie idą – wskazał ręką na pozostałych trzech mężczyzn. Pokiwali nam przyjaźnie i po chwili dołączyli do nas. Poszliśmy wspólnie w stronę wrót, a potem przechodząc na wskroś przez trakt, znaleźliśmy się na polu. Ludzie pochylali się nad skoszonym zbo-żem. Wiązali długie kłosy w snopki i zwozili je do osady. Inni zbierali na pobliskich polach warzywa. Długo się nie zastanawiając zabraliśmy się do pracy. W pocie czoła ścinaliśmy łany zbóż sierpami. Dopiero w południe przyszły kobiety, niosąc dla nas posiłki. Zmęczeni jedliśmy nie rozmawiając, choć była to jedna z niewielu okazji, byśmy mogli pobyć razem z mieszkańcami naszej osady. Słońce było w zenicie. Dzień był upalny, a czekało na nas jeszcze tyle pracy. Dopiero późnym wieczorem zaczęliśmy powoli wracać. Jednakże kiedy ludzie kładli się do łóżek, na nas czekały jeszcze inne obowiązki. Zebraliśmy się w świątyni na wzgórzu wypełnionej wonnym dymem kadzideł i uklękliśmy na ziemi, długo jeszcze milcząc. W końcu wyciągnęłam przed siebie biały kamień w kształcie półksięży-ca i z czcią ułożyłam go na ołtarzu. Później po kolei Strażnicy układali na nim przedmioty symbolizu-jące ich siłę – woreczek z ziemią, miseczkę z wodą, jastrzębie pióro i popiół. Popatrzyłam po ich sku-pionych i poważnych twarzach. W powietrzu unosiły się ich potężne moce i słyszałam służące nam Duchy jak śpiewają. Wstałam i zakreśliłam wokół nich koło. Po czym przesuwając nad glinianymi misami z ziołami dłoń, sprawiałam, że zaczynały płonąć, wypełniając świątynię jeszcze gęstszym dymem. - Płomieniem i dymem rytuał się zaczyna, by zrodzić naszą siłę znikąd. Mistyczne prażywioły, wzywam tu, by nas strzegły i byśmy mogli je ujrzeć i oddać im ich należną cześć. Kiedy usiadłam znów na ziemi, zamykając koło i łącząc dłonie z pozostałymi, powiedziałam – Tu i teraz łączymy się w jedno, dopóki nie spełnimy naszych czarów. Pozytywna energia dominuje, a Tę, Która Obraca Kołem, pozdrawiamy! W tym samym momencie unieśliśmy dłonie ku górze. - Pozdrawiamy Boginię – zaczęliśmy razem – Ona jest naszą Matką. Ona jest naszą Nauczycielką. Ona jest naszym Pragnieniem. Ona jest naszym Życiem. Ona jest naszym Natchnieniem. Ona jest z nami. Ona jest w nas i wszędzie wokół nas. Kiedy opuściliśmy dłonie, zobaczyłam jak biała energia zaczyna otaczać jednego ze Strażników, kiedy objęła go w całości, tak iż już cały lśnił nieziemskim blaskiem, energia zaczęła przenosić się na dru-giego Strażnika, potem na kolejnego aż dotarła do mnie i wypełniła mnie swoją boską siłą. Wszystkie myśli uleciały. Zamknęłam oczy, sycąc się wypełniającym mnie po same brzegi uczuciem błogości i spokoju. - Niechaj dobre siły strzegą tego kręgu – szeptałam, jakby bez własnej woli – i prowadzą nas ku światłu, chronią przed mrokiem i złem. Nasze ręce złączone, a nasze dusze scalone! - Moc Wielkiej Bogini, Królowej Księżyca jest w nas! – zaczęli chórem Strażnicy – Moc Rogatego Boga, Króla Słońca, jest w nas! - Moc światła jest w nas – mówię cicho, unosząc oczy ku świecy płonącej na ołtarzu. - Moc Wody jest w nas. - Moc Ognia jest w nas. - Moc Ziemi jest w nas. - Moc Powietrza jest w nas. Powtarzamy te słowa wciąż na nowo, czując jak obecne w świątyni Duchy zaczynają wirować wokół nas coraz szybciej i szybciej. Płomień świecy zaczął tańczyć na wietrze, a kamienny ołtarz zabłysnął białym, ciepłym światłem. Ziemia pod nami drżała, a w glinianej miseczce woda zaczęła bulgotać. Po same koniuszki palców czułam wypełniającą to miejsce energię. Duchy Przyrody przybyły na nasze wezwanie i czuwały nad świętym rytuałem. Znów popatrzyłam po twarzach Strażników. Widziałam w ich oczach dumę i skupienie. - Wszyscy jesteśmy dziećmi Białego Światła – zaczęłam – Wszyscy jesteśmy braćmi Świętej Zie-mi, a Bogini i Bóg są w nas i wokół nas kiedy płyniemy wraz z bezkresnym cyklem wiecznych ponownych narodzin. - Niechaj ogień naszej magii płonie jasno, niechaj nasze serca posiądą moc, by Zło wciąż na nowo obracać w Dobro, niechaj Siły Natury przybędą na nasze wezwanie – mówili Strażnicy – Niechaj Moc Uzdrawiania będzie w naszych rękach, a Duchy niech nam służą pomocą. - Wszystko jest możliwe – szeptam, czując jak przepływająca przeze mnie Moc pozbawia mnie zmysłów – Moc przemian i transformacji zakorzeniona jest głęboko w każdym z nas i czeka, by rozkwitnąć niczym kwiat, potrzebujący miłości i światła. Miłość jesz światłem. Światłość zaś mi-łością. - Miłość jest światłem, a światło miłością. Miłość zaś będzie prawem – nikomu nie szkodząc miłuj i czyń co pragniesz. Niechaj tak się stanie! – usłyszałam zgodny chór ich głosów. Chwiejnie wstałam i zamykając krąg zaczęłam mówić – Starożytnym Bogom i mistycznym prażywio-łom Powietrza, Ognia, Wody i Ziemi z miłością dziękujemy za ich obecność i energię, którą nas wy-pełniły w tej Świątyni Magii. W najgłębszym szacunku i najszczerszej miłości nie szkodząc nikomu żegnamy je. Dopełnił się nasz rytuał. Błogosławieni zostańcie, każdy i wszyscy. - Niech tak się stanie - odpowiedzieli, puszczając swe dłonie i przerywając przepływ energii. W tym samym momencie wszystko ucichło. Duchy opuściły w milczeniu świątynię, a ziemia pod nami przestała drżeć. Rytuał został zakończony. Zmęczona przyglądałam się jak Strażnicy wstają. Żegnałam ich w milczeniu, całując każdego z nich w czoło. Zostawszy sama oparłam się ciężko o ścianę świątyni, chciałam się położyć, ale wykończone ciało odmówiło posłuszeństwa. Bezwładnie osunęłam się na ziemię, tracąc przytomność... Czułam na twarzy ostry wiatr, który szarpał moje rozpuszczone włosy. Gdzieś w dole, pode mną widziałam rozległą równinę, nieurodzajną ziemię, a na horyzoncie wysokie pasmo gór rzucają-cych cień na małą chatkę zbudowaną z wysuszonego drzewa. W zagrodzie ujrzałam kilka kóz i świń. Zewsząd zaś nie było żywej duszy. W tej bezludnej krainie panowała cisza i nieurodzaj. Zniżyłam swój lot i wtedy moim oczom ukazał się młody pasterz, który po drugiej stronie wzgórza na wysuszo-nej łące pasł malutkie stado owiec. Grał na fujarce, przygrywając swojej bliźniaczej siostrze, która w rytm skocznej piosenki obracała się wokół własnej osi, śmiejąc się i tańcząc. W chatce siedziała kobie-ta o pooranej zmarszczkami twarzy. Miała długie, miękkie włosy opadające do pasa i zaiste musiała być niegdyś przepiękną dziewczyną. Jednakże teraz jej dłonie były spracowane, a ciało naznaczone bliznami. Z trudem ugniatała chleb, by nakarmić swoją małą rodzinę. To nie pierwszy raz, że miałam tą wizję. Wiedziałam, że zaraz do chatki wejdzie wysoki mężczyzna i że usiądzie na posłaniu wycią-gając sobie ze stopy długi cierń. Kobieta zaś uklęknie przy nim i troskliwie obandażuje jego ranę. I wtedy do moich uszu dotrze odgłos rozłupanego kamienia i zanurzę się pod ziemię, gdzie w ciemno-ściach wąskiego tunelu ujrzę zarys mężczyzny. A potem zobaczę jak będzie wytapiał metal i pod-grzewał go ogniem. Wiele rzeczy wymyślił już wtedy, by pomóc w ten sposób swej rodzinie. I widzia-łam przy nim dziewczynę, która razem z nim drążyła ziemię. Cała umorusana, w potarganych skórach i w wiecznych ciemnościach. I nastał straszny dzień, kiedy to dwaj bracia pokłócili się o swą siostrę, gdyż oboje chcieli pojąć ją za żonę. Wybuchła między nimi zażarta kłótnia. Aż pewnej nocy, jeden z nich zamordował swego brata i opuścił wraz z siostrą dom, by udać się na tułaczkę i w świecie szukać swego szczęścia. Jednakże widziałam też gniew Bóstw, które rozgniewało przelanie niewinnej krwi. Posłały więc na ziemię Ducha, który naznaczył piętnem nieśmiertelności uciekające rodzeństwo i przeklął ich miłość, aby już nigdy nie zaznali szczęścia w swych ramionach... Co się stało...? Obudziłam się, leżąc na ziemi. Pod powiekami miałam jeszcze pojedyncze ob-razy wizji. Podniosłam się drżąc na całym ciele. Ktoś mnie wołał... tak... słyszałam czyjś głos... ale to przecież nie było moje imię. W osadzie nazywano mnie inaczej. Jednak... jednak to imię, którym mnie teraz wołano... przecież to też było moje... Wybiegłam na zewnątrz rozglądając się wokoło. Wołający mnie głos stał się głośniejszy, wyraźniejszy. Niósł go wiatr. Z daleka, a może z całkiem bliska...? Ser-ce trzepotało mi w piersi niczym zraniony ptak. To imię, takie stare i w dawno już zapomnianym języ-ku... - Kim jesteś...?! – wyszeptałam – Powiedz mi dlaczego mnie wzywasz...?! Nagle wołanie przerodziło się w rozdzierający krzyk. Zacisnęłam dłonie na uszach, cofając się niczym pijana, gdyż wrzask był nie do zniesienia. - Przestań... przestań... – jęczałam, aż w końcu przybyły Duchy, które mi służyły i otoczyły mnie ze wszystkich stron, zamykając mnie w ochronnym kokonie. Krzyk ucichł, a ja zostałam sama. Powoli unosiłam się z kolan. Ale dlaczego płakałam? Drżącą dłonią starłam ciepłe łzy z policzków. Co to miało oznaczać? Kto wzywał mnie imieniem, które rozpoznawało tylko me serce, lecz nie pa-mięć...? Pełna wątpliwości wróciłam do izdebki. Ubrałam się i zaczęłam krzątać się po świątyni. Sta-rannie zamiotłam podłogę, przyniosłam wodę i wrzuciłam nowych ziół do glinianych mis. Jednakże cały czas myśli zaprzątała mi wizja z dzisiejszej nocy. Za każdym razem dostrzegałam nowe szczegó-ły i za każdym razem wizja wydłużała się. Ułożyłam bazylię, goździki i szałwię na ołtarzu. Zapaliłam świecę i przez dłuższą chwilę klęczałam przed ołtarzem z dłońmi wyciągniętymi ku górze. Dopiero po chwili wrzuciłam goździki do dużej misy wypełnionej krystalicznie czystą wodą. Oddychałam głębo-ko i próbowałam oczyścić swój umysł ze wszystkich negatywnych myśli, które mnie dręczyły. - Wzywam Strażników oraz męskie i żeńskie moce – odezwałam się zdecydowanym i władczym głosem - Otaczam się ochronnym ogniem, a moc ziemi wspiera mnie. Wiatr otacza mnie, a prze-pływ wody uspokaja wezbrane energie. Wierzę w tę ochronę i uwalniam swoje lęki tak, by złą-czyć się z pulsem przyrody. Niechaj stanie się tak, jak będzie najlepiej dla dobra wszystkich! To mówiąc przytrzymałam zasuszoną bazylię nad świecą. Zioło szybko zaczęło płonąć, wypełniając pomieszczenie duszącym dymem. - Cerridwen, Pani Natchnienia i Przemiany, przyzywam cię, by rzeczy powróciły na swoje miejsce. Przekształć negatywne myśli i ból i spraw, żeby me życie znów było całością. Pani, spożyj wraz ze mną tą wodę i otocz swoją ochroną mnie i mą osadę. Niech wody twego wiecznego łona przy-niosą boskie zmiany. Zaczerpnęłam w obie dłonie wodę, w której wcześniej umieściłam goździki i unosząc ją ku ustom widziałam jak zaczyna skrzyć się i błyszczeć niczym najjaśniejsze gwiazdy. Nagle poczułam się ni-czym ptak, który lada chwila ma zerwać się do lotu, albo koń, który rusza galopem przez otwarte łąki. Uśmiechnęłam się, wstając i podnosząc misę z wodą. Wyciągnąwszy ją na ramionach przed siebie zaczęłam z nią okrążać świątynię. Za każdym razem wylewając trochę wody na podłogę. Energia peł-zła po ścianach i słyszałam z jakim trzaskiem wdziera się do choćby najmniejszej szpary. To, co zosta-ło wylałam przed próg świątyni ofiarując go Duchom. Wróciłam do ołtarza i wrzuciłam do glinianej miseczki szałwię, która zaczęła płonąć. Do moich uszu dotarło syczenie złych Duchów, które parzył święty dym i woda i które niechętnie wypełzały ze swoich zakamarków i opuszczały świątynię. Ich złorzeczenia jeszcze długo dudniły mi w uszach. Znów zaczęłam okrążać świątynię, zaklinając zło by odeszło. Kiedy wróciłam do ołtarza uklękłam przed nim, pochylając się tak nisko, że czołem dotyka-łam ziemi. - Moja Matko, Cerridwen, proszę wypełnił pustkę w tym miejscu dobrymi Duchami i twą ochronną energią. Wysłuchaj mnie i uświęć miejsce, w którym ci służę. Jeszcze nie skończyłam mówić, kiedy nagle biały kamień pośrodku świątyni, zabłysnął oślepiającym białym światłem i wypełnił Sanktuarium swym ciepłym blaskiem. Zasłoniłam oczy i mogłam tylko przysłuchiwać się radosnemu śmiechowi dobrych Duchów, które przybyły na wezwanie Bogini. Po chwili w świątyni znów zapanował półmrok, a Duchy umilkły, bym mogła zakończyć rytuał. - Dziękuję Wielka Matko i Rogaty Boże za waszą łaskę i pomoc – wstałam z klęczek i opuściłam świątynię. Już świtało, a ludzie udali się na pola, by dokończyć rozpoczęte żniwa. Spokojne życie osady toczyło się własnym biegiem. Lubiłam ich obserwować. Przyglądać się ich sprawom, troskom i nadziejom. Było w tym coś tak ujmująco prostego. Tymczasem moje życie odizolowane od osady toczyło się na wzgórzu. Codziennie modliłam się do Bogini i Rogatego Boga, prosząc ich o spokój, urodzaj i zdro-wie. W przeciwieństwie do mnie, do Wielkiego Kapłana wciąż przychodzili ludzie, by prosić go o porady, przepowiednie czy uzdrowienie. Moim przeznaczeniem była zaś samotna służba, otoczona tylko Duchami rzadko rozmawiałam. Oczywiście doskwierała mi samotność. Nie mogłam się nikogo poradzić, ani nawet opowiedzieć mu o moich radościach czy smutkach. Byłam sama. Towarzystwo Strażników ograniczało się ściśle do wspólnych rytuałów, a przecież jednocześnie miałam poczucie, że służę im wszystkim i że beze mnie Bogini nie wysłuchałaby Wielkiego Kapłana, który dla pienię-dzy coraz bardziej zaniedbywał służbę, koncentrując się tylko na wróżeniu i odczynianiu uroków. Z każdym następnym snopkiem zboża coraz bardziej bolały mnie ręce. Załadowywaliśmy kolejny wóz i nieskończenie długi sznur innych wozów zmierzał już w stronę osady, by tam pozostali mężczyźni schowali zboże do spichlerzy. Gdzieś w oddali widziałam Strażników. Pracowali o wiele ciężej niż ja i w każdym ich geście widziałam pełne zaangażowanie. Tymczasem zatopiona w swych myślach wy-konywałam pracę powoli. Po południu przyszli do mnie niosąc posiłek. Rozsiedliśmy się jak poprzed-niego dnia na trawie. Coś niedobrego wisiało w powietrzu. Czułam ich niepokój. - Nie możemy tego tak zostawić! – wybuchnął nagle Strażnik Ognia – Musimy coś zrobić, przecież Duchy nas ostrzegają! - Osada to jedyne bezpieczne miejsce. Nie możemy jej opuścić. Skazalibyśmy ludzi i nas samych na tułaczkę. – Strażnik Ziemi zerwał garść trawy i rzucił ją na wiatr. Przyglądaliśmy się zielonym źdźbłom unoszącym się na wietrze. - To już wiemy – niecierpliwił się Strażnik Powietrza – Musimy coś zrobić, aby skutecznie ich ochronić. Co proponujecie? - Mamy wyszkolonych wojowników. Musimy wyszkolić więcej. Zatrudnimy kowali, aby wykonali broń. I my sami udamy się poza osadę, by nauczyć się władać siłami żywiołów – zaczął z namy-słem Strażnik Wody – To na razie wszystko, co możemy zrobić. Odwróciłam twarz, kuląc się w sobie. Nie mogłam tego słuchać! Strażnik Wody spojrzał na mnie, opierając mi dłoń na ramieniu. - Przecież wiecie czym to grozi – szepnęłam, patrząc na nich z wyrzutem i łzy popłynęły po moich policzkach – Wiecie, że jeśli popełnicie błąd - zginiecie! Nie możecie ryzykować! - Nie mamy wyboru – odparł Strażnik Wody – Musimy stanąć w obronie osady. Po to zostaliśmy wybrani i dlatego podporządkowane nam zostały moce żywiołów. - Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by ochronić osadę. Jedyne czego nie możemy zrobić to bezczynnie się temu przyglądać... - Możesz się za nas modlić – odezwał się nagle Strażnik Ognia – Poleć nas Bogini i Rogatemu Bo-gu jestem pewien, że dzięki twemu wstawiennictwu nic nam się nie stanie. Nie mogłam tego już dłużej słuchać. Nie chciałam! Zerwałam się z ziemi i ruszyłam biegiem przez pole. Mijałam zdziwionych mieszkańców osady, puste wozy zaprzęgnięte w konie. Biegłam coraz szybciej i szybciej, aż mój oddech stał się urywany i świszczący. Nie wiem jak długo to trwało, jednak nagle wpadłam między niskie drzewa. Ich pnie były wąskie, a gałęzie cienkie i powykręcane. Dopiero tutaj osunęłam się na kolana, szlochając bezradnie. Coś wewnątrz mnie mówiło mi, że wszystkie nasze modlitwy i przygotowania pójdą na marne. Nic nie zdoła nas ochronić przed nadchodzącym niebez-pieczeństwem. Duchy płakały wraz ze mną. Niektóre z nich widząc me cierpienie chciały mnie pocie-szyć, ale w swym żalu nie dopuszczałam ich głosów do siebie. Musiałam usnąć, gdyż kiedy się przebudziłam czerwone światło zachodzącego Słońca prze-świtywało między drzewami zalewając las krwistą poświatą. Przetarłam spuchnięte oczy i ruszyłam przed siebie, podążając w stronę rozległej polany. Widok, który wyłonił się zza drzew sprawił, że za-trzymałam się w miejscu niezdolna do jakiegokolwiek czynu. Na wzgórzu zalanym czerwonym świa-tłem wznosiły się potężne kamienie tworzące świątynię. Z zewnątrz otaczał je biały wał, wypełniany podczas rytuałów popiołem zwierząt ofiarnych. Wewnątrz głęboko w ziemi tkwiły wielkie kamienie, na których położono równie potężne bloki skalne. Tworzyły one coś na kształt bram. Każda z nich ściśle do siebie przylegająca i tworząca koło. W środku tego kamiennego kręgu stały trzy olbrzymy. Największy stał pośrodku, dwa nieco mniejsze po obu jego stronach, tworząc półkole. Każde z nich symbolizujące osobną bramę. Wewnętrzne koło było otoczone wąskimi, niebieskawymi kamieniami wysokości człowieka. Bezwiednie zaczęłam iść w tamtym kierunku ani na chwilę nie spuszczając z oczu świątyni. Była przepiękna i widziałam wokół niej Duchy. Przysiadywały na kamieniach lub tań-czyły pomiędzy nimi śmiejąc się i śpiewając. Było ich tu całe mnóstwo. Nigdy wcześniej nie widzia-łam ich tak wiele! Serce uderzało mi mocno w piersi. Ostatni raz, gdy tu przybyliśmy z procesją skła-daliśmy Rogatemu Bogu woły ofiarne. Kolorowa procesja szła przez równinę śpiewając i niosąc pło-nące pochodnie. Cała osada zebrała się u podnóża wzgórza, by przyglądać się rytuałowi. Do świątyni mieli dostęp tylko Wielcy Kapłani i Strażnicy. Nikomu więcej nie było dane stąpać po tak świętej ziemi. Kiedy w końcu stanęłam na wzgórzu, poczułam jak moje całe ciało drętwieje i jak jakaś potęż-na Moc wlewa się w moje członki. Co mnie tu sprowadziło? – pomyślałam, zbliżając się do olbrzy-mich głazów. Odetchnęłam głęboko, przymykając oczy. Usiadłam pod jednym z nich. Zatroskane Duchy otoczyły mnie, pytając co mnie tak martwi. - Królowo księżycowego światła – szepnęłam, płacząc – pomóż mi i wysłuchaj mych próśb... Wspomóż mnie swą mądrością, abym mogła ich uratować... Słońce znikało już na horyzoncie i cała polana zanurzała się w otchłani ciemności. Nie bałam się. Wiedziałam, że towarzyszące mi Duchy pomogą mi odnaleźć drogę do osady i zaopiekują się mną, kiedy będę potrzebowała ich wsparcia. Często przychodziłam na pobliskie polany, gdzie nasi przod-kowie wykopali w ziemi głębokie jamy, wykładając je płaskimi kamieniami. To tam składano ciała Rady Starszych i wszystkich znaczących ludzi plemienia. W jednym z nich pochowana została moja babcia, jej babcia i babcia jej babci. To był nasz grobowiec, którego ściany zdobiły symbole wieczno-ści, mądrości i oświecenia. Poderwałam się gwałtownie z ziemi i ruszyłam biegiem w dół wzgórza. Niektóre z Duchów towarzyszyły mi. Mijałam dużo okrągłych pagórków, gdzie chowano całe rodzi-ny. Takie mało znaczące rodziny w plemieniu, które nie zasłużyły na kamienne grobowce. Było ich tutaj mnóstwo. Otaczały świątynię ze wszystkich stron. Znów znalazłam się między drzewami. Nie musiałam iść daleko by natknąć się na kamienne wejście, prowadzące stromo pod ziemię. Znałam doskonale każdy szczegół tego grobowca. Pochyliłam się i opierając się o boczną ścianę zaczęłam schodzić w dół. W moje nozdrza wdarł się fetor rozkładającego się ciała. Usiadłam na kamieniu two-rzącym podłogę i popatrzyłam na wydrążoną w skale półkę, na którym ułożone było ciało mojej babci. Była przykryta skórami, a wokół niej leżały uschnięte bukiety polnych kwiatów. - Ty jedyna znałaś prawdę – szepnęłam, ocierając łzy – Nienawidziłam cię za to, że nie chciałaś mi powiedzieć o wszystkim... Bo przecież wiedziałaś więcej niż mi mówiłaś. Opowiadałaś tylko, że znaleźliście mnie nad rzeką. Nie pamiętałam niczego. Kim byłam, co robiłam... Z powodów, któ-rych nigdy nie zrozumiem przygarnęliście mnie. Akurat wy, którzy tak stronicie od obcych! Nada-liście mi imię Tallija, co znaczy mokra od rosy. Pamiętam jeszcze jak długo siedziałam z tobą przy ognisku i jak tłumaczyłaś mi nasze plemienne legendy i obyczaje. Jak opowiadałaś mi o Du-chach, Ziemi i o Bogini. To wszystko, co teraz wiem, pochodzi od ciebie... – umilkłam, czując jak kosmyk włosów spada mi na ramię. Podniosłam go na wysokość oczu. Miałam białe włosy. Białe niczym najbielszy śnieg – Wiedziałam, że nie pochodzę z twego plemienia, choć zaczęłam nazy-wać je moim. Przeczuwałam to nie tylko dlatego, że byłaś jedyną osobą, która ze mną rozmawiała, ale i ze względu na moje włosy. Nikt z was nie miał białych włosów. Tylko starcy. A ja? Dlaczego milczałaś i zabrałaś tajemnicę ze sobą...? Nie mogłam mówić już dalej. W starym grobowcu nastała przenikliwa cisza. Opuściłam głowę, ocie-rając o siebie ramiona. Zrobiło się zimno. Musiała być już późna w noc. Jednakże nie to było mym zmartwieniem. W ciemnościach orientowałam się nadzwyczajnie dobrze. Wodziłam wzrokiem po starannie wygładzonych kamiennych ścianach. Widziałam znaki i symbole, a niektóre z nich ja sama wyryłam, kiedy umarła babcia. A raczej ta, która się za nią podawała. Nagle poczułam czyjąś dłoń na ramieniu. Odwróciłam się i zobaczyłam przeźroczystą postać skurczonej, pomarszczonej kobiety o rzadkich, białych włosach opadających na zgarbione plecy. Miała niebieskie, mądre oczy i chudziutkie dłonie z wyraźnie zarysowanymi żyłami. - Babciu... – szepnęłam. - Tallija – odezwała się powielonym, cichym głosem – Nie mogłam zdradzić ci mej wiedzy. Nie mogłam narażać cię na niebezpieczeństwo. Stałaś się zbyt droga memu staremu sercu. W tobie znalazłam powierniczkę i godną spadkobierczynię Rzemiosła. Nie bój się, czas odpowiedzi nadej-dzie bardzo szybko. Wszystko się wyjaśni. - Babciu... Jednakże zjawa znikła, rozmywając się w pierwszych promieniach poranka. Słońce wpadło przez wej-ście do grobowca oświetlając martwe ciało. Popatrzyłam w stronę wyjścia. - Tallija wracaj, wracaj do osady... – usłyszałam głosy moich Duchów – Potrzebują cię. Potrzebują twej pomocy... Zerwałam się z zimnego kamienia i wybiegłam na zewnątrz. Na niebie zbierały się pierwsze chmury, zwiastujące nadchodzący deszcz. Biegłam bardzo długo, kiedy na horyzoncie zobaczyłam zarys mej osady nogi zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa. Byłam wykończona. Zmusiłam się do jeszcze szyb-szego biegu. Czułam, że coś niedobrego dzieje się w osadzie. Z naprzeciwka jechał ku mnie jeździec na brązowym rumaku. Rozpoznałam w nim Strażnika Ziemi. Zatrzymałam się na trakcie i wyciągnę-łam ku niemu dłonie. Jeszcze w galopie uchwycił mnie zwinnie i podciągnął do góry sadowiąc mnie przed sobą na koniu. - W osadzie wybuchła panika – odezwał się, nie czekając na moje pytania – Widziano Rycerzy stacjonujących niedaleko stąd. Jesteśmy pewni, że zaatakują dziś wieczorem – przez chwilę mil-czał, poganiając tylko konia – To było bardzo nierozsądne z twojej strony, byś opuściła osadę na dwa dni. Ludzie obwiniają ciebie, za to, że Rycerze dotarli aż tutaj. To nie była moja wina...! To nie była moja wina! ... Wjechaliśmy galopem do osady. Wrota zamknęły się za nami z hukiem. Po krótkiej chwili wjechaliśmy na wzgórze. Kiedy koń gwałtownie zatrzymał się przed świątynią zeskoczyliśmy na ziemię. W środku czekali już na nas Kapłani. Kiedy weszliśmy do izby Wielki Kapłan podszedł do mnie i zamachnął się, by uderzyć mnie w twarz. W ostatniej jed-nak chwili Duchy, które nade mną czuwały, odepchnęły go ode mnie z taką siłą, że uderzył z impetem o naprzeciwległą ścianę. Oszołomiony próbował się niezdarnie podnieść. Pochyliłam się nad nim. - Ty chcesz wypominać mi cokolwiek? – syknęłam, mrużąc złowrogo oczy – Ty, który zaniedbałeś służbę Rogatemu Bogu, by zająć się służbą ludziom?! – to nie ja, to nie ja mówiłam! Nigdy prze-cież nie zdobyłabym się na taki ton wobec Wielkiego Kapłana! – Nie waż się odezwać w mej obecności, ty, który zaprzedałeś duszę złotu, a nie Wielkiemu Małżonkowi. Popatrzył na mnie wściekle, podnosząc się z ziemi. Duchy otaczały mnie ze wszystkich stron, gotowe mnie ochronić. Nie powiedział już nic. Odszedł, zostawiając nas samych. Dopiero kiedy znikł za ro-giem odetchnęłam nierówno, opierając się plecami o ścianę. - Nie powinnaś była narażać się na jego gniew. Ludzie go znają. Pójdą za nim, jeśli zapragnie re-wanżu nikt nie będzie w stanie ci pomóc – Strażnik Powietrza przyglądał mi się z wyrzutem. - Moja ufność jest w naszej Matce. Nie boję się niczego, a już na pewno nie jego. Moc Wielkiego Kapłana ogranicza się tylko do ludzi. Moja władza rozciąga się na Duchy. - Co proponujesz abyśmy uczynili? – spytał Strażnik Ziemi. - Musimy zebrać jeszcze resztę plonów, abyśmy przy oblężeniu nie pomarli z głodu. Rozkażcie ludziom, aby przywieźli wodę znad rzeki i przed zachodem Słońca zamknęli bramy osady. Po-śpieszcie się. Wyszli, lecz widziałam w ich oczach zdziwienie i niepewność. Dlaczego tak się zachowałam? Skąd we mnie to wszystko...? Skąd brała się we mnie ta pewność i zdecydowanie? To nie byłam ja! Prze-brałam się i weszłam do świątyni. Uklękłam przed białym kamieniem i spojrzałam w glinianą misę wypełnioną po brzegi wodą. Przez chwilę wir wodny nie zmąciła żadna wizja. Ta chwila, wydawała mi się całą wiecznością. Nagle woda znieruchomiała, a to, co zobaczyłam sprawiło, że z krzykiem przewróciłam misę, wylewając jej zawartość na ziemię. Jęknęłam, zasłaniając sobie oczy dłońmi. - Matko...! – jęknęłam, wznosząc rozpaczliwie drżące dłonie ku niebu – Złota Bogini Miłości i Mo-cy, przepędź cienie tej mrocznej ery, ogrzej chłód swym błogosławieństwem i poprowadź mnie po świetlistej drodze! Błagam nie opuszczaj mnie. Nie opuszczaj mnie, Matko! Jednakże Bogini pozostała głucha na moje wołanie. Nie mogłam w to uwierzyć. Nie chciałam! Skuli-łam się na podłodze Sanktuarium niczym małe dziecko. Schowałam twarz w ramionach, szlochając rozpaczliwie. - Mądra Starucho, miłościwa Matko i przepiękna Dziewico wysłuchajcie mnie. Nie odrzucajcie mnie od waszego łona! Błagam...! Nie w czasach największej próby...! – płakałam. Lecz coś wewnątrz mnie mówiło mi, że nikt mnie nie wysłucha. Ze snu wyrwało mnie przeciągłe wycie wilków. Uniosłam się na posłaniu wpatrując się w ciemność. Przez chwilę miałam wrażenie, że wilki są tuż obok mnie. Ich wycie wypełniało całą świą-tynię i dudniło mi w uszach. Wstałam wychodząc na zewnątrz. Zimny wiatr sprawił, że skuliłam się z zimna. Wilki? Przecież bały się zbliżać do osady. Czyżby głód przygnał je aż tutaj? Ale dlaczego? Księżyc w pełni oświetlał pogrążoną we śnie osadę. Srebrzyste światło padało na małe chatki, ka-mienne uliczki i place, na których zbierali się handlarze. Bezmyślnie skierowałam swoje kroki ku osadzie. Coś mówiło mi żebym nie czekała już ani chwili dłużej, że jest tam coś, co koniecznie muszę zobaczyć. Szłam pośpiesznie dygocząc z zimna. Kiedy w końcu dotarłam do pierwszych chatek w moje nozdrza wdarł się zapach krwi. Zatrzymałam się oniemiała z przerażenia, czując jak nagle moje stopy zanurzają się w czymś ciepłym. Stałam w wielkiej kałuży krwi. Z mojego gardła wydarł się przenikliwy krzyk. Podbiegłam do naprzeciwległej ściany, by znaleźć w niej oparcie, jednakże ścia-na... ta ściana też zlana była krwią! Cofnęłam się gwałtownie i w tym samym momencie potknęłam się o coś, co leżało na ziemi. Wcale nie musiałam się odwracać, by wiedzieć, że potknęłam się o trupa. Dopiero teraz w świetle księżyca ujrzałam ciała, mnóstwo ciał o rozłupanych czaszkach, wybałuszo-nych oczach, dłoniach zaciśniętych na ziemi i powykręcanych członkach. Przerażona ruszyłam bie-giem przez osadę, a moim krokom towarzyszyło złowieszcze wycie wilków. Musiałam znaleźć Straż-ników, tylko oni mogli mi pomóc. Mój oddech stał się świszczący i nierówny, a nogi uginały się pode mną odmawiając posłuszeństwa. W końcu dotarłam do wysokiego budynku o ośmiościennej kon-strukcji. Drzwi były wyważone. Powoli wdrapałam się na nie, by wejść do środka. Moim oczom uka-zał się makabryczny widok. Na jednej ze ścian wisiało pocięte i zakrwawione ciało Strażnika Ognia. Zawieszony był na dwóch gwoździach, które wbito w jego ramiona. - Błagam nie... – jęknęłam, szlochając bezradnie – Błagam nie... Próbowałam go ściągnąć, obudzić. Jednakże Strażnik Ognia nie żył. Nieoczekiwanie wycie wilków ustało. Zamarłam w bezruchu, wsłuchując się z bijącym sercem w ciche stąpanie wilczych łap. Powoli odwróciłam się w stronę wejścia. W moim kierunku zmierzał olbrzymi, srebrny wilk o jaśniejących ślepiach. Wpatrywał się we mnie złowrogo szczerząc kły. Nagle poderwał się do biegu i zdążyłam tylko zasłonić się ramionami, zanim jego ciężkie cielsko przygniotło mnie do ziemi. - Nie... – jęknęłam, próbując go od siebie odepchnąć – NIE! W tym samym momencie obudziłam się gwałtownie. Oddychając nierówno wpatrywałam się w sklepienie nad swoją głową. Drżące dłonie zaciskałam kurczowo na niedźwiedziej skórze. „To był sen... tylko sen – pomyślałam – To był tylko sen. Tylko sen...!” Cała jeszcze drżałam z nadmiaru emo-cji, kiedy coś niespodziewanie przysłoniło światło wpadające do środka przez otwarte drzwi. Powoli przeniosłam wzrok w tamtą stronę. W świetle zachodzącego słońca stał przede mną wysoki mężczy-zna ubrany w lekką zbroję. Miał kruczoczarne opadające na czoło włosy i ciemne oczy, które do złu-dzenia przypominały... przypominały moje oczy! Jego dłonie były duże i spracowane, a przy jego boku wisiał potężny miecz. Drugi trzymał w dłoni i jak tylko wstałam rzucił go w moim kierunku. W pierwszej chwili cofnęłam się, ale zanim broń zdążyła dotknąć ziemi pochwyciłam go ze zwinnością, która mnie samą zaskoczyła. Uśmiechnął się nieznacznie. Ten miecz był niczym stworzony dla mnie. Z bardzo długim ostrzem i skórzaną rękojeścią dla dwóch dłoni Popatrzyłam na niego niepewnie. Bez wątpienia, był tym, którego widziałam w moich wizjach. Nie bałam się go, choć cała jego postać zio-nęła grozą, a jego zbroja przesiąknięta była krwią. Ludzką krwią. Dlaczego nie uciekałam? Dlaczego nie krzyczałam? Stałam tylko i patrzyłam jak rzuca się na mnie, błyskawicznie wyciągając swój miecz zza pasa. Co on tylko robił? Przecież nigdy nie walczyłam! Nasze miecze skrzyżowały się w zabójczej walce. Ciało przejęło kontrolę nad umysłem. Byłam w nim, lecz nie kontrolowałam ręki, która z całej siły odpierała jego atak, a potem sama wymierzała płynne i zadziwiająco silne ciosy. Raz po raz krzy-żowały się nasze miecze i widziałam iskry lecące małymi kaskadami na podłogę. Co to wszystko mia-ło znaczyć? Jakim cudem jeszcze żyłam? Przecież ten mężczyzna był najwspanialszym wojownikiem w swej armii. Nie miał sobie równych! Tymczasem w jego oczach zapłonął dziki ogień nienawiści. Jego uderzenia stawały się coraz silniejsze. Nie wiem w jaki sposób udawało mi się ich uniknąć, albo choćby odeprzeć. I im więcej nad tym myślałam, tym bardziej mnie to przerażało. Zaczęłam się cofać, aż w końcu przyparł mnie do ściany wybijając mój miecz wysoko w powietrze. Usłyszałam tylko me-talowy dźwięk odbijającego się o kamień żelaza. Pełna panicznego strachu popatrzyłam w jego oczy. Przez chwilę zastygliśmy w bezruchu, gdy nagle wzniósł swój miecz nad głowę, by wcisnąć go z ca-łych sił w moje ciało. Zacisnęłam powieki, kuląc się niczym dziecko, a z mojego gardła wydarł się krzyk, którego sama nie poznawałam. - Qajin! Qajin, nie...!!! Nie poczułam żadnego uderzenia i kiedy po chwili otworzyłam oczy, widząc, że opuszcza miecz, osu-nęłam się na kolana szlochając bezradnie. Ukląkł przy mnie, dotykając…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil LILLITH
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…