ZAKLĘCI W CZASIE IV
ciag dalszy powieści jeszcze bardziej zakręcony niż dotychczas (tak może być bardziej :))
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Podeszła do ściany, na której odnalazła wzór. Przyłożyła do niego kryształ. Nagle ten rozjaśnił się tak jak w jej wizji. Przyjrzała mu się dokładnie. Pośród plątaniny różnych kresek nic nie można było rozpoznać. Radunia spojrzała w głąb wzoru. Ukazały się tam małe drzwiczki. „Ale jak je otworzyć?” spytała w myślach. „Naciśnij na dłoń” – usłyszała głos w swojej głowie. O mało nie krzyknęła z przerażenia. Przyjrzała się drzwiom. Obok nich znajdowała się wyryta w ścianie dłoń. Jej rozmiar był o wiele większy niż jej. Palce były niezmiernie długie. Przyłożyła tam rękę. Radunia lekko nacisnęła na rękę. Ściana otworzyła się bezgłośnie. Zrobiła mały krok przed siebie. Wstąpiła na schody. Kolejny krok. Drzwi za nią zatrzasnęły się. Wyostrzyła wzrok. Schody były wąskie, strome i kręte. Miała wrażenie, że zna to miejsce. Tak. To były schody z jej snu. Czyżby to była pułapka? Teraz nie miała już odwrotu. Musiała sprawdzić. Już nic nie miała do stracenia. Po tamtej stronie drzwi czekała ją wieczna otchłań. Powoli schodziła na dół. Schody nadal wydawały zapach zatęchłej krwi. Było jej niedobrze, a stopnie zdawały się nie mieć końca. - Idzie. - Ciii - Odsuń się - Kim jesteście? – Spytała Radunia słysząc szepty - Słyszysz nas? - Oczywiście – takie teatralne szepty nie trudno usłyszeć. - Zejdź niżej – tu jest miejsce. Radunia posłusznie wykonała jeszcze kilka kroków na dół i już była na jakimś podeście. Stamtąd odchodził jeden korytarz w bok, schody ostro skręcały i dalej prowadziły w dół. - Gdzie ja jestem i kim wy jesteście? - Jesteś w lochach, a my jesteśmy ich zakładnikami. - Po co was tu trzymają? - Tylko w ten sposób mogą wymusić na naszych światach posłuszeństwo. - Nie rozumiem. - Kocice to niezwykle inteligentne i rozumne stworzenia. Zawsze osiągną swój cel. Mają niezwykle dobrze zorganizowaną armię. Nikt nie potrafi im się przeciwstawić. - Ale... - Ale kim ty jesteś? Nie pasujesz do żadnego ze znanych nam światów. - A to akurat nic nowego. Nigdy nie pasowałam. - To ona, to ona... - Ciii... W sali podniósł się szept. - Skąd pochodzisz i jak się tu dostałaś? - Pochodzę z innego świata, a dostałam się przez drzwi, o tamte, na górze. - Nikt z nas nie dostał się tu drzwiami, każdy z nas został strącony... - Czy to jest?..- Spytała Radunia - Tak, to jest właśnie Otchłań. - Taaaa, to już mogłam poczekać do północy, a nie pchać się sama. Ale myślałam, że będę krążyć w zawieszeniu. Mówiły mi, że nikogo nie spotkam... - Byłoby tak, gdybyś została strącona, ale jest nas już tu tak wielu, że znaleźliśmy drogę do tych schodów i czekaliśmy... - Jak wielu? - Przez tysiące lat nazbierało się nas trochę... - Tysiące??? - Kocice to jedna z najstarszych ras. Jak głosiła legenda starsi byli tylko ci, którzy dali Kocicom życie. - Jaka to legenda? - Nie czas na opowiadanie bajek. Raduni oczy złowróżbnie zalśniły w ciemności. Jaka to legenda? Wokół niej zapanowała cisza. - Jesteś jedną z nich! - Nie jestem! Ani jedną z nich, ani jedną z was. Jestem obca w każdym świecie, nawet w swoim własnym. Znowu otoczyła ją cisza. Po chwili odezwał się głos. - Widzisz nas? - A co to przesłuchanie? Oczywiście, że was widzę. Ty, ty na przykład masz długą siwą brodę, dziwne długie szaty, jesteś szczupły i wysoki. Kiedyś byłeś wysokim, przystojnym mężczyzną, miałeś kruczoczarne włosy i byłeś zapewne jakimś znaczącym władcą, albo magiem, świadczy to godność, którą w sobie nosisz. Zmartwienia jednak, ból i cierpienie naznaczyło cię piętnem. - Jaki mam kolor oczu? - A co to ja wróżka jestem? Wprawdzie widzę w ciemności ale nie takie szczegóły, mam ci może powiedzieć jaki masz kolor szat? - Tak. - Kiedyś była to czerwień. - Skąd wiesz? - Zgaduję, jeśli tak to byłeś władcą. - Skąd to domniemanie? - Błękit oznaczałby maga. - Skąd wiesz, jakie kolory oznaczały w moim królestwie daną pozycję? - Jak świat światem zawsze to oznaczały i oznaczają. A więc król? - Tak. - Wybacz wasza wysokość. Jak domniemywam jestem wśród samych wysoko postawionych osób? - Tak. - Ale ty jesteś najważniejszy. - Dlaczego tak sądzisz? - Bo jako pierwszy zabierasz głos, chyba, że mówisz w imieniu najważniejszego. Chyba, że ty jesteś sługą, a prawdziwy władca jest w twoich szatach i stoi cichutko, o tam, przy ścianie. No a co z tą legendą? - Dawno, dawno temu – odezwał się ten wskazany przez Radunię – tak dawno, że nikt już nie wierzył, że w tej legendzie jest choć ziarenko prawdy, te ziemie zamieszkiwały potężne istoty. Wzrostem i mądrością przewyższały wszystkie inne stworzenia mieszkające na świecie. Mówili, że nie są stąd, że przybyli tu tylko na chwilę. Zbudowali wielkie miasto, a w miejscu, w którym jesteśmy była ich świątynia. To tutaj sprowadzali każdego z królów z każdego świata i uczyli ich jak korzystać z darów, które daje ziemia. Nauczyli nas jak zdobywać stal, tkać materiały, korzystać z ziół i wiedzy tajemnej. Ich ulubieńcami stały się Koty. Były bardzo sprytne i inteligentne. Najstarsi, jak ich nazywamy, w nagrodę za wierność Kotów dali im najlepsze swoje cechy. W ten sposób chcieli stworzyć rasę doskonałą na ziemi, której zadaniem byłoby przekazywanie światu tego wszystkiego, czego się od nich nauczyli. - Chwileczkę, czegoś tu nie rozumiem, jak mogli być Najstarsi, skoro to oni przybyli tutaj, gdy wy już byliście? - Słuszne pytanie. Tylko że każdą z ras Najstarsi udoskonalili, tak więc w tej postaci, w jakiej istniejemy, jesteśmy młodsi od nich. - A co z Kotami? - No właśnie. Przez wieki skrupulatnie wypełniali zalecenia Najstarszych. Pewnego roku, jak zwykle wszyscy władcy stawili się na kolejne nauki u Kotów. Te podstępnie sprowadziły nas do świątyni i zamknęły na wieczne czasy. Od tamtej pory podbijają nasze ziemie... - Co jeszcze mówi legenda? - Gdy Ludzie-Koty zamknęli wszystkich władców – odezwała się kobieta, która stała dotychczas na boku – Brat ówczesnego króla chciał ich uwolnić. Wówczas i jego chciano zrzucić do lochów, jednak udało mu się uciec. Przedostał się do naszego świata i opowiedział o tym co się stało. Obiecał, że znajdzie rozwiązanie, ale to trochę potrwa. Prosił nas abyśmy niczego nie robili na własną rękę. Nie posłuchaliśmy go. Niedługo armia Kotów wkroczyła w granicę naszego państwa. Zaczęli mordować wszystkich, których spotkali. Dotarli do pałacu. Dowiedzieli się, że ukrywaliśmy Mieczysława. Imię to nadano mu, bo wspaniale władał mieczami. Labiryntem podziemnych tuneli uciekł, a nas schwytano do niewoli i osadzono w Otchłani. Mieczysław jednak powiedział, że pomoc nadejdzie z zewnątrz, a ten, który przybędzie, nie będzie ani z tego, ani z żadnego innego świata. Może powtórzę ci te dziwne słowa: - A gdy wypełni się czas, Czas innego czasu złączy się w nas Przestrzeń zawiruje w splotach drzwi I spełnią się jego sny Będzie stąpał po schodach powoli, ospale I zabije od niego blask niebywały. Pokona mocą swą wielką złe moce I przychylne mu będą dnie i noce Nie będzie jego światem żaden świat Ale zapewni nowego świata świt.
- Ostatnie słowa Mieczysława, brzmiały – Jeśli was złapią szukajcie schodów. – Nie wiedzieliśmy co to oznacza póki, nie wtrącono nas do Otchłani. - Nie chcę wam robić zbyt dużych nadziei, ale dlaczego uważacie, ze to ja jestem tą wybraną? - Tylko obietnica Mieczysława trzymała nas w nadziei. Nie wiemy, czy to ty jesteś tą, która miała przyjść. - Nie wiem. Bo to mój brat znalazł te miecze, i to mój brat nosił to samo imię. A w przepowiedni jest mowa o nim, a nie o niej. - Widziałaś wzór? - Tak. Na górze na ścianie. - Zeszłaś ze schodów. - No i co z tego? Zamknięto mnie w tamtej celi. - My też byliśmy najpierw trzymani w celi. - Niekoniecznie w tej samej. Czy wszyscy trafili na schody? - Nie. W Otchłani ktoś jeszcze jest. Słyszeliśmy głos, ale nie mogliśmy już nic zrobić. - Idę po nich. - Nie możesz! Zginiesz! Ratuj nas i siebie! - Tacy jesteście?! Tylko wy jesteście ważni? - To chyba nikt znaczący, a nasze światy są zagrożone. Musimy jak najszybciej wydostać się stąd. - Czekaliście tyle czasu, to jeszcze chwilę możecie poczekać. Idę. - Nie rób tego, zginiesz. - Jakieś rady? - Nie poddawaj się iluzjom, nie wierz we wszystko co widzisz i bądź odważna. - Tylko tyle? - Bądź szczera sama przed sobą i ufaj w siebie. - Dobrze idę, a wy tu na mnie czekajcie. Gdybym jednak nie wróciła, ratujcie się sami. Dotarliście do schodów, to dalej też dacie sobie radę. - Nie idź tam! – rozkazał król z siwą brodą. - Wyjaśnijmy sobie jedno – nigdy nie byłam pod niczyimi rozkazami. Byłam i jestem wolnym człowiekiem i nikt nie ma prawa mi rozkazywać, nawet jeśli jest to władca jakiegoś tam świata, bo do żadnego z tych światów ja nie należę. Zrozumiano? I nie tym tonem kochani. Radunia wkroczyła na schody. Teraz schodziła już pewniej. Wiedziała, że prowadzą one do Otchłani. „Jak nie tędy, to owędy” pomyślała Radunia kwitując zastaną sytuację. „Po co ktoś zadawał sobie tyle trudu, by wykonać tak długie schody? Skoro Najstarsi byli dobrzy, to z pewnością nie budowaliby Otchłani. To miejsce musiało im służyć za coś innego...” „Miejsce święte”, „Otchłań” , „Tu tworzono nowe rasy” – przypominała sobie Radunia wciąż stąpając na dół… - No tak! – krzyknęła – to było ich tajne laboratorium. Proste jak drut. Otchłań. Phi też mi coś – wzruszyła ramionami. Dotarła na koniec schodów. Przed nią były drzwi. Zamiast klamki jednak był zawór. Odkręciła go, otworzyła drzwi i pewnym krokiem weszła do środka. Zaraz porwał ją silny prąd. Ostatkiem sił przytrzymała się drzwi i zatrzasnęła je za sobą. Ale zamiast spaść na jakieś podłoże dryfowała w powietrzu, unosząc się raz w górę, raz w dół. - Jeśli tu nie ma grawitacji, to muszę po prostu użyć ruchów ciała, by skierować się we właściwym kierunku. Mogę popływać i tak nie utonę. Radunia zaczęła rozglądać się. Wyostrzyła wzrok. Z ciemności zaczęły pojawiać się jakieś ogromne potwory. Radunia zadrżała. Ten, który był najbliżej miał paszczę gotową do ataku. Jedna łapa wyciągnięta do przodu, druga jakoś dziwnie zwichnięta z tyłu. Potwór nachylał się w niemym ataku. Spojrzała w bok. Tuż nad jej prawym ramieniem majaczyła jakaś wydłużona postać, jakby chciała ją opleść i udusić. Postać raptownie zbliżyła się do niej i... Niemal nie krzyknęła z przerażenia, ale gdy dotknęła tego czegoś okazało się, że jest to tylko kawałek jakieś konstrukcji. Złapała ją i zatrzymała się. Tak. Te całe potwory, to nic innego, jak kikuty jakichś przedmiotów, które w ciemności mogły doprowadzić do zawału serca nawet najodważniejszych. Radunia roześmiała się w głos. Przyjrzała im się bliżej. - Nie wierzę! To, to przecież wnętrze jakiegoś statku kosmicznego! Teraz rozumiem dlaczego tu nie ma grawitacji. Ale tutaj, pod ziemią? Nie. Albo to statek, albo atrapa i miejsce do ćwiczeń. W końcu tu robili swoje doświadczenia. Ale statek też mógł być wyposażony w laboratorium. W „statku” tym brakowało wiele przyrządów. - Być może stwierdzili, że tym już nie polecą, więc wymontowali co trzeba i zbudowali nowy statek, bądź też wezwali swoich braci... – Myślała na głos Radunia. - Ojojoj, ojej, aj! – usłyszała zawodzenia gdzieś z głębi ciemności. Zaczęła nasłuchiwać z której strony dochodzą jęki. - Zamknęli mnie tu, na zawsze, a tamci dranie zostawili na pastwę losu. „Możesz tu zostać i poczekać sobie do końca świata”. Dranie. A ja im tyle powiedziałem. - Hej! – krzyknęła Radunia. - Gdzie jesteś? - Czy ktoś mnie woła, czy to moja wyobraźnia? - Woła, woła. Gdzie u Licha jesteś? - Tutaj. - Tutaj, to znaczy gdzie? - No tutaj! - Opisz co jest wokół ciebie. - Ciemność, sama ciemność. I nic prócz ciemności nie widzę, jeśli łaska. - No to mi pomogłeś. Mów cały czas. To może cię znajdę. - Ale uważaj. Zanim do mnie dojdziesz musisz pokonać samą siebie. Jesteś kobietą, nie dasz rady. Przyślij tu jakiegoś mężczyznę. - O ile mi wiadomo wszyscy zwiali. - No nie, skazany na pomoc kobiety. - Nie podoba ci się, to mogę sobie iść. - Nie, nie odchodź, proszę. Pomóż mi. - Tak już lepiej.
W tym czasie Radunia coraz bardziej zbliżała się do głosu. W pewnym momencie zobaczyła jakąś istotę zwiniętą w kłębek. Wyciągnęła rękę i trafiła na szybę. - Szyba tutaj? - Nie wejdziesz. Musisz przejść próbę. - Jaką próbę? Radunia zaczęła rozglądać się wokół szyby. Istota siedziała jakby w wielkim kokonie ze szkła. - Tu gdzieś musi być jakiś przycisk... - Próbę na odwagę. - Odwagę? Raczej inteligencję. - O to bym cię nie podejrzewał. - O ile pamiętam o odwagę też nie. - Odwaga czasem mylona jest z głupotą. - W sumie masz rację, trzeba być niezwykle głupim, by z własnej woli tu przychodzić i ratować jakiegoś pyszałka. - Nie musiałaś. Władcy innych światów, by mnie uratowali. - Taak? - Tak. Obiecali mi, że wrócą, albo przyślą mi pomoc. - Nie liczyłabym na nich. Siedzą sobie na górze i czekają na cud. - Nie wierzę. - Nie musisz. Zobaczysz. Radunia zobaczyła jakiś niewielki przycisk wkomponowany pomiędzy powyginane u podstawy kokonu przedmioty. Nacisnęła go. Nagle coś zaświszczało, zapiszczało, drgnęło i...nic. - Uciekaj! - Ani mi się śni! – rzuciła przez zęby Radunia. - Rzeczywiście jesteś głupia. - Dziękuję, nawzajem. - Proszę. Radunia jeszcze raz obejrzała kokon. - To na pewno tutaj zmieniano DNA. - Słucham? - Słuchaj, słuchaj, może czegoś się nauczysz... O jest! Radunia niemal nie klasnęła w ręce. - Jest. Przygotuj się panie do ewakuacji! - Tak. Już jestem zwarty i gotowy. Radunia odsunęła jakieś kable i spod nich wyłonił się kolejny przycisk. Nacisnęła go. Szyba nagle zniknęła. - Jesteś wolny! - Nie wierzę! – powiedziała istota odfruwając do góry. - Ałaa! Ja latam! O nie!!! Koty zabrały mi ciało! Nie czuję ciała! Gdzie jest moje ciało! - W próżni - Co? Koty wypróżniły mi ciało? O ja nieszczęśliwy. O ja biedny! Co ja teraz zrobię? Nagle słychać było ogromny huk, ciszę i... - Ałaaaa! - Co ty tam u Licha robisz? - Ratunku!! Coś mnie trzyma i nie chce puścić! - Co? - Trzyma mnie jakaś ściana, przykleiłem się do ściany. No i po co mnie było ratować? Zginę teraz przyklejony do ściany i pozostaną tu moje szczątki na wieczność... A prawo mówi – nie wierz nigdy kobiecie... - A u nas mówią: Gdzie ci mężczyźni, prawdziwi tacy...– odparła Radunia. - Tak. To co? Mam cię tam zostawić, czy jednak mi zaufasz? - Zostaw mnie! Ciągle wzywasz Licho na pomoc. Mogłem się domyślić, że nie chcesz mi pomóc, tylko pośmiać się ze mnie. - Ja wzywam jakieś Licho na pomoc? - Tak już dwa razy. - A czym to Licho według ciebie jest? – spytała Radunia kierując się w jego stronę. - Nie wiem, być może ty jesteś tym Lichem. Tak sprawnie poruszasz się po Otchłani. - To ty mi wytłumacz, a ja się tu porozglądam. Radunia podpłynęła do istoty uwięzionej pod pułapem. - Zachowujesz się jak balon, wypełniony wodorem. Jak masz na imię? - Zdradzę ci swoje imię, a ty wykorzystasz jego magiczną moc. - Ja jestem Radunia. - Tak – imię przybrane każdy może podać. - Nie wiem o co ci chodzi, ale chciałabym się jakoś do ciebie zwracać. - Myślisz, że wystarczy poddać w wątpliwość istnienie wiedźm, bym uwierzył, że ich nie ma? - No dobrze, będę do ciebie mówić Niedowiarek – chcesz? - Mów jak chcesz, ja ci swojego imienia nie zdradzę, wiedźmo! - Wiedźma, to ta, która wie, dzięki za łaskę o panie, wolę jednak wróżkę – to te, które są przed trzydziestką. No to co z tym Lichem? – Radunia chciała zyskać jak najwięcej na czasie. Cały czas, gdy rozmawiała z Niedowiarkiem bacznie przyglądała się statkowi. - Skoro jest tu wyłączona grawitacja, to trzeba ją po prostu włączyć, tylko gdzie? Wróciła do kokonu. Przyjrzała się bliżej otoczeniu. Wokół było widać pozostałości poprzednich. Szyby były porozbijane. - A może to kokony wytwarzają takie pole? Nikt ich nie wyłączał tylko rozbijał szyby. Teraz rozumiem dlaczego potrzebny był do tego mężczyzna. Zaiste trzeba mieć nadludzką siłę, by to uczynić. Radunia podpłynęła do wąskiego przesmyku. Tam znajdowały się drzwi, a na nim stalowy pierścień, zamiast klamki. Odkręciła go. Nagle jakaś siła wciągnęła ją do środka. Siła była tak wielka, że Radunia krzyknęła. - Co wiedźmo? Żyjesz? – rozniósł się po statku głos spod pułapu. Odpowiedziała mu cisza. - Wróżko? Wróżko? – ja zaczynam opadać. Wróżko, żyjesz? Nie zostawiaj mnie tu! Radunia znalazła się w jakimś niewielkim pomieszczeniu. Urządzenia nie były zniszczone. Wszystko było tu w należytym porządku, jakby czekało na czyjeś przyjście. Pełno tu było probówek, naczyń, kozetki i mnóstwo kabli. - Dziwne, że czas nie pozostawił po sobie żadnego piętna. Wszystko wygląda tak, jakby ktoś opuścił to pomieszczenie przed chwilą, chyba że to Koty? Czemu on się tak drze? Chce nas zgubić? Po drugiej stronie zobaczyła kolejne drzwi z takim samym pierścieniem. Otworzyła je. Była to ogromna sala. Pośrodku stał stół, wokół siedzenia. Były tak wysokie, że zdawałoby się, że są to stołki barowe. Na stole coś było. Radunia podeszła i usiadła na jednym z krzeseł. Przed nią leżały jakieś zapiski, a w pulpicie stołu było mnóstwo przycisków. Z pierwszej sali wciąż dochodziły do niej wrzaski. Obejrzała się tam nerwowo. Wstała i długimi skokami, dotarła do tamtego pomieszczenia. Grawitacja była tu większa. - Ej, tam na górze, trzymaj się mocno za pośladki! - Gdzie ty się włóczysz, gdy ja jestem w kleszczach potwora?! - Miałeś mi opowiedzieć co to jest Licho. Radunia podeszła do rozbitych kokonów. W każdym z nich wyłączyła przycisk. Nagle rozległ się ogromny huk. Cisza i... - Ałaaaa! Zabiła mnie! Zabiła bez ostrzeżenia, ojojoj moje kości. Ojojoj... - Cicho bądź i wstawaj! - Zabiłaś mnie. Radunia podeszła do niego i wyciągnęła dłoń. - Złap się i wstawaj. Nie mamy czasu. - Odejdź wiedźmo! Radunia wzruszyła ramionami. – Dobrze. Odwróciła się i poszła do wielkiej sali. - Gdzie idziesz? Poczekaj. - Taki duży chłopiec, a tak się boi. Po co ty nosisz tę górę mięśni pod tym paskudnym długim owłosieniem? - Ty mnie widzisz? - Oczywiście. - Ty jesteś Kocicą! - Tak, oczywiście i robię niezwykły bałagan koleżankom, bo powiedziały, że mam krzywy ogonek. Przestań tyle gadać. Bądź cicho choć przez chwilę, to może uda nam się stąd wydostać. Porozmawiamy, gdy będziemy już gdzieś daleko stąd. - Masz ogonek? Weszli do Wielkiej Sali. Radunia zajęła miejsce tam, gdzie poprzednio. Wzięła do ręki zwój z jakiegoś dziwnego materiału i rozwinęła go. To były jakieś zapiski. Odwracała w różne strony, jednak nie potrafiła ich odczytać. Oparła się na łokciach, brodę zanurzyła w splecione dłonie i zapatrzyła się na znaki. Nagle coś rozbłysnęło, zamigotało i przed nimi ukazała się mapa. W tym czasie Radunia na chwilę zbaraniała i siedziała z otwartą buzią czas jakiś, nie ważne czy krótszy, czy dłuższy, nikt nie miał tu zegarka, więc trudno zgadnąć jak długo to trwało, w każdym razie na tyle długo, by jej towarzysz z wielkim wrzaskiem mógł spaść ze stołka, wtoczyć się pod stół, posiedzieć tak czas jakiś, pociągnąć Radunię za kostkę i konspiracyjnym szeptem powiedzieć - Kryć się!!! To pomogło. Szczęka Raduni wróciła na dawne miejsce, oczy straciły uroczy tępy wygląd i znów nabrały blasku. Mówiąc o oczach warto zwrócić uwagę, że od razu po policzkach popłynęły łzy. Radunia nie cierpiała nagłych zmian oświetlenia, czym dała wyraz swoim pełnym wyrazu i elokwencji stwierdzeniem: - Jasny gwint! Po czym schyliła się pod stół i oznajmiła niezwykle grzecznie, jak to Radunia: - Wyłaź stamtąd obrzydliwy tchórzu! Nie widzisz, że to mapa? - Nie jestem obrzydliwym tchórzem! - A niby jak mam się do ciebie zwracać? - Jawor. - No to już lepiej. Jawor usiadł obok Raduni, elegancko spojrzał jej przez ramię na pismo, a potem zapatrzył się na mapę, rozpościerającą się tuż przed ich oczami. Po chwili coś zgrzytnęło, zabłysło i mapa rozprysła się. Po kilku sekundach znów pojawiła się, ale w taki sposób, że Radunia i Jawor znaleźli się w jej centrum. Mieli wokół siebie trójwymiarową mapę. - A niech mnie! – krzyknęła pełna uznania Radunia. Znajdowali się w jakieś pięknej sali, z której przez szerokie i wysokie okna rozchodził się wspaniały widok na kwitnącą krainę. Nad łąkami upstrzone dziwnymi ale i pięknymi kwiatami latały wielobarwne stworzenia, tak delikatne, że miało się wrażenie, że zaledwie dotyk jest w stanie je zniszczyć. Ich ogony rozdzielające się na końcach połyskiwały złotem i srebrem, roztaczając wokół siebie słoneczny pył. W dali majaczył las, nad którym latały jeszcze inne stwory. - Grobozy – wyszeptał Jawor - Słucham? - Tam nad lasem – to grobozy – najlepsi zwiadowcy pod słońcem. Mają wspaniały wzrok i pamięć. Przed nimi nie umknie nikt. Jawor podświadomie skurczył się i zbladł. - Nie bój się, to tylko mapa. A te stworzenia nad łąką? - Nigdy ich nie widziałem. Ale najstarsi opowiadali legendę o pięknych rajtazach, które mieszkały na kwitnących łąkach. Wszelkie stworzenia mogły zwracać się do nich o pomoc, pod warunkiem, że ich serca były czyste. - Co się z nimi stało? - Legenda mówi, że gdy zabrakło kwiecistych łąk, odeszły w nieznane. - Boże! Jak tu pięknie! - Obawiam się, że to mapa z okresu Najstarszych. Nie ma już takich krain. Jawor spojrzał na pulpit stołu. Wśród wielu przycisków i znaków zobaczył coś na kształt bramy. Nacisnął go. Nagle znowu coś zabłysło, zawirowało i znikł poprzedni obraz. Na jego miejscu pojawił się labirynt. Byli na jakieś ogromnej równinie, przez którą wiodły dziwnie poskręcane ścieżki. Na końcu każdej z nich stała brama. Jawor zapatrzył się na jedną z nich. Dotknął nią palcem. Nagle obraz zmienił się. Nie było już labiryntu tylko... - To Lachia! – krzyknął – moja Lachia... - Przed nimi roztaczał się krajobraz kwitnących łąk, na których porozrzucane były głazy. Wyglądało tak, jakby jakiś ogromny stwór rzucił w nieładzie kamienie, które powbijały się na łąki. Spośród nich wyłaniały się przepiękne budowle, a wokół kręciły się istoty takie jak Jawor. Wszyscy mieli czarne włosy, błękitne oczy i wszyscy byli niezmiernie wysocy. W dali majaczyła jakaś budowla. Jawor dotknął ją ręką, jakby w geście pieszczoty. Obraz znowu się zmienił, tym razem znaleźli się w grodzie. Przed nimi stała budowla tak stara i tak przemyślnie skonstruowana, że miało się wrażenie, iż kamienne wieże wyrastają prosto z ziemi. Wokół chodziły zwierzęta na dwóch nogach, niczym przerośnięte kangury ze skrzydłami. Wszystkie były osiodłane, gotowe do drogi. Wyczuwało się pokój i harmonię. Radunia zobaczyła na pulpicie przycisk z wizerunkiem miecza. Nacisnęła go. Obraz znowu się zmienił. Zobaczyli przed sobą wielkie laboratoria, w których Najstarsi prowadzili badania, widzieli ogromne sztolnie i fabryki. Nagle pojawił się obraz Najstarszego, ubranego w białe szaty. Stał tyłem. Powoli odwrócił się w stronę Raduni i Jawora. Jego twarz zakrywał kaptur. Na rękach trzymał dwa miecze. Błyszczały niesamowitym błękitnym blaskiem. Wyciągnął ręce w geście darowania ich komuś. Nagle pojawiła się inna postać w czarnej opończy. Przyklęknęła i wzięła dwa miecze z rąk Najstarszego. Ten wykonał nad głową klęczącego gest błogosławieństwa i wyciągnął rękę, jakby nakazując odejście. Nagle wszystko się zatrzęsło, zagrzmiało, obraz zaczął się psuć, aż wreszcie znikł. Wszystko wokół się trzęsło, metalowe części spadały tuż obok. Zerwali się na równe nogi. - Musimy uciekać! – krzyknął Jawor - Ale dokąd? - Na schody! - Skierowali się w tamtą stronę. Katastrofa zbliżała się coraz bardziej. Konstrukcja załamywała się. Podłoga pod nimi pękała, przedmioty spadały z takim hukiem i tak nieoczekiwanie, że ani Radunia ani Jawor nie mieli wątpliwości, że kres tego miejsca właśnie następuje. I gdy byli już blisko schodów wielka rura przygniotła Jawora. - Uciekaj! – krzyknął – uciekaj. Moje życie i tak nie ma sensu. - Nie zostawię cię tutaj! - Wynoś się rozumiesz! Wynoś! Bo zginiesz! – krzyczał starając się przekrzyczeć straszny huk. – Uciekaj, bo inaczej zginiemy oboje!
Radunia starała się podnieść rurę z nóg Jawora, jednak ta była zbyt ciężka. Nagle zaświtała jej jedna myśl. Ćwiczyła to, gdy była mała. Później tylko czasami wykorzystywała, tak by nikt nie widział. Stanęła obok Jawora. Zamknęła oczy i starała się skupić tylko na jednym. Nie słyszała już huku, ani krzyków Jawora. Wyciągnęła przed siebie dłonie. Skupiła się tylko na jednym. Podnieść rurę za pomocą siły woli. Nic już innego dla niej nie istniało tylko to – podnieść rurę. Poczuła jej ciężar, gdy ta oderwała się od ziemi. Powoli, bardzo powoli podnosiła ją. Ręce jej drżały z wysiłku, ale o tym starała się nie myśleć. Nagle ciężar zelżał. Wiedziała, że wygrała. Najtrudniejszy etap miała za sobą. Wiedziała, że teraz może robić z rurą co zechce. Przeniosła ją w inną część i rzuciła daleko. Jawor był wolny. Otworzyła oczy. Jawor leżał nadal, uwolniony od ciężaru. Podeszła do niego i wzięła pod ręce. - Postaraj się wstać. - Później mi opowiesz co to było. - Opowiem. - Ała. – Jęknął Jawor, przy próbie wstania. - Później pomarudzisz, teraz musimy uciekać. Skierowali się na schody. Tam czekała ich jeszcze jedna niespodzianka. Na schodach leżał stos połamanego żelastwa. - No to do dzieła! – Powiedziała Radunia. - Zamierzasz znowu?... - Musimy przez to przejść. Nie ma czasu na zabawę. Gdy już prawie przeszli noga Raduni zakleszczyła się w kawałkach poskręcanej stali. Każda próba wyszarpnięcia stopy dawała całkiem odwrotny rezultat. - Uciekaj – powiedziała do Jawora. Nic nie da się zrobić. - Zwariowałaś?! – krzyknął - Uciekaj – nie dasz rady, twoje nogi... Jawor jednak nie dał za wygraną. Przeczołgał się w stronę Raduni. Teraz już nie czuł bólu. Zawładnęła nim jedna myśl. Uwolnić ją. Nie pozwolić jej umrzeć. Już raz pozwolił komuś umrzeć. Teraz nie. Przeczołgał się na stos żelastwa. Wszystko się trzęsło i zakleszczało stopę Raduni. Chwycił mocno dwa kawałki stali, w których uwięziona była stopa dziewczyny. Zaczął je odginać z całych sił. - Ciągnij! – krzyknął, a pot ściekał mu z wysiłku po czole. - Już – krzyknęła Radunia uwolniona. Wet za wet – powiedziała. - Teraz musimy trzymać się razem, bo nie wyjdziemy stąd żywi – odparł Jawor przejmując inicjatywę. Wdrapali się po schodach na szczyt. Przed nimi stały drzwi. Jawor chwycił za pierścień i zaczął go przekręcać w lewą stronę. Po chwili pierścień się poluzował. Otworzyli drzwi i wdrapali się poza nie. Przed sobą mieli jeszcze cały szereg wysokich stopni w górę. Tutaj też nie byli bezpieczni. Wszystko przecież było połączone ze sobą. Ale pomoc przyszła z góry. Czekający na nich zeszli po schodach. Chwycili ich bez słowa i podciągnęli w górę. Co jakiś czas ze schodów prowadził jakiś boczny tunel w głąb skały. - Zaczekajcie – krzyknęła Radunia. - Jawor! Labirynt! - Masz rację – to nie były ścieżki – to był plan. Każdy z tych tuneli prowadzi do innego świata. - Musimy odtworzyć w myślach plan. Radunia chwyciła Jawora za ręce, zamknęli oczy. Jawor czuł jak strumień energii przepływa przez jego ręce. - Nie ma czasu na zabawy. Wszystko się trzęsie, a oni sobie siedzą i trzymają za rączki! – krzyknął władca w czerwonym płaszczu. Radunia otworzyła oczy i spojrzała na niego. Jej wzrok był zimny i przeszywający. Król mimo swego majestatu skurczył się pod tym spojrzeniem. - Jeśli nie chcesz bym wysłała cię do wszystkich diabłów, to milcz przez chwilę i daj nam się skupić. - Jak śmiesz!... – starał się zapanować nad sytuacją władca. Radunia jednak spojrzała na niego. To pomogło. Wszyscy umilkli. Ponownie zamknęli oczy. Chwycili się za ręce. Przed nimi ukazała się mapa. Teraz dokładniej obejrzeli labirynt. Tak. Mieli rację. Kręta ścieżka, jak im się wydawało na początku, to były schody. Od niej prowadziły zawiłe korytarze. Teraz ujrzeli świetliste nazwy. Starali się je zapamiętać. Między Jaworem a Radunią utworzyła się dziwna więź, nie mówili do siebie żadnego słowa, znali swoje myśli. - Już czas – krzyknęła kobieta. Otworzyli oczy. Rzeczywiście, wszystko drżało, w każdej chwili groziło zawaleniem. - Bortel – powiedziała Radunia. - To mój świat – podszedł niewielki stworek o bardzo sympatycznym spojrzeniu. Jego ogromne oczy w okrągłej twarzy sprawiały wrażenie, że nic poza nimi nie ma. Spiczaste owłosione uszy i karłowata postać dopełniały całości. - Pierwsza ścieżka po lewej stronie na drugim poziomie. To tu. Wskazała dłonią. - Jawor – zwróciła się do swojego towarzysza. Wiesz gdzie jest twoja ścieżka. Idź. - Nie Radunia. Zostanę do końca. - Możesz nie zdążyć. - Trudno. I tak nie mam po co wracać. - Moglibyście – wtrącił się władca w czerwieni – pospieszyć się trochę? - Moglibyśmy – odparł Jawor. Zarda! - To ja – odparła kobieca postać, niesamowicie wydłużona i tak eteryczna, że czasami znikała z pola widzenia. Jej błękitne szaty, podkreślały fantastyczną figurę, a długie blond włosy wciąż falowały wokół niej. - Ty pójdziesz prawą ścieżką na trzecim poziomie. - Żegnajcie – powiedziała i ruszyła przed siebie. - Forgel - Przed Radunię i Jawora wysunął się mały chłopiec. – To ja – rzekł cicho. - Ty pójdziesz prawą ścieżką, odchodzącą z tego poziomu. Ale pamiętaj. Na rozdrożu skręć w lewo. - Dziękuję i żegnajcie. - Zator - Ze ściany spełzła dziwna postać, bez nóg, za to poruszająca się szybkim i zwinnym wężowym ruchem. - Ssssłużę. - Ty idź wraz z chłopcem, na rozdrożu skręcisz w prawo. - Dziękuję. Ziemia mocniej zadrżała. Zatrzęsła się i nagle coś huknęło tuż pod nimi. Radunia spojrzała na Jawora. - Pospieszcie się w końcu, ile mam czekać?! – krzyknął zniecierpliwiony władca w czerwieni. - Właśnie zawaliło się przejście Jawora – powiedziała Radunia. - No i co z tego? Mógł iść. Nikt mu nie kazał zostawać. - Twoja wdzięczność mnie zadziwia – odparła Radunia. - Korda – powiedział Jawor - No w końcu! Gdzie mam iść? - Czwarty poziom - Która odnoga? - Jest tylko jedna Władca ruszył do przodu nie siląc się na podziękowania. Za nim podążył jego mag. Po chwili władca odwrócił się. - Jak tylko wrócę do siebie nakażę swoim poddanym, by rozliczyli was za waszą gburowatość i brak szacunku! Radunia z Jaworem wymienili spojrzenia. - Czy to już wszyscy? – spytała Radunia - Jeszcze ja – odezwał się głos - Gdzie jesteś? - Tutaj – przysunął się do nich cień. - Kraina Cienia? - Tak. - Piąty poziom, tunel na lewo – odparł Jawor. - A gdzie jest twój tunel? – spytała Jawor. - Obawiam się, że nie ma. - Mój został zasypany, twojego nie ma, widocznie nasze przeznaczenie prowadziło nas gdzie indziej. Zostało jeszcze jedno przejście. Na piątym poziomie. - Tak. - Idziemy więc. W tym momencie nastąpił kolejny wstrząs. Był o wiele silniejszy od poprzednich. Wszystko zadrżało. Kamienne bloki zaczęły się osuwać. Radunia z Jaworem zaczęli wspinaczkę po schodach. Poranione nogi nie dawały im możliwości szybkiego poruszania się. Nagle część schodów pod nimi osunęła się i runęła w przepaść. Wstrząs spowodował, że Radunia straciła równowagę i zaczęła spadać. Jawor chwycił ją w ostatniej chwili. - Chwyć się mnie mocno i staraj się podciągnąć. Radunia jedną ręką trzymana przez Jawora wisiała nad przepaścią. Drugą ręką chwyciła się skraju schodów i podciągnęła. Gdy już prawie udało jej się wydostać, nastąpił kolejny wstrząs. Jawor chwycił Radunię za koszulkę i wciągnął na schody. Zaczęli wspinać się coraz wyżej. Wszystko pod nimi zamieniało się w nicość. Na piątym poziomie skręcili w tunel. Był on na tyle niski, że musieli wejść do niego na czworaka. Za nimi rozpętało się prawdziwe piekło. Nastąpił kolejny wstrząs i huk. Wejście do tunelu w części zostało zasypane. Przeszli jeszcze kawałek w ten sposób. Nagle znaleźli się w jakimś większym pomieszczeniu. W końcu mogli wyprostować się. - Gdzie jesteśmy? – spytał Jawor - W jakieś sali, stąd odchodzą trzy wyjścia. - Co robimy? - Nie wiem, pamiętasz to miejsce z mapy? - Na mapie było zaznaczone czerwoną linią. Nagle z jednego z tuneli bezszelestnie wypłynęła jakaś postać. Była bardzo wysoka, kształtem przypominała człowieka. Uderzały niezwykle duże oczy. - Walcz – usłyszała raczej w swojej głowie Radunia. Spojrzała na Jawora. On też słyszał ten głos. - Nie – powiedzieli chórem. - Nie będę z tobą walczyć. Nic złego mi nie zrobiłaś. - Nie będę walczył. To wbrew moim zasadom. - Walcz! W powietrzu zawisły dwa srebrzyste miecze i powoli zbliżały się do nich. Bił od nich jakiś wewnętrzny blask. Wisiały przed Radunią i Jaworem na wyciągnięcie ręki, ale żadne z nich nie sięgnęło po miecz. - Walcz!!! – to już był krzyk, ale postać nie uczyniła najmniejszego ruchu. - Dlaczego? Postać postąpiła krok do przodu. Radunia i Jawor nadal nie uczynili żadnego ruchu. - Może ja to załatwię? – powiedziała Radunia - Jak? – spytał cicho Jawor - No po kobiecemu, popatrzę w bok, a potem dołożę mu między nogi... - No co ty! – syknął przez zęby Jawor. - To może szybko przebiegniemy obok niego? - Radunia – nie ucieka się przed przeciwnościami! - Ale akurat ta przeciwność jest dwa, nie, trzy razy większa ode mnie... – skrzywiła się Radunia. – O mam! Niemal krzyknęła – powiem, że właśnie wracam od umierającej mamy ze…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Radunia
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…