Wróć do katalogu

Zamki na piasku, część 2

Barril dorasta, a jego relacja z Lucjanem stopniowo się zmienia aż do... zresztą, przeczytajcie sami. Publikacja zdecydowanie nie polecana homofobom.

Vaneliaopublikowano 14 marca 20161 godz. 12 min czytaniajeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

cd.

Lucjan zbudził się sam w swym wielkim łożu, przykryty jedwabnym prześcieradłem. Słońce wisiało jeszcze nisko nad linią horyzontu, dopiero rozpoczynając pielgrzymkę. Powietrze było chłodne i rześkie, jak to zwykle bywa o poranku. Ptaki w ogrodzie wiły gniazda w koronach majestatycznych drzew, wyśpiewując przy tym głośno. Służba krzątała się po domu, przygotowując się do długiego dnia ciężkiej pracy. Czy ta niezwykła noc była tylko długim snem Lucjana, czy może wszystko zdarzyło się naprawdę? Obawiając się, że nigdy nie pozna odpowiedzi, mężczyzna zwlókł się leniwie z łoża, przewiązał biodra pasem białego płótna i wciągnął przez głowę czystą tunikę. Gdyby biegał w nocy po dworze w strugach ulewnego deszczu, szata powinna być przybrudzona i poznaczona zaciekami wody. A nie była. Włożył jeszcze rzeźbiony pięknymi ornamentami pas ze szczerego srebra i przeczesał gęste, lśniące włosy grzebieniem z kości słoniowej. Upił kilka łyków kompotu z fig i stanął w otwartych drzwiach ogrodowych, w blasku podnoszącego się prędko słońca, unosząc ramiona i wyciągając się rozkosznie. W głębi ogrodu, na środku spłachetka czystego, drobnego piasku, klęczał Barril, lepiąc pracowicie kolejny zamek, nie widząc świata poza swoim zajęciem. Sprawy toczyły się zwykłą koleją, jakby nic się nie wydarzyło. To dziwne, pomyślał Lucjan, jak łatwo przyjmuje się takie rzeczy za dobrą monetę. Nie mamy nic przeciwko temu, by życie toczyło się spokojnie i leniwie jak wody rzeki Cheronei, by płynęły jeden po drugim zwyczajne, podobne do siebie nawzajem dni. Aby to, co kochamy, trwało niezmienione do końca świata wbrew wszelkiej logice. Nawet wtedy, gdy koniec świata już właściwie nastąpił, a my przekroczyliśmy granicę i właśnie żyjemy na drugim brzegu Wielkiej Rzeki. Przeszedł przez próg i wkroczył do ogrodu. Siadł na zrobionej przez Tyfona huśtawce i rozkołysał ją nieznacznie, ciesząc się miłą i wciąż jeszcze delikatną pieszczotą słońca na twarzy. Przymknął oczy, śledząc złociste refleksy światła pod powiekami. Trwał tak w zamyśleniu przez kilka chwil. Drgnął, poczuwszy dotyk delikatnej dłoni na kolanie. Otworzył oczy i ujrzał klęczącego u jego stóp Barrila. Chłopiec trzymał w wyciągniętej ręce obraną i rozdartą na pojedyncze cząstki pomarańczę. Jego ciemna dłoń była wilgotna od soku. Podawał swemu panu owoc z nieśmiałym i zachęcającym uśmiechem, lecz w głęboko osadzonych, czarnych oczach czaiła się ta niepokojąca, przenikliwa inteligencja. Lucjan brał kolejno cząstki pomarańczy, nie spuszczając wzroku z twarzy Barrila. Wziąwszy ostatnią przytrzymał oburącz jego dłoń, pochylił się i zaczął wylizywać resztki soku z bruzd, wciąż patrząc bez mrugnięcia w te wielkie, piękne, zupełnie zwyczajne oczy. Robił to starannie i długo, aż Barril zmieszał się i spróbował cofnąć rękę. Zawsze czuł się nieswojo i zachowywał niezręcznie, gdy zainteresowanie Lucjana zanadto się przedłużało. Wreszcie Tuliusz Poncyliusz uwolnił jego dłoń i odezwał się żartobliwym tonem: – Nic się nie zmieniłeś od wczoraj, ty szelmo. Wiesz, jak łatwo możesz mnie rozbroić. Pewnie nigdy nie powiesz, czy to wszystko śniło mi się, czy zdarzyło naprawdę? Co, Barrilu? Nie powiesz mi? Chłopak pokręcił energicznie głową, uśmiechając się przy tym szerzej. – Dobrze, nie mów, jeśli nie chcesz. To bez znaczenia. Pewnie nie ma nikogo poza tobą, kto dokładnie zapamiętałby tę noc. Prawda, Barrilu? A ty niczego nam nie powiesz? Chłopiec tym razem dla odmiany pokiwał głową na znak potwierdzenia. – To dobrze – westchnął Lucjan, odchylając się do tyłu. – Nie chcę pamiętać. „Nie, nie wolno ci zapomnieć o swojej obietnicy, panie.” – Nie złamię przysięgi, którą ci złożyłem, Barrilu. Czuję... czuję się wspaniale. Jakby zło naprawdę odeszło na dobre. Odetchnął jeszcze głębiej, pełną piersią. Badał przez chwilę własną duszę, lecz nie znalazł najmniejszego śladu dręczącej go do dnia wczorajszego przypadłości. Był spokojny i odprężony, nastawiony przyjaźnie do wszystkich ludzi. Umiał uzewnętrzniać swoje uczucia, mówiąc o nich i okazując je, a nie zmieniając ich w dokładne tych uczuć przeciwieństwo. Dzień był cudownie piękny, a zło nareszcie odeszło i nie miało powrócić. – Musisz mi również coś obiecać, Barrilu – odezwał się znów głosem, w którym czaił się delikatny, dawno już pogrzebany smutek. Co takiego? Barril nie włożył tych słów w jego głowę, lecz cały był pytaniem i oczekiwaniem. – Wszyscy mnie opuszczają. Lukrecja Marcella, moja żona, odeszła wiele lat temu, nie zapytawszy, czy dam sobie bez niej radę. Moje dzieci dorosły i również mnie opuściły. Musisz mi teraz obiecać, że ty nigdy nie odejdziesz. Że będziesz przy mnie zawsze. „Zawsze będę przy tobie, mój panie.” – Wierzę ci – położył na chwilę rękę na głowie chłopca. Potem wstał i wrócił do domu. Przyszedł mu nagle do głowy jeszcze jeden sposób na upewnienie się, że wydarzenia nocy nie były snem. Przeszedł pomiędzy smukłymi, białymi kolumnami i spojrzał na postument, na którym jeszcze wczoraj stała lorkeńska waza. Już jej tam nie było, może zresztą nigdy nie istniała. Nie było także skorup na podłodze, nawet najmniejszego okruszka, jakby ktoś zdążył je zmieść. Tara uwijała się wokół stołu, przygotowując śniadanie. Spoglądała w drzwi raz za razem, szukając wzrokiem Barrila. Lucjan podszedł do niej i odezwał się: – Mówiłem ci o czymś czy nie, Taro? Nie jesteś przecież głupią dziewczyną. – Wybacz, mój panie. – Nie wybaczam – odparł rubasznie, po ojcowsku czochrając jej ciemne, długie włosy. – Jesteś nie tylko mądra, ale i dobra, dlatego chcę dla ciebie tylko tego, co najlepsze. Zrozum, Taro, on nie jest dla ciebie. Za wysoko sięgasz. Barril byłby wystarczająco pożądaną partią dla każdej dziewczyny w cesarstwie. Panny z najbogatszych domów będą leżały przed nim plackiem, błagając o jedno spojrzenie. Mógłby uwieść i poślubić córkę samego imperatora. Gdyby to zależało ode mnie, tak by się właśnie stało. – Wiem, panie – szepnęła cicho, z niewypowiedzianym żalem. – Skoro wiesz, jak możesz przypuszczać, że Barril zainteresuje się córką niewolnicy? – Panie – wyprostowała się dumnie, a w jej ciemnych oczach błysnęły łzy – nic nie poradzę na moje nędzne urodzenie. Ale mam ciało równie smukłe i gładkie jak ciała córek patrycjuszy. Potrafię też kochać... – Tara – przygarnął ją na chwilę do siebie w geście pocieszenia – podbijesz niejedno męskie serce. Ale nie możesz mieć Barrila. Poczuł krótki przebłysk dawnej złości na myśl, że to małżeństwo z wysoko urodzoną dziewczyną rzeczywiście będzie musiał wkrótce zaaranżować. Przecież Barril był jego własnością. Nikt poza nim nie powinien go mieć.

* * *

Stół w komnacie Lucjana zastawiony był tego popołudnia suto. Znalazła się na nim wieprzowa szynka, pasztet z zająca, kilka gatunków chleba, sery i najzdrowsze owoce z plantacji Tuliusza Poncyliusza. Masumi podała wyjątkowo dobre wino, pochodzące jeszcze z zapasów z pamiętnego roku trzysta piętnastego, porządnie schłodzone, a niewolnicy wnieśli dodatkową szeroką sofę, zaściełaną miękkim aksamitem. Właściciel majątku podejmował obiadem dostojnego przyjaciela i wspólnika w interesach, senatora Kapriusza Tarkwiniusza Sejana, oraz jego równie ważną małżonkę, Darię Antonię. Oboje spoczywali w niedbałych pozach na sofie, sącząc małymi łykami trunek i ciesząc się jego głębokim aromatem. Mężczyźni omówili już sprawy handlowe i teraz cała trójka delektowała się najnowszymi towarzyskimi ploteczkami. Zresztą, Daria Antonia nie była osobą, przy której nie wypada rozmawiać o interesach. Jej mąż liczył się z opinią bystrej i wykształconej kobiety i zabierał ją za sobą na prawie wszystkie nieformalne spotkania. Jej pozycja w domu Tarkwiniusza Sejana była zdecydowanie wyższa niż rola ozdoby domostwa. Poza tym, trudno byłoby nazwać Darię Antonię ozdobą jakiegokolwiek domostwa. Oboje przekroczyli już wiek średni, lecz nie godzili się z postępującą starością. Im bardziej bezlitośnie czas odciskał na nich swe piętno, tym goręcej dbali o własną urodę, zamawiając u znanych krawców modne szaty, układając wymyślne fryzury i kropiąc się pachnidłami. Mimo tych wszystkich zabiegów żadne z nich nie odznaczało się pociągającą powierzchownością. Wręcz przeciwnie, o brzydocie i miłości własnej Tarkwiniusza Sejana i jego małżonki krążyły w stolicy zabawne opowieści. Nie przeszkadzały im one w urządzaniu pijackich orgii, na których wszyscy używali do woli ze wszystkimi, bez względu na płeć i wiek. O tych wszystkich sprawach Lucjan nie zająknął się ani słowem, spędzając czas w towarzystwie Tarkwiniusza i Antonii. Rozmawiali o pieniądzach i polityce. Z uśmiechem przeprosił na chwilę swoich gości, udając się za potrzebą. Senator i jego połowica zamilkli, przyglądając się ornamentom na powierzchniach srebrnych naczyń i czekając cierpliwie na powrót pana domu. Nagle Antonia z przejęciem chwyciła swego męża za rękę. – Patrz – powiedziała cicho. – Tam, w ogrodzie. Senator wychylił się na sofie tak, by móc lepiej podążyć za wzrokiem żony. Na zewnątrz, w pełnym blasku dnia, bawił się pomiędzy krzewami niezwykłej urody chłopiec, odziany tylko w przepaskę biodrową. – Nie wiedziałam, że Tuliusz ma jeszcze jednego syna – dodała kobieta. – Bo nie ma – odparł Tarkwiniusz. – To niewolnik. Chciałbym obejrzeć go z bliska. Daria Antonia skinęła głową. Oboje chętnie zażywali rozkoszy zarówno z młodymi chłopcami, jak i dziewczętami, a takie pojęcia jak wierność małżeńska i zazdrość dawno już poszły w ich domu w zapomnienie. Wyjątkowo urodziwy niewolnik był dla obojga towarem pilnie i gorąco poszukiwanym. – Hej, chłopcze! – zakrzyknął wysokim, cienkim głosem mężczyzna. – Niewolniku! Przyjdź tu natychmiast! Przywoływany pojawił się dopiero po kilku minutach, ze śladami ocierania zabrudzonych wodą i piaskiem rąk o trawę. Ta zwłoka nie spodobała się Tarkwiniuszowi. – Stań prosto, żebym mógł cię obejrzeć! – polecił senator. Barril wyprężył się jak struna, spoglądając na obcych z nieufnością i lękiem. Daria Antonia aż westchnęła z wielkiego zachwytu. Stojący przed nią chłopiec był najurodziwszym niewolnikiem, jakiego kiedykolwiek zdarzyło jej się oglądać, a jego dumnie wyprostowane plecy i uniesiona głowa świadczyły, że jest w tym domu dobrze traktowany. Dziwiłaby się zresztą bardzo, gdyby było inaczej. Chłopiec był wart co najmniej pięć tysięcy sestercji. – Co o tym sądzisz? – spytała cicho męża. – Szczwany lis z tego Tuliusza Poncyliusza – odszepnął. – Gdybym miał takiego niewolnika, też bym się nim nie chwalił. – Chłopcze – odezwał się znów – rozwiąż przepaskę, żebym mógł obejrzeć cię w pełnej krasie. Barril uniósł dłonie, przycisnął je do bioder i zamarł w bezruchu, obserwując uważnie tamtych dwoje, zawieszony pomiędzy pragnieniem ucieczki a przymusem posłuszeństwa ludziom przywykłym do wydawania rozkazów. – No dalej, niewolniku! – popędził go Tarkwiniusz. – Nad czym się zastanawiasz? Chcę zobaczyć w całej okazałości to, co tak wstydliwie skrywasz! Dłonie chłopca przesunęły się powoli w górę. Barril wahał się jeszcze, lecz jego wola nie stawiała już oporu temu przynaglającemu, piskliwemu głosikowi. Zaczął rozwiązywać przepaskę, lecz krótka spódniczka nie zdążyła osunąć się na posadzkę. Zastygł jak posąg, usłyszawszy ostry głos Lucjana: – Barril! Nie! Tuliusz Poncyliusz przemierzył dzielącą go od chłopca przestrzeń kilkoma długimi krokami i potrząsnął go mocno za ramiona, sprawiając ból. – Ty głupcze! – syknął. – Wyjdź stąd! Odwrócił się gwałtownie do gości, blady z gniewu. – Wynoście się z mojego domu! Oboje! Tarkwiniusz Sejan wytrzeźwiał natychmiast, stanął nieco chwiejnie na krzywych nogach i odparł bełkotliwym głosem: – Pożałujesz gorzko obrazy, jaką mi dziś czynisz, Tuliuszu Poncyliuszu! – To ty pożałujesz, Tarkwiniuszu Sejanie, że wyciągnąłeś rękę po to, co nie jest twoje! – Ale może być moje! Sprzedaj mi tego chłopca, przyjacielu. Zapłacę ci za niego każdą sumę, jaką wymienisz, naturalnie w granicach rozsądku. Na twoim miejscu nie zastanawiałbym się długo. Masz właśnie okazję ubić najlepszy interes w twoim życiu. – On nie jest na sprzedaż! – Ach, jesteś do niego szczególnie przywiązany! No, nie dziwię ci się. W takim razie zapłacę podwójnie. A jeśli będziesz chciał, pozwolę ci wybrać dla siebie dwóch innych młodzieńców z mojej czeredki, którzy zdążyli mi się już opatrzyć! – zaśmiał się szpetnie. – Powtarzam, wynoście się! Daria Antonia wstała, drżąc ze złości. – Nie wiesz, z kim zadzierasz! – syknęła. – Kapriusz jest senatorem i jednym z najmożniejszych ludzi w cesarstwie. Jeśli zechce, rozdepcze cię jak zdechłą pluskwę. – Nie boję się waszych gróźb. Jesteście parą wstrętnych rozpustnych starców, nie znających umiaru ani przyzwoitości. Oby was bogowie skarali. Jeśli jeszcze w nich wierzycie. Tarkwiniusz chwycił swoją małżonkę za przegub ręki i pociągnął w stronę drzwi. – Chodźmy, Dario. Nic po nas tam, gdzie nas nie chcą. Zapamiętam sobie ten dzień dobrze, Tuliuszu Poncyliuszu. Zyskałeś dziś wroga w człowieku, w którym każdy zdrowo myślący obywatel pragnąłby mieć przyjaciela i stronnika. Pożałujesz wkrótce i zapłaczesz! Po odejściu gości, którzy tak nagle stali mu się niemili, Lucjan długo siedział w milczeniu na łożu, nie wzywając służącej, by uprzątnęła stół. Żałował trochę swojego gniewu, lecz wypowiedzianych słów nie dało się już cofnąć. Tarkwiniusz Sejan miał na dworze i w całej stolicy wielkie wpływy. Ale był także bezwstydny i nadużywał posiadanej władzy, traktując cały świat jak swoją własność. Ktoś musiał mu to w końcu powiedzieć, a pech chciał, że tym śmiałkiem okazał się Lucjan. Nie poważyłby się jednak na taką bezczelność, gdyby nie to, że Tarkwiniusz nie wiedzieć czemu uznał, iż także Barril jest jego własnością. I gdyby nie urągająca zdrowemu rozsądkowi uległość Barrila. Przywołał chłopca z ogrodu, a kiedy ten usiadł skromnie za zydlu, zaczął mówić: – Barrilu, muszę ci coś wyznać. Źle cię wychowałem. Nie powinieneś być aż tak bardzo bezbronny wobec wszelkiego zła, które przychodzi ze świata. Nie możesz obnażać się tylko dlatego, że ktoś, kogo nawet nie znasz, życzy sobie tego. Twoje ciało, twoja czystość jest dla mnie bezcennym skarbem. Nie zawsze będę mógł go strzec. Nie możesz oddawać się byle komu, a na pewno nie takiemu draniowi jak Tarkwiniusz. Musisz nauczyć się bronić, kiedy ktoś próbuje cię skrzywdzić. Powinieneś umieć się bronić nawet przede mną. Rozumiesz? „Rozumiem bardzo dobrze, mój panie.” – To świetnie. Kiedy ktoś poważy się wobec ciebie na tak podłe zachowanie, jak uczynił to dziś Tarkwiniusz, broń się. Uciekaj. Uderz go, jeśli zdołasz. Wołaj o pomoc. Głośno krzycz. Ach, zapomniałem, że ty przecież nie umiesz krzyczeć. „Ależ umiem, panie.” – Tak? W takim razie pokaż, jak to robisz. Przeraźliwy, wibrujący wrzask o mało nie rozerwał czaszki Lucjana. Tajemnicza moc uniosła mężczyznę i cisnęła nim o najbliższą kolumnę. Lucjan stracił na chwilę przytomność, a kiedy ją odzyskał, zatroskany Barril właśnie pomagał mu się podnieść. „Dobrze się czujesz, mój panie?” – Rzeczywiście umiesz krzyczeć – stwierdził kwaśno Lucjan, rozcierając bolące skronie. – Ale nie ćwicz tej sztuki na mnie. Wypróbuj ją lepiej na Tarkwiniuszu Sejanie. „Jeśli tak sobie życzysz, uczynię to.” Lucjan zaśmiał się z przymusem. – Może pewnego dnia poproszę cię o to. Zobaczymy.

* * *

Do Lucjana docierały stopniowo ze wszystkich stron niepokojące wieści. Tarkwiniusz Sejan rozpytywał wszędzie o jego sprawy, a nie czynił tego z pewnością w przyjaznych zamiarach. Odwiedzał ich wspólnych znajomych i wiódł z nimi długie i poufne rozmowy, po których nagabywani dziwnie miękli i godzili się na spełnienie próśb senatora. Gdy Lucjan pojął, do czego zmierza wróg, było już za późno, by przedsięwziąć środki zaradcze. W ostatnich latach zaczął zmagać się z kłopotami pieniężnymi. Jego winnice nie przynosiły już tak dużego dochodu jak wcześniej i Tuliusz Poncyliusz musiał poprosić niektórych wierzycieli o odroczenie terminu płatności. Pożyczył również od kilkorga krewnych i przyjaciół znaczne sumy pieniędzy, z których oddaniem wciąż zwlekał, oni zaś nie nalegali na zwrot. Tarkwiniusz sobie tylko znanymi drogami dotarł do tych wszystkich ludzi i prośbami, naleganiem, obietnicą poparcia politycznego lub zawarcia wyjątkowo korzystnej transakcji handlowej, bądź też, wszędzie tam, gdzie wierzyciel Lucjana miał do ukrycia niewygodne sprawy, zwyczajnym szantażem skłonił ich do odsprzedania wierzytelności właśnie jemu. W krótkim czasie zgromadził w ten sposób w swoim ręku wszystkie karty, którymi zamierzał zmusić Lucjana do ustępstw. Odwiedził ponownie Lucjana w najgorętszym miesiącu roku, wczesnym rankiem, gdy upał nie był jeszcze tak dokuczliwy. Z wyrazem satysfakcji na pomarszczonej i spoconej twarzy ciskał kolejno papierami na stół, na których zapisano sumy i nazwiska dawnych wierzycieli. – Siedemdziesiąt osiem tysięcy sestercji! Mam w domu kopie wszystkich tych dokumentów, więc nie zyskasz niczego, zabierając mi je siłą – zakończył swoim charakterystycznym piskliwym głosem. – Sporych kłopotów zdążyłeś sobie narobić, Tuliuszu Poncyliuszu. Teraz ten cały dług należy do mnie. Jeśli jesteś winien pieniądze komukolwiek, to jedynie mnie, senatorowi naszego potężnego i niezwyciężonego cesarstwa, Kapriuszowi Tarkwiniuszowi Sejanowi. I tak się jakoś dziwnie składa, że chciałbym jak najszybciej dostać moje pieniądze. Co ty na to? – A jeśli ci nie zapłacę? – odparł Lucjan, czując, jak rumieniec gniewu zaczyna wpełzać na jego policzki. Nakazał jednak samemu sobie zachowanie spokoju. – Jeśli nie zapłacisz, będę musiał odzyskać moje pieniądze w inny sposób. Będę zajmował po kolei twoje ziemie, a jeśli to nie wystarczy, zajmę wszystko, co posiadasz, łącznie z domem i ludźmi. Staniesz się nędzarzem i będziesz żebrał wraz z pospólstwem przed świątyniami, Tuliuszu Poncyliuszu. Pamiętaj, wszystko, co należy jeszcze do ciebie, będzie wkrótce moje. Ten ładny niewolnik także. – I tutaj rozczarujesz się srogo, senatorze! Barril nie jest niewolnikiem. Nie kupiłem go, więc nie mogę nikomu go sprzedać ani podarować. – Kim w takim razie jest? O ile wiem, a wiem o tobie dużo, nie usynowiłeś żadnego chłopca. – Nie twoja sprawa, kim jest. Jest darem od losu. Dla mnie, a nie dla ciebie, draniu. Dlatego nigdy nie dostaniesz go w taki sposób. Jeśli wyrzucisz mnie z domu, wszyscy niewolnicy przejdą na twoją własność, lecz nie będzie wśród nich Barrila. Chłopiec pójdzie ze mną. – Zabierzesz go ze sobą na tułaczkę? – On pójdzie ze mną, powtarzam. Pójdzie choćby na koniec świata. – Taki jesteś tego pewien? Może ten dar od losu będzie wolał wygodne życie pod moimi skrzydłami od żebraczej włóczęgi u boku głupca, który stracił wszystko? – rzucił kpiąco Tarkwiniusz, pieszcząc rozrzucone po stole dokumenty upierścienioną dłonią. – Lepiej mnie nie drażnij, ostrzegam cię. – Jesteś w tej chwili ostatnią osobą, której gróźb mógłbym się obawiać. – Czego ty ode mnie chcesz, Tarkwiniuszu? Jeśli jesteś dość majętny, by odkupić długi warte siedemdziesiąt osiem tysięcy sestercji, oznacza to, że nie potrzebujesz tych pieniędzy tak bardzo, jak starasz się mi to wmówić. W co ty ze mną grasz? – Jesteś tak wielkim idiotą czy tylko go udajesz? Chcę chłopca, którego widziałem w ogrodzie. Jeśli oddasz mi go po dobroci, unieważnię wszystkie długi i nie będę nękał cię naleganiem o zwrot pieniędzy. Uwolnisz się w ten sposób od zobowiązań i będziesz mógł dalej prowadzić interesy czysty jak łza. To chyba kusząca i rozsądna propozycja, czyż nie? – Po co ci chłopiec? Tarkwiniusz zarechotał głośno, trzymając się za pokaźnych rozmiarów brzuch. Kiedy się uspokoił i otarł łzy wesołości, powiedział: – Chyba matka rodziła cię wczoraj, jeśli nie wiesz, po co kupuje się tak urodziwych niewolników. Najpierw ja będę obcował z nim do woli, potem podaruję go mojej drogiej małżonce, a kiedy znudzi się nam obojgu, odsprzedam go cezarowi, robiąc w ten sposób najlepszy interes w moim życiu. – Wynoś się natychmiast z mojego domu, łotrze! – odparł z mocą Lucjan, drżąc na całym ciele z ledwo hamowanej wściekłości. – Bo każę szczuć cię psami! – A może powinienem szepnąć o nim słówko cezarowi już dziś? Zaręczam ci, że wtedy chłopiec nie pomieszkałby długo pod twoim dachem. Zastanów się dobrze, Poncyliuszu. Ja proponuję ci zawarcie uczciwej transakcji, na której zyskamy obydwaj. Nasz miłościwy pan po prostu przyśle po chłopca lektykę. – Powinienem cię zabić, wieprzu. Gdyby tliła się we mnie choć iskra męstwa, zabiłbym cię w tej chwili, nie zważając na konsekwencje. – Ale nie zrobisz tego, bo jesteś tchórzem – odparł Tarkwiniusz Sejan, zbierając ze stołu wierzytelności. – Kiedy spotkamy się po raz kolejny, to miejsce będzie już należało do mnie. – Dopóki jednak należy do mnie, nie zamierzam psuć sobie widoku jasnego dnia twoim towarzystwem ani chwili dłużej. Wynoś się! – Mógłbym kazać porwać tego... jak go nazywasz? Barrila? Ale nie zrobię tego. Wiesz, dlaczego? To byłoby zbyt proste. Chcę go dostać, ale chcę także zniszczyć ciebie. Dlatego wolę poczekać na dzień twojej podwójnej klęski: gdy stracisz cały majątek i gdy będziesz musiał oddać mi swojego ulubieńca. Chcę dostać go z twoich rąk, zamiast porywać siłą jak prostak. Dopiero wtedy będę szczęśliwy. – Nigdy nie udałoby ci się porwać Barrila – odparł Lucjan, przypominając sobie cios, który wymierzył mu siłą umysłu chłopiec. – Ale możesz spróbować, jeśli taka twoja wola. – Już powiedziałem, że nie będę próbował. – Wyjdziesz sam czy mam kazać moim ludziom wyprowadzić cię w łańcuchach? – Już dobrze, wychodzę. Do zobaczenia wkrótce, Tuliuszu Poncyliuszu. – Obyśmy się spotkali w hadesie – wycedził Lucjan przez zaciśnięte zęby, nie mając pewności, czy słowa te dotarły do uszu odchodzącego. W jego duszy buzowała gorąca wściekłość, ale stopniowo wkradała się do niej także obawa. Niemal czuł na szyi pętlę, którą założył mu senator. Jego przeciwnik był człowiekiem bez skrupułów. Kimś, kto nie cofnie się przed popełnieniem największego łajdactwa, byleby tylko dogodzić swej żądzy lub próżności. A przecież musiał istnieć jakiś sposób na pokonanie Tarkwiniusza Sejana. Trzeba go tylko znaleźć.

* * *

Lucjan postanowił poszukać pomocy u bliskich. Jako pierwszego odwiedził Tytusa w jego posiadłości, czasowo puszczając starszemu synowi w niepamięć zbrodnię sprzed kilku lat. Jeśli chciał zdobyć potrzebne pieniądze, musiał zacisnąć zęby i głęboko schować dumę. Przechadzał się w zamyśleniu po obszernej i przyjemnie chłodnej komnacie mieszkalnej syna, raz za razem podchodząc do schodków wiodących na taras. Tytus kazał odsunąć zasłony i Lucjan mógł przyglądać się spieszącym do swoich spraw obywatelom i plebejuszom. Pokój mieścił się na piętrze eleganckiej willi. Tytus siedział rozparty wygodnie na sofie, popijając wino i przyglądając się podejrzliwie ojcu, który starał się wyjaśnić mu swój problem. – Zrozum mnie, Tytusie – odezwał się znów Lucjan, zatrzymując się na chwilę w swej wędrówce. – Nie chcę, abyś dał mi całą sumę. Wiem, że to dla ciebie zbyt wiele. W ogóle nie chcę, byś dawał mi pieniądze, lecz jedynie pożyczył. Wkrótce znów stanę mocno na nogach i będę mógł ci je zwrócić. Muszę mieć te pieniądze tak szybko, jak tylko jest to możliwe. – Nie mam teraz pieniędzy dla ciebie, ojcze – Tytus otarł rękawem usta, postawił złoty kielich na stole. – Przykro mi. – A może nie masz ich tylko dla mnie? – spytał cierpko Lucjan. – Jak mogłeś odsprzedać temu łotrowi bez sumienia dług własnego ojca, który zaciągnąłem u ciebie, zanim stałeś się sprawcą tamtej okropnej zbrodni? Uważasz, że już nic mi nie jesteś winien? Że nie obowiązuje cię lojalność wobec własnej krwi? Młodzieniec milczał, odwracając wzrok. Tak, jakby pragnął ukryć coś za wszelką cenę. – Co on ci obiecał w zamian za ten dług? – zapytał Lucjan, podchodząc bliżej i starając się złowić rozbiegane i nachmurzone spojrzenie syna. – Chyba już wiem. Obiecał, że przekona senat, by nie karano cię za zabójstwo Julii i Tulilli, tak? Żeby puszczono ci to w zapomnienie raz na zawsze? Tytus zerwał się na równe nogi, strącając kielich. – Ojcze! – zaczął podniesionym głosem. – Muszę troszczyć się o dobro swoje i mojej rodziny. Mam syna i może wkrótce będę miał drugiego. A Tarkwiniusz Sejan jest bardzo potężnym człowiekiem. Niedobrze jest wchodzić mu w drogę. – I niedobrze jest pomagać człowiekowi, którego Tarkwiniusz chce zniszczyć, tak? – Ojcze, wiedz, że zawsze możesz na mnie liczyć. Nie będziesz tułał się po świecie jak żebrak. Zamieszkasz u mnie. Ale nie przyjmę pod swój dach tego... – Barrila. – On nie ma imienia. – Tarkwiniuszowi chodzi właśnie o niego! Wiesz dobrze, czym kończą się dla młodych chłopców jego względy! – Cóż w tym złego, ojcze? – odparł zimno Tytus. – Przecież sam wiesz, że to jedyna rzecz, do której ten małpiszon rzeczywiście się nadaje. – Zaklinam cię, Tytusie, pomóż mi! Jestem twoim ojcem! – Przekląłeś mnie, kiedy... kiedy uderzyłem Julię. Mówiłeś, że nie jestem już twoim synem. Wydziedziczyłeś mnie. Myślisz, że o tym zapomniałem? Jak możesz więc teraz prosić mnie o pomoc? – Widzę, że nic tu po mnie – odparł z goryczą Lucjan. – Obyś pożałował pewnego dnia swej hardości. – Ostrzegałem cię. Tam, na pustyni. Błagałem, byś nie dotykał tego stworzenia. To ono sprowadziło na ciebie wszystkie nieszczęścia. Nie widzisz tego? Pozbądź się tego... Barrila. Zrób to, by ocalić od zguby samego siebie. – Barril będzie ostatnim, co utracę. Żegnaj, Tytusie. Niewiele więcej wskórał u zięcia, Kalpurniusza Sabina. Młody patrycjusz przyjął go wprawdzie godnie, lecz także odmówił pożyczki, wymawiając się kłopotami finansowymi i obowiązkami wobec rodziny. – Tulio – zwrócił się Lucjan do córki z wyrzutem w głosie – jak mogłaś na to pozwolić? Czemu zgodziłaś się, by Kalpurniusz sprzedał Tarkwiniuszowi mój dług? Wysoka i pięknie odziana patrycjuszka, którą stała się Tulia, przymknęła pociągnięte zieloną barwiczką powieki, by uniknąć potępiającego spojrzenia ojca. – Mój mąż podejmuje decyzje w sprawach pieniężnych – odparła cicho. – On jest panem domu. Ja nie wtrącam się do interesów. Lucjan spróbował jeszcze przemówić do sumienia szwagra, starego wuja i kilku kuzynów, lecz bez rezultatu. Rozważał przez chwilę możliwość, by poprosić samego cezara o pomoc i ochronę przed knowaniami Tarkwiniusza, lecz szybko odrzucił tę myśl. W tej sprawie nie potrafiłby do końca zaufać władcy. Aluzja podłego senatora, iż cezar sam z miłą chęcią zabawiłby się z chłopcem, zasiała w duszy Lucjana podejrzliwość. Wrócił do domu bardzo przygnębiony, z poczuciem całkowitej klęski. Nie chciał nawet jeść obiadu. Położył się na sofie i przymknął oczy. Nie umiał oprzeć się przeczuciu nadciągającej katastrofy. Rozmyślał wciąż o swoim tragicznym położeniu, lecz nie znajdował żadnego wyjścia. W głowie dźwięczały mu twarde słowa Tytusa. Wreszcie przywołał Barrila z ogrodu i polecił mu siąść obok siebie na sofie. Przyszedł czas na podzielenie się z chłopcem złymi wieściami. – Barrilu, mamy poważne kłopoty – zaczął. – Nie mogę ich dłużej przed tobą ukrywać. „Wiem o nich, mój panie. Zawsze o wszystkim wiem. Przecież słyszę twoje myśli. Ale jeśli sprawi ci to ulgę, mów.” Lucjan opowiedział więc rwącym się głosem o zasadzce Tarkwiniusza. – Nie mam w tej chwili takich pieniędzy. Nie mogę zapłacić Tarkwiniuszowi. Odwiedziłem dzisiaj najbliższych mi ludzi, by prosić o pomoc, lecz wszędzie mi jej odmówiono. Tarkwiniusz umie zastraszać i kusić. Nie wiem, co robić. Jeśli Tarkwiniusz zażąda zwrotu długu, być może będziemy musieli opuścić ten dom. Ale jeżeli... tak się stanie, jeśli upadnę... bardzo nisko i nie będę już mógł zapewnić ci spokojnego życia, czy wówczas... – wziął głęboki oddech i dokończył: – Czy pójdziesz ze mną? Czy zawsze przy mnie będziesz? Tak, jak obiecałeś? „Wątpiłeś w to? Posłuchaj mnie, panie. Zostaniemy tutaj, w tym domu. W miejscu, w którym jest nam tak dobrze. Nie zamierzam pozwolić, by ten zły człowiek obrabował cię ze wszystkiego, co posiadasz.” – Cóż mógłbyś na to poradzić, Barrilu? Potężniejsi od ciebie nie mogą... „Może dlatego, że są zbyt potężni i boją się utracić swą potęgę? – odparł Barril kpiącą myślą. – Tarkwiniusz Sejan nie zabierze ci, panie, niczego. Nawet najdrobniejszej czarki.” Dotknął naczynia ciemną dłonią, znów spojrzał na Lucjana, rozciągając usta w filuternym i zarazem złowieszczym uśmiechu. „Pożałuje, że ci groził. Jeszcze nas nie pokonał, mój drogi panie.” – Co chcesz zrobić? I nagle, patrząc na Barrila z rozbudzoną nadzieją i zarazem niedowierzaniem, zrozumiał wszystko. Pokręcił energicznie głową, odpychając od siebie wstrętną wizję. – Nigdy się na to nie zgodzę! Nawet nie próbuj o tym myśleć! Musi być inny ratunek! „Nie ma innego, mój panie.” – Jeśli ten rozpustny staruch cię tknie, będę musiał go zabić! „Nikt nie umrze. Zaufaj mi trochę, Tuliuszu Poncyliuszu. O nic nie pytaj i po prostu mi zaufaj. Czy szedłbym w jego ręce wiedząc, że stanę się w tamtym domu bezwolną zabawką?” – Masz jakiś plan, Barrilu? „Tak – odparł chłopak z wesołością, stając się znów małym psotnikiem, którego Masumi goniła po pokojach ze ścierką. – Wkrótce pozbędziemy się tego uprzykrzonego trutnia. Zrób tylko tak, jak powiem. Każ mnie wykąpać, przystroić i umalować, a potem poślij po Tarkwiniusza. Dostanie to, czego żąda.” Poncyliusz westchnął. – A więc niech tak będzie… Przywołał Masumi i rozkazał jej przygotować chłopca do drogi. Wykąpany starannie przez dwie młode niewolnice, przystrojony w nowiutką tunikę z zielonym obramowaniem, z włosami ułożonymi pomadą, z oczami podkreślonymi czernidłem i czerwienią na ustach, Barril wyglądał jak zepsuty faworyt jeszcze bardziej zepsutego bogacza. Dokładnie tak, jak życzyłby sobie Tarkwiniusz. Lucjan roześmiał się na jego widok, uważając całą tę przebierankę za niezły żart, lecz nagle śmiech zamarł mu na ustach. Przemiana była zbyt doskonała. Całą tę sprawę należało jak najszybciej zakończyć. Polecił Masumi, by natychmiast posłała gońca do posiadłości Tarkwiniusza Sejana z tak przez niego pożądaną wieścią. Sam Tarkwiniusz nie mógł przybyć, ponieważ brał tego dnia udział w obradach senatu. W jego zastępstwie pojawiła się, przyniesiona przez rosłych niewolników w lektyce, zawsze elegancka i pachnąca Daria Antonia. Inteligentna i przebiegła stara kobieta, której mąż przyznał prawo podejmowania decyzji w jego imieniu. Daria Antonia na widok stojącego skromnie pod ścianą Barrila aż klasnęła z wielkiej uciechy w pomarszczone dłonie. Zarzucanie całej tej sieci i cierpliwe czekanie zwróci się już wkrótce z nawiązką. – Będzie tak, jak umówiłem się z twoim mężem, Dario Antonio – odezwał się Lucjan. – Zabieracie chłopca, a w zamian ja dostaję pismo, w którym Tarkwiniusz Sejan zrzeka się prawa do egzekucji długu. – Tak obiecaliśmy i dotrzymamy słowa, Tuliuszu Poncyliuszu. Jesteśmy ludźmi honoru – odparła, po czym zwróciła się do Barrila: – Wkrótce docenisz szczęśliwe zrządzenie losu, które przywiodło cię do nas, niewolniku. Jeśli będziesz posłuszny i miły, mój mąż będzie cię dobrze traktował. Przypomnij mi, jak cię zwą. Chłopiec milczał. Odezwał się za to Lucjan: – Jest niemową. – Tym lepiej! – zatarła ręce Antonia. – Nie zanudzi nas gadaniem. W takim razie ty, Tuliuszu Poncyliuszu, przypomnij mi imię tego uroczego chłopca. – To bez znaczenia. On podobno nie ma imienia. – Masz rację. To bez znaczenia. Nie kupujemy go po to, by wieść z nim dysputy o filozofii. Od tego mamy przyjaciół. Kazała swojemu słudze podać przygotowane z myślą o tej chwili przez jej męża pismo, poprosiła o atrament i pióro, podrobiła podpis męża i wręczyła je Lucjanowi. – Kapriusz ma drugi egzemplarz tego dokumentu – powiedziała. – Od tej chwili nie rościmy sobie żadnych praw do twoich pieniędzy ani majątku. Nabyliśmy tego niewolnika za okrągłą sumę siedemdziesięciu ośmiu tysięcy sestercji. Słyszysz, chłopcze? Powinieneś być dumny. Jeszcze żaden niewolnik na świecie nie został kupiony za równie wielkie pieniądze. „Znam kilka lepszych sposobów na wydanie tej fortuny.” Lucjan zdusił w sobie wybuch wesołości. Spojrzał przelotnie na Barrila. Znał go na tyle dobrze, by spostrzec, że pod maską powagi i pokory chłopiec aż skręca się w środku ze śmiechu. Takiego właśnie Barrila lubił Lucjan: radosnego albo zadumanego, ufnego i czującego się bezpiecznie w otaczającym świecie. – Teraz należysz do mojego męża, chłopcze. Wsiądziesz ze mną do lektyki. Zanim Kapriusz wróci z miasta, zdążę nacieszyć się trochę tobą po drodze. „Nie martw się o nic, panie. Umiem o siebie zadbać.” Oby tak było, Barrilu, pomyślał Lucjan, mając nadzieję, że chłopiec zdąży przed wyjściem odczytać jego pożegnalną myśl.

* * *

Już wkrótce w stolicy zaczęto powtarzać sobie na rynku, na ulicach i w domach zadziwiające wieści, które jedni uznali za wielce pocieszne, inni zaś za bardzo zasmucające. Do pierwszych zaliczali się ci, którzy mieli przynajmniej raz na pieńku z Tarkwiniuszem Sejanem, w drugiej grupie znaleźli się jego przyjaciele i poplecznicy. Jednocześnie dbano bardzo, by wieści te nie dotarły do uszu ciekawskich dzieci. Podobno Tarkwiniusz zapadł nagle na męską niemoc, z której nie umiał go wyleczyć żaden medyk. Nie zdołał ukryć tej słabości przed wścibskimi niewolnikami ani zamknąć im ust. Powtarzana szeptem plotka prędko wybiegła poza mury jego domostwa, sobie tylko znanymi kanałami znajdując drogę do uszu możnych obywateli. W tym samym czasie zachorowała jego żona Daria Antonia, która zaczęła uskarżać się na dokuczliwe swędzenie narządów rodnych. Także na tę dolegliwość nie było lekarstwa. Oboje więc nie mogli zażywać rozkoszy. Podobno w ich domu zrobiło się nagle bardzo cicho i smutno. Skończyły się hałaśliwe orgie z udziałem znajomych patrycjuszy i zaufanych niewolników. Zarówno Tarkwiniusz, jak i jego małżonka nie przyjmowali już zaproszeń na przyjęcia do posiadłości przyjaciół i wspólników, liżąc swe rany i snując ponure myśli w zaciszu własnych komnat. Oboje przeklinali dzień, gdy wypatrzyli w ogrodzie Tuliusza Poncyliusza ciemnoskórego chłopca, który zamienił ich życie w koszmar. Wkrótce Tarkwiniusz przestał pojawiać się w senacie, a jego żona wysyłała po zakupy niewolnice. Nie mogli znieść pełnych politowania bądź ledwo skrywanego zadowolenia spojrzeń i złośliwych półuśmieszków, rzucanych za ich plecami. Podobno domownicy przebiegali cichutko na palcach i z wyrazem przerażenia na twarzach przez największą salę w pałacu patrycjusza, w której zadomowił się milczący chłopiec. Podobno zakradali się do niej jedynie wówczas, gdy nie mogli się od tej konieczności wymigać, starając się pozostać niezauważonymi i złorzecząc pod nosem temu, kto kazał im to uczynić, gdyż bali się, że klątwa dosięgnie także ich. Podobno blady strach padł na wszystkich, którzy do tej pory trzymali się blisko Tarkwiniusza Sejana. Podobno potężny senator zaczął nagle tracić zwolenników z dnia na dzień. Podobno... Naturalnie wszystkie te wieści docierały do uszu Lucjana Tuliusza Poncyliusza, który rozumiał, że ma w tym dramacie do odegrania bardzo niewielką rolę. Mógł tylko czekać na dzień, w którym sprawiedliwość zostanie wymierzona do ostatniej kropli i Barril nasyci się jej słodyczą.

* * *

Tarkwiniusz Sejan wtoczył się swoim nieco chwiejnym krokiem do Sali kolumnowej. Na bogów, dość tego szantażu! Musi wreszcie pokazać temu smarkaczowi, kto tu rządzi. Jego oczom ukazało się istne pobojowisko. Chłopiec zamienił bogato urządzoną komnatę w piaskownicę. Ledwo dotarł z Antonią w lektyce do domu Tarkwiniusza, zdjął ubranie, starł z twarzy makijaż i zabrał się do znoszenia z ogrodu pełnych wiader piasku. Wysypywał piach na podłogę i natychmiast szedł po kolejną porcję, jakby zamierzał przenieść cały ogród do wnętrza domu. A kiedy już spora część marmurowej posadzki pokryta została grubą warstwą piasku, zaczął znosić ze studni wodę, która miała posłużyć mu jako lepiszcze w procesie wznoszenia zamku. Jednego z tych, których budowaniem zabawiają się nad brzegiem morza dzieci. Lał więc wodę i pracowicie lepił mury, baszty i dziedzińce, ozdabiając swoją budowlę znalezionymi w ogrodzie kamykami. Potłukł porcelanową zastawę Tarkwiniusza, aby barwnymi odłamkami upiększyć…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych