Wróć do katalogu

Zanurzenie

Są rany, które nigdy się nie zagoją. O śmierci, o tym, jak bardzo nie potrafimy sobie z nią poradzić.

Nightlull, opublikowano , 22 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Uwielbiasz tłumy. Hałaśliwe tłumy, bezmierny ocean ludzkich istnień. Kiedyś nienawidziłaś, ale teraz uwielbiasz. Wśród ludzi oddychasz. Całkiem swobodnie. Chłodne powietrze przemyka przez twoja nozdrza i oddychasz. Nauczyłaś się od nowa, ale w tłumie zawsze łatwiej. Zapominasz, ile może sprawiać to trudności. Kiedy ludzie przemykają obok, każde z osobna, setki żywotów, ciągnąc za sobą własny komplet myśli i wspomnień – wtedy, zupełnie bezwiednie, wkradasz się w nie, bezczelnie wślizgujesz się w cudze życia i na chwilę znikasz. Zrzucasz cały ciężar i sama nie istniejesz. Uciekasz. Wiesz o tym, choć tak bardzo boisz się tego słowa. Uciekasz więc – godzina za godziną uciekasz. Na chwilę stajesz się młodą dziewczyną chichoczącą z koleżankami pod sklepową wystawą, zaraz potem matką rozhisteryzowanego dwulatka, szepczącą synowi na ucho ciche groźby, albo samotnym mężczyzną spacerującym po ulicy z papierosem w ustach. Możesz być kim chcesz, nieskończona ilość żywotów. Ostatecznie jednak ty wolisz rozpłynąć się w powietrzu. Po prostu przestać istnieć. A jeżeli ty nie istniejesz, ona też nigdy nie istniała. To wszystko dla tej świadomości.

Są jednak takie chwile, kiedy i tłumy nie pomagają. Kiedy nawet pośród wrzasku i gonitwy stajesz się bezbronna. Ponieważ ona tam jest. Widzisz ją wyraźnie. Stoi na śniegu. Urocza blondyneczka w zimowej kurtce i wełnianej czapce na głowie. Ponieważ widzisz ją wyraźnie na placu zabaw, usadowioną na drewnianej huśtawce, z parą plastikowych motylków we włosach. Woła cię. Słyszysz. To nie sen. Jesteś tego pewna. A jednak ona tam jest. Jest tam, chociaż nie ma takiego prawa. Jest w twojej głowie, w każdej pojedynczej myśli.

Pluszowy miś – prezent na drugie urodziny, dziecięca piżamka pobrudzona kilkoma kroplami krwi, różowa bluzeczka z motylem wyhaftowanym na rękawku, znoszone, brudne tenisówki, kilka zdjęć z różnych okresów życia, zegarek z błękitnym paskiem i szczotka, na której dalej znaleźć możesz kilka złotych włosów. Zabawne rymowanki na kolorowych kartkach - prawdziwy owoc chodzenia do szkoły, zeszyt do matematyki i lista rzeczy potrzebnych na nowy rok szkolny. Nigdy nie zrealizowana lista. To wszystko, co po niej pozostało. Marna namiastka jedenastoletniego świata. Wszystko, czego nie zabrała ze sobą wodą. Tego dnia i przez wiele następnych miesięcy. Jeden rok i ogromny czekoladowy tort ze świeczką w środku – tort babci. Pięć lat i różowa bluzeczka z motylkiem na rękawie. Siedem lat i pierwszy dzień w szkole, w granatowej sukience z białym kołnierzykiem. Dziesięć lat i urodziny spędzone nad jeziorem. Siedzi z koleżanką na pomoście. Podwinięte nogawki dżinsów pozwalają jej moczyć stopy. Słońce – ogromne i złociste, bawi się jej włosami. Te włosy... miękkie, pachnące dziecięcym szamponem, falowane, sięgające do ramion, włosy koloru wypłowiałej na słońcu słomy. Duże, orzechowe oczy, jasna, gładka skóra, delikatne rysy twarzy. To tylko dziewczynka, mała dziewczynka... Znasz jej twarz na pamięć. Centymetr po centymetrze. Pamiętasz ją lepiej, niż wtedy, kiedy jeszcze mogłaś jej dotknąć, kiedy było to tak oczywiste. Pamiętasz ją tak dobrze, odkąd zaczęła nawiedzać cię w snach.

Nie potrafisz sobie przypomnieć jego twarzy. Sięgasz pamięcią wstecz, ale napotykasz tylko zimną pustkę. Pojedyncze kształty, jak jego oczy czy nos dalej majaczą w tej świadomości, ale twarz pozostaje niezydentyfikowaną plamą i tak naprawdę, nie zależy ci za bardzo na jej przywróceniu. Tylko jednej rzeczy nie chcesz w nim zapomnieć : włosów. Jej włosów. Jednego z nielicznych powodów dla których dalej więzisz go w swojej pamięci. Nie pamiętasz nawet dlaczego zostaliście parą. Myślisz nad tym cały wieczór. Siedzisz wpatrując się w jeden i ten sam punkt, i zastanawiasz się nad tym. Próbujesz sobie przypomnieć, ale to wszystko na nic. Kim był? Co o nim wiesz? Zamykasz oczy i co widzisz? Jego skórzaną kurtkę, wytarte dżinsy, papierosy z marihuaną, którymi częstował cię w toalecie zaraz po tym, jak nabawił się już wsadzaniem ci rąk w majtki i lizaniem szyi. Ot, taki buntownik bez powodu. Jeden z miliona, nie jeden na milion. Nie był jednak głupi, wiedziałaś o tym dobrze. Gdyby tylko postarał się trochę, gdyby tylko chciał, mógłby „zostać kimś”. Powiedziałaś mu to kiedyś, nawet nie starając się ukryć wyrzutu w głosie. On jednak zaśmiał się tylko, po czym stłumił kolejne twoje słowa pocałunkiem, uwięził cię w uścisku, wsadził rękę pod bluzkę. W tej chwili byłaś przegrana, uległaś mu – co innego mogłaś zrobić? Dopiero po czterech latach, kiedy to dowiedziałaś się, że powiesił się we własnym warsztacie, zrozumiałaś, że dla niego „bycie nikim”, paradoksalnie, oznaczało „bycie kimś”. Barak, w którym pracował, stał pusty jeszcze przez długi czas. Z powybijanymi szybami, obmalowany graffiti, przybrał upiorny wygląd, inspirując miejscowych do wymyślania niestworzonych historii o duchu samobójcy, który nie mogąc zaznać spokoju, po wieczność został tam uwięziony. Matki straszyły tak dzieci – sama słyszałaś. Byłaś tam, w kilka lat po jego śmierci. Barak widziałaś jednak tylko z oddali. Bałaś się podejść bliżej, jakby wszystkie te historyjki były prawdą. Jakby on mógł porwać cię i na wieki uwięzić w swym upiornym świecie.

Nie pamiętasz. Siedzisz w milczeniu, nie dopuszczając do siebie żadnego obrazu, czy dźwięku. Nie potrafisz sobie przypomnieć tej twarzy. Nie masz jednak łez, by nad tym zapłakać. Jest tylko pustka. Zimna, bezmierna pustka, która cię pochłania. W której dobrowolnie się zanurzasz. Czy byłaś w nim naprawdę zakochana, czy może był tylko sposobem na odpędzenie znużenia? Czy kochałaś go choć trochę? Nagle jednak zdajesz sobie sprawę, że nie mogłaś. Byłaś młoda, za młoda. Wtedy jeszcze nie potrafiłaś kochać. Ani cierpieć.

Jedyną rzeczą, którą zapamiętałaś wyraźnie z tego wieczoru, kiedy kochaliście się w twoim pokoju, kiedy to kochaliście się po raz ostatni, było to, że jego włosy pachniały mydłem. Zatopiłaś w nich prawą dłoń i nieświadomie bawiłaś się drobnymi kosmykami. Kilka godzin później, leżąc sama w łóżku przed zaśnięciem, powoli pocierałaś palcami o nos, upajając się resztką zapachu, która jeszcze się nie ulotniła, uśmiechając się przy tym lekko, jakby to ta woń była twoim prawdziwym kochankiem, nie on. A potem... Potem urodziła się ona. Miałaś dziewiętnaście lat i sto lepszych pomysłów na przyszłość. Ale ona już była. Nieodwołalnie tkwiła w twoim życiu z całą bezbronnością i natręctwem małej dziewczynki. Oczy jak czarne paciorki, złoty meszek na głowie. To była ona. Jeszcze tego nie wiedziałaś, ale to była ona. Dziecko, które nigdy nie dorośnie.

Musiało minąć dużo czasu, byś zdała sobie sprawę z tego, że ona jest w istocie twoim dzieckiem, że jesteś matką. Ona musiała umrzeć. Nienawidziłaś jej na początku i nic nie sprawi, że zdołasz o tym zapomnieć. Nic nie wymaże tego z twojej pamięci. Musisz żyć z tą świadomością do końca swoich dni. Ze świadomością tego, że gdy budziła się w nocy płacząc, z wściekłości ściskałaś dłonie, tak mocno, że aż robiły się białe, że brzydziłaś się ją przebierać, że co rusz wymyślałaś nowy pretekst, dzięki któremu mogłaś choć na chwilę wymknąć się z domu, byleby tylko na nią nie patrzeć, że żałowałaś, iż nie urodziła się martwa… Tak mijały lata – dzień za dniem, miesiąc za miesiącem, aż w końcu zdałaś sobie sprawę, ile gniewu i żalu wypłukały wody czasu. Stając przed lustrem widziałaś obcą osobę – zszarganą nienawiścią, umęczoną conocnym płaczem, łzami wylewanymi nad zmarnowanym życiem. Zrozumiałaś, że musisz wziąć się w garść. Odnaleźć na nowo w życiu, które nie wydawało ci się ani trochę twoje. Zrozumiałaś, że innego wyjścia nie ma, jak tylko pogodzić się z tym, co sama sobie zgotowałaś.

Pewnego wieczora zaczęłaś się jej przyglądać. To była tylko chwila, jedna chwila, ale zapoczątkowała rytuał. Odtąd zaczęłaś obserwować ją z ukrycia, kiedy nikt nie mógł cię na tym nakryć, jakby to było coś złego – patrzeć na własne dziecko. Obserwowałaś ją w czasie zabawy, kiedy drobnymi rączkami budowała z kolorowych, drewnianych klocków miniaturowe drapacze chmur, kiedy Pani Barbie Złoty Włos zapraszała Panią Barbie Rude Loki na herbatę do swojego salonu z książek Disneya. Obserwowałaś ją, gdy jadła – brudząc się cała, jak to małe dzieci zwykle robią - i gdy spała – wślizgiwałaś się po cichu do jej sypialni i siadałaś na brzegu łóżka przyglądając się jej znieruchomiałej w śnie. Patrzyłaś na nią tak długo, aż jej rysy zaczęły ci się rozmywać przed oczyma. Dla własnego spokoju musiałaś wtedy odgarnąć z jej twarzy pasmo jasnych włosów i przyłożyć dłoń do maleńkiego noska, by sprawdzić, czy dalej oddycha. Oddychała. Zawsze oddychała. Wtedy jeszcze nie musiałaś się o to martwić.

To była nagła decyzja. W przeciągu pół godziny spakowałaś swoje rzeczy – nie zwracając nawet za bardzo uwagi na to, jak bardzo ich ilość zmniejszyła się w ostatnich latach – i starając się nie robić najmniejszego hałasu weszłaś do jej sypialni. Pootwierałaś szafki z jej ubraniami zastanawiając się, jak wiele ona ich potrzebuje, które bardziej jej się przydadzą, które bardziej lubi. Błądziłaś w tym obcym świecie – królestwie różowych sukieneczek, rajstopek w kwiatki i kolorowych koszulek z postaciami z filmów Disneya. Błądziłaś wzrokiem od półki do półki, przebierałaś w ubrankach, mimowolnie przygryzając dolną wargę w geście narastającej paniki – nawyk z wczesnego dzieciństwa, którego byłaś pewna, że dawno się wyzbyłaś. W końcu, postanawiając nie tracić więcej czasu, wrzuciłaś pierwsze lepsze ubrania z każdego rodzaju do walizki i zaczęłaś budzić córkę. Od zawsze miała twardy sen i choć później uznałaś to za błogosławieństwo, teraz było przekleństwem – wiedziałaś, że im dłużej trwa ucieczka, tym większe prawdopodobieństwo, że twoja matka się obudzi, że cię nakryje, a wtedy doszłoby do potwornej awantury, nie oddałaby ci małej bez walki – od zawsze była zaborcza. Potrząsałaś więc córeczką, błagając ją szeptem, by wreszcie się obudziła. Kiedy w końcu otworzyła oczy, mrużąc je, jakby ktoś posłał w ich kierunku ostry snop światła, zrozumiałaś, że i tak jest tylko w połowie przytomna, że sen dalej ją otumania. Gdy ją ubierałaś bełkotała coś cicho o małym, puchatym króliczku, którego musi znaleźć i nakarmić białą czekoladą, bo inaczej ten zamarznie na śmierć i o plastelinie, które oblepiła jej całe włosy, które trzeba było ściąć. Wiedziałaś, że była bliska płaczu, a ty wpadnięcia w panikę. Żałowałaś, że w ogóle ja budziłaś. Trzeba było wynieść ją uśpiona. - Króliczek... – chlipała, gdy zapinałaś guziki jej sweterka. - Wszystko z nim dobrze. - Umrze. - Nie... - Zamarznie na zawsze. Patrzyłaś jak łzy spływają po jej policzkach. - Nie, nie zamarznie. Jak tylko przestaniesz płakać pójdziemy do niego – ostrożnie otarłaś łzy z jej twarzy – No dalej, nie płacz już... Proszę... Zrób to dla króliczka. I dla mamy – mówiłaś błagalnie. Jej spojrzenie nagle się zmieniło. Otworzyła szeroko oczy i wpatrywała się w ciebie, jakbyś była

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych