Wróć do katalogu

Zapach śmierci część 2

Ojciec Kleofas ma dziwne przygody, po których nie będzie już taki jak na początku. Proszę o opinie

freseropublikowano 29 listopada 200532 min czytania 4,8 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

„Chodzi lisek koło drogi nie ma ręki ani nogi” Wyliczanka dziecięca Czy ja jestem? Ból. Jestem. Nie mogę się ruszyć. Nie mogę... Ból. Nie mogę krzyczeć. Gdzie ja jestem? A miało być tak pięknie.....

Przede mną stał Antek i wpatrywał się we mnie swoimi martwymi ślepiami. Powolutku podnosił swą sprawną martwą rękę, wsadzając sobie coś szarego do ust. Głośno mlaszcząc, wydawał z siebie niewyraźne dźwięki: - Mózg, mózg, czerstwy mózg..... Staliśmy tak naprzeciwko siebie dobre parę chwil, on głośno mlaskał, a mi od obrzydzenia trzewia do gardła podchodzić zaczęły. Gdy Antek skończył, a zrobił to bardzo szybko (widocznie był bardzo głodny), z jego gardła, choć było rozerwane, usłyszałem znowu pomruk: - Mózg, mózg, czerstwy mózg... - i skoczył na mnie z prędkością wiatru. Urwałby mi głowę w mgnieniu oka, gdyby nie to, że poślizgnąłem się na kałuży krwi. Upadłem z hukiem na posadzkę i znalazłem się twarzą w twarz z Kołodziejem. Źle to określiłem, właściwie z połową twarzy Kołodzieja, bo resztę potwór wyrwał. Z zastygłego grymasu można było wyczytać, że niezbyt był szczęśliwy przed zgonem. Potwór przeleciał nade mną i z całej siły uderzył w ścianę, osuwając się bezwładnie na ziemię. To dało mi cenną chwilę na otrząśnięcie się z szoku, stanąłem na nogach i zacząłem rozglądać się za czymś ciężkim, ale niczego takiego nie znalazłem. Następne ataki Antka, odpierałem instynktownie, robiąc uniki i turlając się po ziemi. - Mózg, mózg, czerstwy mózg – wciąż powtarzał i machał zajadle ręką, napierając na mnie z całych sił. Na moje szczęście, druga ręka mu odpadła już przy pierwszym skoku, dzięki czemu chyba przeżyłem pozostałe ataki. W końcu natknąłem się na duży, rzeźnicki nóż, oraz puste wiadro, które wcześniej Kołodziej przyniósł. Tak przysposobiony zmagałem się ze stworem, który z uporem powtarzał: - Mózg, czerstwy mózg... Jako młodzieniec byłem niezłym szermierzem i wiele jeszcze pamiętałem. Byłem jednak przyzwyczajony do większych broni, bo głównie ćwiczyłem potężnym dwuręcznym mieczem (jak na prawie dwumetrowego mężczyznę przystało), a teraz uzbrojony jedynie w nóż rzeźnicki i niby - tarczę czułem mały niedosyt. Został bym zapewne doskonałym rycerzem, gdyby nie to, że poczułem powołanie, żeby służyć Bogu. Pochodziłem z bogatej wpływowej rodziny szlacheckiej, więc nikomu nie przeszkadzały moje plany, ukoronowane mianowaniem na sekretarza biskupa Bobka. Sztychy, bloki i uniki - robiłem to z takim brakiem gracji, że plułem sobie w brodę, że pozwoliłem sobie na taki spadek formy. Dobrze, że uciekłem od tych uczt i pijaństwo u biskupa, bo po jakimś czasie zamieniłbym się w taką kupę sadła jak Świątobliwy. W końcu udało mi się potwora oślepić, wyłupując mu oczy, ale pogryzł mnie przy tym, parch wstrętny. „Nic to” – pomyślałem – „nie on pierwszy tej nocy”. Antek zaczął się kręcić po omacku, szukając mnie, a kłapał paszczęką przy tym okrutnie. Zdołałem go podciąć, powalić na ziemię i ostatkiem sił podniosłem ciężką ławę, stawiając ją na nim. Usiadłem na siedzisku tak, żeby ruszyć się nie mógł, ani dosięgnąć mnie swoimi brudnymi pazurami. Co ja z tym ścierwem mam zrobić, egzorcyzmy na nic tu się nie zdadzą, przecież on martwy od dwóch dni? Znużenie brać mnie zaczęło, a ten stwór piekielny, chyba na złość mi, ciągle pod nosem mruczał: - Mózg, mózg.... - Zamknij się Antek, bo ci łeb przy samej rzyci urwę! – wydarłem się na niego, bo miarka się przebrała. Będąc już na skraju załamania, złapałem jego rękę, która mu wcześniej odpadła i z całych sił do gardła mu ją wsadziłem. Cudacznie wyglądał, ale do śmiechu mi nie było, bo niedługo świta, co ja z nim mam zrobić? Ludzie mi nie uwierzą i o co tu do licha chodzi?!!! - M......g, m.....g, c.......y m......g! - dobiegało z ziemi. Nagle rana zadana przez wilka zaczęła płonąć żywym ogniem. Skurczyłem się z bólu, a ręka zaczęła obrastać włosami. - Co do diaska?- przeraziłem się nie na żarty. Nagle objawy i dziwne owłosienie zniknęły, wszystko jakby po staremu, ale zmęczenie ustąpiło, a w powietrzu poczułem koszmarny smród. Nigdy wcześniej żaden zapach tak intensywnie nie wkręcał mi się do mózgu. Zrobiło mi się tak niedobrze, że żołądek gdyby nie był już od dawna pusty, to pozbył by się zawartości. - Co ja z tobą ścierwo pocznę? – popatrzyłem z politowaniem na Antka - M.....g, m.....g..... Stara śpiewka. Nagle do izby jak szalony wpadł Piast, chciał coś powiedzieć, ale gdy się rozejrzał po pomieszczeniu, padł nieprzytomny. W sumie nie dziwię mu się, gdyż Antek uczynił sobie z Kołodzieja krwawą „zabawkę”. Wybebeszył go, flaki porozciągał po całej podłodze, a ołtarz cały we krwi był umazany. - Wstań chłopcze, ocknij się, nie czas teraz na sen – próbowałem go obudzić. Dopiero po silnym spoliczkowaniu otworzył oczy i zaczął cicho mówić, tak, że z początku ledwom słyszał. - Na początku wszystko było w porządku, chłopi żartowali, nawoływali się. Tak jak Ojciec radził trzymałem się od nich z daleka i dobrze zrobiłem. Gdy dotarliśmy do niedużego wzgórza, usłyszeliśmy płacz niemowlęcy, a potem tupot jakby koński, ale dziwny, jakby z samego piekła pochodził. Coś wielkiego wpadło w grupę chłopów, rwąc ich na kawałki. Potem już słyszałem krzyki, przeraźliwe krzyki, cichnące z każdą sekundą. Po paru sekundach przebiegł mi nad głową naczelnik Prostak, mordę darł okrutnie i machał na wszystkie strony rękoma. Przyczepione miał do nich jakby dzieci malutkie, ale z wielkimi podłużnymi głowami. Potem zniknął w krzakach, może przeżył, bo biegł w stronę wsi. Tam, gdzie wcześniej słyszałem krzyki, teraz słyszałem mlaskanie i siorbanie i coś głupio się śmiało, że aż mi ciarki do tej pory po plecach przebiegają. Wstałem z trudem, bo nogi jakby z waty miałem i pobiegłem do Ojca, ale po tym, co teraz widzę, to już nic kompletnie nie rozumiem – Piast skończył i zaczął ze strachem rozglądać się po sali. - Nie dobrze się tu dzie... – chciałem powiedzieć, ale znowu złapał mnie ten przeraźliwy ból ze skaleczonej ręki, ale był już tak mocny, że przebiegł po całym ciele. Wyprężyłem się i upadłem skurczony na ziemię. Gdy leżałem przez chwilę widziałem dziwne obrazy, których nigdy nie miałem prawa widzieć. Ogarnęły mnie dziwne zapachy, smaki, pragnienia, żądze. Kiedy wreszcie odzyskałem zmysły, klęczał przy mnie Piast i próbował ocucić. - Nic Ojcu nie jest?- zapytał przerażony. - Nic, nic, to była ciężka noc – usiadłem powoli na klepisku, a w głowie mi huczało– ale zanim ci opowiem co tu się stało, przynieś z drewutni wielki topór, bo Antek zaczyna chyba odzyskiwać siły. Na potwierdzenie moich słów usłyszeliśmy zdławione: - M.......g, m.......g! - Przecież on martwy był?!!! - I nadal jest! Nie gadaj, tylko przynieś siekierę!- krzyknąłem, bo wizja nowego użerania się z potworem wcale mi się nie podobała. - Tak, Ojcze Kleofasie.- chłopak chciał już wyjść, gdy zwróciłem uwagę na jego włosy. - Poczekaj chłopcze, ale ty chyba wczoraj nie byłeś siwy? - Ojciec chyba też nie, a teraz jeno srebro na głowie Wielebnego się skrzy. - Ty mi pięknymi słówkami nie gadaj, tylko przynieś topór, bo Antkowi trzeba głowę obciąć, bo nie chce spać i dołączyć do grona aniołków. - A to po bożemu tak? - Bóg nie ma z tym nic wspólnego. - Skoro Ojciec tak mówi. – dodał i po chwili przytargał wielkie toporzysko. Antek chciał coś powiedzieć, bo chyba nie zgadzał się z moją decyzją, lecz jego sprzeciw był za słaby. Argumenty do jakich się odwołał, brzmiały mniej więcej tak: - Mózg, mózg, czerstwy mó....- Ciach! Obaliłem jego linię obrony i wreszcie się zamknął. Obcięcie głowy na szczęście poskutkowało, ale nie na długo, bo ciągle ruszał szczęką, a jego tułów drgał rozpaczliwie. - Uparte bydlę – podsumował Piast - do ognia z nim! - Dobrze, rozpal wielkie ognisko, z dala od zabudowań, tam ich obu spalimy. Potem pomożesz mi sprzątać i okadzimy pomieszczenia siarką, bo smród tu jest okropny. - Tak jest, Ojcze Kleofasie.- Piast zakasał rękawy i wziął się z werwą do roboty. „Zmyślny chłopak, będą z niego ludzie”- pomyślałem sobie i od razu raźniej mi się na duszy zrobiło. Świtało już, skończyliśmy porządki, a stos powoli dogasał. Usiedliśmy sobie na pniaku i popijaliśmy wino mszalne. Dopiero wtedy opowiedziałem mu o swoich nocnych zmaganiach z upiorem. Jednak nie wiem czemu o wilku nie wspomniałem, jak później się okazało dobrze na tym wyszedłem. Piast siedział długo z otwartą buzią. Po długim namyśle rzekł: - Panie, co z tymi w lesie, czy będą tacy sami jak Antek? - Jeśli są chociaż w jednym kawałku, to zapewne tak. - Znaczy przyjdą do wsi i będą głodni?- z otwartej ze zdziwienia buzi kapała ślina. - Z pewnością. - A jakby ich przywitać chlebem i solą jak stary obyczaj nakazuje, to pójdą wtedy? - Oj chłopcze, chłopcze, nie sądzę, że ktoś żywy zostanie po ich ataku.- jego naiwność mnie rozbawiła - Tam przecież moja matka, stryj i Ciapek! – chłopak przeraził się nienażarty. - W takim razie jak skończymy, biegnij do swoich i opowiedz jak to z Antkiem było. Najlepiej wszystkich zagoń do porządnej chałupy i zaryglujcie drzwi wszystkim, co będziecie mieli pod ręką. Nie zapomnijcie się w siekiery uzbroić, bo walka może was nie ominąć. - Tak, Ojcze Kleofasie, tak zrobię.- dodał i pociągnął potężny łyk z butelki. Słońce już wstało, trzoda i bydło w oborze odzywać się zaczęło, a na drzewach ptaki skrzeczały. Gdy skończyliśmy robić porządek, pożegnałem się z Piastem i pobiegłem się przebrać do swojego pokoju. Zjadłem resztki strawy, które w sakwie zostały, ale o dziwo nie byłem wcale głodny ani zmęczony. Do pasa przytroczyłem duży sztylet ozdobny – prezent od biskupa Bobka, a za pazuchę wsadziłem krucyfiks, bo mógł się przydać w tym chorym czasie, gdzie ludzie z martwych wstają, a po lesie wąpierze grasują. Nagle sobie przypomniałem słowa Piasta – "...z wielkim hałasem wbiegło „to” i rwać ludzi na kawałki poczęło..." – do strzyg to nie podobne. Coś innego, potężniejszego w lesie się czaiło. Może w tej księdze znajdę odpowiedź. Kiedy przechodziłem koło kaplicy, smrodem okrutnym powiało na mnie ze środka tak, że na chwilę osłabłem. - Co się dzieje, przecież siarką okadziłem – powiedziałem cichutko pod nosem i pobiegłem szybko do biblioteki, żeby smrodu nie wdychać. Otwierając drzwi obejrzałem rękę, w którą mnie wcześniej Antek wgryzł. Nie było ani śladu, chociaż wyrwał kawał mięsa, zniknęły też inne stare rany i wcześniejsze zadrapania na moim ciele, jedynie ta po wilku delikatnie pulsowała i czerwieniła się krwią. “To dziwne, czary jakieś..., albo tak dobrze służy mi to wino mszalne, które z Piastem wypiłem.” W środku biblioteki panował ten sam bałagan, który zostawiłem w nocy, z jedną różnicą: brakowało potężnego martwego wilka. Pewno żył jeszcze i wylazł o własnych siłach, ale nie dowiedziałem się którędy, bo drzwi zamknięte od zewnątrz były. Jednak teraz miałem ważniejsze sprawy na głowie niż śledztwo w sprawie zaginięcia wilka uskuteczniać i zająłem się lekturą. Był to rękopis, z rycinami przedstawiającymi stwory w niej opisane, ale nie były to zwykłe rysunki. Każdy był bardzo dokładny, każde stworzenie jakby pozowało i miało pysk zadowolony, że je się maluje. "Co za dziwo, albo tylko moje złudzenie", zamknąłem książkę, w poszukiwaniu autora. Niestety grzbiet odpadł od wilgoci i niczego się nie dowiedziałem. Po paru godzinach znalazłem przepis „jak zatłuc wąpierza w postaci niemowlaka”. To było proste, wystarczyło przebić jego serce kołkiem, a potem pozbawić stwora głowy. Bardzo ciekawy sposób, czemu ja na to wcześniej nie wpadłem. Już chciałem zostawić księgę, nagle moje oczy przykuł obrazek na stronie, która wypadła mi wcześniej, gdy przenosiłem ją na stół. Rycina przedstawiała tak straszną poczwarę, że włos mi na karku się zjeżył. Morda hijeny, korpus płaza i nogi z wielkimi kopytami, oraz trzy pary rąk, a każda dłuższa od poprzedniej i zakończona ostrymi pazurami. Jak to bydle się nazywa? Po paru minutach znalazłem miejsce skąd ta strona wypadła. Z trudem odczytałem rękopis: Kikimora – tak durnie zwał się ten stwór okropny - ja tam bym ją ścierwojadem nazwał. Czytałem dalej zaintrygowany bestią – „otacza się pomniejszymi zmorami, bo moc ma wielką. Zmarłym na wieczny odpoczynek nie daje odejść. Przez to jest przeklęta przez innych Bogów i wygnana w Otchłań. Lecz wraca często, a gdzie się pojawi, tam pożoga i płacz, a ludzie giną tuzinami, przeto zwą ją Krwawą Suką. Potężniejszego potwora niż ten nie spotkasz i tylko z pomocą boską przeżyjesz i przegnasz bydlę, skąd przyszło..." Gdy czytałem te słowa od razu raźniej mi się na duszy zrobiło, gdyż kapłanem byłem – człowiekiem wyświęconym. Jeśli tutaj ten stwór grasuje, to mam dużą szansę, bo w Bogu moja nadzieja. Myśląc to ścisnąłem mocniej krucyfiks, znam mnóstwo egzorcyzmów, wielokrotnie złe duchy wypędzałem, to pewno i tym razem sobie poradzę. Moje dobre myśli jak zwykle mnie nie zawiodły, ale nie o taką pomoc boską prosiłem... Już zmierzchało, Bóg jeden wie, jak długo tu siedziałem, ale zmęczenia i głodu o dziwo nie czułem. Po nocnych zmaganiach ani śladu, ręce całe bez uszczerbku, byłem pełen werwy i rześkości. Piast wspominał coś, że mam siwe włosy, ale przecież wcześniej, przed laty, gorsze rzeczy wyprawiałem z duchami, a moje kruczoczarne włosy nie straciły barwy. Obejrzałem je dokładnie - "rzeczywiście jestem siwy, chyba się starzeję i nie dla mnie takie przygody". Już chciałem zamykać księgę, gdy mój wzrok padł na rysunek bożka w drewnie wyciosanego. Patrzył się w dal i miał podniesione ramię z palcem w górę zwróconym, a u jego stóp leżał wilk. „KSYLORTOWID – strażnik świata umarłych, pilnuje, coby żadne Ścierwo na stronę światła nie przeszło”. Tylko tyle, „Dziwne” -pomyślałem, spodziewałem się jakiejś ciekawszej historii, np.: syn tego to a tego, ojciec tych a tych, zrobił, zniszczył i jest najlepszy. Widać po prostu, że to jeden z wielu bóstw pomniejszych, parch zwykły! Ledwo skończyłem o tym myśleć, ręka wcześniej ugryziona przez wilka strasznie zaczęła boleć, włosy stanęły dęba i ból mną straszny targnął. Padłem nieprzytomny na klepisko. A sen miałem dziwny. Czułem zapach świeżej krwi i coraz bardziej przyspieszające serce mojej ofiary. To sarna, już opada z sił, ja jednym zamachnięciem ręki ogłuszyłem ją. Moja ręka, to wielka owłosiona i uzbrojona w wielkie pazury łapa. Zwierzę leży bez przytomności, czułem głód straszny, już chciałem rwać trzewia i rozpocząć ucztę, gdy nagle coś upadło i mienić się poczęło w świetle księżyca. Patrzyłem na to ”coś", obwąchałem i pomyślałem – „kawał metalu, ładnie błyszczy”, złapałem niezdarnie i schowałem z powrotem za pazuchę. Znowu miałem okrutną chęć rozerwać gardło zwierzakowi moimi wspaniałymi kłami, we krwi świeżej się wykąpać, lecz nagle coś zaczęło uwierać mnie w bok i pomyślałem – „to ten kawał metalu - zaraz go wyrzucę”. Wtedy nagle sobie przypomniałem – „...to prezent dla ciebie Ojcze Kleofasie, noś go z dumą i pamiętaj o mnie czasami...” – rzekł swego czasu biskup Bobek, chlejus wstrętny zresztą. "Ale co ja właściwie tu robię? Cały owłosiony, z ostrymi kłami w gębie, a z barków wyrastają mi potężne łapy z pazurami. To wcale nie jest sen! Jezu ratuj! Co się ze mną dzieje, tak nie może być! Jam przecież kapłan chrześcijański." Zostawiłem biedne zwierzę i popędziłem na oślep w las, a księżyc oświetlał mi drogę. Biegłem na oślep, przez jakiś czas, chcąc zagłuszyć w sobie tą chęć zabijania. Pewnie bym padł gdzieś wycieńczony, gdyby nie to, że nagle mocno uderzyłem łbem w drzewo, aż mnie zamroczyło. Upadłem i z bólem wzrok podniosłem na posąg bożka starego, podobnego do tego co w książce niedawno widziałem. Z taką tylko, że u jego stóp to właśnie ja leżałem. Twarz bożka patrzyła na mnie zimnymi…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych