Zdarzyło się w górach
Nikt nie spodziewał się, że właśnie tak będzie wyglądał najważniejszy dzień w historii pewnej górskiej mieściny.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{i}Miasteczko położone było w dolinie. Od północy i zachodu otoczone przez drapieżnie wyglądające góry, pokryte ciemnozielonym lasem, którego poszycie poprzebijane było gdzieniegdzie szarymi kawałkami ostrych skał.
Domy nie olśniewały przepychem, ale wszystkie wyglądały na czyste i zadbane. Wśród nich zwracał uwagę ten należący do Pani Green, świeżo odmalowany i sąsiadujący z eleganckim – choć w mocno staroświeckim stylu – zakładem fryzjerskim Pana Roberta. Nic jednak nie mogło równać się z ogromną rezydencją zbudowaną na wzgórzu, w pewnej odległości od centrum miasteczka. Prowadził do niej brukowany trakt – już to stanowiło o jej niezwykłości, gdyż pozostałe drogi były po prostu porządnie ubitą ziemią -, który wił się szaleńczymi zakrętami po zboczu, przypominając trochę wielkiego, oszalałego z bólu węża.
Był piątek. Właśnie w owej posiadłości wydawano przyjęcie, które na zawsze miało zmienić losy mieściny schowanej w cieniu gór.{/i}
{i}12:00{/i}
- Mamo, to będzie najlepsze przyjęcie na świecie, prawda?! – wykrzyknął Howard i rozpromieniony zaczął przyozdabiać widelczyki małymi, zielonymi wstążkami. Stół był już niemal w całości zastawiony; talerze leżały ciasno koło siebie, sąsiadując z wysokimi szklankami przeznaczonymi – w zależności od wieku gościa – do soku jabłkowego lub szampana. Nad wszystkim górowały wielkie, posrebrzane świeczniki sprawiające nieprzyjemnie chłodne i ponure wrażenie. Matka uśmiechnęła się szeroko do syna i z czułością ucałowała w policzek. - Oczywiście, że tak, kochanie. Przecież przygotowywaliśmy się do niego przez cały rok. Pamiętałeś o tym, żeby zaprosić wszystkich swoich przyjaciół? Howard zerknął na mamę i puścił do niej oko. - Co do jednego! W końcu mam już… - wyciągnął przed siebie palce i z wysuniętym językiem zaczął je bezgłośnie przeliczać – Dziesięć lat! To już dużo, prawda mamo? - Oczywiście! Jesteś moim małym mężczyzną. Oboje zaśmiali się donośnie i wrócili do swoich zajęć. Mieli jeszcze mnóstwo do zrobienia.
{i}13:00{/i}
- Nigdzie nie pójdę! - Wręcz przeciwnie, młoda damo! Pójdziesz i będziesz się tam świetnie bawić! – ojciec zbliżył się do córki na odległość wyciągniętego palca, który boleśnie wbił jej w pierś – To twój kolega i dał ci zaproszenie. Byłoby mu przykro gdybyś się nie zjawiła. - Nigdzie nie pójdę! – powtórzyła Anne i obróciła na krześle do ściany, podpierając twarz dłońmi i wpatrując się ze złością we fragmenty pękającej poszarzałej farby. Ojciec westchnął i bez słowa zaczął wiązać krawat. Na myśl o uroczystym świętowaniu urodzin jakiegoś bachora burzyła się w nim krew, ale… Na przyjęciu powinien spotkać wiele osób, z którymi będzie mógł porozmawiać o interesach. Skłamałby mówiąc, że te szły po jego myśli. Wciąż stać go było na eleganckie garnitury, najlepszego fryzjera dla żony, czy karmienie kucyka tego rozwydrzonego, pieprzonego, niechcianego bękarta, który obrażony wlepiał teraz gały w ścianę. Tyle, że pieniądze rozchodziły się błyskawicznie, a te, które je zastępowały – zamiast szeleścić, pobrzękiwały biednie na dnie portfela. Przyjęcie mogło być dla niego gwoździem do trumny lub zupełnie nowym początkiem. Chociaż nie. Nie nowym początkiem - kontynuacją jego passy.
Ojciec Anne skończył wiązać krawat i cmoknął z zadowoleniem do swojego odbicia w lustrze.
{i}14:00{/i}
- To będzie najlepszy żart, jaki do tej pory zrobiliśmy! – piegowatą twarz Toma przeciął uśmiech pełen krzywych i popsutych zębów. Wysoka, całkiem ładna dziewczyna i potężnie zbudowany chłopiec, niemowa od urodzenia – pokiwali głowami, jakby dla potwierdzenia jego słów. Przed nimi leżało pięć śmierdzących bomb – wszystkie domowej roboty. Było ich siedem, ale jedna okazała się – dosłownie – niewypałem, natomiast druga sprawiła, że w kościele św. Wojciecha przez co najmniej tydzień – drugie tyle zajmie spowiadanie wszystkich osób, które porzygały się przy przyjmowaniu komunii świętej – nie zostanie odprawiona ani jedna msza.
- Jak tam wejdziemy? – zapytała dziewczyna. Tom nie znał jej imienia i nie interesowało go ono za bardzo. Kiedy coś od niej chciał – po prostu szarpał ją za włosy. Przestał to robić dopiero parę tygodni temu, kiedy całkiem pokaźna ich garść została mu w dłoni. Od tamtej pory najczęściej wołał ją „ej, ty”. Podejrzewał, że jest chora i – choć nigdy nie miał się o tym dowiedzieć – miał rację. - Ej, ty... Wszystko obmyśliłem. Przedostaniemy się przez ogrodzenie. To duży dom, a jeśli podejdziemy od strony lasu to nikt nas nie zobaczy. Stamtąd przedostaniemy się do kuchni, a przez nią wprost do pokoju bawialnego. I tam, właśnie tam, kiedy będą już wszyscy, co do jednego… Wtedy wrzucimy bomby! Niemowa spojrzał na niego i uniósł brwi. - No… Wrzucimy wszystkie. Będą śmierdzieć przez miesiąc! – Tom zaczął śmiać się tak bardzo, że upadł na plecy i niczym pies zaczął tarzać się w brudnej ziemi wznosząc przy tym szare obłoki piasku. Dziewczyna wywróciła oczami, odwróciła się do niemowy i wzruszyła ramionami. Zakasłała, a on ją przytulił.
{i}15:00{/i}
- Gwarantuję, nikt nie będzie uczesany równie wspaniale, co pani! – oznajmił fryzjer, a nożyczki odcięły znad czoła posiwiały kosmyk włosów. Pani Green zachowała obojętną minę, choć głęboko w środku poczuła, jak rodzi się w niej duma, która dojrzeje już za parę godzin, na przyjęciu, o którym mówią i będą mówić wszyscy. - Mam taką nadzieję, Robercie. I wiedz, że jeśli ktokolwiek, podkreślam ktokolwiek, będzie miał taką fryzurę jak ja, to dopilnuję, żeby twój zakład zniknął szybciej niż sklep mięsny, który, pamiętam to dobrze, stał tu parę lat temu.
Robert przełknął ślinę, spojrzał w górę i wyszeptał słowa modlitwy. Pani Green wzięła to za dobrą monetę i wróciła do przeglądania się w lustrze – była zdania, że mimo swojego wieku trzyma się rewelacyjnie, a siwe włosy maskuje czarną farbą wyjątkowo dyskretnie. Zapewne pomyślałaby inaczej, a jej twarz zmarszczyłaby się w przerażeniu lub odrazie, gdyby usłyszała, co przed chwilą powiedział Robert; „Boże, który spoglądasz na nas wszystkich swoim łaskawym okiem, daj mi siłę bym nie zatopił nożyczek głęboko w szyi tej starej, obślizgłej nietoperzycy.”
W zakładzie fryzjerskim przygotowania do przyjęcia – choć nie bez przeszkód – szły więc pełną parą.
{i}16:00{/i}
- Nieprawda, czuję się… - koniec zdania utonął w kaszlu. Krople krwi spadły na pościel; niektóre tworząc nowe plamy, inne stapiając się ze starymi i nieco już wyblakłymi. Adam spojrzał na rodziców swoimi wielkimi, brązowymi oczami (Tak naprawdę nie były przesadnie duże, ale w wychudzonej, zapadniętej twarzy dziecka wydawały się być głębokie i ogromne niczym oczodoły zasuszonego szkieletu) usiłując wzbudzić w nich współczucie. Wiedział, jak to zrobić. Cierpiał na astmę od dzieciństwa i – spędzając niemal cały czas w domu – ćwiczył bezustannie sztuczne wywoływanie łez, czy żałosne pociąganie nosem. Nie potrafił jednak ukryć krwi, która – niczym zaopatrzona w szpony – brutalnie i bardzo boleśnie wyrywała się z czeluści jego gardła. Matka przysiadła na łóżku i chwyciła jego dłoń; z drugiej strony zbliżył się ojciec i zrobił to samo. Przez chwilę mierzyli się spojrzeniami; Adam wiedział, że to tata pierwszy opuści wzrok i po raz kolejny to mama będzie zmuszona udźwignąć ciężar przygnębiającej rozmowy. - Synku… - Będą tam wszystkie dzieci z miasteczka! Wszystkie! Tylko ja, jak zawsze zostanę sam. Będę wyglądał przez okno, bo może, ale tylko może, zobaczę łunę po wybuchu jednego z fajerwerków – Adam był zdenerwowany, ale starał się mówić wyraźnie i powoli; obawiał się kolejnego ataku kaszlu. Ojciec poprawił na nosie okulary i otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć. Zamiast tego wstał i z opuszczoną głową wyszedł z pokoju. - Synku… - rozpoczęła jeszcze raz matka – Wiesz, że cię kocham, ale… - Nienawidzę cię! Nienawidzę. Zostaw mnie w spokoju. Adam nakrył się kołdrą i zakasłał cicho. Po chwili poczuł, jak materac się wraca do pierwotnego kształtu, a do jego uszu dobiegło skrzypienie desek, gdy matka opuszczała pokój. Łzy, które ciekły po jej policzkach były słone i nieme.
{i}17:00{/i}
- Howardzie, prosiłam cię o coś! – matka wyjrzała z kuchni szukając wzrokiem swojego syna. Siedział na krześle, które znajdowało się u szczytu stołu i machał nogami. - Ale mamo… - Żadnego ale, Howardzie! Idź coś z tym zrobić, bo inaczej z przyjęcia nici! Co powiedzą ludzie, kiedy już przyjadą? Chyba nie chcesz, żeby wyjechali zanim zdążą się rozgościć, prawda? - Och, nie! – Howard zastygł w bezruchu, a na jego twarzy odmalował się strach. Na ten widok matka rzuciła szmatę, którą czyściła blat kuchni i podeszła do niego. Kucnęła przed synem i chwyciła go za nos. - Hej łobuzie, nie martw się, żartowałam tylko. Po prostu to zrób, dobrze? Buzia chłopca rozjaśniła się w uśmiechu.
Parę minut później szedł już dumnym krokiem z potężnym kawałkiem szarego mydła i flakonem drogich perfum. Przechodząc przez kuchnię uśmiechnął się do swojej mamy. Ta przesłała mu buziaka, a Howard zaczął udawać, że próbuje go złapać. Po chwili jednak przypomniał sobie, jakie jest jego zadanie i popędził w dół schodów. To będzie wspaniałe przyjęcie!
{i}19:00{/i}
Miasteczko pogrążało się w ciemnościach. Niemal wszyscy mieszkańcy, podobni teraz ćmom, ruszyli w kierunku położonej na wzgórzu rezydencji, która lśniła jasnym światłem uciekającym przez okna. Część szła piechotą, ci, którzy mieszkali dalej lub byli wystarczająco bogaci, by sobie na to pozwolić – poruszali się pojazdami. I tylko Adam wyglądał z okna, pozdrawiając machnięciem dłoni tych, którzy akurat odwrócili się w jego kierunku. Dom był pusty – rodzice wyszli dobre piętnaście minut wcześniej i zapewne byli już w połowie drogi na przyjęcie urodzinowe Howarda. Pożegnali się z Adamem ciepło, pełni jeszcze poczucia winy, że zostawiają go zupełnie samego. Obiecali, że przyniosą mu co lepsze kawałki ciasta. Tylko, że ich syn nie miał zamiaru spędzać tego wieczoru w łóżku. Myślami był przy rzeczach, które wkrótce miał wydobyć ze swojej szafy.
{i}19:15{/i}
- Chryste, Tom, naprawdę nie było innej drogi? Już co najmniej dwa razy wdepnęłam w jakieś gówno, a to, w co wpadłam trzecim razem… Nie chcę nawet wiedzieć, co to było. - Ej, ty… Nie było. Jedyna droga do domu Howarda, która nie jest tą główną, prowadzi przez las. A chciałem ci przypomnieć, że… - Dobra, dobra. Daj już spokój. Tom przystanął wpół kroku. Nerwowo zaciskał pięści i splunął pod nogi, gotowy przylać jej prosto w nos za kwestionowanie jego pomysłów – w końcu to on był szefem. Tylko on. Zanim jednak zdążył ją uderzyć, poczuł, jak na jego ramieniu ląduje wielka, ciężka dłoń niemowy. Tom obrócił się w jego kierunku i mimo otaczających ich ciemności zdołał dojrzeć groźbę czającą się w przymkniętych oczach chłopca. - Nieważne… - mruknął Tom. – Przyspieszmy. Nie jest łatwo wchodzić pod tą cholerną górę, a musimy jeszcze przeleźć przez ogrodzenie i dostać się do środka. W drogę. Wkrótce trzy postaci rozpłynęły się między drzewami, których gałęzie cicho trzeszczały w rytm wiejącego leniwie wiatru.
{i}19:15{/i}
- Howardzie, jak ty wyrosłeś! – Pani Green krzyknęła wystarczająco donośnie, by usłyszeli ją wszyscy, którzy znajdowali się w polu widzenia . Na swoją fryzurę wydała majątek i psim obowiązkiem każdego z gości – dosłownie każdego, bez żadnego wyjątku – było ją dostrzec, podziwiać i zazdrościć. Przede wszystkim zazdrościć. Howard zakłopotany ujął jej dłoń i niepewny co powinien z nią zrobić – energicznie potrząsnął, co spotkało się z wybuchem śmiechu i nagle spąsowiałymi policzkami Pani Green. Wkrótce jednak zapomniała o tym faux-pas i nawiązała rozmowę z ojcem Anne, ubranym w swój najlepszy garnitur.
Zaczynały krążyć kieliszki z szampanem, atmosfera powoli się rozluźniała, a ludzie wciąż napływali. Ich pochód sięgał skraju zbocza, na którym położony był dom. Howard wymienił z matką spojrzenia - Mamo, moi przyjaciele będą opowiadali o tym całymi… Całymi… - zmarszczył czoło poszukując w myślach odpowiedniego słowa – Całymi wiekami, o właśnie! - Na pewno! To będzie niezapomniana noc, synku.
I w istocie, taką miała być.
{i}19:20{/i}
Budzik – nastawiony ot tak, na wszelki wypadek – rozerwał ciszę metalicznym dźwiękiem. Adam wyłączył go i przez chwilę leżał jeszcze w łóżku, wpatrując się w sufit. Serce waliło mu mocno, a jego echo – był o tym święcie przekonany – musiało odbijać się po całym domu. Wolnym krokiem zbliżył się do szafy i spod sterty ubrań wyciągnął stary, brązowy plecak; mama zdradziła mu, że kiedyś należał do jego taty, który w młodości podobno sporo podróżował po świecie. Adamowi nie chciało się w to wierzyć. Z jego wnętrza wyciągnął parę solidnych butów o grubej podeszwie, ciepłe spodnie i kurtkę, która miała ochronić go przed deszczem. Choć niebo nie zasnuwała ani jedna chmura to Adam zdawał sobie sprawę, że w górach pogoda potrafi zmienić się w przeciągu paru minut.
Okno zajęczało, gdy Adam je uchylił. Właściwie to nie wiedział, dlaczego nie wychodzi drzwiami. Może chodziło mu o dodatkowy dreszcz emocji lub w taki sposób próbował nawiązać pewną więź ze swoim ojcem – kiedyś nieustraszonym obieżyświatem. Gdy znalazł się już w ogrodzie, odchrząknął i wypluł to, co zalegało mu w gardle. Nie obejrzał się za siebie, ale nawet gdyby to zrobił i tak nie dostrzegłby, jak cienkie łodygi trawy uginają się pod ciężką, gęstą śliną zabarwioną purpurą.
{i}20:40{/i}
- Au! Chyba skręciłam kostkę! – dziewczyna…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil reaktywacja_pstraga
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…