Wróć do katalogu

Zdrada

Bohater opowiadania zaczyna coraz bardziej zbaczać z drogi, powiedzmy tej prawdziwej, uczciwej i wdaje się w romans z atrakcyjną koleżanką z pracy.

andriosz, opublikowano , 36 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Zdrada

Poszukiwania Moniki trwały najpierw wiele dni, później tygodni, miesięcy i tak uzbierałyby się ze dwa lata do momentu, w którym wraz z czytelnikiem znajdujemy się teraz. Oczywiście cała ta sprawa odbiła się na mnie w sposób zdecydowanie negatywny. Jako, że winnych nie znaleziono ja sam znalazłem sobie winnego i w związku z tym zacząłem mieć pretensje do Pana Boga, że po pierwsze, do tego dopuścił, a po drugie, już później w toku śledztwa, że także nic nie zrobił w celu rozwikłania zagadki. Drugą niepokojącą sprawą stało się moje picie bo zacząłem pić coraz więcej i częściej, zaniedbując różne sprawy rodzinne i zawodowe. Dbałem jedynie o swój wizerunek na zewnątrz, jak na sprzedawcę ubezpieczeń przystało. Zatem tylko z pozoru byłem tym samym człowiekiem, podczas gdy wewnątrz mnie często się gotowało a ja nie dawałem ujścia ciśnieniu jakie tam powstało. Być może to właśnie miało istotny wpływ w istotnych wydarzeniach, jakie miały się niebawem rozegrać. Kiedy się ożeniłem sprawy małżeńskie traktowałem całkiem poważnie i wydawało mi się oczywiste, że nigdy mojej żony nie zdradzę ani fizycznie, obcując choćby z prostytutką, ani wdając się w jakiś poważniejszy romans. Z czasem jednak słowa przysięgi już na mnie tak motywująco nie działały, a ja w tym swoim życiowym postanowieniu coraz mniej byłem utwierdzony, stopniowo oddalając się od jego przesłania. Nie było w tym oddalaniu się jakiegoś przełomowego dnia, w którym nagle zdradziłem swoja żonę, nie to nie to, to było właściwie ciągłe oddalanie się od tej prawdy, którą stanowi miłość czy choćby uczciwość. Popadłem w swego rodzaju stan znieczulenia, dzięki któremu łatwo się rozgrzeszałem i zawsze banalizowałem wagę swoich poczynań. Ot choćby wspomniane zabawy wśród braci myśliwskiej, gdzie strzelaniu, piciu i dobremu jedzeniu zawsze towarzyszyły prostytutki, które notabene były niczym deser po dobrym obiedzie i niczym więcej. Nazajutrz po takich wyskokach zawsze sobie powtarzałem, że to się tak na prawdę nie liczy bo byłem pijany a do tego robiłem to tylko dla fizycznej przyjemności i z tak rozgrzeszoną duszą, biegłem do żony, żeby się zapytać, czy ona i spędziła milo czas. Beata Była towarzyska, więc na pewno nie siedziała z książką w łóżku tylko, no właśnie, bo może w tym łóżku właśnie siedziała ale nie sama i nie z książką, a ja byłem przekonany, że zgodnie z tym co mówi, tańczyła gdzieś całą noc na dyskotece ze znajomymi. Nie rozmawialiśmy o tym bo i tak bym się nie przyznał do swoich przygód, więc nie było mowy o szczerości. Moje wątpliwości co do niej zaczęły jednak narastać. - Czy i ona miewa podobne sytuacje, kiedy znieczulona alkoholem i urokiem przygodnego jegomościa z dyskoteki, nie pozwala sobie na małą zdradkę? – zastanawiałem się, nie traktując jednak tego typu przygód poważnie, używając tu celowo tego zdrobnienia, bo to przecież byłaby taka zdrada przygodna, niezobowiązująca, nie zasługująca na pamięć. Z racji moich wyskoków w gronie myśliwych, dawałem również żonie duchowe przyzwolenie na to samo i z upływem czasu stało się to dla mnie normą. Jak wspomniałem, nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Zresztą gdybyśmy się sobie przyznali, że oboje czasem toniemy w objęciach kogoś innego, to i tak pewnie niczego by to nie zmieniło – nasze małżeństwo trwałoby nadal bo tak było nam wygodniej a tym samym bez większych rewolucji mogliśmy robić i tak to, co chcieliśmy czy prawie to co chcieliśmy i nikt z zewnątrz nie musiałby o tym wiedzieć, a przede wszystkim rodzina, to znaczy nasi rodzice i krewni. Wyglądało więc po staremu. Rozumowałem więc tak - jeśli Beata, mnie nie zdradzała, to moje ewentualne przyznanie się, oznaczałoby zburzenie status quo, które mi odpowiadało, to znaczy odpowiadało mi to, że mam atrakcyjną i inteligentną żonę, która zostawia mi margines dla tylko mich spraw, do których ona nie ma wstępu, które są tylko moje i nie muszę się z nich przed nią tłumaczyć. Mam na myśli choćby strzelnicę. A co jeśli mnie zdradzała? – tego z kolei ja wolałbym nie wiedzieć. - Takie jest życie – myślałem – nie ma ludzi idealnych, więc w sumie czasem można sobie pogrzeszyć. No i w końcu czy to były takie ciężkie grzechy? Zabójstwo, gwałt, to tak, ale tu przecież nikt nikomu krzywdy nie robił, wręcz przeciwnie, bywało całkiem miło. Więc znów zaliczyłem moje wyskoki do grupy grzechów lekkich w zamian zyskując czyste sumienie i wewnętrzny spokój, choć być może tylko pozornie. - Świat idzie do przodu – tłumaczyłem sobie nieraz - to co było piętnaście lat temu, nie musi przecież być aktualne dzisiaj. Świat dorosłych i dzieci to dwie różne bajki. A nauka Kościoła, do którego wciąż należałem i chciałem należeć, też powinna nadążać za rozwojem społecznym i potrzebami człowieka, zwłaszcza człowieka pracy, który chce oderwać się od szarej codzienności choćby na krótką chwilę. Co prawda będąc kiedyś pilnym uczniem religii wiedziałem, że wszelkie akty seksualne poza małżeństwem były grzechem ciężkim, później jednak, już jako dorosły, uważałem iż sam mogę ustalać odpowiednie dla siebie normy, ponieważ każdy z nas ma inne potrzeby, a ja swoje przecież znałem najlepiej. Niestety zaistniała jeszcze jedna okoliczność, która miała także poważny wpływ na wydarzenia, jakie miały niebawem nastąpić. Otóż, ostatnimi czasy żona działała mi zdecydowanie bardziej na nerwy niż zazwyczaj. Często miała do mnie pretensje o różne błahe rzeczy, przynajmniej w porównaniu z poważniejszymi moimi zaniedbaniami, o których nie wiedziała, dlatego tym bardziej mnie to irytowało, że czepiła się spraw zaiste małych podczas gdy ja w tajemnicy przed nią robiłem rzeczy godne nagany. Również powstał konflikt na tle mojej siostry, o którą, miałem wrażenie, zawsze Beata była zazdrosna. Nawet winiła ją samą za jej zaginięcie, co mnie doprowadzało do wściekłości. I tak oboje z Beatą nakręcaliśmy się ciągłym czepianiem się siebie na wzajem, jakbyśmy nie mogli przejść obok w spokoju. Kiedy ona zwracała mi uwagę, ja nie byłem jej dłużny. Z jej strony nie było w tym konsekwencji bo jak raz zrobiłem dla niej coś dokładnie tak, jak ona chciała, chociaż sam zrobiłbym to zupełnie inaczej, ale niech tam, to znów innym razem już to właśnie nie było dobre, tylko coś zupełnie na odwrót. Przypominała mi się wówczas anegdotka moich kolegów z politechniki. Otóż, mieli oni zawsze na studiach technicznych do zrobienia kilka projektów konstrukcyjnych, ot choćby podnośnika do samochodu czy żurawia budowlanego. Projekty te rysowali na wielkich kalkach i z tymi kalkami chodzili sukcesywnie do prowadzących zajęcia asystentów w celu ich sprawdzenia. Oczywiście narysowanie takiego projektu zabierało im mnóstwo czasu i wysiłku. Więc kiedy konstrukcja była już ukończona i jedynie wymagała zatwierdzenia ze strony prowadzącego zajęcia, udawali się do niego po akceptację ich koncepcji. Często była ona odrzucana z jakichś względów, co było brzemienne w skutkach bowiem należało cały projekt narysować od nowa. Jednak moi koledzy z politechniki wypróbowali, pewnie od zarania dziejów tej uczelni, pewien banalny sposób. Otóż, kiedy dany projekt zostawał odrzucany, czekali tydzień, do następnych konsultacji, nie zmieniając w nim kompletnie nic i z tym samym projektem szli do tego samego asystenta, który dla odmiany projekt chwalił i zatwierdzał. Podobnie było z moją żoną. Na dodatek poznałem dziewczynę. Tak, po prostu poznałem dziewczynę, jak to się mówi. To słowo „poznałem” należy tu rozumieć jako zdecydowanie więcej niż nawiązanie zwykłej znajomości. To słowo w tym przypadku stało się słowem magicznym. To słowo oznaczało nowy rozdział w mojej historii jako, że do tej pory nie interesowałem się innymi kobietami bo byłem przecież żonaty i automatycznie nie przechodziło mi przez myśl, żebym mógł kogoś poznać no bo przecież już poznałem i ten etap zamknąłem. Mówiąc krótko, poznałem bardzo ładną, atrakcyjną i bardzo miłą kobietę - w odróżnieniu do mojej żony z ostatniego okresu zwłaszcza, która stała się moją obsesją. Niedługo po tym jak ją poznałem pomyślałem - Więc są jeszcze uśmiechnięte i sympatyczne kobiety w moim życiu. Ada, bo tak miała na imię, była mężatką z dwójką dzieci, co wcale nie miało dla mnie większego znaczenia, wręcz przeciwnie, pasowało mi, że ma rodzinę no bo i ja miałem, więc i żadne z nas prawdopodobnie nie będzie chciało tego zmieniać, a jedynie traktować to, jako oderwanie się od szarej codzienności bo i to czasem przecież człowiekowi się należy. A ja czułem właśnie, że to mi się należy. Odnalazłem się zatem w nowej życiowej sytuacji – jako żonaty facet, który „poznał” inną kobietę. W moim sercu zagościło pożądanie i wstąpiły we mnie nowe siły witalne, co czułem zwłaszcza rano, kiedy budziłem się obok mojej „starej” z jej imieniem na ustach i pędziłem co rychlej do pracy by się z nią spotkać. To wszystko zaczęło się całkiem niewinnie. Poznaliśmy się pracy, w naszym wielkim biurze, które zatrudniało około pięćdziesięciu osób. Oczywiście wszystkich ludzi nie znałem i już nie pamiętałem, kiedy pierwszy raz zwróciłem uwagę na Adę ale pewnego dnia tak właśnie się stało – zaczęła być dla mnie wyjątkowa, choć wcześniej nie była. Czy to za sprawą jej perfum, czy też co raz to bardziej wyszukanych strojów i fryzur? – nie pamiętam. Był co prawda taki moment, kiedy dostrzegłem jej spojrzenia, takie dziwne, jakich nie oczekiwałem od koleżanki z pracy, dlatego je najpierw ignorowałem ale pewnego dnia i ja spojrzałem na Adę inaczej, właśnie tak dziwnie, tak jak patrzeć nie powinienem, jednak spojrzenia tego już nie zmieniłem - nie chciałem bo zamoczywszy usta w kielichu tego wina, zacząłem przechylać go coraz mocniej i pić coraz więcej, a wówczas nie mogłem się już cofnąć. Będąc w pracy czasem jeździliśmy razem do klientów by sprzedać im jakiś kolejny produkt naszej wspaniałej firmy. Sporo czasu spędzaliśmy jednak w biurze przy różnych raportach i analizach rynku, gdzie również mieliśmy okazję się spotykać. Po kilku tygodniach zdałem sobie sprawę, iż oboje sami prowokujemy te okazje, kiedy możemy być trochę ze sobą sam na sam, choć wcale dla dobra firmy nie było to konieczne a może nawet wręcz przeciwnie. Kiedy to do mnie dotarło, coś się we mnie obudziło – pożądanie do tej zawsze pachnącej, pięknie ubranej i zalotnie patrzącej kobiety i wiedziałem wyraźnie, czego chcę i byłem pewien, że ona chce tego samego. Okazja do spełnienia naszych pragnień niebawem nadeszła bowiem tego dnia Ada przyszła do mnie i spytała: - Andrzej, pojedziesz ze mną dziś tak koło dwunastej do nowego klienta? - Co to za klient? – spytałem. - Jankowski. - Aaaa Jankowski... – nie mogłem sobie przypomnieć. - Nie mówiłam ci? - Chyba nie. - No to teraz ci mówię. Możemy dobrze zarobić bo facet nie bardzo się orientuje, co tak naprawdę chcemy mu sprzedać a wiem, że ma pieniądze. No wiesz, ty ostatnio pomogłeś mi trochę zarobić, to ja się chcę zrewanżować licząc na dalszą współpracę. No chyba możemy sobie robić małe przysługi? - Jak najbardziej – odparłem. - Cieszę się, że się zgadzasz Andrzejku. Czyli mogę na ciebie liczyć? - Ooo tak, nie ma problemu. Jestem do usług. – i istotnie byłem gotów świadczyć jej usługi i to nie tylko zawodowe. O wyznaczonej godzinie wyjechaliśmy do klienta. Sprawę załatwiliśmy sprawnie, przeliczając w myślach naszą prowizję i rzeczy, które można będzie za nią kupić, jak zwykle zresztą przy podobnych okazjach. Ja myślałem o nowym pistolecie, który czasem mi się już nawet śnił. Pożegnaliśmy się z miłym starszym panem i znów jechaliśmy samochodem przez miasto, mijając szereg kamienic. W którymś momencie Ada nagle powiedziała: - Ojej! Na śmierć zapomniałam! - Co się dzieje? - Możesz wjechać w tę bramę – spytała, pokazując mi bramę kamienicy, która właśnie mijaliśmy. - Kolejny klient? – spytałem. - Niestety nie. Kwiaty! - Kwiaty? – dopytywałem zawracając auto na podwójnej ciągłej. - Koleżanka prosiła mnie żebym zajęła się jej kwiatkami, podczas jej pobytu za granicą a ja o tym na śmierć zapomniałam. Wiesz, ona ma takie piękne kwiaty...Zresztą sam zaraz zobaczysz. - Hehe, to już pewnie uschły. - Zobaczymy! – odparła. – Ale, ty pójdziesz ze mną bo może się do czegoś przydasz! - Ja o kwiatach niewiele wiem bo w domu żona się nimi zajmuje. Jak dla mnie to może ich w ogóle nie być. - Nie zgadzam się z tobą bo ja kwiaty bardzo lubię a zwłaszcza dostawać od fajnych facetów. A ty pewnie nie jesteś rozrzutny jeśli idzie o kwiaty? - To prawda. - Tak jak większość mężczyzn. Mój mąż też o mnie nie pamięta. – westchnęła a tymczasem wjechaliśmy autem do bramy. Zaparkowałem na ohydnym podwórku starej kamienicy i pomyślałem, że pewnie mieszkanie koleżanki też nie grzeszy urodą sądząc po takim otoczeniu. Weszliśmy przez ciężkie drewniane drzwi i ciemną starą klatką wchodziliśmy po schodach na czwarte piętro. Towarzyszył nam zapach starości, piwnic i gotowanego obiadu, którego zapach zionął na nas z jednego z mieszkań, którego drzwi otworzyły się na chwilę by w jego ciemności pochłonąć mężczyznę, schodzącego z góry. Kiedy ten nas mijał, spojrzałem mu w twarz z ciekawości, jakie typy zamieszkują tę nieciekawą kamienicę i zdało mi się, że go znałem ale nie mogłem sobie przypomnieć skąd. To było dziwne, ale stało się tak szybko, że za parę chwil już o tym nie pamiętałem. Później jednak powróciło do mnie to pytanie, skąd znałem tę twarz - twarz nieciekawą, jednak dokładnie taką, jaką spodziewałem się zobaczyć w tym właśnie budynku, pasującą do brudnego, szarego i śmierdzącego otoczenia. Tę twarz miałem jeszcze później zobaczyć. Zresztą już ją widziałem i przedtem ale nie potrafiłem tego faktu wówczas skojarzyć. Otworzyliśmy stare drzwi i weszliśmy do przestronnego ciemnego mieszkania, istotnie pełnego różnego rodzaju kwiatów. Było ich mnóstwo i od razu sobie wyobraziłem ile czasu będzie musiało zabrać nam ich podlewanie. Jednak ile by to nie trwało, to będę przecież z Adą, z dala od klientów, komputerów biurowych i tego całego zgiełku, będę tu w nieznanym mieszkaniu pośród dziesiątek, jeśli nie setek kwiatów zwisających z sufitu, poustawianych na oknach, po rogach i na środku kilku pokoi. Kwiaty były wszędzie. - Może – pomyślałem - ...nie, nie może ale na pewno jesteśmy tu po to aby przekroczyć razem również tą fizyczną granicę uczciwości małżeńskiej bo tą niewidoczną już przecież pokonaliśmy, o czym oboje dobrze wiedzieliśmy, a teraz czekaliśmy na kolejny krok i zdałem sobie właśnie sprawę, że to może właśnie Ada wymyśliła to nasze niespodziewane wtargniecie do tego dziwnego mieszkania, kogokolwiek ono było własnością, razem z tymi wszystkimi kwiatami, które trzymały się zresztą całkiem nieźle. - Na początek zrobię kawę. Masz ochotę? – spytała. - Prawdę mówiąc w takiej sytuacji, wśród tych wszystkich kwiatków i w tak uroczym towarzystwie wolałbym napić się czegoś innego. - Ooo, a niby czego? Co zaproponujesz? - Butelkę białego wina – odparłem – białego wina, które zmąci nam w głowach i zrzuci zasłonę wstydu by pogrążyć nas w namiętnych objęciach – dodałem już w myślach. - A ty nie zapominasz czasem, że jesteśmy w pracy? - Hehehe a może to ty zapomnisz na chwilkę o pracy i docenisz uroki tego wspaniałego ogrodu botanicznego na mojej ławce – tu wskazałem miejsce na kanapie koło siebie. - Ooo to się mój kolega widzę rozmarzył. Bardzo proszę – odparła siadając koło mnie – a gdzie to wino? Bo w zasadzie mamy co uczcić - dziadka Jankowsiego, nie prawda? Ja tymczasem podszedłem do lodówki i wyciągnąłem butelkę białego wina. Tak, po prostu, jakbym wiedział, że tam będzie. - Kieliszki znajdziesz w szafce obok – rzuciła Ada. Za chwilę znów siedzieliśmy obok siebie i piliśmy łakomie jasny trunek a ja poczułem, że zaraz przekroczymy tę nikłą granicę, że właśnie po to tu jesteśmy. I kiedy o tym pomyślałem podnosząc wzrok na moją towarzyszkę tych wagarów od codzienności, niczym na znak batutą dyrygenta, odstawiliśmy nasze kieliszki i zbliżyliśmy nasze usta do siebie. Ada zaczęła rozpinać swoja bluzkę. - Może mi pomożesz? – spytała. A ja bez słowa uporałem się z resztą guzików by zdjąć jej bluzkę a potem już całą resztę tego, co miała na sobie i tego co miałem na sobie ja sam. - Więc jednak to było to – pomyślałem. Bez słów wszystko było jasne i bez słów spędziliśmy następne długie minuty na kanapie w mieszkaniu koleżanki Ady, która podobno była gdzieś na wakacjach za granicą. Wróciliśmy do firmy w szampańskich nastrojach, na które także swój niemały wpływ miała butelka wina, którą opróżniliśmy do dna. – Bo jak pić, to do dna! Bo jak się zatracić, to do końca! – pomyślałem idąc dumnie korytarzem koło mojej bogini. Od tej pory będziemy nosić w zakamarkach naszych dusz tajemnice niedostępne dla świata, tajemnice naszych miłosnych spotkań. Na zewnątrz będziemy tacy sami, porządni, eleganccy, dowcipni i profesjonalni, lecz kiedy nikt inny nie będzie patrzył rozwiniemy skrzydła naszej namiętności. Kiedy się żegnaliśmy tego dnia, Ada powiedziała: - To do następnego razu. - Znaczy się...? - To znaczy, że chyba mogę na ciebie liczyć w interesach, no nie? - Ooo tak, a zwłaszcza w degustacji białego wina. - To też. – uśmiechnęła się i poszła, a ja tę jej uśmiechniętą twarz wciąż widziałem przed sobą niczym jakąś przesłonę na swoich oczach. Kiedy tej nocy zamykałem oczy kładąc się obok żony na spoczynek również ta piękna twarz mi towarzyszyła. Od tamtej pory oboje z Adą korzystaliśmy z naszej niepisanej umowy pozwalającej nam posiadać się nawzajem. Teraz zacząłem doceniać uroki mojej pracy a zwłaszcza ciągły ruch w jakim byłem jeżdżąc po całej stolicy i okolicznych miasteczkach. Było tam bowiem dużo ustronnych miejsc, w których mogliśmy czuć się swobodnie razem. Z dala od znajomych spojrzeń, zaszywaliśmy się choćby na jedną godzinę w jakimś małym przydrożnym motelu lub pensjonacie. Było to zresztą, jak się z czasem dowiedziałem dość popularne a właściciele takich lokali gwarantowali dyskrecję bo w końcu z tego żyli. Do tej pory tego nie…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych