Wróć do katalogu

Ze zwichniętym skrzydłem - cz.VII

Jest noc, której nadal się boję

jolsokolowska079sok, opublikowano , 15 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

– Wróciłaś, Księżniczko!

Nie mogę z siebie wydobyć dźwięku. Drgnięcie dłoni, unoszę się i padam na wznak. Co jest? Przepełnia mnie lęk, zaciskam powieki. Nie, nie śnię. Słowa wdzierają się i pulsują w głowie... Nie mogę uwierzyć, że tak mocno może boleć...

****

Jest noc, której nadal się boję. Sen uleciał wraz z narastającym dźwiękiem aparatury wiszącej za wezgłowiem łóżka. Cyferki migają na wyświetlaczu niczym godzina i temperatura na jakimś biurowcu, rzucają drobinki światła na ściany pokoju, to moja codzienna kołysanka. Zza uchylonego okna dochodzi szum miasta. Ulice Paryża istnieją tylko na papierze listowym i w mojej pamięci. Znalazłam się na jednej z nich w niewłaściwej chwili, nie zdążyłam jej uciec. Chciałabym cofnąć wskazówki i przytulić mojego kota.

Jesień dawno zawinęła się w szarobury koc. Już pięć tygodni odkąd leżę w pokoju numer sto dwadzieścia cztery oddziału chirurgii urazowej szpitala Salpêtrière. Jak narysować upływ czasu? Nie wiążą się z nim najprzyjemniejsze wspomnienia, to trudny, ale wartościowy czas z powodu miliona rzeczy. Jedno miesza się z drugim, przenika zmęczone ciało i umysł. Wiem, że to ja, a jednocześnie - jakkolwiek zabrzmi to paradoksalnie - nie jestem osobą, którą znałam. Wszystko wokół mnie jest inne, oszołamia i onieśmiela. Dlaczego? Może dam radę wejść po schodach, dotąd nie próbowałam. To nie jest pytanie, nie chcę pomocy. Przed wypadkiem też byłam zbuntowanym bachorem. Prawa ręka przypomina drewniany wieszak, z trudem układam ją na poduszce. Lekarstwa są niezbędne, żeby kontrolować skurcze mięśni. Nie mogę ukryć się przed bólem, nie ronię łez, bo i brak miejsca. Radość i śmiech nie licują z powagą życia w szpitalu. Szczerze mówiąc gubię się w tym wszystkim. Moje życie, tu i teraz, jest pełne historii, które już nie chcą być opowiedziane. Wiele mnie nauczyły. Nikt nie pyta kim jestem. To wszystko, wystarczy słów, leczę myśli. Karoline, odrzuć negatywne, pytaj albo szukaj w sobie mocy. Uwierz, że możesz, wyzdrowiejesz, nie poddawaj się czarnym scenariuszom. Mam świadomość, że wiara to dopiero połowa drogi, najgorsze przede mną. Słyszę jękliwy dzwonek dochodzący z korytarza, podnoszę głowę.

– Bonjour.

– Entrez!

Otwierają się drzwi do pokoju, wjeżdża wózek ze śniadaniem. Podtacza go do łóżka speszona madame o wielkich piegach na zgrabnym nosku, w butach o gumowych podeszwach i oddechu pachnącym truskawkową gumą do żucia. Sądząc po kolorze identyfikatora z nazwiskiem, jest tu nowa. W niekonwencjonalny sposób każe mi usiąść, jej uśmiech robi się coraz szerszy. Dziewczyna szybko się uczy. Cholera, działa mi na nerwy! Tutaj nikt nie może być głodny. – Mam to w głowie. Klimatyzacja chwilowo nie działa, siadam wyprostowana, jakby to było coś ważnego. Z wysiłku zrasza mnie pot, koszulę mam przesiąkniętą potem, to nie łatwe. - Dobry Boże! - wzdycham. Madame szykuje dwa suche tosty francuskie z pomarańczową marmoladą, z namaszczeniem nalewa do filiżanki kawę, dodaje spienione mleko i śniadanie gotowe. Toleruję laktozę, więc dostaję jeszcze ser. Delikatnie daje mi do zrozumienia, że jest dobry.

– Merci.

To jakieś niezmienne prawo tutejszej kuchni. Przynajmniej nie muszę się bać, że przytyję. Jem oparta o poduszki. Z ostentacyjną cierpliwością czeka, aż skończę. Zabiera naczynia, wychodząc macha ręką na pożegnanie i znów się uśmiecha. To Francja. Kocham ten kraj.

Dzwoni Antonina, pojawi się za dobry kwadrans. Tym razem może nie spóźni się, a zresztą cierpliwie poczekam. Mam chwilę czasu, odwracam się niezdarnie na bok, oczywiście boli. Patrzę w stronę okna, wyciągam szyję i zamieram. Jest! Tańczy na parapecie, kręcąc szarym łepkiem, grucha, przygląda się - pewnie chce pogadać.

– Hej mała, mam na imię Karoline! Nie odpowiada.

Obserwuję ptaki od dziecka, tak jakoś wyszło. W pobliżu Sekwany widziałam zimorodki, drozdy śpiewaki i mewy srebrzyste. Wśród ptaków na paryskim niebie najbardziej spektakularny jest chyba sokół pustułka, mający gniazda na wieżach katedry Notre Dame, na Wieży Eiffla i bazylice Sacre Coeur. Paryż upodobał sobie również krogulec, czyli jastrząb wróblarz. Od kilku lat w paryskich parkach spotyka się pary tego drapieżnika. Nie omija on również budowli Montmartre'u ani przeszklonych ścian Wielkiej Biblioteki. Na szczycie Wieży Eiffla mieszka też sokół wędrowny – wbrew nazwie ten ptak w Europie prowadzi osiadły tryb życia. Najbardziej pospolitymi ciągle są gołębie, pasą się dosłownie gdziekolwiek spojrzeć. Nie wiem czy to jest ozdoba czy zmora miasta. Na dziedzińcu Luwru zauważyłam ich nieco mniej, kilka lat temu magistrat rozpoczął walkę, zakazując dokarmiania. Uważaj na siebie, jesteś tu najbardziej atrakcyjnym towarzystwem. No leć, rozprostuj skrzydła. Niemalże w tej samej chwili Antonina podchodzi, by mnie uściskać. Ma na sobie prostą bluzkę, włosy ściągnięte na karku w paradny kucyk, makijaż nie maskuje sińców pod oczami. Pachnie pudrem i roztacza woń dobrych perfum, ściągnięte brwi, poważny wzrok. Wyraźnie jest czymś zdenerwowana, zdradza to ton jej głosu. Nie lubi jak ją wypytuję, daję spokój.

– Był znowu twój niezwykły gość? - pyta załamującym się głosem.

– Przylatuje codziennie. To rasowa gołębica.

– Jasne!

– Nie kpij! Uwierz, samiec stroszy pióra inaczej, jest większy i ładniej ubarwiony.

Tracę pewność siebie, czuję, że nie traktuje mnie serio. Z trudem siadam na łóżku, nieporadnie obciągając brzeg szlafroka i przyglądam się. Antonina siada naprzeciwko na krześle, nerwowo przeszukuje przepastną torbę. Zamilkła na chwilę. Nie pytam dlaczego, to nieodpowiedni moment.

– Wszystko w porządku. Oto czek i książka, o którą prosiłaś. Unosi obie rzeczy jak trofea.

– Podziękuj Markowi, zresztą zrobię to sama. Dzięki, że znalazłaś dla mnie czas.

Widzę, że jej umysł pracuje na najwyższych obrotach.

– Mam wolną godzinę. Mogę cię o coś spytać?

– Wal!

– Gdzie w tej chwili jest Victor?

– Chyba w Nowym Jorku, już za nim nie nadążam. Chyba nie miał nic lepszego do roboty, zresztą dowiem się wszystkiego po jego powrocie.

Powiedziałam to ze ściśniętym gardłem, zamykam oczy, kryję twarz w dłoniach. Mam wrażenie, że ciężkie, stojące powietrze opada na moje ciało i opatula jak gruby koc. Chyba zorientowała się, że kłamię, zmienia się kompletnie na twarzy.

– Poznałam samochód Victora. Ciekawa byłam dokąd się wybiera, pojechałam za nim dowiedzieć się, co w trawie piszczy. Patrzę, a on nie jedzie do pracy, tylko zatrzymuje się przed tym nowym jasnoróżowym biurowcem, przypominającym do złudzenia butelkę Pepto- Bismolu. Sprawdzam, co tam się mieści. Same kancelarie adwokackie, facet...? Oczywiście to nic nie znaczy, poza tym, że jest w Paryżu, nigdzie nie wyjechał. Karoline, powiedz, lubisz go?

– Lubię? Dobrze wiesz, że zakochałam się w nim natychmiast i bezwarunkowo. Spędziliśmy z sobą prawie dwa lata. Byliśmy tak bardzo razem. Przejął się moim wypadkiem, ale przed wyjazdem nawet się nie pożegnał. Mam takie chwile, że chcę do niego zadzwonić, ale po namyśle tego nie robię. To nie ja odbieram pocztę. Gdybym dostała list, to bym zapamiętała. Tak liczyłam na jego pomoc i wsparcie.

– Przykro ci?

– Mam to gdzieś! Mężczyźni są inni. Włażą na strych lub do garażu i udają, że to ich jaskinia, musimy to zrozumieć.

Antonina pociera wierzchem dłoni włosy. Wydaje mi się zmieszana moją szczerością, łagodny wyraz znika z jej twarzy. Czuję, że poczerwieniałam. Ostatnio między mną i

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych