Wróć do katalogu

Ziemia Wież

Autor : Adnrigo Pacirko And Xavi Moto HTML : Argail Opowiadanie zamieszczone za wiedzą i zgodą Autora Please nie kopjujcie bo już kilkadziesiąt razy zkopiowali i podpisali,że to oni napisali.

Piotr G., opublikowano , 48 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Ulica wrzała. Koła wozów stukały o bruk. Ludzie krzyczeli. Konie parskały i stukały kopytami. Nawet deszcz, zwykle cichy, przyłączył się do gwaru dnia targu, potęgując wszechogarniającą kakofonię. Chciało mi się pić, miałam ochotę na wino i ser. Przekupki zdążające na rynek potrącały mnie, ocierały zmokłymi płaszczami, poszturchiwały koszami z wikliny, podążając bezmyślnie w jednym kierunku. Nie obchodziło mnie to. Dojrzałam szyld tawerny. "Przy alabastrowej wieży", głosił koślawy napis. Podniosłam wzrok ponad mokre dachy. Żadnej wieży, nigdzie dookoła... Popchnęłam ciężkie drzwi. Zaskrzypiały zmęczone. Przestąpiłam próg i wnikłam w ciemność. Usiadłam przy stoliku w rogu sali. Chudy i znudzony karczmarz przyjął moje zamówienie. Już po chwili towarzystwa dotrzymywał mi dzban czerwonego wina, ser na dębowej deszczułce i nóż. Zamyśliłam się. Miałam jeszcze trochę czasu do spotkania. Drzwi otworzyły się ponownie i w smudze światła dostrzegłam chłopięcą sylwetkę. Rozejrzał się po sali, westchnął, i zawrócił. Znowu zrobiło się ciemno. Rozsiadłam się i poczułam, że coś uwiera mnie w lewe udo. Zajrzałam do kieszeni płaszcza. Drażniący przedmiot okazał się zapomnianym prezentem. Mała książka, z pustymi kartkami. Inaczej rzecz ujmując, pamiętnik. Nie lubię pisać, niespecjalnie również opowiadać. Ale dla zabicia czasu, poczęłam sobie przypominać, jak to się wszystko zaczęło. Jak zmieniło się moje życie.

***

A zaczęło się właśnie od chłopca. Był magiem. Chociaż nie, nie uprzedzajmy faktów. Po prostu nie da się go wrzucić do żadnej szuflady z etykietą i opisem. Miał wyjątkowy talent, znał się na sztuce, choć upierał się, że nikt go nie szkolił. Był największy. A w każdym razie mógłby być. To tacy jak on założyli Akademię. Chłopiec pojawiał się w karczmach i wyszynkach, w miastach i wioskach. Sam siebie nazywał ambasadorem Ziemi Wież. Wesoły, otwarty, błękitnooki, jasnowłosy, potargany. Zabawiał i intrygował opowieściami o swojej ojczyźnie. Tylko jednego nie chciał wyjawić, a mianowicie, gdzie ona się znajduje. To pytanie, padające zawsze zarówno z ust tych, którzy mieli okazję już z nim rozmawiać, jak i tych, którzy słuchali go po raz pierwszy, nieodmiennie pozostawało bez odpowiedzi. Niewielu mu wierzyło. Bo czyż może istnieć na kontynencie, nawet tak wielkim i niezbadanym jak nasz, takie miejsce? Wzgórza porośnięte dzikim lasem. Lasy poprzecinane ścieżkami prowadzącymi do wież. Wieże stojące na wzgórzach. Wysokie i smukłe, a każda z nich inna, każda piękniejsza, każda jedyna w swoim rodzaju. Rzeźbione kamienne powierzchnie. Witraże w oknach, schody z alabastru i kolorowych marmurów, ażurowe poręcze o kształtach dzikich pnączy. Metalowe dekoracje. Ściany obkładane kwarcem i kryształem, lśniące w słońcu. A inne matowe... Nie potrafię tak opowiadać jak on. Chociaż je widziałam. Bo to nie była moja kraina... Nie jestem poetką, tylko uzdrowicielką. I to raczej ciała, niż duszy. Chociaż to się często sprzęga... Do rzeczy. Nietrudno pobudzić ludzką wyobraźnię. Plotki o skarbach, jakie muszą się znajdować w wieżach, krążyły szybciej niźli gepard ściga swoją ofiarę. Chłopiec zaprzeczał. Ludzie poczęli organizować wyprawy. Chłopiec nie był bezpieczny. Ekspedycje ruszyły. Chłopiec zniknął. Rycerze, magowie, kuchciki i wozy, konie i muły, a na ich grzbietach miecze i talerze. Inni szli pojedynczo, z jednym plecakiem pełnym prowiantu. A wszyscy szukali... Czas mijał. Zaczęły się powroty. Najbardziej chłopcu dziękować powinni kartografowie, bo w trakcie owych podróży wiele z białych palm na mapach znikło. Wielu powróciło rozczarowanych, wielu bogatszych, a niektórzy wcale. Ale wież na wzgórzach nie dostrzegł nikt. Tak ucichło... Opowieści traktowane z początku poważnie, uległy transformacji w legendę. I wtedy chłopiec powrócił. Pojawiał się sporadycznie; o ile wcześniej wszędzie było go pełno, o tyle teraz spotkanie z nim należało do rzadkości. Zmienił się jego gust. Już nie oświetlony kontuar, ale małe, krzywe stoliki w ciemnych kątach... Tak go poznałam. Piłam sama. I niech nikt nie pyta dlaczego. Wiem, że odbiegam od stereotypowego wizerunku uzdrowicielki. Mój wzrok nie jest delikatny, ciepły i kojący. Nie noszę szerokich, zwiewnych, białych tunik, opasek na czole, śnieżnobiałych kapturów, sandałków, korali, tajemniczych wisiorków. Nie wyglądam, jakbym miała się za chwilę rozpaść niespodziewanie jak umierający gnom, a potem ulecieć niesiona przez wiatr w pyłowej formie, w tajemnych i intrygujących wyższych celach. Lśniące włosy nie rozsypują mi się na ramionach. Są myszowate. Obcinam ja krótko. Mam skórzane spodnie, kurtkę i płaszcz. Pojemny plecak na zioła, u pasa cienką i mocną linę którą kupiłam za ciężkie pieniądze od elfów, oraz inne przedmioty. Z gatunku tych potrzebnych. U pasa miałam zwisał mały toporek, doskonały krasnoludzki wyrób. A, jeszcze sztylety w obu cholewach. Poza tym słyszałam, że jestem ładna. Ale dzieci mnie raczej nie lubią. Podsumowując powyższe, nie mam pojęcia, czemu się do mnie przysiadł.

***

- Można? - zapytał i usiadł. To nie było mądre. Następnym razem mógł źle trafić. Ilość światła otaczająca stolik zazwyczaj jest proporcjonalna do czystości charakteru, jasności zamiarów i przejrzystości interesów. Wyjątki, jak zwykle, tylko potwierdzają regułę. Milczał. Ja również. Poszukiwałam rozwiązania gnębiącego mnie wówczas problemu. Nie potrafię powiedzieć, ile czasu upłynęło, ani co to był za problem. Skończyło się wino i moje rozmyślania. Otworzyłam usta, żeby zawołać karczmarza. Chłopiec mnie ubiegł. - Poczekaj. Ja ci przyniosę - powiedział i nim zdążyłam się odezwać wstał szybko i pobiegł do baru. Dopiero wtedy mój umysł ruszył nową ścieżką. Gdy jasnowłosy powrócił z dwoma dzbanami wina, byłam już nieomal pewna jego tożsamości. - To ty? - zapytałam i kiedy słowa opuściły moje usta, zrozumiała, że pytanie jest co najmniej głupie. Zmartwiłam się, chyba zbyt wiele czasu spędziłam byle gdzie. Zbyt wiele bitew na odległych pogranicznych terenach Małych Królestw... Czyżby inteligencja była jak mosiądz? Rzadko używasz, to nie błyszczy? Przyjaciółki radziły: "otwórz praktykę, osiądź gdzieś na stałe, niekoniecznie w wielkim mieście; z twoimi umiejętnościami wszędzie się przydasz i wszędzie sobie poradzisz; ile można się włóczyć po lasach i polach, narażając życie? Po co ci to?". No właśnie. Żebym to ja wiedziała... Na szczęście chłopiec mnie zrozumiał. Tyle że niewłaściwie ocenił. - Tak. Ja to ja - odparł szybko. - Ale nie pytaj mnie gdzie to jest. - Nie mam najmniejszego zamiaru. Chociaż jestem ciebie ciekawa, dużo słyszałam... Zmarkotniał i spuścił wzrok. - Przypuszczam - oderwał wzrok od sęków w blacie. - Ale nie chcę o tym rozmawiać. Dobrze? Normalnie pewnikiem wzruszyłabym ramionami i zamknęła się na dobre, jakkolwiek tego nie rozumieć. Ale w jego oczach było coś dziwnego, nieokreślonego. Dziwna kombinacja. Moc. Prośba. Szczerość. Ból. Duma. Wyższość. Rozpacz. Poniżenie. Nadzieja. Sama nie wiem. - W porządku - odpowiedziałam. I zdziwiłam się po raz kolejny. Nie odburknęłam. Właśnie odpowiedziałam. A na dodatek, jeszcze się do niego uśmiechnęłam. Oczy mu zabłyszczały, rozluźnił się. - Opowiedz mi o sobie - poprosił. - Nie - odparłam szybko. - Przeszkadzam ci? Czekasz na kogoś? - zapytał z wahaniem. Doskonałe wychowanie. Jak na dworze w Starym Imperium. - Co do pierwszego: nie. Co do drugiego: częściowo. - Jak można częściowo na kogoś czekać? Podsunęłam jedzenie w jego stronę. I postanowiłam go nie męczyć. Nie zasłużył sobie na złe traktowanie. W końcu poprawił mi humor. - Nie na kogoś, dlatego częściowo. Trzy dni temu miałam wyruszyć w puszczę. Chcę pozbierać trochę ziół. Ta ulewa mnie zniechęciła. Poczekam tu aż pogoda się poprawi. Jeśli deszcz złapie mnie w lesie, to trudno. Ale nie będę opuszczać miasta już przemoczona. Nie lubię tego i już. Zbliżam się do wieku, w którym fanaberie powoli zaczynają być na miejscu. - Nie przesadzaj - odparł poufale, a ja, jak głupie dziewczę, chyba się lekko zarumieniłam. Do licha, co w nim takiego było? - Słońca nie widać, ale nie ma chyba jeszcze południa. Może zaraz przestanie padać. Rozmowa nabrała gładkości, rodziło się tylko pytanie, jak długo można rozmawiać o pogodzie. Spojrzałam w okno. Deszcz zacinał o brudne szyby. Zamazane cienie pomykających pospiesznie przechodniów... Odwróciłam wzrok z powrotem w jego stronę, chciałam zapytać, co jego tu sprowadza i zamarłam. Siedział sztywny, oczy miał zamknięte, powieki drgały. Niewielkie krople potu pojawiły się na jego czole. I nagle otworzył oczy, jego twarz rozpromieniał uśmiech. A twarz oświetlił słoneczny blask, odbity od mokrego blatu stojącego pod oknem stolika. - Właściwie nic mnie tu nie trzyma. Nie masz nic przeciwko temu, żebym cię kawałek odprowadził? Gdzieś słyszałam że milczenie jest przyzwoleniem. Załóżmy, że właśnie dlatego siedziałam cicho. I z otwartą gębą

***

W kałużach gościńca odbijało się lazurowe niebo. Gleba rozmokła zupełnie, po godzinie marszu buty miałam już utytłane błotem do kostek. Chłopiec szedł obok mnie. Zdążyłam się dowiedzieć, że na imię mu Uohm. W końcu ciekawość zwyciężyła goszczącą od dłuższego czasu w mym sercu obojętność. - Te wieże, o których opowiadałeś... One są wysokie? Westchnął. Wydało mi się to dość osobliwe, w końcu kiedyś opowiadał o tym chętnie, każdemu kto chciał słuchać. Teraz wyglądało na to, że mam ochotę czegokolwiek się dowiedzieć, będę musiała to z niego wyciągać. Dziwne. - Tak - wyglądało na to, że coś w nim pękło. I bardzo dobrze. - Niektóre bardzo. W każdym razie wszystkie wystają ponad czubki drzew. - W takim razie czegoś tu nie rozumiem. Setki ludzi, nie tylko z Republiki, ale i Małych Królestw i wszystkich innych znanych mi krain i zakątków, pod wpływem twoich opowieści wyruszyły, by ich szukać. Nikt ich nie znalazł. Kilkanaście wieków temu, może nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego. Ale teraz? Nasz kontynent zmierzony jest wzdłuż i wszerz. Z grubsza wiemy, jak wygląda cały nasz świat, nawet na drugiej półkuli, za oceanami. Widzę dwie możliwości. Albo ta twoja kraina jest po drugiej stronie, albo coś kręcisz. Uohm słuchał uważnie i wodził wzrokiem po czubkach drzew. - Istnieje trzecia możliwość. Źle szukali... - Chcesz mi wmówić, że ta twoja mityczna ojczyzna znajduje się na naszym kontynencie? - Tak. - I to całe mrowie poszukiwaczy skarbów i przygód szwendając się miesiącami po wszystkich jego zakamarkach, nie dostrzegli tych wysokich wież? - Dokładnie. Udałam obrażoną. - W porządku. Nie to nie. Jak będziesz miał ochotę coś dodać, to daj znać. Później nie odzywaliśmy się do siebie wiele. Brat schował się już za horyzontem, Promienie Siostry jeszcze dawały trochę światła. Zaczęłam rozglądać się w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca na nocleg. Puszcza była już gęsta. Doszliśmy to strumienia. Niewielki był, raczej wąski, ale usiłował groźnie hałasować. Urósł od ulewy, woda w nim byłą lekko mętna. Jak to po deszczach. Dostrzegłam niewielki wzniesienie. W sam raz. "Niedaleko do wody, a w razie nawrotu deszczu przynajmniej nas w nocy nie zaleje", pomyślałam. Przystanęliśmy, zrzuciłam plecak na wilgotną ziemię. - No dobrze, panie chodząca tajemnica. Rozbijamy namiot. Niewielki pakunek, który niósł na plecach pacnął na mokry mech. Co mogło się pomieścić w czymś tak małym i niepraktycznym? Bielizna na zmianę? Nie dociekałam. Wiedziałam, że pewnie niedługo się dowiem. - Sama sobie nie poradzisz? - zapytał bezczelnie. Stanęłam w lekkim rozkroku, podpierając boki rękoma. - Halo, przyjacielu. Idziemy razem, prawda? Wypadałoby pomóc? - Nie denerwuj się, nie ma o co. Chciałem zaproponować, żebyś ty rozbiła namiot, a ja w tym czasie poszukam drew na ognisko. Roześmiałam się. - Dowcipny jesteś... To dobrze, kobiety lubią mężczyzn z poczuciem humoru, będziesz miał powodzenie jak dorośniesz. Lało jak z cebra od kilku dni. Gdzie na błękitne demony chcesz znaleźć kawałek suchej gałęzi? Gapił się na mnie szeroko otwartymi oczami, jakbym mówiła do niego w starolentoryjskim. Potem obrócił się na pięcie i skierował się w głąb głuszy. - Gdziekolwiek - dobiegło mnie zza jego pleców.

***

Poszłam po wodę do strumienia. Była zimna i trochę mętna, ale pyszna. Czułam na języku metaliczny posmak. Później rozbiłam namiot, a gdy skończyłam, wzięłam kilka głębokich wdechów. Las tak pięknie pachnie. Zwłaszcza po deszczu, kiedy ściółka nasiąka wilgocią. Rozwinęłam impregnowany, skórzany śpiwór, wyciągnęłam go na zewnątrz i usiadłam. Czekałam aż wróci Uohm, ciekawa, czy uda mu się dokonać niemożliwego i znaleźć cokolwiek, co dałoby się podpalić. Byłoby miło ogrzać się przed snem przy ognisku, ale nie robiłam sobie specjalnych nadziei. Siedząc tak, poczęłam zastanawiać się nad tą nagłą zmianą pogody. Sęk w tym że nie powinna była nadejść. A w każdym razie nie tak nagle. Przyszło mi do głowy kilka możliwości. Ta najbardziej oczywista była nie do przyjęcia. Zrobiło się już prawie zupełnie ciemno, w każdym razie w tej gęstwinie. Skupiona, nie zauważyłam kiedy wrócił. Uginał się pod brzemieniem. Olbrzymia naręcz gałęzi zagruchotała lądują koło moich stóp. Wszystkie wyglądały na zupełnie suche. - I co ty na to? - zapytał tryumfalnie. - Jestem z ciebie dumna. Sam rozpalisz czy to też ja mam zrobić? Spojrzał na mnie z wyrzutem. - Poradzę sobie. Uklęknął i zaczął układać niewielki stosik. Obrócony był do mnie plecami, więc nawet nie zauważyłam jak to wszystko podpalił. Żwawy płomień narodził się z radosnym, cichym trzaskiem. Uohm usiadł koło mnie, zadowolony. - Powiedz mi... dlaczego taka jesteś? Gdyby nie jego wiek, pomyślałabym pewnie, że mnie podrywa. Wszystko to wydawało się odrobinę nierealne. Ale takie było całe moje życie. Jakbym podświadomie poszukiwała granic absurdu, ciągle przekraczałam kolejne, ale żadne nie były absolutem. Całe szczęście zdążyłam się już przyzwyczaić. Właściwie komu mogłabym to wszystko opowiedzieć jak nie jemu? Jasnowłosy przybysz z paralelnej czasoprzestrzeni. Tak właśnie muszę o nim myśleć, bo inaczej będzie ze mną źle. - Jaka? - Zimna. Wyniosła. Zdystansowana. "Bo tak" cisnęło mi się na usta. Opanowałam się. Jeśli chce wiedzieć. Proszę bardzo. Zdradzę mu dwa sekrety za jednym razem. Uniosłam prawą dłoń. - Tak będzie najwygodniej. Chyba że... - W porządku - odparł i odgarnął włosy z czoła. Dotknęłam go i obdarowałam wizją. Sam się prosił.

***

- Przestań ryczeć! - Lhea potrząsnęła mną po raz kolejny. - To jeszcze nie jest koniec świata! Równie dobrze mogła mówić do ściany. Dla mnie był. Ostatni rok studiów. Ostatni bal z okazji Dnia Ułudy. A ja nie mam z kim iść. - Wiesz co mi powiedział? - Wiem, powtórzyłaś to już dwanaście razy. Przykro mu, ale musicie się rozstać. Nie ty pierwsza, ni ostatnia. - To mało! Jemu nie zaiskrzyło, rozumiesz? Nie zaiskrzyło mu! To po jakie licho spotykał się ze mną przez te ostatnie tygodnie? Lhea usiadła koło mnie i objęła ramieniem. - Nie przejmuj się. Purrg od początku mi się nie podobał. Na całe szczęście nie przespałaś się z nim, więc masz czyste sumienie. Poza tym, jestem pewna, że nie ty jedna będziesz dzisiaj sama. Przebieraj się, wrzucaj wianek i za pół godziny wychodzimy. - Nigdzie nie idę! - krzyknęłam i w kolejnym spazmie runęłam na poduszki. W tym momencie ktoś zapukał do drzwi. - Proszę - powiedziała Lhea. - Witam, co słychać? - U mnie w porządku, dzięki Etheal. Ale z nią jest kiepsko. To ma być przyjaciółka! Zapłaci mi za to. Usiadłam i spojrzałam przekrwionymi oczami na gościa. Widziałam go pierwszy raz. Wysoki, szczupły blondyn. Przystojny, o miłej twarzy. Nagle dostrzegłam drobny szczegół, który przykuł natychmiast moją uwagę. Fioletowe tęczówki. I zamiast się przedstawić wydałam z siebie ochrypłe chrząknięcie. Wyglądał na onieśmielonego. Podał mi dłoń. - Etheal. - Selene. - Miło mi cię poznać - odwrócił wzrok w stronę Lhei. - Słuchaj, możesz pożyczyć mi "Komunikację pozazmysłową" i "Wstęp do telepatii", tylko na dziś wieczór... - Owszem mogę, ale po co ci to na wieczór? - Muszę skończyć esej, na pojutrze. W oczach Lhei dostrzegłam błysk. Nie, ona mi tego nie zrobi... - Chyba oszalałeś! Dzisiaj jest bal z okazji Dnia Ułudy. Chyba nie będziesz siedział w dormitorium i pisał eseju? - Chyba będę - odpowiedział zmieszany. - Miałem z kimś iść, ale... nie wyszło. Więc chyba będzie lepiej, jak posiedzę i napiszę ten esej. Będę miał z głowy. - Mowy nie ma - podła wiedźma w osobie mojej przyjaciółki wskazała ręką na mnie. - Pożyczę ci te książki, proszę bardzo. Jutro rano. W zamian za to dzisiaj zabierzesz ją na tą imprezę i poprawisz jej humor. W porządku? - Lheo, daj spokój - odezwałam się. - Jak chce pisać pracę, to niech pisze, nie zawracaj mu głowy. Wtedy drzwi otworzyły się gwałtownie i wpadł Vert, a za nim Monekus. - Gotowe? No to idziemy, musimy zająć duży stół. Lhea wstała i poprawiła fałdy śnieżnobiałej abai. - Ja owszem. Oni jeszcze nie. Wypchnęła ich za drzwi i wyszła. Etheal został. Kiedy wróciła rano, Etheal chrapał w najlepsze na jej łóżku. O dziwo, wcale nie miała mu tego za złe.

*

Zgiełk ulicy wdzierał się razem z wiatrem, który szarpał lekko firanę. Wstałam z łóżka, owinąwszy się jedynie prześcieradłem, pod którym spaliśmy. Stanęłam na balkonie. Błękitne niebo. Pełnia lata. Zboże w dole nabierało złotej barwy. Oślepiał mnie blask bijący od bielonych ścian wieży. Odwróciłam się i wskoczyłam kolanami na łóżko. - Etheal... wstawaj, zjemy śniadanie w ogrodzie. Jest tak pięknie! Nawet nie otworzył oczu. Zamruczał tylko i przyciągnął mnie mocno do siebie. Dłoń zanurzył w moich włosach. Poczułam zapach jego skóry. Ucałowałam w obie powieki. W zamian za to usłyszałam czuły szept. - Kocham cię... Byłam szczęśliwa.

*

Wyszliśmy ze sklepu na ulicę. - Tata, weź mnie na opa! - Zan jak zwykle zaczął marudzić. Czekoladowe ciastko zaczęło mu się rozpływać w rękach. - Dziecko, cały jesteś brudny. - kucnęłam przy nim. - Zjedz je całe, zanim będziesz kompletnie umazany. - Mówiłaś, że nie powinno się jeść szybko, bo to nie ładnie. Po kim on jest taki wygadany, nie miałam pojęcia. Zan posłusznie wpakował sobie całe ciastko do buzi i patrzył na mnie wielkimi fioletowymi oczami. - Tata... Opa! - wygłosił, wypluwając okruchy na ziemię. Tata wykonał szybki gest. Plamy z bawełnianej koszulki zniknęły. Chwycił go pod pachami i płynnym rucham usadowił go na swoich szerokich ramionach. - Etheal, nie możesz tak. Za minutę dojdziemy do fontanny. Tam by się umył. - Nie przesadzaj... No nie mały? - zapytał syna. - Mama wyluzuj - poparł go Zan. Zdrajcy. - Jak będziesz miał swoje dzieci to się może wyluzuje. Na razie usiłuję cię wychować, dziecko. - Jestem dobrze wychowany. Wszyscy tak mówią. - Już dobrze, koniec tej dyskusji - powiedział Etheal. - Idziemy do fontanny. Tam się umyjesz dokładnie. Ruszyliśmy na środek placu. Mój mag trzymał mnie za rękę. Zan podśpiewywał sobie pod nosem. Rozglądałam się po straganach. Doszliśmy do fontanny. Kilkanaście maluchów wszystkich ras i obu płci taplało się w wodzie. Matki, babcie i ojcowie siedzieli na brzegu, rozmawiając i popijając z bukłaków. Zan wylazł z wody kompletnie mokry. - Tata, jeszcze opa! - Tylko spróbuj go wysuszyć... - zagroziłam Ethealowi. - Selene... Przecież on sam sobie poradzi. Zan, chciałbyś być suchy? Mały spojrzał na ojca. - Mogę. A co? - To zamknij oczy i pomyśl bardzo mocno o tym, żeby mieć suche ubranie. - A po co? - Potem ci powiem. Zrób tak, jak ci powiedziałem. Patrzyłam na to kompletnie zrezygnowana. Mały zamknął oczy. - Już. - Myślisz? - Yhm... - To teraz przejedź dłońmi po koszulce i spodniach. Tego było już za wiele. - Etheal... Nie dał mi dokończyć. Położył palec na ustach. Spojrzałam na Zana. Delikatnie pogładził koszulkę, a potem spodnie. Pod wpływem dotyku jego rąk zrobiły się suche. Ale nie tylko. Nikł naturalny beż włókien. Po chwili moje dziecko stało przede mną w czerwonej koszulce i żółtych spodniach. Kogo ja urodziłam? - Tato... Już? - Tak synku. Otworzył oczy. - Udało mi się! Tato widzisz? Wyschły i zmieniły kolor. Tak jak chciałem! - Świetnie synu. Mag promieniał szczęściem. Ucałował pierworodnego w czoło i ponownie usadził go na ramionach. Usłyszałam hałas. W zwartą ciżbę na placu wbijał się klin gwardzistów. Prowadzili kogoś. Po chwili dojrzałam skazańca, niskiego człowieka skutego łańcuchem. Musiał być magiem, Świadczyła o tym henelowa obręcz, jaką założono mu na głowę. Wzrok miał nieprzenikniony. Nagle usłyszałam krzyk. Jeden z gwardzistów zachwiał się i upadł. Starzec z długą, siwą brodą, w białym kapturze, wzniósł w powietrze drewnianą laskę. Nawet w dziennym świetle jej koniec żarzył się wyraźnie. Żołnierz najbliżej niego nie zastanawiając się ani chwili wyszarpnął zza pasa miecz i niemal po klingę wbił go w ciało starca. Nadaremnie. Czubek laski dotknął obręczy. Ta znikła, wyparowała, jakby jej nigdy nie było. To wystarczyło magowi. Porwane oczka łańcuchów rozprysły się i uleciały w powietrze. Gwardziści skuleni padali jeden po drugim na ziemię. Skazaniec zaczął biec w naszą stronę, tłum rozstępował się przed nim w panice. Wtedy zobaczyłam kto go gonił. Długi szary płaszcz. Lśniący polerowanym niczym lustro srebrem hełm, zakrywający czoło, z opadającymi w dół rogami. Różne imiona były właściwe. Mnich z Xen. Strażnik. Kastrujący. Mutant. Wszystko to trwało ułamki sekund. Przestraszyłam się. Etheal złapał Zana, chciał postawić go na ziemię. Nie zdążył. Mag wyraźnie zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Rwał co sił w nogach, prosto na nas. Skamieniałam. Nie wiem, jakiej zbrodni dopuścił się skazaniec. Mnich wiedział i najwyraźniej nie zamierzał przebierać w środkach. Biegł, rozłożył ręce, a pomiędzy jego dłońmi utworzył się łuk światła. Potężny piorun trzeszczał. Strażnik przystanął. Mag biegł prosto na nas. Chyba wyczuł co mu grozi. Gdy Kastrujący wypuścił błyskawice, całe ciało uciekającego na chwilę zamigotało. Piorun prześlizgnął się po jego ramieniu, nie tracąc energii. Etheal usiłował obrócić się doń plecami, żeby zasłonić Zana. Ja skoczyłam do przodu. Oboje nie zdążyliśmy. Miesiąc później obcięłam popalone włosy i opuściłam miasto.

***

Uohm wpatrywał się we mnie. - Obaj? - Tak. Otarłam łzy. To było tak dawno. Niepotrzebnie mu to pokazałam. To nie jest dobra, wieczorna opowieść. Wiedziałam już, ze nie zasnę. Nie zapomnę widoku spalonej, czerwonej koszulki. Chociaż nie wiem, jak mocno bym się starała. Chłopiec dorzucił drew do ogniska. Ciekawe, jak wyglądałby teraz Zan... - Przestań - powiedział i wrócił na miejsce. Otworzył swoją torbę. Wyciągnął dwa jabłka. - Chcesz? - Nie. - Zjedz, proszę. Wzięłam jabłko z jego rąk i nagle wybuchnęłam niekontrolowanym płaczem. Dlaczego... Przytulił mnie. Jabłko poturlało się w stronę ogniska. - Śpij - usłyszałam.

***

Obudziłam się w namiocie, w śpiworze, wypoczęta. Brat i siostra stali już na niebie, aczkolwiek niewysoko. Wyszłam na zewnątrz. Wszystko obsiadły wszędobylskie krople rosy. Wczorajszy wieczór wydawał mi się złym snem, odległym wspomnieniem. Starałam się o tym nie myśleć. Uohm krzątał się przy ognisku. Gotował coś w kociołku. - Dzień dobry. Dlaczego grzebałeś w moich rzeczach? - Bo pomyślałem, że się uciesz, kiedy dostaniesz ciepłą zupę na śniadanie. Poza tym kociołek miałaś przytroczony do plecaka. Nie zaglądałem do środka. - Załóżmy - kucnęłam obok niego. - Co to za zupa? Ładnie pachnie. - Z raków. - Kiedy nałowiłeś tyle raków? - Jak spałaś. Wczoraj nie zdążyliśmy nic zjeść, a dzisiaj trzeba iść dalej. - Jutro też. - To zależy - zdjął kociołek i położył na ziemi. - Łyżki zapewne masz w środku. - Tak - wstałam i wyciągnęłam śpiwór z namiotu. Rozłożyłam go przy ognisku. Było mi zimno. Wyciągnęłam z plecaka jedyną łyżkę. - Będziemy musieli się nią podzielić. - Jedz pierwsza. Zupa była naprawdę dobra. Z trudem pohamowałam się od zjedzenia wszystkiego. Sprawiedliwie zostawiłam połowę dla niego. Zjadł szybko. Wstał z kociołkiem. - Daj spokój - powiedziałam. - Ja umyję. Poszłam w stronę strumyka. Uohm siedział wpatrując się w ogień. - Namiot mógłbyś jednak złożyć... - rzuciłam niedbale.

*

Zwijanie obozowiska nie zajęło nam dużo czasu. Wróciliśmy na…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych