ZIMA
...jaka była tamta zima?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
ZIMA
Śnieg zawsze spada na Poznań jak długo wyczekiwany zbawca. Drobnymi płatkami ścieli szare ulice, by ukryć ich jesienną brzydotę przed oczami nielicznych, przybyłych na targi, turystów. Okrywa gołe, czarne drzewa oraz tuli do snu parki dając słodki i zasłużony odpoczynek wysmaganej zimnym wiatrem przyrodzie. Pustoszy fontanny zapełniając jednocześnie pagórki. Te małe, średnie, duże, a nawet te największe zalewa, niosący się echem po mieście, pisk i wrzask roześmianych dzieci o czerwonych od mrozu policzkach, które bezustannie, naśladując Syzyfa, ciągną niestrudzenie swoje sanki pod górę. Nie przeszkadza im świadomość, że zaraz razem z nimi znajdą się z powrotem w poprzednim położeniu. W przeciwieństwie do swojego mitologicznego poprzednika bawią się świetnie czynnością, która nigdy mogłaby nie mieć końca. Najwięcej dzieci jest zawsze na Teatralce. Biały śnieżny płaszcz wreszcie rozświetla miasto tworząc substytut słońca, którego w coraz krótszych dniach tak bardzo mu brakuje. Wszystko zwalnia. Ospale kroczymy do pracy, zaraźliwie rozsiewamy ziewanie po tramwajach i autobusach. Błyskające w półmroku zewsząd światła lulają nas i odbierają chęć do pracy, szczególnie jak zwykle zaskoczonym nawałem obowiązków drogowcom. Nawet samochody zimą ciężej dobudzić. Choć wydaje nam się, że tak nie jest, razem ze zwierzętami, o których uczono nas w szkole podstawowej i miastem, w którym przyszło nam żyć, zapadamy w letarg, by obudzić się wraz z odejściem kry na Warcie. Zima, jak matka swoje dziecko, kładzie nas do łóżka po ciężkim dniu. Nie zapomina przy tym wyszeptać do ucha historii, której zakończenie poznamy dopiero w snach. Święta Bożego Narodzenia z witryn modnych sklepów, centrów handlowych, supermarketów i przez otwory masek sztucznych Świętych Mikołajów już od dawna zerkały na mieszkańców. Początkowo nieśmiało szeptały. Gałązkami świerku, witryną zaprószoną śniegiem w sprayu, milionem zrobionych z plastiku pierwszych gwiazdek na niebie i pojedynczymi, rozlegającymi się znienacka w różnych miejscach dźwiękami dzwonków namawiały do zakupów. Dziś, w dzień wigilii ostatkiem sił, ustami elfów wykrzykują najlepsze na rynku oferty, rękami aniołów ciągną przechadzających się ulicami potencjalnych klientów, by z ich i tak już mocno uszczuplonych portfeli wyrwać resztę pieniędzy, zamęczyć mocno wysłużone karty kredytowe. Jest jednak w Poznaniu miejsce, do którego nigdy nie docierał żaden wrzask, które od lat zamiast sztucznie napędzać bieg życia ludzi, idealnie z nim współgrało. Konsekwentnie głuche na wszystko, co mogłoby choć odrobinę zmienić sprawdzony porządek rzeczy, nadwątlić reputację ostatniego bastionu tradycji. Szarzało już. Na otoczony z czterech stron starymi kamienicami Rynek Jeżycki z nieba leciały ciężko mokre płatki śniegu. W ostatniej fazie lotu elegancko, z gracją zwalniały, by delikatnie osiąść na wąskie alejki i zrobione z plandeki dachy straganów i przez mrugnięcie oka jedynie pokazując swoje unikatowe piękno rozpłynąć się w zmieszanej z piaskiem pośniegowej breji. Nie było zimno. Choć z ust tłoczących się między stoiskami ludzi buchały kłęby pary to ogrom oddechów złączony na tak niewielkiej przestrzeni ogrzewał wszystkich równomiernie. Tylko opatuleni w dziesiątki koszulek, swetrów, grubych skarpet, szali, rękawiczek i wszelkiego rodzaju ocieplaczy, nauczeni bogatym doświadczeniem minionych zim i wigilii sprzedawcy chuchali na ręce lub ogrzewali je zaciskając mocno dłonie na kubkach z pachnącymi kawami, herbatami z cytryną, czy w zależności od upodobania zupami. Większość dla pewności jeszcze co raz popijała schowaną pod ladą wódkę. Odbywali tu już niejedną wspólną wigilię, by później na ostatnią chwilę z zarobionymi pieniędzmi wracać do podpoznańskich wiosek i poznańskich mieszkań, do kuchcących w oparach kapusty, czy barszczu babć, matek i żon, do czekających z niecierpliwością dzieci. Jak prawdziwa rodzina, dzielący dzielnie los ramię w ramię Polacy i Ormianie, kobiety i mężczyźni, wieśniacy i miastowi, czy wreszcie ci młodzi wraz ze starszymi, nie skarżyli się nigdy na swoją dolę. - Czy mogę coś podać? - Jak się córka miewa? Przyjeżdża z zięciem na święta? Kilogram tych jabłuszek? Proszę bardzo. - Oczywiście. Słodziutkie są te mandarynki. Tak. Bez pestek. Proszę próbować. - Oj taki ziąb. Zmarznie panienka. Za suszarkę do włosów 30 złotych, a za golarkę 40, ale dla pani zrobimy upust. - Przykro mi, ale już nie mamy. Może pani spróbuje u kolegi obok. Wiechu! Masz jeszcze te rajstopy z lycrą? - Proszę bardzo. Wesołych świąt. - Dziękuję bardzo. Wzajemnie. - Proszę bardzo. - Dziękuję. - Dziękuję. - Proszę bardzo. Pomimo zbliżającego się zmierzchu rynek tętnił życiem. Wszędzie unosił się zapach cytrusów, jabłek, suszonych śliwek, bakalii, maku, świerku, jodły i jemioły. Stragany mieniły się feerią barw od kwiatów począwszy przez perfumy, pidżamy, góralskie kapcie i chińskie koszulki, gry wideo, na pluszowych zabawkach oraz na wpół żywych, ciężko łapiących powietrze karpiach skończywszy. Wszystko rozświetlało światło tysięcy maleńkich choinkowych lampek odbijające się od przeróżnych w gamie kolorów, kształtów i wielkości ozdób świątecznych. Lampek, które zgodnie z zapewnieniem sprzedawcy nigdy się nie psuły, a których w rzeczywistości każdy, kto chciał by na jego drzewku zagościły połyskujące, sprawne żarówki, musiał co roku kupić za grosze przynajmniej komplet. Wszystko to w rytm wszechobecnej piosenki Last christmas, która przywodząc na myśl poprzednie święta również rozbrzmiewające piosenką Last christmas, zaklinała pętlę czasu, jak dwa lustra ustawione naprzeciw siebie zaklinają przestrzeń w absurd nieskończoności. W tej otaczającej zewsząd zmysły różnorodności nikt nie dostrzegał grupki małych, ubranych w przybrudzone, stare, poprzecierane na kolanach spodnie i wydarte na łokciach kurtki, chłopców. Sprzedawcy zaś dobrze wiedzieli, że to dzieci z biednych rodzin, które rodzice wysyłają na targ, żeby wykorzystując niski wzrost zakradali się po jedzenie ze stoisk, a pieniądze z portfeli, w najlepszym zaś przypadku odwoływali się do rozmiękczonych świątecznym nastrojem dobroci i miłosierdzia serc przechodniów, prosząc o datki na wyimaginowane chore siostry i braci. Dlatego też przeganiano ich nierzadko, a nawet wzywano policję, która jednak w pojedynku z małoletnimi mistrzami skakania przez płoty była zupełnie bez szans. Był jednak wśród nich chłopak, który odstawał od reszty. Najdrobniejszy, cichy, wiecznie posiniaczony o smutnej, jakby zamyślonej twarzy, skrytej pod za dużą, szarą wełnianą czapką. Nie biegał z innymi, nie wyciągał rąk po nie swoją własność, dzięki czemu koledzy pogardliwie wołali na niego Cipa nierzadko przy tym składając na jego wątłym ciele serię ciosów i kopniaków doskonalących ich chuligańskie umiejętności. Straganiarze natomiast ochrzcili go Gapciem i ponieważ widzieli, że jest mu ciężko zatrudniali go do lekkich prac w zamian za jedzenie lub drobne sumy pieniędzy. Miał na imię Jasiek. Jan – po dziadku. Miał 6 lat. Długo już krzątał się w gąszczu ludzkich nóg, nierzadko trącany wypchanymi po brzegi torbami, spoglądając zazdrośnie na kupujących dzieciom prezenty rodziców. Smutny karzeł w szczęśliwym świecie wielkoludów. Nie miał nic lepszego do roboty. Wiedział, że jakkolwiek nie byłoby zimno przed chłodem ochroni go ciepły strój, który na krzyki w domu nie jest już tak odporny. Dlatego też nie chciał do niego wracać. Z czasem rynek pustoszał, a w tłumie było się coraz łatwiej przeciskać. Ludzie powoli znosili zakupy do domów, by wreszcie móc usiąść w wygodnych fotelach i napawać się czasem spędzonym z bliskimi przy wspólnej kolacji. - Gapcio? Gapcio to Ty? Kto ci taką czapkę sprawił? Do myszy jesteś podobny nie do człowieka. Ledwo cię zauważyłem. – wykrzyknął pulchny sprzedawca sprowadzanych z Niemiec proszków i wszelkiego rodzaju słodyczy, śmiejąc się przy tym przyjaźnie. - Tak panie Marku? - Chodź no na chwilę urwisie. – powiedział przywołując chłopca zamaszystym ruchem ręki. Jasiek przecisnął się do przejścia i odsuwając mozolnie skrzynki wszedł do miejsca, z którego pan Marek rozdawał smakołyki zachodnich sąsiadów. Trącił jeszcze przy tym jakąś starszą panią, która widząc swoją wyraźną przewagę wzrostu i wieku nie omieszkała wyzwać malca od bękartów. Czy zamierzała również tak okropnie nakrzyczeć na własne wnuki, gdy wróci do domu i podzieli się z nimi prezentami? Tego już chłopiec nie wiedział. - Wiesz która jest godzina? - Dlaczego pan pyta? - Powinieneś chyba być w domu i pomagać mamie przygotować kolację. – spojrzał na chłopaka zagadkowo. - Pieprzę, nie idę. Pan też już powinien być w domu. – wykrzyknął chłopak i już miał się odwracać, gdy sprzedawca złapał go za ramię. - Poczekaj. Powiedziałeś, że pieprzysz. Skoro chcesz przeklinać to pewnie też chcesz żebym rozmawiał z tobą jak z dorosłym. - Jasna sprawa – wrzucił chłopak podnosząc głowę. - Będę więc traktował cię jak dorosłego. Dorośli nie pytają dlaczego robisz tak czy inaczej. Ja też nie zapytam. Nie chcesz iść do domu, twoja sprawa i wybór. Ja bardzo chcę już być z żoną i z dziećmi, dlatego jeśli się zgodzisz i nie masz nic lepszego do roboty chciałbym żebyś pomógł mi spakować towar do samochodu. W zamian możesz wziąć siatkę i zapełnić ją czym tylko sobie życzysz ze straganu. Zgadzasz się? – mężczyzna mówił powoli cały czas wpatrując się w brązowe oczy chłopca. Propozycja zabrzmiała widocznie bardzo rozsądnie,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil komooo
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…