Zimowy sen Diany
Zimowa opowieść o niezwykłej dziewczynie, ukrytych pragnieniach i wciąż padającym śniegu. Troszkę w stylu "Sklepów cynamonowych" B. Schulza.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Kolorowe lampiony dawały delikatne, mdłe światło, którego smugi rozkładały się na ścianach, stolikach i miękkiej, zielonkawej wykładzinie. Z głośników płynęła żywa muzyka i nawet krew w żyłach, nasycona słodkim, czerwonym winem, zaczynała krążyć szybciej. Purpura krwi – purpurowe wino – i ta muzyka też ma barwę głębokiej purpury – myśli Diany pogalopowały nagle prawie bez udziału ich właścicielki. Nastrój tej niewielkiej, przytulnej restauracyjki był cudowny, jedyny w swoim rodzaju. Nie wiadomo więc czemu przychodziło tu zawsze niewielu gości. Teraz też większość stolików była pusta. Blady kelner w czarnym fraku nie miał dużo roboty i zniknął w przepastnej kuchni. Hałas uliczny nie miał wstępu do tego jakby nierzeczywistego miejsca, pełnego unoszących się pod sufitem różnobarwnych efemerycznych mgieł. Wszyscy trafiający tu jakimś zrządzeniem losu goście wydawali się całkowicie pochłonięci własnymi sprawami. Tak samo Diana dzieliła uwagę między urokliwe malowidła na ścianach i lampkę wina. Prawie czarne, długie włosy splotła dziś w warkocz, który odrzuciła niedbałym ruchem na plecy. Długi, czarny płaszcz i kapelusz zostały gdzieś przy wejściowych drzwiach – zaraz, gdzie jest to wyjście? – ach, wszystko jedno, przecież jeszcze nie wychodzi. Znów pogrążyła się w niewesołych myślach. Wybiegła z domu zaraz po ostrej sprzeczce z mężem, zdenerwowana jak nigdy, zostawiając płaczącego synka samego z tym potworem. Niewyraźny głos mówił jej, że powinna już wracać i utulić dziecko do snu, a potem zasnąć szczęśliwa w ramionach ukochanego mężczyzny. Lecz gdy tylko próbowała się podnieść, dziwna ociężałość ogarniała jej ciało, nogi jakby przyrastały do krzesła, a łokcie przyklejały się do stolika. Zostawała więc, powtarzając sobie: zaraz pójdę, ale minuty mijały, a ona nie szła. Ogarniała ją coraz większa senność, a w duszy zagościł przedziwny spokój. Mąż, dziecko, niewdzięczna praca, liczne problemy dnia codziennego – to wszystko stawało się tak odległe i nieważne. Czym było i gdzie było jej inne życie? Wydawało jej się, że od stuleci siedzi przy tym stoliku w restauracji z innego świata i że będzie się lekko kołysać w purpurowej tonacji do końca swoich dni. Ale Diana nie była tu sama. Znów spojrzała uważnie na siedzącą naprzeciw niej młodą dziewczynę. Towarzyszka miała ciemne, puszyste włosy i brązowe oczy, w których lśnił czasami ten nieodgadniony, miodowy refleks, Miała też cudowny uśmiech pełnych, purpurowych warg, tak niesamowity, jak cała ta powietrzna arka. Jej szczupła twarzyczka i dłonie, które położyła na stoliku, wydawały się wykrojone z białego alabastru. Sukienka dziewczyny, cienka i niezbyt odpowiednia na tę porę roku, stawała się czasem skrzydłem jakiegoś ogromnego ptaka, który, uwięziony w za ciasnej klatce, próbuje się wzbić, odlecieć w przestwór – ale zawsze, ach, zawsze! opada bezsilnie na dno swojego więzienia. I ta dziewczyna wciąż tu była. Mrużyła co chwila śliczne, wielkie oczy, próbując spojrzeć w oczy Diany, a przez nie w najbardziej tajemne zakamarki duszy kobiety. Na jej ustach błąkał się bez przerwy ten uśmiech, który zdawał się Dianie jakby jej własnym, dawno zapomnianym cudownym uśmiechem młodości. Bo dziewczyna była młoda, lecz nie naiwna i głupiutka. Jej młodość była samą świeżością, esencją myśli czystych i rześkich. Była wspaniałym zrywem, który chciałby zmienić się w huragan i zmieść z powierzchni ziemi wszystko, co stanie mu na drodze. - Myślę, że śnieg jeszcze pada – odezwała się dziewczyna. – Myślę, że będzie tak padał jeszcze długo. - Śnieg! – odparła Diana. – Sądzisz, że to całe życie, Eli? Śnieg, wirujące białe gwiazdki, światła, iluminacje – to wszystko, o czym potrafisz myśleć. Jesteś taka młoda, Eli, i nie wiesz jeszcze, czym jest życie. Ale baw się, ciesz się tym, że śnieg pada, póki możesz, bo i ty będziesz musiała kiedyś się zmienić. Może już niedługo. - Tak? - Eli przechyliła głowę w geście niewinnego zdumienia. – A czym jest życie, Diano? Przez głowę kobiety przemknęło tysiąc rozmaitych obrazów. Wypłata, jeszcze mniejsza w tym miesiącu, a ceny ciągle rosły. Niezapłacony czynsz, choroba dziecka, wredne koleżanki w pracy. To wszystko działo się naprawdę, ale kiedy chciała o tym mówić, chciała to wykrzyczeć – stwierdziła, że nie może wydusić słowa. Nie wszystko pamiętała – jak właściwie miał na imię jej synek? Prędko gubiła coraz więcej słów i twarzy, wielkich problemów i drobnych radości. One wszystkie były takie… niepotrzebne! Jej umysł stawał się czystą kartą, gotową, by zapisać ją od nowa. - No co, Diano? – domagała się odpowiedzi Eli. - Nic. Nie wiem. - Wiesz – szepnęła kuszącym, srebrzystym głosikiem dziewczyna. - Tak – odparła nagle ze wzrastającym przekonaniem Diana. - Życie jest ciągiem świetlistych iluminacji, a ty jesteś moją najpiękniejszą iluminacją, Eli. Niczego więcej nie ma i być nie może. Przynajmniej nie dziś. - Nigdy, moja droga, nie tylko dziś – powiedziała Eli z uśmiechem. Po tym uśmiechu Diana poznała, że to, co przed chwilą powiedziała, było dobre. Uśmiech Eli. Co więcej liczyło się na tym świecie? Nazywała tę dziewczynę Eli, bo tak było wygodnie, ale jej imię brzmiało Elismer. Wiedziała, że Elismer była jej krewną, ale już określenie, jakie więzy pokrewieństwa je łączyły, było zadaniem ponad siły Diany. Czy była córką którejś z sióstr jej matki? Chyba tak. A może była córką którejś z jej licznych ciotecznych sióstr albo ciotecznych braci? Mogło to być prawdą. A może była córką którejś z córek czy któregoś z synów którejś z sióstr czy któregoś z braci matki czy ojca jej matki albo ojca? Któż mógł to wiedzieć? Zawsze gubiła się w swojej niesamowicie licznej rodzinie, tonęła w gąszczu ciotek i kuzynów najróżniejszych stopni. Przyrzekała sobie nieraz, że pewnego dnia pozna solennie całą rodzinę i zapamięta wszystkich jej najbardziej oryginalnych członków, ale zawsze odkładała to na później. Elismer mogła równie dobrze być jej siostrzenicą albo nawet ciotką, i Dianie nie robiłoby to żadnej różnicy. Spróbowała przypomnieć sobie, kiedy Elismer przyszła na świat, ale choć pamiętała dziesiątki szczęśliwych narodzin, chrztów i pierwszych komunii, to żadna z tych uroczystości nie wiązała się z Elismer. Ile lat miała ta dziewczyna? Trudno było to osądzić, nawet siedząc przy niej tak blisko. Mogła mieć siedemnaście, ale mogła mieć też dwadzieścia albo dwadzieścia trzy. Zaraz… może to było wtedy, gdy wujowi Henrykowi urodziła się córka Kamila… przecież najwyżej pół roku później jego siostra, ciotka Emilia, też powiła dziecko… ale to był chłopiec. A może Elismer była kiedyś chłopcem, a dopiero dziś rozwinęła się w tę oszałamiająco piękną dziewczynę? Diana zbliżała się do czterdziestki i powinna pamiętać dzieciństwo tej kilkunasto- czy dwudziestokilkuletniej krewnej, pomimo to Eli stanowiła w jej umyśle białą plamę. Chyba jedyną w tym momencie wytężonej pracy umysłu. - Wiesz, Eli, czuję, że znam cię od zawsze. Nie tylko od twojego, ale i od mojego przyjścia na świat. Znam cię co najmniej tysiąc lat, ale… - urwała, nie potrafiąc dodać: nie wiem, kim jesteś. - Bo to prawda – odparła dziewczyna. – Spotkałaś mnie bardzo dawno temu, zanim po raz pierwszy otworzyłaś oczy. Poznałyśmy się wcześniej niż ten świat przebudził się do życia w obecnej postaci, tylko tego nie pamiętasz. Ja sama ledwo to pamiętam. Przychodziłam do ciebie czasami w snach. Byłam tym światłem, przed którym pierzchały koszmary, a wcześniej, gdy nie umiałaś jeszcze mówić, przychodziłam do ciebie… naprawdę, i śpiewałam kołysanki przy twoim łóżeczku. Słyszałaś je tylko ty jedna, Diano, i tak cudownie się uśmiechałaś. Słyszałaś je nawet przez sen. - Widzę nas dwie, Eli, na plaży… - usta Diany przyozdobił jeden z rozmarzonych uśmiechów, a wzrok uciekł przed świdrującym spojrzeniem młodszej dziewczyny, – Toniemy w powodzi światła, a potem pozwalamy, by omywały nas ciepłe morskie fale. Gramy w piłkę i bez końca się śmiejemy. W innym śnie jesteśmy w górach, na szczycie świata. Wszystko jest pod nami, a nad nami tylko obłoki. Czas mógłby się zatrzymać właśnie w tej chwili. Gdyby to mogło być prawdą! - Ależ to wszystko już się zdarzyło – odparła Elismer. - Kiedy? – spytała ze zdziwieniem Diana. - Nie pamiętasz tego. Ale to jest prawda, to i wiele innych rzeczy. Należy do mnie wiele kondygnacji czasu. Robię z nimi, co zechcę, Diano. W tej chwili z jednych z wielu drzwi, co do których Diana mogłaby przysiąc, że są tylko drzwiami do jakiejś szafy czy wnęki, wynurzył się człowiek z wielkim, złocistym puzonem, ubrany w staromodny frak i śnieżnobiałą koszulę. Za nim z tych samych drzwi wyszli inni muzycy, wszyscy wystrojeni tak, jakby zostali żywcem wycięci z innej epoki i przeniesieni tutaj, do tej szafy. Każdy z nich niósł jakiś instrument muzyczny. Na końcu dołączyła do nich kobieta w sukni z odkrytymi ramionami i długim trenem, przypominającej nieco te, w jakich dziewczęta idą do ślubu, tylko… dużo starszej. Czuło się w każdym geście kobiety, że ta suknia nie jest jedynie jej ekscentrycznym, klubowym przebraniem, które dziewczyna zrzuci zaraz po powrocie do garderoby, by wśliznąć się w wygodne dżinsy, lecz właściwym, przynależnym jej strojem. Włosy kobiety skręcone były w loki i upięte w misterną budowlę na szczycie głowy. Trudno było uwierzyć, że człowiek może dźwigać na głowie taką górę włosów, taką ich nieprzebraną masę. Wydawało się, że gdyby ta fryzura rozsypała się nagle, dziewczyna zginęłaby zupełnie w tej dzikiej gęstwinie. Muzyka w głośnikach przycichła i jeden z artystów odezwał się: - Witamy wszystkich w ten piękny, zimowy wieczór. Postaramy się umilić państwu czas najlepiej jak potrafimy. Zagramy i zaśpiewamy teraz kilka skromnych kawałków. Jesteś gotowa, Lino? Kobieta skinęła głową i już miała zacząć śpiewać, gdy muzyk z puzonem, ten, który pojawił się jako pierwszy, zawołał, zwracając się bez żadnych wątpliwości w stronę stolika Diany i jej towarzyszki: - Dobry wieczór, panienko Elismer! Jak dobrze jest zobaczyć pani piękną buzię! - I ja się cieszę, że was widzę – odparła Eli. – Aż płonę z niecierpliwości, by was znów usłyszeć. Zaczynajcie, proszę! Kobieta nazwana Liną zaśpiewała wysokim, czystym, niemal krystalicznym sopranem jakąś starą, smutną piosenkę, a mężczyźni akompaniowali jej na instrumentach. W sali zrobiło się cicho jak makiem zasiał, a żywa muzyka w głośnikach urwała się na dobre. Diana zasłuchała się bez reszty, niezdolna oprzeć się czarowi słodkiego głosu i delikatnych kaskad dźwięków. Zatonęła po szyję w niespodziewanym pięknie, zauważyła jednak z lekkim rozczarowaniem, że wszystkie piosenki niezwykłych muzyków były bardzo smutne. Ich twarze też były smutne, niewypowiedzianie smutne, jakby toczyła ich nieuleczalna choroba, której opierali się ze wszystkich sił. Nachyliła się do Elismer i szepnęła: - Znasz ich? - Oczywiście. Jak miałabym ich nie znać? Przecież grają tu co wieczór. Dianie zdało się nagle, że własne oczy zaczynają płatać jej figle. Kątem oka wciąż obserwowała Elismer i nagle palce dziewczyny, wsparte o brzeg stołu, wydłużyły się ponad ludzką miarę i stały się błękitnawymi, przezroczystymi soplami lodu, a kwiaty z bibuły, zawieszone pod sufitem tuż nad głową Diany, rozkwitały żywymi barwami egzotycznych kwiatostanów i wydzielały słodką, odurzającą woń. Gdy jednak próbowała przyjrzeć się dokładniej tym niezwykłościom, ręce Elismer okazywały się jak najbardziej zwyczajne i cielesne, a bibuła była tylko bibułą. Rzeczywistość przeformowuje się według swoich własnych reguł, pomyślała. Jest zmienna, niestabilna. Materia nie jest posłuszna nakazom ułomnych zmysłów i wystarczy tylko odwrócić się na chwilę, by wymknęła się spod naszej kontroli. Rzeczy ukazują w takich momentach swoją drugą stronę, widzimy świat od podszewki. Dostrzegamy rzeczywistość taką, jaka powinna być, a nie taką, jaka jest. Wtem zza wysokiej, dębowej lady wynurzył się gruby kucharz w białym fartuchu i wysokiej czapie na głowie. Tacy trafiali się tylko w najbardziej szanujących się lokalach. Wsparty jednym łokciem o granicę swojego królestwa, spojrzał na odwróconych do niego plecami muzyków. Pojawił się nawet blady kelner, jego prawa ręka. Był z jakiegoś powodu spłoszony i krył się za stosem krzeseł. Stary grubas odezwał się donośnym głosem: - Wystarczy na dzisiaj, przyjaciele! Wystarczy tej muzyki! Idźcie już sobie, no, idźcie! – wykonał ręką gest w stronę głównych drzwi, który miał zapewne oznaczać „precz”. Piosenka urwała się gwałtownie w połowie frazy, instrumenty umilkły, ręce muzyków opadły bezwładnie, a głowy zwiesiły się żałośnie na piersiach. Tylko Lina próbowała się opierać temu władczemu nakazowi. Podjęła przerwaną pieśń, chciała wzbić się na jeszcze wyższe tony, zaśpiewać na niedostępnej dla ludzkiego głosu oktawie. Pewnie udałoby się jej to, gdyby nie wyciągnięta w królewskim geście tłusta, biała ręka. Wreszcie i głowa Liny skłoniła się w geście niewysłowionej pokory i smutku, a jej słowicze gardło zamilkło na dobre. Dziewczyna powlokła się za szeregiem kilku mężczyzn w kierunku wyjścia, ale żadne z nich do tych drzwi nie dotarło, nigdy nie docierało. Z każdym krokiem stawali się coraz bardziej przezroczyści i mniej wyraźni, aż wreszcie rozwiewali się zupełnie jak urok nagle odkrytej tajemnicy. Nie pozostawało po nich nic, nawet wspomnienie pięknej muzyki. W tym bowiem momencie nagłośnienie ponownie zaczynało pluć wesolutkim bełkotem, a stary kuchmistrz cofał się w swe bezpieczne dziedziny. Pozostawał tylko kelner, wciąż tak samo blady i przerażony. Fascynacja Diany osiągnęła punkt kulminacyjny. Zadała cicho towarzyszce cisnące się jej na usta pytanie: - Kim oni byli? - Przygrywali gościom do kolacji w tej sali dawno, bardzo dawno temu – odparła Elismer. – Pewnego wieczoru wybuchł tutaj pożar i wszyscy zginęli. Odtąd pojawiają się każdej nocy na kilka wykradzionych światu żyjących minut, by zagrać znów. Grają swoje zapomniane piosenki, dopóki głos starego kucharza nie zmusi ich do powrotu do krainy cieni. Ten demoniczny starzec też był tutaj tamtego wieczoru, i ten kelner – wskazała skinieniem głowy na wysokiego i chudego, zastygłego w bezruchu człowieka – on też tutaj był. Mówi się nawet, że to właśnie on podłożył ogień. - A ty skąd to wiesz? Ty też tutaj wtedy byłaś? - Oczywiście, że byłam. Widziałam z bliska tamte straszne, huczące płomienie, spadające z sufitu kandelabry, walące się ściany i dekoracje. Nam, z tej części sali, udało się uciec, oni nie zdążyli. Przychodziłam tutaj często, przed pożarem i potem – po odbudowaniu lokalu – też, prawie co wieczór. Cóż, w końcu Lina była moją siostrą. - Lina? Tak miała na imię? - Marcelina – westchnęła Elismer. - Więc to były duchy? A więc oni wszyscy, i puzonista, i Lina… - Nie żyją od ponad stu lat – dokończyła Eli. - A wydawali się tacy żywi! - Tworzywo wszechświata stwarza czasami takie pozory życia, że są one w stanie oszukać nawet wtajemniczonych. Ale nie troszcz się o nie, Diano. Takie pozory nigdy nie trwają długo i rozsypują się wkrótce w stosy surowej materii albo powracają w nicość, z której się zrodziły. - Na przykład te kwiaty? - Kwiaty? Widzisz tylko kwiaty? Otacza nas przecież cała dżungla, tropikalny las pełen wilgotnych traw, strzelających pod niebo sekwoi i jadowitych węży, które roztargnieni biorą czasem za liany. O, ja słyszę nawet ryk dzikich bestii, daleki jeszcze, ale za chwilę już tu będą! A ty nic nie słyszysz? - Nie – pokręciła głową Diana. Elismer nagle przeciągnęła się całym drobnym ciałem, jakby zbudzona z odrętwienia. Popatrzyła w okno, a potem zwróciła oczy, płonące teraz nieziemskim podnieceniem, znów w stronę Diany i powiedziała: - A śnieg wciąż pada! Nie możemy bez końca tu siedzieć. Musimy iść! Słyszę wołanie, dalekie wołanie. Muszę iść, Diano, i ty pójdziesz ze mną, - Dokąd? – spytała zdumiona kobieta. – Nie skończyłam jeszcze jeść. - Zostaw to! Nie możemy dłużej marudzić. Trzeba iść, trzeba biec! Zerwała się z krzesła i pobiegła tanecznym krokiem w stronę głównych drzwi. Jej stopy, obute w lekkie botki z zakręconymi jak u śnieżnych skrzatów noskami, frunęły niemal nad posadzką. Zarzuciła na ramiona obszerny, za cienki na tę porę roku płaszcz, okręciła szyję błękitną chustą, której rogi drżały, nie mogąc doczekać się chwili, gdy zaczną łopotać na wietrze, a na głowę włożyła lekką czapeczkę z dwoma zielonymi pomponami. W tym czasie Diana ubrała się w swoje rzeczy. Opuściły bar, powracając do ulicznego zgiełku. Uszedłszy zaledwie kilka kroków, Diana obejrzała się za siebie i stwierdziła, że gdyby nawet bardzo chciała, nie trafiłaby z powrotem do tamtej restauracji. Drzwi zawieruszyły się gdzieś, choć Diana przysięgałaby, że powinny znajdować się tam, gdzie w tej chwili wyrastał tylko gładki mur. Eli najwyraźniej w ogóle się tym nie przejmowała. Pewnie nawet nie przyszłoby jej do głowy, że mogłaby wrócić do miejsca, które przed chwilą opuściła. Szła przed siebie krokiem prędkim i lekkim. Diana ledwo mogła za nią nadążyć. Podążały główną ulicą handlową miasta, pełną spieszących się ludzi, samochodów oraz przyciągających wzrok krzykliwych reklam sklepowych i kolorowych neonów. Co kilka metrów w którymś oknie pojawiała się choinka, ozdobiona łańcuchami i różnobarwnymi światełkami. Diana pomyślała, że ta ulica może zaprowadzić ją prosto do domu, ale chyba nie tam…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Vanelia
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…