Zły cz. 1/2
Wredna dusza nawiedza grodek pana Mateusza i księdza Bobaka. Któż obroni struchlałe owieczki??
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Był złym człowiekiem. Nigdy nikomu nie mówił dzień dobry, nie pożyczył paru miedziaków, nie ustąpił damie w drzwiach. Nie chodził do kościoła, nawet w największe święta, i nigdy nie wspierał zbiórek na potrzebujących. Nigdy chyba dobre słowo nie wyszło z jego ust, nigdy nie prosił ani nie dziękował, skąpił zapłat za wykonane usługi. Nie lubił dzieci ani dorosłych, żył samotnie i nigdy nie otwierał okien. Jeśli się odzywał, to w najlepszym przypadku zrzędził. Był jedną z tych osób, które poirytowane byle błahostką przekłuwają sąsiadom opony w samochodzie [i chociaż takich słów jak 'samochód' czy - jakże związana z przekłuwaniem - 'opona' ludzie jeszcze długo mieli nie poznać, już było im znane przynajmniej kilka zastosowań do słowa 'przekłuwać', bardzo blisko związanego z innym dobrze znanym słowem, 'sąsiad']. Nikogo do siebie nie zapraszał i nikt nie zapraszał jego. Był złym człowiekiem. Jakiż więc niemiły musiał być jako martwy. Pewnie był strasznie poirytowany faktem, że dał się oślepić jednej z błyskawic, którymi nocna burza hojnie obdarzała okolicę. Nie mogło go pocieszyć to, że oślepiony wywinął orła pod drzwiami, uderzył głową o pierwszy stopień schodów prowadzących na piętro, a lampa, którą oświetlał sobie drogę, rozbiła się na podłodze. Skutkiem czego jego dom - i on sam - spłonęli, i nikt nawet nie pofatygował się, by gasić pożar. Patrzyli tylko długo, z rozdziawionymi gębami, a potem zaczęli krzyczeć, śmiać się i tańczyć. A to plebejskie, tępe pachoły, pomyślał. Tyle lat ich znosił, a oni takie coś. Niewesołe było również to, że ludzie, którzy przyszli po jego ciało, z o wiele większym entuzjazmem wynieśli całe złoto jakie znaleźli. Poczuł się oszukany, zdradzony i wystawiony do wiatru. No właśnie, wiatr. Z racji swej obecnej eterycznej postaci, za każdym razem, gdy zaczynało wiać, on również odlatywał. Pół biedy, jeśli w przypływie paniki udało mu się skoncentrować na tyle, by zahaczyć się na jakimś krzaku. Wtedy tylko musiał poczekać aż wiatr się uspokoii na powrót poskładać w całość. Przybił go do reszty jego pogrzeb, który odbył się kilka dni później. Odbył się szybko i wcale nie panowała na nim pogrzebowa atmosfera. Kiedy wszyscy rozeszli się w radości, stał długo nad swoim grobem i myślał. Myślał o tym, dlaczego wciąż tu jest. Dlaczego ci, których raczył znosić tyle lat mimo całej ich obrzydliwości i głupoty, tak mu się odwdzięczyli. Odpowiedź znalazł w pytaniu - byli głupi i obrzydliwi. Ale dlaczego miał ich znosić nawet po śmierci?! Konkluzja nasuwała się sama. Ktoś na górze, ktoś, kto miał dostateczną moc i rozum, pozwolił mu tu zostać, by dokonał zemsty na niewdzięcznikach. Chociaż nie miało to większego znaczenia, bo nikt nie mógł go usłyszeć, zaśmiał się ponuro i szyderczo. Nareszcie ktoś go zrozumiał. Genialny plan zemsty, odpłaci im za wszystko, będą trząść portkami i żałować, że w ogóle... Do kroćset, znowu zaczęło wiać.
* * *
Kot też był martwy. Był martwy tak intensywnie, że martwość aż od niego biła. Tak martwe może być tylko coś, co przed chwilą było równie żywe. Rzeczy martwe z natury są jakby martwe z przyzwyczajenia i nie robią z tego powodu rabanu. Ale coś, co przed chwilą wyginało się i mruczało, było martwe w sposób niezwykle pretensjonalny. Durny kocur. Nie lubił go; nikt go nie lubił. Oprócz właściciela. Ulubiony kotek miejscowego kupca był spasiony jak tuczna locha i tak dumny i wyniosły, jak tylko dumne i wyniosłe może być coś, co nie nosi korony, bo może przez nią przejść nawet się nie garbiąc. W sumie nie żałował go; wszyscy raczej odetchną z ulgą na wieść o zejściu wrednego, śmierdzącego kocura. Oprócz właściciela. No, ale skąd mógł wiedzieć, że to bydle zeżre trutkę. Przecież polował chyba na myszy, czy coś w tym rodzaju, powinien był wiedzieć, że tego się nie je. Rzucił mu ją tylko dla żartu, chociaż - by oddać prawdę - przeszło mu przez głowę coś w stylu 'zeżryj to i wyciągnij kopyta, ty nadęty zapchlony degeneracie', ale przecież w sensie metaforycznym. Kiedy marzył, by życzenia się spełniały, nie do końca to miał na myśli. A teraz proszę. Stało się. A miał tylko pilnować składziku na czas nieobecności kupca i jego pomocnika. Jeśli Herr Wazy się dowie... Trzeba było coś zrobić. Wynieść go stąd i zakopać daleko w lesie. Albo po prostu przenieść w inne miejsce. To jedyne... Nie usłyszał zbliżających się kroków. Drzwi otworzyły się akurat w momencie, gdy podniósł sztywnego kota i obrócił się ku wyjściu.
* * *
- Złe nas nawiedziło, panie kasztelanie. Nic, ino jaka dusza złośliwa się po okolicy pałęta. Zbawienia dostąpić nie może, i od rozsądku odchodzi. - Myślicie, księże, martwiec jaki? Utopiec? Skąd by mógł taki tutaj wyniźć? - Żaden martwiec ni jemu podobny - odparł zakonnik, nalewając sobie wina. Pił, bo przecież gdyby się zmarnowało, byłoby nie po chrześcijańsku. - Ci, których na myśli macie, wszyscy przecie jakie ciało mają. A nasz nie ma, jestem tego pewien. A skąd by mógł wyniźć, to przecie wiecie; nie w ziemi poświęconej złożon, albo... - Wiem, wiem - przerwał kasztelan, siadając przy stole. Odgonił komara bzyczącego mu nad uchem. - Dziwi mnie jeno, bo przecie nikt tu ostatnio nie zszedł w ten pogański sposób. - I mnie to dziwi - ksiądz schwycił pieczone udko kurczęcia. - Pierwszy bym o tym wiedział. - Może z dalekich stron przybył? - Gdzie tam. Toć to straszydła, nie podróżni. Ani smoki, żeby za jadłem się przemieszczały... zresztą duchy przecie nie jedzą - ugryzł solidny kęs mięsiwa. - i wo miejfsc ffoich som fyfiązane. - Tedy nasz miejscowy jaki. A skąd wiecie, że on bez ciała? Ksiądz przeżuł ze źle skrywaną rozkoszą. Kasztelańska kuchnia słynęła na okolicę. Dobrze, że mieszkał tak blisko. Bóg doceniał najwyraźniej jego pasterski trud. - Dokonałem wywiadu wśród ludzi - rzekł. - Różnie to gadali, póki nikt go nie widział. A teraz jest już pewne, że zobaczyć go się nie da, choć tu jest. - I co to zmienia? - kasztelan poczuł się nieco zbity z tropu. - Toć dalej go nie widać. - Tak - potwierdził ksiądz - ale teraz wiemy, że go nie widać, bo on duch, niewidoczny, choćby tu przy was na ławie siedział i na jadło się gapił. A skąd to wiem? - uprzedził pytanie kasztelana. Pociągnął słuszny łyk wina i podjął: - Ano nasz bard, Janko, parę dni temu balladę na targu nucił ku serc pokrzepieniu. Południe to było, a dyć to środek lata, więc zmiarkujcie, ciepło było jak przy piecu. I nagle, tak z niczego, wszyscy nieswojo się poczuli, a chłód powiał taki jakby zimą do piwnicy zejść! - potrząsnął udkiem, by podkreślić wagę swych słów. - Aa! A i to nie wszystko - kontynuował, obgryzając kość. - Nie dalej jak wczoraj, wystawcie sobie, młoda kowalowa do mnie przyszła... - oczy księdza zabłysły tajemniczym blaskiem. Oczy kasztelana zaszły mgłą. Ale tylko na ułamek sekundy. - Taak, więc przyszła... i co mi prawić zaczyna? Do lasu poszła, jagód a grzybów nazbierać. I wracała już, i po coś tam się jeszcze schyliła. Koszyk na ziemię postawiła, parę kroków odeszła. I co? Naraz chłód, taki jak wtedy na targu, i jak jej coś po zadku obłapiać nie zacznie, a kieckę w dół ciągnąć. - Święty Jerzy! - A nikogo, choć oko wykol. Przeraziło się dziewczę, i z krzykiem do grodu pomknęło - chwycił marchewkę i schrupał, podkreślając tym samym swoją wypowiedź. - Tak mówi lud. - Nie tylko to, zresztą. Co i rusz coś dziwnego się dzieje, aż okolica huczy od plotek. Trza nam z tym co zrobić, księże Bobaku, i to rychło. - Racja, panie Mateuszu. Bo nam się tu ludek całkiem wystracha.
* * *
Kiedy następnego dnia ksiądz Bobak powrócił do kasztelańskiej jadalni, okazało się, że przybył ostatni. Wszystkie miejsca strategiczne wobec poczęstunku wyłożonego na stole były już zajęte. Trudno, pomyślał zakonnik, trzeba zacząć rozgrzewać łokcie. Był już kasztelan, Pan Mateusz. Był kowal Młotko Morzy, zwany weselej Młotkiem, oraz miejscowa wieszczka i lekarka, Hasydka Jankielka. Obok niej siedział też bard Janko. Wszystkim udzieliła się nerwowa atmosfera oczekiwania na rozpoczęcie narady. - A gdzie Zawojski? - zapytał kasztelan, gdy ksiądz rozsiadał się przy stole. - Dowódca Straży? - odparł święty człowiek, wygładzając poły habitu. - Od wczoraj w lasach ze swymi ogarami. Jelenia szuka. - przysunął się z krzesłem bliżej stołu. - Jak dalej będzie tym swoim krzywym rogiem w ciapki zwierzynę wypłaszać, to pierwej sam w rzyć sobie zajrzy niźli... - Dobrze już, dobrze księże... skoro już się zebraliśmy, przejdźmy do rzeczy. Czy wszyscy wiedzą, jaki jest cel dzisiejszego spotkania? - Podobno mamy radzić o upiorze, co to niby nasze sioło ostatnimi czasy nawiedza - odezwała się Jankielka. Mimo wieku głos wciąż miała melodyjny, a starość obeszła się wyjątkowo dobrze z jej urodą. Również z jej skłonnością do myślenia - oraz paplania - o wielu rzeczach jednocześnie, i to często na skróty, co przy całej jej dobroci bywało uciążliwe. - I ja o tym słyszał! - rzucił kowal, wyciągając misternie rzeźbioną tabakierę. - Tfu, że też na naszej poświęconej ziemi coś się takiego ulyngło! - A gdzie Herr Wazy, nasz przyjaciel zza Odry? - spytał ksiądz Bobak. Wazy, Niemiec, mieszkał tutaj, w grodzie Zajazd, lecz prowadził intensywny handel ze stroną niemiecką. - Wróci pod wieczór, z dostawą - odparł kasztelan. - On już o wszystkim wie. I was więc poinformuję, że oprócz zwykłych artykułów wiezie on również coś wyjątkowego, co zamówiłem byłem w związku z ostatnimi wydarzeniami. Więcej powiem wam później. Podstawowe pytanie jednak brzmi - co radzicie? - Pierwej trzeba określić, kto to taki był za życia - rzekła Jankielka - i dlaczego tu został. Że to złośliwy duch, wiemy już na pewno, ale musimy też wiedzieć, co go tu trzyma. - Racja - podjął ksiądz, skubiąc wiśnie. - Kiedy się tego dowiemy, łatwiej będzie nam go pokonać. Poznać jego słabe strony - włożył do ust trzy owoce - i, mmm, je wykorzystać, w pułapkę zwabić lub coś na tę modłę. Mmm, słodziutkie. - Musimy się przecież dowiedzieć, do czego może być zdolny - podsumowała znachorka. - To może być szaleniec. Albo, jeszcze gorzej, duch poborcy podatków. - Wiemy na pewno, że to ktoś, kto niedawno zszedł w okolicy. - podjął Pan Mateusz. - A wiedzieć wam trzeba, szanowni zebrani, że jedynym, kto w ciągu ostatnich trzech miesięcy zszedł w okolicy, był ten stary zrzęda Poskal. Niech się smaży w piekle. Na moment zaległa cisza, pełna skrępowania. Zdawało się, że kasztelan głośno powiedział to, co wszyscy podejrzewali. - Hm... - odchrząknął Młotko - jysteście pewni, panie kasztelanie? - Sprawdziłem. To pewne. Nikt się nie odzywał. Za oknem dzwon kapliczki, kryjący się przed upałem w cieniu pobielanej dzwonnicy, zaczął wybijać południe. Jego dźwięk, jedyny pośród martwej ciszy, brzmiał teraz jakoś inaczej. Księdza nagle naszła ochota, by ubrać kapelusz od słońca, taki kolorowy, z szerokim rondem, wsiąść na konia i pojechać zrobić porządek z tym cudakiem. Ale by było, zaśmiał się w duchu. - Trzeba by się upewnić - podjęła Jankielka. - Gdyby mieć jakiś przedmiot, który do niego należał, a który sobie miłował, mogłabym łatwo to sprawdzić. - Systkie przedmioty sobie miłowoł - wtrącił Młotko - nawet deski z wychódka. - Chyba nie będzie problemu ze znalezieniem jakiegoś - rzekł kasztelan. - Ludziska wszystko rozkradli, wystarczy popytać... - Po co pytać - odezwał się ksiądz. - Toć i stąd widzę, że te wiśnie leżą w misie z jego inicjałem! Wszyscy spojrzeli na misę, następnie na obecnego jej właściciela. Kasztelan zachował kamienną twarz, wybełkotał coś niezrozumiałego, odchrząknął. - Ktoś... ją tu przyniósł... - wydukał w końcu. - Nie ulega wątpliwości - zakonnik uśmiechnął się triumfalnie. - Nie ma więc co tu siedzieć - przerwała konfuzję Jankielka, patrząc przenikliwie na zebranych. - Wezmę tą misę i zobaczę, co mi powie. Oczywiście w przenośni, no bo misy nie mówią, hihi. Widział kto kiedy gadające sprzęty kuchenne? - wstała i delikatnie wysypała owoce na stół. - Dopiero wtedy będziemy mogli coś wymyślić. Ale jabłuszka to soczyste macie!
* * *
W południe następnego dnia ponownie zebrali się w kasztelańskiej jadalni. Ksiądz Bobak zauważył, że albo schody na piętro są coraz bardziej strome, albo jest coraz goręcej. Upał rzeczywiście doskwierał: koło południa wszyscy porzucili swoje zajęcia i ustał codzienny gwar. Tylko dzieci nie potrzebowały kryć się w chłodnych wnętrzach domostw i biegały po grodzie wzniecając tumany kurzu, a ptacy radośnie świergolili w gałęziach drzew. Wszyscy siedzieli, obecny był też Herr Wazy. Jedynie Jankielka stała przy oknie i wyglądała na podwórze. Ksiądz powitał wszystkich uniesionymi dłońmi. - Upał jak diabli - rzucił, siadając na swoim miejscu. - Jak dalej tak grzać będzie, to i kamienie na polach dojrzeją. Podajcie no, panie Młotko, gąsiorek z winem. Wprost z chłodnej piwniczki, mam nadzieję? - Nie wzywajcie, księże, diablego pomiota - rzekł kowal, podając wino. - Jeszcze un tu na zawołanie przynijdzie, a jest blisko, tegom pewien. - Nasz swojski Lucyfer? Ano, racja. Czy już się czegoś o nim dowiedzieliśmy? Spojrzenia wszystkich obecnych skierowały się jak na komendę na Jankielkę. Nieruchome letnie powietrze stężało jeszcze bardziej w oczekiwaniu na potwierdzenie tego, czego wszyscy się domyślali. - A więc dobrze - powiedziała. - Słuchajcie uważnie, co bym nie miała powtarzać. Tak jak mówiłam, wczoraj o północy... a właściwie to dziś o północy... to takie śmieszne, widzicie, bo północ... - Czczigodna - przerwał jej kasztelan - do rzeczy. - Już się robi - Jankielka znana była ze swojej skłonności do filozofowania. Jak mówiła, to ją równoprawniło. Nikt nie wiedział co to właściwie znaczy, ale też nikt nie miał zamiaru jej tego zabraniać, dopóki nikomu ani niczemu to nie szkodziło, na przykład tradycyjnemu podziałowi ról kobiet i mężczyzn. - A więc o północy... tej ostatniej, prawda, dokonałam obrządku ujawnienia. Zjawa, która się tu pojawia, pozostawia po sobie silną dawkę ektoplazmy, pewnie nie wiecie co to jest, ale to mi się przydało, no więc położyłam tę misę na stole z magicznymi znakami. Zapaliłam magiczne zioła i wtedy dostrzegłam obydwie aury. To te z ektoplazmy. Aury misy i zjawy, oczywiście, a nie misy i stołu. Po co nam tutaj aura jakiegoś stołu, prawda? No więc obie były jednakowe. Cisza, która po tym zapadła, zdawała się tylko czekać na swoją rolę. Musiała zapaść, nie ma co. - No to wiemy to co wiedzieliśmy - przerwał ją ksiądz. - Powitać nam sąsiada. - Tak, ale skoro już wiemy, że to on, możemy konkretnie coś zaplanować - rzekł kasztelan. - I zastanowić się, dlaczego pozostał tu, z nami, zamiast odejść do król... do kadzi piekielnych. Może jak się dowiemy, to odeślemy go pokojowo. - To uczywistym jest - zgadywał Młotek - że chciwóść go tu trzymi. Tak wielka, ży nawyt po śmirci dusza jego złota pragnie, i ze swymi ziymskimi dobrami rozstać się nie może. - Chora dusza, chciwością przeżarta - skwitował ksiądz Bobak. - Macie, kowalu, rację. Skoro to on, to tylko to może go tu trzymać. - Co z nim zrobić? Jak takiego przegnać? - pytanie kasztelana było zwrócone do księdza, ale ponieważ ten nie kwapił się z odpowiedzią, odezwał się milczący dotąd Janko: - Trzeba wolność mu zwrócić. Duszę jego wyzwolić od mocy ziemskiej woli, by mogła ulecieć ku niebu... - Prędzej, mości bardzie, trąbę z rzyci zrobicie niż on do nieba uleci - parsknął zakonnik. - Ciężar jego grzechów... to tak jakby jaskółka miała unieść kokosa... on i wszystkie jego...rysy na sumieniu, że tak powiem... - Wiecie, księże Bobaku - wtrącił Herr Wazy - byłem kiedyś w interesach w takim kraju, daleko na zachodzie, i tam mają zupełnie inne jaskółki niż te nasze, duże, silne i... - Panowie! - kasztelan znowu zawołał o porządek. - Skupmy się na temacie. Owszem, trzeba się go pozbyć, ale jak? Czary? Egzorcyzmy? - Na taki zatwardziały charakter moje czary nie pomogą - przyznała ze smutkiem Jankielka. - Na chochlika, złośliwego kobolda czy nawet kapryśną duszyczkę może bym i co znalazła, ale taki szkaradnik jak on... jakby z mieczykiem w dłoni twierdzę zdobywać, i nawet zakładając że mieczyk byłby dobrej jakości, a nawet, że byłby to miecz... - Nie odbiegajmy od tematu, czcigodna. Księże? - Ja... ee, zgadzam się z przedmówcą... to znaczy, do prawdziwych egzorcyzmów to potrzeba biskupa, a najbliższy nam biskup Polaniec do Krakowa wyjechał... no i musi być do tego kilku ludzi, sam to nikt rady nie da. Wreszcie - podsumował ksiądz - to on nikogo nie opętał. - Widząc konsternację na twarzach obecnych, zaproponował jeszcze: - Ale bramę mogę na nowo poświęcić, albo co... - Obawiam się, że to na nic - rzekł strapionym głosem kasztelan. - Jakieś inne pomysły? Zanim biskup wróci? - Mówiąc o Krakowie - w Herr Wazym odezwała się żyłka interesu - to może byśmy mogli zrobić z niego taką miejscową atrakcję, jak oni z tym swoim smoczyskiem co to niby księciu się pod piwnicą zalęgło? - Trzyba by go i tak przedtem złopoć. - I oswoić. Jak sokoła. Albo dzikiego pieska. A to by długo trwało przecież, bo nie można ot tak od razu go do ludzi, jak on taki nieużyty, że normalnie... - A poza tym - wtrącił ksiądz pogardliwym tonem - to oni tam w Krakowie bujdę wymyślili i zwykłą malowaną makietę stawiają. Widział kto kiedy, żeby smoka owcą wysadzić? - Nie ma - odezwał się śpiewnie Janko - sposobu nad taki, co…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil marcinos83
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…