Źródło
No cóż... sama to przeczytałam, jak to napisałam i mam mieszane uczucia. Raczej jestem na nie, ale bo ja wiem? Trudno nawet napisać o czym to jest. O kobiecie i jej bracie bliźniaku.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Gasnące w odruchu milczenia okruchy ostatnich dni i wspomnień zawirowały wokół mojego noska i ułożyły się w jedno, kretyńskie słowo: ZNISZCZ. Jechaliśmy już długi czas w kompletnej ciszy, bo nawet radio zostało przeze mnie wyłączone. Podniosłam do góry swoją dłoń i oglądałam ją przez chwilę. Była idealna. Opalona, o szczupłych palcach zakończonych długimi płytkami paznokciowymi o krwistym kolorze. W świetle słońca wpadającego przez szybę zamigotał mój pierścionek i dobrana do niego bransoletka. Uśmiech zadowolenia zagościł na mojej twarzy. Z gracją przeniosłam dłoń na jego kolano odkryte przez granatowe spodenki, które dzisiaj nosił. Nie patrząc na mnie przytrzymał ją nagłym ruchem ręki, a potem uniósł do ust i pocałował. Boże! Nie chciałabym wiedzieć czemu w tym momencie poczułam się aż tak fatalnie. Te kilka minut nigdy nie stanęło pomiędzy nami cieniem, bo niby czemu miałyby stanąć? Drogę do siebie mogła nam przegrodzić tylko i wyłącznie nasza matka. Pamiętam, że często opowiadała mi jak zareagowała na wiadomość, że będzie miała bliźniaki. „Byłam przerażona” – mówiła tym swoim teatralnym tonem, którego w końcu nie wykorzystała na żadnej z wymarzonych scen, bo nie dostała się na ten upragniony wydział aktorski. Wyszła za mojego ojca – młodego, brzydkiego, robiącego szybką karierę w świecie polityki, by w końcu zostać pełnomocnikiem jednego z ministrów i już do końca stać w cieniu jego barczystej postaci. Matka z obrzydzeniem oddała mu swoje ciało, ale jak zapewniała duszę – nigdy. Kiedy zaszła w ciąże bardzo zapragnęła ją usunąć. Jednak nie zrobiła tego, ze strachu o siebie. Jej nadmierna bojaźliwość, choć raz okazała się rzeczą dobrą. Dzięki niej teraz żyję. Nosiła w sobie wielką nienawiść do płci przeciwnej. Obawiała się, że urodzi dwóch chłopców. Wizja dwóch dziewczynek skaczących po domu, na który zdążyła już namówić ojca także napełniała ją przerażeniem. Obawiała się, że będą ładniejsze od niej. Oczywiście wyobrażała sobie, że będą to bliźniaki jednojajowe. Nie spodziewała się niejednojajowych, a do tego chłopca i dziewczynki. Matka na szczęście ( na szczęście!) stwierdziła, że nie jestem ładnym dzieckiem i w przerwie między spotkaniami towarzyskimi, a zabiegami kosmetycznymi może mnie wychowywać w nienawiści do samców. Śmieszne! Nie wiedziała, że już w wieku dwunastu lat będę latała za chłopakami jak mało, która dziewczynka w moim wieku. Marka wychowywała niania – chuda, koścista panna o niewyparzonym języku i przerzedzonych włosach. Kochała się w przyjeżdżającym do nas od czasu do czasu przyjacielu ojca – urzędniku, który znękany życiem ze swą młodą, łaknącą luksusów i bogactw żoną oraz rozpieszczonym synkiem, zabawiał się czasem flirtem z zauroczoną nim kobietą. Biedaczka! Na nic innego nie mogła liczyć! Matka bardzo chciała trzymać mnie i Marka osobno. Ona była nie z tego świata! Tak jakby miała jakiś ogromny zamek, w którym mogłaby nas zamknąć. Każdego w innej wieży! Ale to chyba dzięki niej tak zbliżyliśmy się do siebie. Zakazany owoc kusi. Chce się go wziąć, dotknąć, spróbować. W naszym przypadku to było proste. Czasami matka zabierała mnie na kilkudniowe wyjazdy. Nad morze. Leżałyśmy plackiem na plaży wsłuchując się w szum morza. Schodząca płatami skóra i poparzenia słoneczne to jedyny szczegół, który wrył mi się w pamięć. Plus zakaz patrzenia na jakichkolwiek chłopców. Pomysł oddania mnie do żeńskiej szkoły zrodził się dość szybko w napalonej feministycznymi bzdurami głowie mojej matki. Na szczęście nie został on nigdy zrealizowany, a przyczyna była prosta. Wszelkie takowe szkoły, jakie znalazła, były szkołami katolickimi, prowadzonymi przez siostry zakonne, a moja matka była zagorzałą ateistką. Była to chyba jedna z niewielu rzeczy, jakie łączyły ją i ojca. Być może dlatego zarówno ja, jak i Marek odwiedzamy kościół co niedzielę. Wyrwaliśmy się wraz z Markiem spod jej „opiekuńczych skrzydeł, kiedy mieliśmy po osiemnaście lat. Pamiętam, zawsze jak najwcześniej chcieliśmy opuścić to pseudo rodzinne gniazdko, które zamiast przyjemnego ciepła miłości miało w sobie tylko i wyłącznie zimno spadających na ciebie z dużą szybkością, ogromnych kul gradowych. Często wiek osiemnastu lat, choć jest wiekiem, kiedy stajemy się dorośli prawnie nie oznacza tego w oczach rodziców. I tak, większość moich rówieśników wciąż była pod ich władzą. Ja nie. Wraz z Markiem postanowiliśmy rozbudzić zagubione gdzieś dawno, rodzicielskie uczucia mojego ojca, staraliśmy się go rozmiękczy. Pozycja mojego taty nie zmieniała się długie lata. Zarabiał dużo. Jak na warunki w naszym kraju oczywiście. Stać go było, żeby wynająć kawalerkę. Płacił nam rachunki. Nic więcej. Większych wydatków nie potrafiłby ukryć przed matką, którą nasza ucieczka szarpała po kątach. A przecież trzeba było coś jeść, w coś się ubrać, coś kupować. Musieliśmy pójść do pracy. To była ciężka próba. Byłam licealistką, dosyć leniwą, niezbyt zainteresowaną pracą i nauką. Wielu moich rówieśników dorabiało gdzieś na boku. A tak: żeby spróbować pracy, zarobić na coś, uzbierać trochę kasy. Zaczęłam łapać promocje w supermarketach i innych sklepach. Bolące nogi i okropne zmęczenie, to była moja dewiza. Nie miałam już siły, żeby się uczyć. Wracałam do domu i padałam na niezasłane łóżko, a którym nieczęsto zmieniałam pościel. Myśli urywały mi się kawałek po kawałku. Zrezygnowałam z tej roboty. Później zaczęłam pracować jako kelnerka w jednym z barów. Oczywiście wieczorami. Z tego utrzymywałam się do czasu zakończenia liceum. Z Markiem było trochę gorzej. Najpierw zatrudnił się w jednym z Fast- foodow, ale szybko zrezygnował. Miał dosyć mdlącego zapachu frytek, starego oleju i upierdliwych klientów. Był tak jak ja zupełnie nie przyzwyczajony do takich warunków. Nie znaliśmy życia, a byliśmy na jego głębokiej wodzie. Sami się na nią rzuciliśmy. Zaczął pracować jako ochroniarz. Na jednej z dyskotek. Wszelkie soboty zajęte, a pieniądze niewielkie. Mimo wszystko bywały chwile szczęścia. Nie często mieliśmy ochotę na zabawy z rówieśnikami. Czuliśmy się „doroślejsi”. Idiotyzm! Z resztą on w tej dyskotece, a ja w tym pubie. Po pracy chcieliśmy odpocząć od tych widoków, więc nigdzie nie łaziliśmy. Zapomniałam zupełnie, że miałam kiedykolwiek, jakichkolwiek chłopaków. To był okres, kiedy nikt, zupełnie nikt nie był mi się w stanie spodobać. Faceci kojarzyli mi się tylko z lalusiami, którzy zaczepiali mnie w barze. Najczęściej mocno zaprawionymi. W szkole... szkoda mówić. Byłam tam, bo byłam. Uczyłam się jakoś. Przeżyłam kilka morderczych chwil, kiedy to moja matka wpadała zdezorientowana na korytarze mojej szkoły, błagając mnie o chwilę rozmowy. To było upokorzenie nie z tej ziemi. Nie pamiętam wiele z tamtego okresu. Była tylko ta bliskość z Markiem. Niespotykana bliskość, jak nigdy, z żadnym człowiekiem. To był mój brat, mężczyzna, osoba silniejsza. To z nim szłam na zakupy, prowadziłam rozmowy, uczyłam się długi czas. Wydawał mi się być ideałem. Że taki powinien być każdy facet nie miałam wątpliwości. Cóż... do dziś ich nie mam.... Nadszedł czas studiów. Wybrałam prawo, a on informatykę. Nadal mieszkaliśmy razem, ale tylko przez pierwszy rok. Na studiach poznałam Michała. Był.... no może nie fantastyczny i nieziemski, ale był. Przypominał mi Marka. Nie, nie fizycznie, ale z zachowania. Zadłużyłam się, ale może była to miłość. Nie wiem. Do dziś nie potrafię tego rozszyfrować. Nie potrafię złamać tego kodu, który opina mnie jak kombinezon. Nieciekawy, niewygodny. On mnie kochał i kocha nadal. Jestem tego więcej niż pewna, bo jak wyjaśnić te jego czułe ruchy, uśmiechy, wymykające się spod kontroli słowa. Należał do jednego z najsłynniejszych prawniczych klanów. Łatwo mu było dostać się na te studia. Z resztą ja też nie miałam z tym większych trudności, bo mój ojciec zadziałał. Kiedy byłam na trzecim roku niespodziewanie zadzwonił do mnie tata. Byłam zdziwiona, nigdy tego nie robił. Nawet nie wiem, skąd miał numer, nie podałam mu go, nigdy nie było takiej potrzeby. Kazał mi natychmiast przyjechać do domu. Kazał! Pierwsze raz w życiu coś mi rozkazywał! I to jak dobitnie! Sama przecież usłyszałam jego wyraźny, podniesiony głos: „Rozkazuję Ci!”. Odpowiedziałam rezolutnie, że właśnie jestem w domu, że nigdzie się nie wybieram, i że jak nie dowiem się, o co mu chodzi, to nie pojadę nigdzie. Usłyszawszy głęboką ciszę po drugiej stronie drutu telefonicznego, odłożyłam słuchawkę i spędziłam resztę wyjątkowo wolnego wieczoru na oglądaniu telewizji. Następnego dnia zadzwonił Marek. Chyba wtedy pierwszy i jedyny raz w życiu pokłócił się ze mną. Okazało się, że ojciec wzywał mnie do umierającej matki. Strasznie chciała mnie zobaczyć. Umarła, nie porozmawiawszy ze mną. Marek tam był. Oczywiście Stara odrzuciła go, nie pozwoliła się do siebie nawet zbliżyć. Wiedziałam, że było mu z tego powodu bardzo przykro. Płakałam, ale nie dlatego, że ona umarła, tylko dlatego, że Markowi jest jej żal i krzyczy na mnie po raz pierwszy w życiu. Przecież on nawet teraz twierdzi, że coś stracił. Biedak, nie wie, że tak naprawdę nie stracił nic. Na pogrzeb poszłam dla spokoju sumienia. Kiedy Michał wrócił i zobaczył mnie skuloną i płaczącą rozpoczął nudy ceremoniał pocieszania, który zakończył się oświadczynami. Przyjęłam go, sama nie wiem, czemu. Przecież płakałam przez Marka, przez Michała nigdy. Byłam jeszcze w fazie myślenia, że „coś” do niego czuję. Nadal z resztą jestem w tej fazie, bo nigdy nie był mi obojętny. Zawsze było „to coś”. Wtedy nazywałam to miłości, o której nie wiedziałam wtedy nic. Teraz wiem niewiele. Mój bilans, mimo wielu lat,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil urszulunia_czek
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…