Wróć do katalogu

Zupa dyniowa

Opowieść o traumatycznym przeżyciu z dzieciństwa

Lotnik Tramalowy, opublikowano , 15 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Nigdy nie lubiłem kabaczka i zupy dyniowej. Gdyby obie te potrawy gładko przechodziły przez gardło, a nie lepiły się do ścianek przełyku, jak ślimak do deski, byłyby pewnie do zjedzenia. Cała ta historia zaczęła się właściwie wtedy, gdy dziadek postawił przede mną talerz cuchnącej, pomarańczowej mazi. Z sześćdziesięciopięcioletnim uśmiechem stwierdził, że jest to ZUPA. Gdybym był starszy, gdyby było we mnie więcej odwagi a nie szczenięcego posłuszeństwa, wyszedłbym pozostawiając za sobą talerz wypełniony śmierdzącym szlamem. Niestety- byłem zbyt młody by podnieść rękę w zbrodniczym geście wymierzonym przeciwko kuchni dziadka. Światem rządzą przypadek i warunek. Przypadkowanie nigdy nie było mi obce, natomiast z warunkiem zapoznał mnie dziadek. -Jeżeli zjesz zupę to pójdziesz bawić się z Dominikiem- uśmiechnął się, pomieszał w rondelku. Smród zupy wpadł w moje nozdrza i zarył się głęboko w mózgu. -Czy mogę trochę zostawić?- zapytałem nieśmiało choć znałem odpowiedź. Nie mogłem zostawić choćby odrobiny, najmniejszej ilości zupy. Dziadek spojrzał przez okno. Przed blokiem rozciągały się pola. W ogóle osiedle było jakieś takie niedorobione, ciągle w budowie, świeże, w wielkim ruchu. Pył unoszący się w letnim słońcu, ciężarówki wypełnione gruzem, plujące spalinami spychacze leniwie toczące się na stalowych gąsienicach. Wszystko to sprawiało, że chciało się żyć, wyjść przed blok, patrzyć na to wszystko z dziecięcą fascynacją. -Czemu nie jesz?- zapytał i lekko uchylił okno. Do kuchni wpadły zapachy wolności, woń lepiku i opary oleju kapiącego z każdej budowlanej maszyny. -Nie, nie… jem- chwyciłem łyżkę. Za jej pomocą miałem zadać sobie skrajny ból. Z obrzydzeniem zanurzyłem ją w gęstej mazi, na której powierzchni zdążył się już utworzyć ohydny kożuszek. Po chwili zniknął pod pomarańczową powierzchnią przygnieciony ciężarem łyżki. Pomieszałem. Ze zgrozą stwierdziłem, że w talerzu znajduje się coś jeszcze. Wbrew sobie i opinii, że lepiej nie wiedzieć, z czym się ma do czynienia gdy w grę wchodzi ból, postanowiłem wyłowić to coś. W zupie leniwie trwał zawieszony kawałek kabaczka. Pomarańczowy, lewitujący kawałek kabaczka, który wrył się w moją dziecięcą psychikę pozostawiając na niej głębokie, niezabliźnione po dziś dzień rany. Najgorsze w tym wszystkim było jednak to, że musiałem to zjeść. Z dziadkiem nie było dyskusji. Świadomość tego, że Dominik jest już przed blokiem i że pewnie siedzi już na ławce z nakrętkami od wódki bardzo mnie motywowała. Ja miałem przynieść saletrę…

-Będziesz jadł drugie danie teraz czy jak wróci mama?- podniósł pokrywkę patelni, pomieszał coś, dosypał białej substancji, zaskwierczało. Całość przykrył i zmniejszył ogień. -Dał mi wybór!- pomyślałem i wykrzywiłem usta w uśmiechu skazańca. A jednak jako dziesięcioletni gówniarz nie byłem całkowicie ubezwłasnowolniony (tak mi się przynajmniej wydawało) Moja radość, choć wielka, nie trwała długo. Zmąciła ją wizja ostatecznego zjedzenia zupy. Przez całe moje ciało przebiegło mrowienie i nieprzyjemne uczucie bezradności wobec kulinarnego terroru mojego dziadka. Gdybym umiał wtedy kląć, znał znaczenie takich słów jak: kurwa i ja pierdolę, z pewnością przyszłyby mi wtedy na myśl. Ciecz powoli wślizgnęła się do ust, zalała język, wypełniła szpary między zębami, by obrzydliwie i bezpardonowo przykleić się do przełyku. Powoli spłynęła do żołądka. -Widzę, że smakuje- dziadek usiadł naprzeciwko stawiając przed sobą talerz- to bardzo pożywna zupa, dynia, kabaczek, odrobina mleka, cukru…jeżeli jest zbyt słodka możesz posolić- podsunął mi sól. Nie skorzystałem. Gdybym to zrobił, zachowałbym się jak skazaniec, który stojąc pod ścianą prosi pluton egzekucyjny by ten celował najpierw w kolana a dopiero później w głowę. Nie chciałem intensyfikować swoich cierpień. -Mama wróci później- oznajmił i spojrzał na piecyk. -O mój boże- pomyślałem. To znaczyło tylko jedno. Wybór już dawno został podjęty za mnie. Zjedzenie drugiego dania (równie okropnego) stało się zagrożeniem coraz wyraźniej rysującym się na horyzoncie. -Wobec tego zjemy drugie danie. Nie będziemy obciążać mamy- rzekł altruista jeden. Rezygnacja z obciążeń mamy na rzecz morderstwa kulinarnego na mojej osobie. Dziadek nagle przybrał postać doktora Menele bez munduru, kuchnia stała się obozowym laboratorium śmierci, zaś chłodna już zupa specyfikiem, który trzeba przetestować. Ja naturalnie byłem więźniem, drobnym chłopcem w pasiastej polówce, który chciałby przeżyć próbę, wyjść z laboratorium i pobawić się z kolegą z sąsiedniego baraku. -Ja już zjadłem!- oznajmił dziadek uśmiechając się przy tym. Wstał od stołu i poczłapał do piecyka. Zawsze, kiedy to robił, dziwnie stękał- zjedz szybko, popatrz jaka pogoda, szkoda siedzieć w domu.

Gdybym tylko miał nóż, gdybym trzymał go w dłoni, zamiast tej parszywej, ubabranej w mazi łyżki. Chociaż… czytałem kiedyś „Malowanego Ptaka” Kosińskiego. Ponury, brudny, cuchnący, wielki jak dąb chłop wydłubał drewnianą łyżką oczy mężczyźnie, który dobierał się do jego żony. Kto wie czy jej nie przeleciał, zresztą nie było to wtedy ważne. Liczyła się łyżka. Dziecięca nieco rozbuchana wyobraźnia, która inspirowana obrazami z „Malowanego Ptaka”, książki, którą przeczytałem stanowczo zbyt wcześnie, podpowiadała mi następującą scenę. Dziadek opierający się o piecyk i ja, który wyłupiam mu oczy tą ubabraną łyżką, wrzucając je później do zupy i podgrzewając na ogniu. Ja patrzący jak białko w gałkach ocznych się ścina i wreszcie ja sypiący sól w krwawiące oczodoły. -Dziadziusiu, czy mogę zjeść później?- pytanie desperata. -Miałem kiedyś kolegę…- wszystkie niemal dydaktyczne i moralizatorskie wywody dziadka zaczynały się od tych właśnie słów- Miałem kiedyś kolegę, który nie jadł. Pewnego razu szedł mostem, przywiał wiatr i kolega poleciał. -Jezus Maria! Człowieku. Mam już dziesięć lat, nie mów do mnie takich rzeczy- pomyślałem, wymusiłem uśmiech i przełknąłem kolejną porcję zupy. Przezornie odkładałem na bok każdy wyłowiony kabaczek. Zatęskniłem za Mimką, suką, która tydzień wcześniej wpadła pod samochód. Często siedziała pod stołem czekając aż jej rzucę żylaste mięso, galaretowatą chrząstkę lub inne paskudztwo przygotowane przez dziadka. Niestety mój wierny i jedyny sojusznik był martwy. Może śmierć pod kołami była wybawieniem od wątpliwej przyjemności maczania języka w tym pomarańczowym szlamie. Choć nie. Suka ma zawsze możliwość wyboru. Tego co zje bądź nie, tego z kim pójdzie w krzaki, komu każe zapłacić a komu nie. Wolność jednostki, wolność wyboru. Chyba właśnie wtedy poznałem znaczenie tych słów.

Ku mojemu zaskoczeniu stwierdziłem, że zupy ubywa. Dziwne zważywszy fakt, że wchłonąłem dopiero dwie, góra trzy dawki. Myślami wędrowałem do swojego pokoju, do oazy wolność zalanej sierpniowym słońcem. W szafce stał kilogramowy worek z saletrą. Kilogram dobrej zabawy, której nie sposób przeliczyć na czas. Obok dwie kostki karbidu. Kilogramem saletry i karbidem można było się bawić cały dzień lub kilka sekund w zależności od tego, jaką zabawę się wybierze. Inaczej z zupą dyniowo-kabaczkową, cierpienia z nią związane zawsze ciągnęły się długie minuty. Poznałem kolejną prawdę. FAJNOŚĆ ZABAWY JEST ODWROTNIE PROPORCJONALNA DO CZASU JEJ TRWANIA. Bezdyskusyjne odkrycie tej prawdy zawdzięczam kuchni mojego dziadka. Człowiek często nie zdaje

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych