Wróć do katalogu

Zupper Force: Simple Past

206?. Historia Pakko, członka jednostek specjalnych w przyszłości. Dżungla - dużo akcji - drastyczne sceny.

Ergo, opublikowano , 33 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Zupper Force Code XX Simple Past

>??.??.206?<

Sytuacja nie rysowała się dla Pakko zbyt miło. Normalny człowiek na jego miejscu srałby ostro w gacie. Jednak on do normalnych nie należał. Odpowiedni trening potrafiłby zrobić z każdego perfekcyjną maszynę do zabijania. On akurat miał takich treningów za sobą aż sześć. To właśnie dzięki temu nawet w tym momencie zachowywał zimną krew. Była to upalna, niezwykle wilgotna noc. Jedna z pierwszych zasad żołnierzy Jednostek Specjalnych Wojska Polskiego [JWSP] mówiła, aby w takich warunkach nie prowadzić akcji zaczepnych. Oczywiście Pakko miał to głęboko w poważaniu, nie tylko z tego powodu, że od dłuższego czasu gardził tymi zasadami, ale między innymi dlatego, że nie miał innego wyjścia. Całkowicie po omacku sprawdził ilość naboi w magazynku. Po ostatniej wymianie ogniowej więcej już nie miał. Od teraz wiedza na temat tego ile kul mu zostało, mogła zadecydować o jego życiu. Ponowił więc tą operację, aby być w stu procentach pewnym. Dłonie drżały mu w nieregularnych odstępach. To był wynik działania SRh-3. Zaaplikował sobie aż 5 ampułek tego specyfiku, zanim wszedł do dżungli. Miało to pomóc, wyostrzyć zmysły, polepszyć czas reakcji. Nie spodziewał się, że przyjdzie mu tu przesiedzieć taką ilość czasu. SRh3 był eksperymentalnym narkotykiem pobudzającym układ nerwowy człowieka. Niestety, na dłuższą metę zagrażał jego życiu. Właśnie w tym momencie skutki tego 'zagrażania' odczuwał Pakko. Sprawdził ostatni raz miejsce, w którym kula wyślizgiwała się z magazynku, chroniąc się w ten sposób przed ewentualnym zacięciem karabinu. Odbezpieczył broń i przełączył na POP… tryb oznaczający pojedynczy strzał. Wszystko robił po omacku, ale dokładna znajomość broni ułatwiała sprawę. Zanim wstał rozejrzał się jeszcze kilka razy dookoła upewniając, czy droga pusta. To był moment, w którym w duchu podziękował za to, że ocalałym wizjerem był wykrywacz ciepła. Choć z drugiej strony wolałby jednak swoje stare dobre biologiczne oczy. Wtedy przynajmniej po małym fluro-błysku nie straciłby 90% możliwości. [‘Fluro-błysk’ jest typem podwójnego ogłuszacza. Całkowicie niszczy wszystkie optyczne przyrządy mechaniczne wycelowane w kierunek błysku. W miejscu, w którym zostaje odpalony (przeważnie jako granat) pozostaje mgła z nanobotami, które dodatkowo oddziaływają na każdą kamerę, która później zostanie nań skierowana – coś a’la kamuflaż]. Na swoje szczęście Pakko poza kilkoma najnowocześniejszymi kamerami zamontowanymi zamiast oczu, miał wbudowany nowatorski system czujników wykrywający ciepło. Umieszczone na twarzy pod skórą były niezauważalne, ale świetnie się sprawowały. Posiadały oczywiście podstawową wadę, która miała być ich zaleta – były czujnikami wykrywającymi ciepło. Rozpoznanie detali broni było za ich pomocą niemożliwe. Po wielu przygotowaniach Pakko zdecydował się wreszcie wyjść. Ostrożnie opierając się o drzewo, które wcześniej wymacał, podniósł obolałe ciało, którego zaledwie połowa była biologiczna. Następnie drobnymi kroczkami, starając się nie tracić zbyt dużo krwi oraz płynów potrzebnych do obsługi mechaniki i elektroniki, udał się na północ. Tam miały czekać na niego posiłki. Niestety wciąż był na terenie, z którym państwo polskie miało traktat pokojowy. Stąd niemożliwe było, by pomoc przybyła. Wciąż rozglądając się brnął powoli przed siebie, choć nie przychodziło mu to łatwo. Co chwilę się potykał, kilka razy opadł na niższy grunt, raz też zaliczył zderzenie z drzewem. To jednak go nie zatrzymało. Nagle, kilkaset metrów na zachód, pojawiła się jakaś postać. Po pierwszym odczycie było już wiadomo, że to kobieta. Na dodatek nie wyglądała na uzbrojoną, choć Pakko nie mógł mieć do końca tej pewności. Obok niej po paru sekundach pojawił się pies, bądź wilk. W tym momencie do podjęcia była naprawdę trudna decyzja. Ukrywać się czy też zabić tą kobietę, wszakże mogła mieć przy sobie broń i amunicję. Zresztą teraz każdy dodatkowy element ekwipunku mógłby mu pomóc. Po krótszym wahaniu Pakko powoli skierował się w jej stronę. Oślepiony, choć widzący doskonale, żołnierz kontra zwykła wiejska dziewczyna z psem. Przez chwilę taki scenariusz przemknął mu przez głowę. Potem jednak poprawił go na: „maszyna do zabijania kontra uzbrojona po zęby członkini pościgu”. Tak, to zdecydowanie bardziej mu odpowiadało. Słuch miał jeszcze dobry, więc gdy tylko usłyszał nawoływania młodej dziewczyny zrozumiał, że jednak pierwsza opcja była bliższa prawdy. - Kisu! Kisu! Gdzie jesteś! – powtarzała co jakiś czas. Nietrudnym do zrozumienia było to, że kogoś szukała. Ale skąd mógł mieć pewność, że to nie jest tylko przykrywka by wywabić go z ukrycia. Lekko schizofreniczne myśli – skutek SRh-3 – tak skomentował to w duchu Pakko. Teraz i tak odwrotu nie było. Był za blisko niej, aby się wycofać. - Kisu! Kisu! Co jest Bark, gdzie biegniesz? Najwyraźniej pies zwęszył go, gdyż podbiegł bliżej i skierował swój pysk w stronę Pakko. To, że nie rzucił się na niego chcąc zagryźć mogło być wystarczająco przekonywującym powodem, by spróbować sił w negocjacjach. - Jeśli ruszysz się choćby o metr do przodu przestrzelę ci kolana – nie był to najlepszy sposób na powitanie, ale przezorny zawsze ubezpieczony. - Proszę nie strzelaj! – krzyknęła. - Nie zamierzam. Posłuchaj mnie uważnie – wziął się w garść najlepiej jak umiał, miał trochę zachrypnięty głos, ale to był kolejny efekt uboczny SRh-3. – Nie jestem twoim wrogiem. To, że się tu znajduję to przypadek i chcę się stąd wydostać równie szybko, jak ty chcesz się mnie pozbyć. Jednak opcji jest niewiele – zamilkł. Był pewien że w oddali usłyszał ludzki krzyk. Nie jeden, nie dwa, ale z tuzin. To nie pozostawiało złudzeń. Pościg! - Jedna z nich jest taka, że mi pomożesz i sobie pójdę hen daleko i więcej się nie zobaczymy. Druga jest taka, że mi nie pomożesz, ale wtedy niestety zmarnuje jedną… dwie kule. A nie chciałbym tego, zapewne jak i ty. - Czy?... Czy ja mam ci pomóc? Pakko nie odpowiedział natychmiast. W tym momencie walczył z bólem, który pojawił się w przepuklinie. Gdy przemógł się, wykonał kilka kroków do przodu. Dziewczyna dopiero teraz ujrzała, z kim rozmawia. Ciało wysokiego, ubranego na zielono czarno żołnierza powoli wyłoniło się zza ciemnych krzaków. Światło jej latarki zaczęło nieśmiało kierować się w jego stronę. Gdy zobaczyła go już w całości, jęknęła cicho. Pakko zdał sobie sprawę, że ten odgłos spowodowany był tym, jak wygląda, ale nie dał po sobie tego znać – choć przeraziło go to równie co ją. - Czy ty? - Miałem przykry wypadek… z niedźwiedziem. - Niedźwiedź by cię tak nie urządził. - Cóż, to był duży niedźwiedź.

Zanim się zorientował, był prowadzony przez dziewczynę i psa. Choć to do łatwych rzeczy na pewno nie należało, z czego sobie świetnie zdawał sprawę. Próbował im jakoś ułatwić tą mordęgę, ale wychodziło mu to nie najlepiej. Jego zmechanizowane ciało ważyło 140 kilogramów. Dużo więcej niż przeciętnego człowieka. Nie należało też zapominać o bojowym stroju i broni. W sumie kolejne 20. - Gdzie my właściwie idziemy? - Potrzebujesz pomocy lekarskiej. Mój ojciec się trochę na tym zna, służył kiedyś w czerwonym półksiężycu. Dopiero teraz Pakko zdał sobie sprawę z dziwnego akcentu dziewczyny. Był on raczej azjatyckiego pochodzenia, więc co robiła w Urugwaju i dlaczego tak doskonale posługiwała się angielskim? Nie miał teraz jednak czasu zaprzątać sobie głowy drobnostkami. Póki co, widział w niej światełko nadziei. Oraz, co ważniejsze, światełko nadziei w postaci jej ojca. Szli około trzydziestu minut. Na dodatek dość szybko. Dużo, dużo szybciej niżeli miałby się sam poruszać. Mógłby się założyć, że w te pół godziny przeszedł więcej niż przez całą noc. Niemniej nie chciał ryzykować. Wreszcie w oddali pojawiły się kolejne osoby, oraz kilka ognisk. - Wioska? - Tak. Już niedaleko. Skąd wiedziałeś? - Instynkt – zażartował. Wiedział, że dziewczyna tego nie zrozumie, ale rozładował tym napięcie kiełkujące w nim samym. Jego rozum zaczynał mieć dziwne luki czasowe, co było sygnałem, że SRh-3 coraz bardziej wyniszcza organizm. Chwila pozytywnych emocji była więc jak najbardziej wskazana. Gdy doszedł do siebie był już ku swojemu zdumieniu w wiosce. Otoczony. Od razu zauważył, że ludzie naokoło niego mieli w rękach broń. Chciał sięgnąć po swoją, ale ręka odmówiła mu posłuszeństwa. Zresztą i tak było ich więcej niżeli naboi w magazynku. - Coś ty zrobiła Nika! Miałaś tylko znaleźć Kisu, a przyprowadziłaś jakiegoś trupa! - On jeszcze żyje! Musimy mu pomóc! - Chyba ocipiałaś – przemówił ktoś po meksykańsku. Pakko miał w swojej bazie danych kilkanaście języków i dialektów, więc mógł dalej przysłuchiwać się rozmowie. – Przecież wojska będą go szukać. Przyjdą tu i nas zabiją! - On ma racje! Wyrzućmy go do lasu zanim znajdą go u nas. - Ale posłuchajcie. On nie jest… - Cisza! – przemówił nagle ktoś o bardzo donośnym głosie. Mimo, iż Pakko miał problemy ze stwierdzeniem tego, który z obecnych był tym jegomościem, to zdał sobie sprawę z rangi tegoż osobnika. Wszyscy zamarli. Przez chwilę żołnierz słyszał tylko sapanie psa. - Nika połóż go na ziemi i idź do swojego pokoju? - Ale tato! - Rób to co mówię! – to był bez wątpienia głos kogoś, kto się urodził liderem. Takich ludzi Pakko zawsze szanował, wyniósł to z hierarchii wewnątrzwojskowej. Jego kapitan, pułkownik, czy generał… każdy z nich mówił podobnie. Być może dlatego poczuł się trochę bezpieczniej. - Okej, a teraz niech ktoś pomoże mi zanieść go do mojego laboratorium. - Ale panie Fesienhar… - Nie gadać tylko pomagać. Właśnie w tym momencie ponownie stracił rachubę czasu. Zaczął rozmyślać o tym, czy aby odzyska swój ulubiony karabin i zanim się zorientował, znajdował się na wygodnym łóżku. Jego biologiczna część, zamiast bólu, czuła miękki materac. Nie wiedział, czy zwariował czy może umarł. Spróbował unieść którąś z dłoni, lecz nie wyszło mu to. Uspokoił się, gdy tylko minęły pierwsze paniczne myśli bycia na zawsze uziemionym. Chwilę potem zaczął sprawdzać wszystkie elektroniczne obwody. Od ostatniego razu niewiele rzeczy się zmieniło. Większość funkcji działała chyba tylko dlatego, by go dobić. W jego głowię pojawiały się wyłącznie informacja o nieudanej próbie połączenia z danym modułem, lub, co było jeszcze gorsze, informacje o tym, że moduł jest zniszczony. Po prezentacji całej listy, ze zrezygnowaniem spróbował uruchomić kamery w trybie awaryjnym. Lecz efekt fluro-błysku był wciąż aktywny. - Wydaje mi się, że jestem w stanie naprawić ci oczy – przemówił ktoś. Pakko natychmiast uruchomił system czujników wykrywających ciepło i ujrzał pochylającą się nad nim ludzką głowę. - Aczkolwiek nie sądzę bym zdołał to zrobić jeszcze dziś. Więc to raczej odpada. Podłączę ci w zamian mini kamerę z mojego mikroskopu. Obraz będzie… nieciekawy, ale lepsze to niż nic, nie uważasz. - Kim pan jest? - Jestem doktor Fesienhar. To moją córkę spotkałeś. - Ach tak… - Gdyby nie ona, od trzech może czterech godzin byłbyś trupem. W twoim ciele było tyle toksyny, że myślałem, że nie starczy mi antidotum. - Antidotum na SRh-3? - Co? Gatunek SR… hmm i do tego jakiś nowy. Dobrze, że zostawiłem sobie próbki. Ale tak myślałem, że to jakiś stymulant. Mogą okazać się ciekawe. Może nie tyle antidotum, drogi panie żołnierzu, ale coś, co wydaliło go z twojego organizmu. - Rozumiem. - Jak podłączę tą kamerę, odjedziesz? - Tak. - Poradzisz sobie z tym dużym niedźwiedziem sam? - Tak. - To dobrze. Nie chcę mieć na sumieniu polskiego żołnierza. - Rozumiem. - O tutejszych się nie martw. Załatwię to z nimi. - Która godzina? - Minęło osiem godzin odkąd się pojawiłeś w wiosce. Twoi wciąż czekają? - Powinni. Ile zajmie czasu montowanie tego sprzętu? - Z pół godziny. Musiałem jednak czekać aż obudzisz się. W takim razie, zaczynam. Wiedział, że nie mógł trafić lepiej. Człowiek, z którym rozmawiał, nie tylko trochę znał się na elektronice, ale jeszcze okazał się być kimś od rzeczy. Żadnego zbędnego owijania w bawełnę. Kawał na ławę i do widzenia. Z takimi osobami Pakko czuł się najlepiej. Interakcja nie sprawiała mu wtedy problemów. Komuś, kto większość swojego życia spędził w szkołach specjalnych dla przyszłych żołnierzy. Kto od dziewiątych urodzin żył w na wpół mechanicznym ciele. Oraz komuś, kto nie znał innego uczucia niżeli chęć zabijania. Prostota – to kochał. Z kolejnych – tak rzadkich w jego codziennym życiu – rozważań, wyrwał go czyjś krzyk. Strzały, które nastąpiły po nim nie pozostawiały mu złudzeń. Znaleźli go! - Ile? - Nie będziesz miał perspektywy głębi. - Wystarczy - mówiąc to załączył wszystkie systemy kontroli ciała, nad którymi jakiś czas temu odzyskał władzę. Wstał, zrywając się gwałtownie. Kilka kabli, które były wciąż przyczepione do ciała, oderwało się od konsoli kontrolnej, lecz to go nie powstrzymało. Kucnął, uruchamiając jednocześnie czujniki ciepła. W międzyczasie wysunął do przodu dłoń sprawdzając, w jakim stopniu odzyskał wzrok. Tak jak doktor mówił, z trudem potrafił zobaczyć i rozpoznać coś, co było dalej niż metr. Ale to wystarczyło w zupełności. Był w końcu perfekcyjną maszyną do zabijania. Wstał i obrócił się w stronę doktora. To był pierwszy raz, gdy ujrzał jego twarz, ale wydała mu się niezwykle znajoma. - Broń jest tutaj - Fesienhar rzucił w stronę Pakko karabin – masz szczęście. Miałem akurat amunicję klasy NATO. - Super. Nie zastanawiając się i nie czekając ani chwili dłużej na jakiekolwiek dodatkowe wyjaśnienia, wybiegł z pokoju na korytarz. Zanim się obudził doktor zdołał opatrzyć jego rany, które się w miarę zasklepiły. Niektóre elementy mechaniczne poskładał tak, by się jakoś trzymały. Wcześniejszy brak sygnalizacji podczas sprawdzenia był spowodowany wyłączeniem głównych obwodów – co Fesienhar uczynił dla bezpieczeństwa. W takim stanie mógł walczyć. A brak głębi wzroku nie przeszkadzał. Mało tego – prawie natychmiast przyzwyczaił się do innego kąta patrzenia spowodowanego tym, iż kamera zamontowana była na czubku głowy. Przebiegając przez korytarz spostrzegł wyłaniającą się z mgły postać dziewczyny. Dopiero teraz mógł zobaczyć jej twarz. Przy akompaniamencie krzyków i kolejnych serii z karabinów przebiegł obok niej, nawet nie zatrzymując się na chwilę. Nie miał na to czasu, musiał jak najszybciej pozbyć się żołnierzy. Nie dlatego, aby ocalić wioskę, ale by móc łatwiej uciec. Bezpośredni pościg, który by ruszył zaraz za nim, natychmiast by go dogonił. Jeśli ich pozabija, zmniejszy w łatwy sposób ilość siedzących mu na ogonie wrogów i znacznie opóźni całość. Zatrzymał się przed drzwiami, po czym uniósł broń i przyłożył do ramienia. Odczekał chwilę i otworzył ogień. Teraz już było wiadomo, że jest w wiosce. Ale to nie grało roli. Tak czy siak, zamierzał rozprawić się z wrogiem. Silnym kopnięciem wyważył drzwi i przebiegając po zwłokach znalazł się na większym placyku. Natychmiast skierował się w lewą stronę. Tam było stosunkowo mało przeciwników. Postanowił więc zacząć od nich. Dobiegł do końca domu doktora i wychylił się gwałtownie ,całkowicie zaskakując biegnącego w jego stronę żołnierza. Dwie serie w trybie PULL [po 3 naboje w serii] wystarczyły, aby się go pozbyć. Doskoczył natychmiast do upadającego ciała, wciąż będąc lekko skulonym. Sprawdził swoim nowym mechanicznym zmysłem wzorku czy aby na pewno zabił, kogo trzeba, po czym sięgnął po zapasową amunicję. Pech chciał, że naboje były klasy AME2. Całkowicie nieprzydatne dla niego. Mimo to zapakował do kieszeni magazynek, tak na wszelki wypadek. W tym momencie usłyszał między odgłosem strzałów, że po jego lewej stronie otwierają się drzwi. Natychmiast obrócił się w tamtym kierunku. Wygląd osobnika nie pozostawiał złudzeń – żołnierz! Przełączył na tryb PUSH [ogień ciągły] i pociągnął za spust, całkowicie pustosząc magazynek. Zabił nie tylko tego, który wychodził, ale i na wszelki wypadek osobę znajdująca się dwa metry na lewo od niego, czyli najprawdopodobniej w środku. Stąd nieracjonalne użycie aż tylu naboi, chatki, co prawda, były drewniane, ale wykonane solidnie. Kiedy Pakko zajmował się zmianą magazynków, jeden z żołnierzy zaszedł go od tyłu. Na szczęście dla Polaka był to zwykły żołdak, czyniący niezbyt udolnie swą powinność i zaciągnięty do armii w ramach przymusu. Strzelanie nigdy nie było mocną stroną takich jak on, zwłaszcza, gdy w rękach trzymali stare Pepesze czyli AK-63. Była to niezwykle niezawodna i solidna broń, która, jeśli dobrze używana i…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych