Zuzanna
Tamta księżycowa noc nieodwołalnie zdeterminowała jej życie. Nie potrafiła wymazać tego zdarzenia z pamięci. Lecz teraz powróciła, żeby rozprawić się z demonem przeszłości.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Gabinet burmistrza Bromstadt był niewielki i niezwykle prosto umeblowany. Na pierwszy rzut oka świadczył o zamiłowaniu gospodarza do nienagannego porządku i wielkiej dbałości o szczegóły. Tutaj wszystko było na właściwym, dokładnie przemyślanym miejscu. Nic nie mogło burzyć zaplanowanego porządku. Bo taki właśnie był zasiadający w tym miejscu, od prawie dziesięciu lat, burmistrz Erich Kassel. Z wyglądu ten niewysoki, lekko szpakowaty i wątły fizycznie mężczyzna mógł raczej kojarzyć się z niepozornym, szeregowym urzędnikiem. Ale jakże było to mylne wrażenie. Bo Erich Kassel stanowił rzadki przypadek osoby u której wyjątkowa inteligencja, nieposkromiona ambicja i niewątpliwe talenty organizacyjno - dyplomatyczne łączyły się w jedną, zdecydowanie niezwykłą całość. Od momentu, kiedy to piętnaście lat temu pojawił się, poszukując pracy, w Bromstadt, zdołał zrobić błyskawiczną karierę. Ze zwykłego urzędnika najniższego szczebla, nieznanego i ignorowanego przez miejskie elity w zaledwie pięć lat osiągnął najwyższe stanowisko w mieście. Wkupił się w łaskę elit, a dzięki posiadanym zdolnościom, jego wpływy bardzo szybko rosły. Nie minęło wiele czasu, aż stał się najpotężniejszą osobą w okolicy, z którą nawet ci, którzy wynieśli go do tak wysokiej pozycji, teraz musieli się liczyć. Bo burmistrz Kassel równie łatwo zdołał zaskarbić sobie poważanie i szacunek społeczeństwa. Jak również i strach. To od jego opinii zależało powodzenie praktycznie każdego przedsięwzięcia w Bromstadt. I właściwie bez jego wiedzy, nic nie mogło się tutaj wydarzyć. Ale Erich Kassel tak naprawdę stanowił dla wszystkich zagadkę.
Dochodziła właśnie 16, kiedy burmistrz poirytowany poderwał się zza swojego masywnego, obłożonego uporządkowanymi stertami dokumentów, biurka i klnąc w myślach na przeciągi i reumatyzm ruszył charakterystycznym, jakby śpiesznym i nerwowym krokiem do okna. Na dworze właśnie zaczynało się ściemniać. Pogoda była okropna, jak zazwyczaj pod koniec października. Wilgotne, chłodne powietrze oraz porywisty, mroźny wiatr powodowały, że nieliczni przechodnie przemykali spiesznie ulicą. Zanosiło się na deszcz. - Pogoda pod psem. – mruknął. Przyglądając się pogrążonej w kałużach i pokrytej warstewką spadłych liści Neuestrasse zaklął siarczyście i zdenerwowany trzasnął oknem. Po chwili zabrzmiało ciche pukanie. - Proszę – zawołał Kassel próbując ukryć rozdrażnienie. - Przepraszam panie burmistrzu – młodziutka sekretarka zaczerwieniła się uchylając drzwi – Czy wszystko w porządku? Bo usłyszałam... - To tylko przeciąg, Helen. – mężczyzna przybrał dobrotliwy uśmiech – Ale dziękują za troskę. Przy okazji, czy masz już te dokumenty o które prosiłem?
Kobieta w czarnym płaszczu podeszła do szyby wystawowej. Udając zainteresowanie eksponowanymi ciuchami, zerknęła dyskretnie przez prawe ramię upewniając się, że nikt tutaj za nią nie przyszedł. Wszystko było w porządku. Jednak nie była zadowolona Wiedziała, że za bardzo zwraca na siebie uwagę. Wracając do stojącego obok dziecięcego wózka zaczęła sobie wyrzucać, że nie wzięła wcześniej pod uwagę pogody. Jakby spacerująca w takie popołudnie samotna kobieta jeszcze za mało wyróżniała się na ulicy. Było już za późno, żeby się go pozbyć. Zaklęła pod nosem. Spojrzała na ledwie widoczne, dokładnie opatulone dla ochrony przed zimnem dziecko, po czym obejrzała się ponownie. Neuestrasse z każdą chwilą wyludniała się coraz bardziej. Ludzie przemykali pospiesznie z pracy do domów. Ale przynajmniej nikt nie zwracał na nią uwagi. Wszyscy za bardzo się spieszyli. Chociaż o tyle dobrze! Zerknęła na zegarek: piętnaście po czwartej. Popchnęła delikatnie wózek i ruszyła wolnym krokiem w kierunku ratusza.
Kassel zapinał właśnie ostatni guzik swojego płaszcza, kiedy zza otwartych drzwi gabinetu dobiegł go dziewczęcy głosik sekretarki: - Panie Burmistrzu, może wezwę panu taksówkę? - Nie, nie trzeba Helen. – zlustrował wzrokiem, ukryte pod granatowym kostiumem, zgrabne ciało dziewczyny – Przejdę się jak zawsze. - Ale na dworze jest tak nieprzyjemnie. I zaraz będzie padać – spojrzała na niego z autentyczną troską – Jeszcze się Pan przeziębi. Była niezwykle piękną, młodą kobietą o regularnych, delikatnych rysach twarzy, błyszczących, brązowych oczach i wyjątkowo puszystych, ciemnych włosach. Kassel spojrzał na nią z szelmowskim uśmiechem. - Żałuję, że nie urodziłem się znacznie później. Powinienem mieć taką żonę jak ty, Helen – roześmiał się cicho – Nikt tak o mnie nie dba. Dziewczyna poczerwieniała lekko. - Przecież to moja praca, Panie Burmistrzu. Skinął głową z uśmiechem.
Jak co dzień od niespełna dziesięciu lat minął pokój sekretarki i przechodząc po wyściełanym czerwonym chodnikiem korytarzu ratusza ukłonił się żartobliwie portretowi swojego poprzednika. Pogmerał w wewnętrznej kieszeni płaszcza, wyciągnął paczkę papierosów. Upewnił się, że zostało kilka sztuk. Przeszedł jeszcze parę kroków. Nagle zamarł! Obrócił się na pięcie i mimo prawie pięćdziesiątki na karku, niczym nastolatek puścił się biegiem. - Ech ta pamięć – siląc się na wesołość, rzucił mijając wyraźnie zaskoczoną sekretarkę. Wpadł do gabinetu. Chociaż w pomieszczeniu panował półmrok, bez najmniejszych problemów znalazł w szufladzie to, czego szukał. Upewnił się ostrożnie, czy aby zdziwiona Helen nie przyszła tu za nim i szybko schował ciemny przedmiot do kieszeni. Metaliczny chłód pistoletu odrobinę go uspokoił. Jednak stąpając ponownie po czerwonym dywanie, nie mógł sobie darować, że znów mu się to przydarzyło. Trzeci raz w miesiącu! Wyraźnie stawał się coraz bardziej nieostrożny. A Erich Kassel nie mógł sobie pozwolić na nieostrożność. - Kurwa mać! – wykrzyknął w myślach. Był na siebie wściekły.
Kobieta z wózkiem szła powoli chodnikiem. Przystanęła na chwilę, jakby dla poprawienia dziecku kołderki. Dyskretnie spojrzała na fluoroscencyjne wskazówki zegarka: dwadzieścia po czwartej. Gdzie on jest do cholery?! Wzięła głęboki oddech. Nie mogła być zdenerwowana. Nie teraz! W stresie popełnia się pomyłki. Ponownie ruszyła wolnym krokiem. Budynek ratusza znajdował się po drugiej stronie ulicy. Zaledwie kilka metrów dalej. Nie mogła już się wycofać. Gdzie on jest?! Wiedziała, że Erich Kassel każdego piątku opuszczał budynek ratusza dwadzieścia po czwartej i wybierając jedną z kilku swoich stałych tras wędrował do, oddalonej o kilka-kilkanaście minut drogi, willi na Oststrasse. Niestety to, którą trasę obierze, było zawsze zagadką. 16.22! Nikt, oprócz podstarzałej kobiety od dłuższego czasu nie pojawił się na jasno oświetlonych schodach ratusza. Dlaczego wciąż nie wychodził? Przecież nie mógł się zorientować. Z każdą chwilą oczekiwania stawała się coraz bardziej zdenerwowana. I przerażona. W tym momencie z najwyższym trudem udawało jej się opanować emocje. To Była dla niej niezwykła sytuacja. Wzięła następny głęboki oddech. Odgarniając kosmyk jasnych włosów po raz kolejny spojrzała na zegarek: 16.23. Przestań zwracać na siebie uwagę! Rozluźnij się.
Kassel był wściekły. - Nie! – pomyślał – Nie wściekły! To zdecydowanie zbyt słabe określenie. Co ten impertynencki urzędniczyna sobie myślał zatrzymując jego, burmistrza Kassela, w piątek, po czwartej?! I to żeby podpisać jakieś cholerne papiery! - Gówniarz jeden! Już ja dam mu popalić. W zdenerwowaniu o mało nie uderzył głową w znajdującą się na wysokości jego czoła, klamkę ogromnych, ratuszowych drzwi. - Scheise!
Jakby piorun przeszył jej ciało. Poczuła się jak sparaliżowana. Jednak nie było czasu na emocje. To był on! Starszy, szczuplejszy i bardziej siwy. Ale to ten sam człowiek. Na niego czekała! Jak gdyby nigdy nic upewniła się, czy nie nadjeżdża żaden pojazd, po czym pchnęła wózek w kierunku przejścia dla pieszych. Teraz już nie mógł jej uciec!
Mimo, że nic nie wskazywało na jakiekolwiek zagrożenie, przeczucie, że jest śledzony nie dawało mu spokoju. Zaciskając niemal odruchowo palce na ukrytym w kieszeni pistolecie, Kassel przystanął na krawężniku. Rozejrzał się pospiesznie. Natychmiast odetchnął z ulgą. Oprócz drepczącej powoli staruszki i kobiety z wózkiem chodnik był zupełnie pusty. Nic niepokojącego. Żadnych powodów do obaw. Sprawiając wrażenie niecierpliwiącego się przechodnia spojrzał uważnie w kierunku ogromnego Mercedesa. Auto sunęło powoli, wręcz majestatycznie, z charakterystycznym dla tego modelu pomrukiwaniem silnika. Było już zaledwie kilka metrów od burmistrza. Kassel rzucił się naprzód! Długim susem przesadził kałużę. Ciszę wieczoru rozerwał donośny pisk hamujących opon. Mężczyzna potknął się! O mało nie przewrócił. Chociaż z wielkim trudem utrzymał jednak równowagę i pobiegł dalej. Masywne cielsko pojazdu minęło go zaledwie o parę centymetrów. Nie zważając na trąbienie i głośne wrzaski kierowcy, burmistrz dopadł parkowej bramy. Niewidoczny w jej cieniu, przystanął, próbując uspokoić rozszalałe serce i opanować natłok myśli. Tak jak się spodziewał, kobieta z wózkiem i staruszka przyglądały się osłupiałe wciąż trąbiącemu i wrzeszczącemu kierowcy. Nikt za nim nie biegł. Zatem miał rację, nie był śledzony.
Nawet nie drgnęła, kiedy Kassel rzucił się w kierunku samochodu. O nie, nie było mowy, żeby dała się nabrać na tak amatorską sztuczkę. Lepiej, żeby miał uciec, niż ją zdemaskować. Udając zainteresowanie spojrzała w kierunku przeklinającego kierowcy. Musiała być jednak czujna, Kassel coś podejrzewał.
Rzadkie lampy nieznacznie tylko rozjaśniały panujący w parku mrok. Od kiedy zaszło słońce zrobiło się przeraźliwie zimno. Kobieta poprawiła kołnierz czarnego płaszcza. Przystając w najsłabiej oświetlonym miejscu alejki, rozejrzała się wokoło. Ledwie widoczna postać burmistrza majaczyła za drzewami, kilkadziesiąt kroków przed nią. Poza nim, nie było nikogo. Teraz już nie było wątpliwości, którą drogę wybierze mężczyzna. Za około dwieście metrów, na rozwidleniu skręci w prawo, po czym meandrującą przez jakiś kilometr alejką, dotrze do Bramy Wschodniej. Zawsze, kiedy zmierzał na Oststrasse przez Park Goethego, wybierał dokładnie tą samą trasę. Miała nadzieję, że i tym razem nie zmieni zdania. Dla pewności rozejrzała się ponownie. Nie dostrzegła, ani nie dosłyszała nic niepokojącego. Nachyliła się nad wózkiem. Liście zaszumiały cicho, kiedy błyskawicznym ruchem wepchnęła pojazd w zarośla. Wystarczająco głęboko, żeby w panującej ciemności nikt go nie zauważył. Rano ktoś znajdzie wózek z lalką w środku. Ale wtedy nie będzie to miało już żadnego znaczenia. Starając poruszać się jak najciszej, ruszyła biegiem pomiędzy drzewami. Miała nadzieję, że dokładnie zapamiętała skrót.
Nagle usłyszała trzask. Jej noga zawadziła o coś twardego. Straciła równowagę. Instynktownie wiedziała, że nie zdoła uniknąć uderzenia, więc odwróciła nieco głowę by chociaż zniwelować jego siłę. Fala straszliwego bólu zalała prawą stronę twarzy, kiedy upadła na ziemię. Była oszołomiona. Czuła jak powoli traci świadomość. Jednak musiała natychmiast się otrząsnąć. Od tego zależało jej życie. I powodzenie misji. Z trudem podniosła się na kolana. Ból pulsował w skroni. Policzek piekł nieznośnie. Dopiero teraz zauważyła przyczynę upadku – niewielki korzeń, niewidoczny wcześniej pod warstewką liści. Ten błąd mógł ją drogo kosztować. Otarła rękawem strużkę krwi sączącą się z ust. Nie mogąc dojrzeć zbyt wiele w panujących ciemnościach, zaczęła nasłuchiwać. We wszechobecnym szumie drzew, nawet jej wyczulony słuch nie był w stanie nic wyłowić. Wiatr zagłuszał wszelkie dźwięki. - Przynajmniej Kassel jest daleko – pomyślała i odetchnęła z ulgą – nie mógł nic słyszeć. Musiała się pospieszyć. Straciła już i tak wystarczająco dużo czasu. Wciąż lekko chwiejnym krokiem, ruszyła dalej. Po kilku minutach dotarła do upatrzonego miejsca. Spoglądając na doskonale widoczną, wysypaną białymi kamyczkami alejkę, upewniła się, że mężczyzna jeszcze nie nadszedł. Zdjęła płaszcz, niepotrzebnie tylko ograniczał ruchy, i ukryła go za drzewem. Teraz miała na sobie tylko obcisły, brązowo – szary kombinezon, znakomicie wtapiający się w jesienną kolorystykę. Powoli podczołgała się do przygotowanego wcześniej ukrycia. Żeby nie powodować niebezpiecznego szelestu, liście zostały tam odsunięte na bok. Do najbliższej latarni było ponad dwadzieścia metrów. Dojrzeć ją w tym miejscu stanowiło praktycznie niemożliwość. Przyglądając się alejce, zaczęła nasłuchiwać. Chłodna, opanowana - teraz była po prostu zawodowcem.
Dwóch umundurowanych policjantów minęło właśnie Bramę Wschodnią. Udawali się na rutynowy, wieczorny patrol po parku. Bez wątpienia obaj nie znosili tych przymusowych, jesiennych spacerów. O tej porze roku park zawsze był pusty. Nie działo się tam zupełnie nic. Zresztą od kiedy pamiętali, nigdy nie musiano interweniować w parku. - Czysty idiotyzm z tym patrolem – nieustępliwie powtarzali to przełożonemu. Ale zawsze bez skutku. Tego dnia jednak właściwie zmierzali tam z zadowoleniem. Po kilku godzinach łażenia w mroźnym wietrze i zacinającym deszczu po mieście, byli już mocno przemarznięci. A parkowe drzewa przynajmniej stanowiły jako taką ochronę przed wiatrem. - Jeszcze tylko godzina – mruknął rumiany sierżant. – I koniec tej cholernej zmiany. Jego wysoki towarzysz, jak to miał w zwyczaju, wzruszył tylko ramionami. Najwyraźniej uznając ten gest za najbardziej stosowny komentarz. Sierżant zaczął pogwizdywać jakąś wesołą, jednak zniekształconą nie do poznania melodię.
Starając się zachować ciszę, jak najostrożniej wyciągnęła pistolet z kieszeni. Sprawdziła zamocowanie tłumika i odbezpieczyła broń. Mechanizm działał bezgłośnie. Pistolet był perfekcyjnie przygotowany. Tutaj nie mogło być żadnego błędu. W zasadzie nie miała zamiaru go użyć, jedynie w ostateczności, gdyby nie było innego wyjścia. Gdyby coś poszło niezgodnie z planem. Bo postrzał byłby dla Kassela o wiele za szybką i zbyt mało bolesną śmiercią. O nie! Nie mogła na to pozwolić! Śmierć,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil anonymous0987
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…