Wróć do katalogu

Żywa skamielina

Pilipiukowi by się podobało!

Winrich, opublikowano , 28 min czytania, 3,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Żywa skamielina

- Pchaj! - krzyknął Piotr, puszczając linę holowniczą i odskakując na bok. Rozległ się ogłuszający ryk silnika jeepa grand cherokee, a potem spod kół wytrysnęło błoto, zalewając twarze Moniki i Stefana. - Kurwa! - wrzasnął Stefan, ślizgając się na miękkim podłożu - Uważaj! Jeep ponownie zawarczał, lina napięła się, lecz auto ani drgnęło. - Gaz do dechy! - krzyczał Piotr - Dawaj mu! Jeszcze trochę! - Nie da rady! - Musimy to wyciągnąć, do cholery! - Piotr! - Monika stanęła obok mężczyzny - Nie ruszymy tego. Jest za ciężkie! Samochód ucichł na moment, a potem znowu zawarczał i z rur wydechowych buchnął czarny, gęsty dym. Koła zamieliły w błocie, lecz maszyna okazała się za słaba. - Ostatni raz! - wrzasnął Piotr do kierowcy, podchodząc do auta i uderzając otwartą dłonią w jego maskę - Wciśnij do dechy! - Cały czas wciskam, monsieur! - odkrzyknął młody Francuz, Jean Pierre Couves, walcząc ze skrzynią biegów. Co chwila odgarniał z czoła kosmyki mokrych od potu włosów - Nie chce ruszyć! Niebo przecięła błyskawica, a chwilę potem lunął deszcz, spłukując z ich kombinezonów błoto. Wiatr wiał z północnego - zachodu i zaczynał właśnie nabierać na sile. - Cholera - wymamrotał Piotr, zasłaniając się przed żywiołem, po czym zrezygnowany oznajmił: - Zaciągnij hamulec i wysiadaj. - Naprawdę robiłem, co mogłem, aby wyrwać do przodu - tłumaczył młody Francuz. Wyskoczył z samochodu wprost w kałużę błota i wody, a potem poślizgnął się i runął jak długi, prawie zagrzebując się w klejącym podłożu. - Matko boska, monsieur, za jakie grzechy! Naciągając na głowę kaptur, Stefan ruszył w jego stronę, klnąc na czym świat stoi. Jego wysokie skórzane buty grzęzły w błocie i zanim dobiegł do skonsternowanego Francuza, upłynęły długie minuty. - Nie mamy szans, aby dzisiaj się z tym uporać - powiedziała Monika, mrużąc zalewane przez deszcz oczy - Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, jakie to ważne odkrycie, lecz w takich warunkach nic nie wskóramy. Piotr na moment zamyślił się, a potem skinął głową. Zaciskając szczęki zaczął masować skostniały kark. Wpatrywał się w rosnące nieopodal drzewa i niewielkie wzgórze, a na jego twarzy malowało się poirytowanie. - Okay, robimy przerwę! - krzyknął nagle, podnosząc ręce do góry - Wsiadać do samochodu, zanim nas całkiem zaleje!

Siedzieli w jeepie i popijali gorzką kawę z termosu, kiedy odezwał się Piotr: - Jak tylko przestanie padać, spróbujemy jeszcze raz. Monika przymknęła oczy i potrząsnęła przecząco głową. - Nie damy rady go wyciągnąć - powiedziała, rozkładając ręce - Jest zbyt ślisko, nie rozumiesz tego? - Nie mam zamiaru czekać do jutra - oburzył się mężczyzna, spoglądając na twarze Stefana i Jean Pierra. Francuz wzruszył ramionami. - Lepiej zaczekać, monsieur - wymamrotał - Pogoda jest do bani. Wiatr wiał teraz tak mocno, że auto kołysało się jak kuter na wzburzonym morzu. Przez przednią szybę niewiele było można zobaczyć; krople deszczu roztrzaskiwały się na masce i szybach z hukiem, którego echo coraz bardziej irytowało Piotra. - Nie możemy tu siedzieć do końca świata - rzekł sucho, po czym otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz. - Co ty wyprawiasz? Wracaj! - usłyszał krzyk Moniki, ale nie zamierzał jej słuchać. Trzasnął drzwiami i skierował się w stronę wzgórza.

- Nie wiem, co mu odbiło - powiedział Stefan - Odkąd tutaj przyjechaliśmy, zachowuje się jak wariat. Jean Pierre upił łyk kawy z plastikowego kubka, a potem przygryzł dolną wargę: - Tacy właśnie są archeologowie - oznajmił - Wkurwiający. - Po cholerę wychodził? - Zaraz wróci, przemoczony do ostatniej nitki - odezwała się Monika - Wtedy dopiero się zacznie. - Uparty baran. W ciągu kolejnych dziesięciu minut niewiele się zmieniło. Jean Pierre, Stefan i Monika wciąż tkwili w samochodzie i popijali kawę. Na zewnątrz lał deszcz i nie zapowiadało się na polepszenie pogody. W końcu odezwał się Jean Pierre: - Słuchajcie, proponuję wracać. - Masz rację - przytaknęła Monika, zgniatając w dłoniach jednorazowy kubek i rzucając go za siebie, dodała - Stefan, zwiń tę przeklętą linę. Jedziemy stąd. - A Piotr? - zapytał mężczyzna. Monika posłała mu zmęczone spojrzenie. - Nie mógł się zbytnio oddalić. Jak usłyszy ryk silnika, sam do nas przybiegnie. Jean Pierre parsknął śmiechem.

Jednak jakby na potwierdzenie słów Moniki poprzez szum spadających coraz gęściej kropel deszczu przedarł się trzask otwieranych drzwi w samochodzie. - No i co? – zaśmiał się nerwowo Stefan, podrzucając grzywę blondwłosów. – Odnalazłeś tę dziurę, której szukamy? No właź wreszcie – burknął gniewnie, kiedy jego pytania nie doczekały się odpowiedzi. – Bo nas tu zaleje ten cholerny deszcz – dodał, cofając się przed kolejną falą dżdżu, wpadającą przez uchylone szeroko drzwi jeepa. - Nie wiem, o jakiej dziurze mówicie! – w wąskiej smudze światła padającej z wnętrza samochodu pojawiła się blada twarz okolona czarną brodą. Monika odruchowo krzyknęła. To nie była twarz Piotra. - Kim pan jest? – Stefan pierwszy odzyskał rezon. – I gdzie jest nasz przyjaciel? - Chodzi o tego chudziaczka? – zapytał nieznajomy, tarabaniąc się do środka i otrząsając z deszczu „psim sposobem”. - No co pan? – Monika też odzyskała wreszcie głos, odsuwając się jak mogła najdalej od nowego towarzysza, którego długi płaszcz ociekał wręcz od wody. – Gdzie jest Piotr? - A tutki! – broda mężczyzny skierowała się w stronę wzgórza. – U mnie w chałupie sobie biedaczek leży. - Leży? – w głosie Stefana zabrzmiała obawa. - Ano leży – chrapliwie roześmiał się brodacz. – Jak ktoś sobie kulasy popsowa, to i siedzieć nie wydoli, jeno leży. – Ponownie wnętrze jeepa wypełnił ordynarny rechot. Monika zatkała uszy i prawie wcisnęła się w boczną szybę. Nagle rechot urwał się, zaś mężczyzna gwałtownie otworzył drzwi i krzyknął za siebie. – Wam też nie radza za długo tu wysiadywać. Jako tutki łońskiego roku droga się oberwała, to dopiero po miesiącu owych turystów z Białki dobyli. Same kości ino ostały. No to co? Idzieta? – brodacz zachęcająco machnął kościstą ręką. Nikt się nie ruszył. Mężczyzna spojrzał na nich spod krzaczastych brwi i uśmiechnął się szeroko. - Jak tam sobie sami chceta! – nieznajomy z wolna wysunął czuprynę, badając intensywność deszczu. – No ja tam czekać na was nie będe. Ale wam dobrze radza. Nie siedźta tutki, bo was Białka pożre. Jak byśta jednak zdanie zmienili, to do mojej chałupy tendyk – wskazał gdzieś w kierunku czerniejącego w oddali wzgórza. – Tylko uważajta na szpary, bo łatwo kulasy połamać. No to ja ... – nie skończył zdania, zagłębiając się w szemrzących deszczem ciemnościach. Nie odzywali się do siebie dłuższą chwilę, wsłuchując we własny strach i szum deszczu. - To tak u was jest – łamiącym się głosem odezwał się Jean Pierre. – Europa! Nie ma co mówić. I co teraz? - Wzywamy pogotowie górskie! – zdecydował energicznym głosem Stefan. – A ty Jean nie przesadzaj! U was w Pirenejach wcale nie lepiej. Byłem, widziałem. – klepnął po ramieniu wstrząsanego dreszczami Francuza. – No dobra! Spróbuję włączyć to badziewie! – wskazał na odbiornik CB. Może się coś tam odblokowało – dodał niepewnie. Ale z głośnika tylko zatrzeszczało i zabuczało, a potem zgasła nawet jedyna działająca w radiu dioda. I wszystko ucichło. - No tak! – sarknął Jean Pierre. – Polskie radyjko... – głos zamarł mu w gardle. Zaświecona przez Stefana zapalniczka wyłowiła z ciemności napis: „Made in France”. I wtedy Monika zaczęła płakać, wtulając drobną twarzyczkę w plecy siedzącego przed nią Francuza. - To wszystko przez tego głupka – Piotra! – krzyczała, spazmatycznie łapiąc powietrze. – Zachciało mu się odkrycia archeologicznego! Głupich jaskiń! A teraz, co?!!! Mówcie mądrale! Co teraz zrobimy?! Nawet głupia komórka w tej dziczy nie ma zasięgu! – dziewczyna wyszarpnęła zza pleców prostokątny kształt i walnęła nim o gumową podłogę jeepa. Rozległa się melodyjka. I wtedy, jakby się wcześniej umówili, ryknęli śmiechem i śmiali się długo i głośno. - Wiecie co? – wydusił wreszcie z siebie Stefan, obcierając dwie łzy z poczerwieniałych policzków. – Ta okolica rzeczywiście od razu skojarzyła mi się z „Teksańską masakrą...” A ten gościu... dołożyć mu tylko kilka blizn... i bandzior, jak się patrzy! – krztusił się od śmiechu. - A Piotr? – Jean Pierre już się nie śmiał. – A jak potrzebna mu pomoc lekarska? Nie możemy go tak zostawić. - To prawda! – przyznał Stefan. – Zostawić go w tej dziczy nie możemy! - Sam sobie winny! – parsknęła gniewnie Monika. – Zachciało mu się zostać drugim Champollionem. Zapomniał tylko, że jego obowiązywało hasło: „Naukowcy i osły do środka”. I pytam, kto tu dzisiaj osłem został? - Nie bój się! – Jean Pierre odwrócił się do dziewczyny. – Na salami cię nie przerobią. Bo pewnie w tej głuszy nawet nie wiedzą, że coś takiego istnieje. - Ale na zwykłą - swojską lub wiejską... - Nie bądźcie śmieszni! – przywołał do porządku przyjaciół Stefan. – Lepiej postanówmy, co robimy. Bo w jednym facio ma zupełną rację. Siedzieć w samochodzie dłużej nie możemy. Po pierwsze grunt stał się już na tyle grząski, że jeep idzie w ziemię i za chwilę nawet czołg go z tego błocka nie wydrze. Lina też nie wiadomo, jak długo jeszcze wytrzyma. A po drugie pewnie zaraz akumulator szlag trafi i zrobi się tu zimno, jak na Antarktydzie. A koc mamy jeden. No to...? – zakończył przeciągle. - Chcesz iść do tego gostka? – zapytał cicho Jean Pierre. - A mamy inne wyjście? – wzruszył ramionami Stefan. - Zejdźmy w dolinę – wyszeptała ledwie słyszalnie Monika. - Pamiętasz, kiedy widzieliśmy ostatni dom? – wybuchnął chłopak. – Jakieś dziesięć kilometrów lekko licząc. Przy takiej pogodzie nie dojdziemy do rana. A ryzyko przy tym olbrzymie. Wystarczy nieco skręcić i po nas. - Nieco przesadzasz, Stef – uśmiechnął się z wysiłkiem Jean Pierre. – Ale myślę też, że nie ma co bać się tubylców. A może mają tam telefon. W końcu nie żyją tu chyba jak za Merowingów. Zresztą jest jeszcze Piotr. Nie wiem, jak wy, ale ja go tutaj nie zostawię. - Ja też! – zadeklarował piskliwym głosem Stefan. – Bo i czego właściwie mamy się baaa...ać...? – nie zdążył dokończyć, bo nagle gumowa podłoga jeepa odjechała mu spod nóg. Samochód powoli osuwał się w głąb błotnistego zapadliska. - Lina puściła! – wrzasnął po francusku Jean Pierre. – Spieprzajmy stąd! Jednak łatwiej było to powiedzieć, niż wykonać. Najpierw nie chciały się otworzyć drzwi, zamulone do połowy gliniastym błockiem, które dokładnie opatuliło jeepa swymi czarnymi jęzorami. Wreszcie jakimś nadludzkim wysiłkiem udało się to Stefanowi, który wyskoczył też pierwszy na zewnątrz i kierowany instynktem zdobytym w czasie przeżytych survivorów zablokował je kawałkiem drewna. - Wyłaźcie! – wrzeszczał jak opętany, bezceremonialnie ciągnąc za rękę Moniki, a potem za uszy wydzierając Jean Pierra. W końcu jednak umorusani jak nieboskie stworzenia mogli przycupnąć na śliskim zboczu i już w poczuciu względnego bezpieczeństwa obserwować – na ile to było możliwe w tych egipskich ciemnościach, jak ich samochód zapada się w czarnych czeluściach. - Nie żal ci? – wykrztusiła pytanie Monika. - To tylko samochód, mon cherry! – Stefan nie widział twarzy przyjaciela, ale był pewien, że Francuz uśmiechnął się pod swoim wypielęgnowanym wąsikiem, który zresztą teraz musiał przedstawiać obraz nędzy i rozpaczy. - Do jutra pewnie i śladu po nim nie zostanie! – Monika nie była w stanie pogodzić się ze stratą. - Nie martw się, mon ami! – Stefan usłyszał dalekie cmoknięcie. – Sprawimy sobie. A jak ta sensacja Piotra okaże się prawdą, to stać nas będzie na coś lepszego niż cherokee. - Jak się okaże... – z powątpieniem rzucił w kierunku Francuza. - Już nie wierzysz? – pisnęła ze złością Monika. – Przecież to ty powtarzałeś za Piotrem, że zobaczymy... że ... że... – dziewczyna aż kipiała gniewem. – I co?! Siedzimy w jakimś gównie po samą szyję, a deszcz nam się leje na głupie łepetyny. - No właśnie! – Stefan wolał zmienić temat. – Nie ma co tu dłużej tak siedzieć w deszczu. Chodźmy! – zerwał się energicznie. Jakoś tak bez żadnej zachęty poszli w górę, mniej więcej w kierunku wskazanym im przez brodacza. Deszcz był teraz dużo mniej rzęsisty i Stefanowi wydawało się nawet, że przez gęste chmury zaczęły przebijać się nieśmiałe promyki księżycowej poświaty. Im jednak szło się coraz gorzej. Każde wydobycie nogi z wszechobecnego błocka musieli okupić wzmożonym wysiłkiem. - Daleko jeszcze? – wychrypiała Monika, którą siły już praktycznie opuściły. – Nie zrobię już więcej jak dziesięć kroków. - Jak będziesz musiała, to zrobisz, nie bój żaby – wymruczał ledwie słyszalnie Stefan, wypatrując usilnie kawałek mniej grząskiego gruntu przed sobą. Było to już dużo łatwiejsze, bo powoli zbliżali się do szczytu wzniesienia, pozostawiając w tyle za sobą cienie rzucane przez drzewa. A i wiatr począł rozwiewać deszczowe chmury. Pogoda się poprawiała, jakby sama natura chciała ulżyć podróżnym w wędrówce. Nagle jednak Stefan poczuł gwałtowne uderzenie w twarz, zaś przeraźliwy pisk zmroził mu serce. Coś zdecydowanie obrzydliwego ugrzęzło w jego włosach. Stanął jak wryty, obawiając się wykonać najmniejszy ruch głową. - Nie ruszaj się! – dobiegł go wrzask wydarty z gardła Jean Pierra. – To gacek! Dopiero w tym momencie do świadomości Stefana dotarło, że na jego głowie miota się straszliwie wystraszone stworzonko wielkości myszy, które łopocze mu prosto w uszy skórzastymi skrzydłami. I ta myśl przeraziła go bardziej, niż sam się tego spodziewał. Od małego nie znosił myszy. Sam nie wiedział, jakim sposobem Francuz uwolnił go wreszcie od tego nieprzyjemnego towarzystwa, ale kilka chwil później łapał ciężko powietrze w spragnione płuca i odruchowo masował poranione pazurkami czoło. - Trzeba go będzie opatrzeć – z bardzo daleka dobiegł

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych