11
Tekst przedstawia część historii pewnego mężczyzny, który jest niczym szmaciana lalka rzucana po betonowej celi. Nie do końca zdaje sobie sprawę z tego co naprawdę się z nim dzieje. W odnajdywaniu siebie pomaga mu jego praca dzięki której jest w u
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Znowu budzę się na kacu. Ból głowy i te mdłości, Boże odpuść mi, to tylko wódka. Zapachy tylko dodają pikanterii. Śmierdzące ubrania, zepsute jedzenie, rozlana wóda na podłodze, śmieci czekające na wyniesienie do kontenera. Czuje się jak jakiś student, a jeszcze nawet nie otwarłem oczu. Na szczęście mam gdzieś tu fajki. Dym zawsze mnie uspokaja. Otwieram oczy i widzę, całe szczęście. Chociaż nie wiem czy chciałbym na to wszystko patrzeć. Istne pobojowisko, ujmę to inaczej; rozpierdol. W sumie całe moje życie to jeden wielki rozpierdol. Muszę jednak wstać i znaleźć te fajki. Pustych paczek mam tu bez liku, ale gdzieja położyłem tą nową? Znalezienie jej zajęło mi kilka minut, ale było warto. Telefon dzwoni. Dzisiaj niedziela. Mecz. Nie będzie to miła rozmowa. -Halo? -Gdzie Ty, do chuja, jesteś?! -Miło pana słyszeć panie prezesie. Właśnie jem śniadanie. -Znowu najebany jesteś. Masz pół godziny. -Zdążę jeszcze zjeść dokładkę. Nie ma czasu. Znalazłem resztkę ciepłego i wygazowanego piwa, to co tygryski lubią najbardziej i zacząłem się ubierać. Teraz muszę jeszcze znaleźć jakieś czyste ciuchy. Brak. No to zostaje dres, nie widać na nim plam. Buty na rzepy, czasami się zastanawiam czy mam 5, czy 28 lat. No nic, trzeba jakoś żyć. Zamykanie drzwi trwało całe wieki, ale w końcu się udało. Jak zwykle klucz wędruje pod donice i ruszam w trasę. Na szczęście na stadion nie mam daleko, a dzisiaj gramy u siebie. Tylko nie pamiętam z kim i co. Chyba mecz pucharowy, ale nie dam sobie ręki uciąć. Po drodze jeszcze jakiś rumun próbował mi wcisnąć złoty zegarek, rolex. Chciał dwie dychy i jebał gównem. Widzę stadion, to dopiero jest widok. Dwie trybuny, wydeptane boisko, szatnia ledwo stoi, a uroku dodaje szczerbaty ochroniarz. -Dzień dobry Mietku. -Dzień dobry panie Witoldzie.-strażnik dotknął czapki. W sumie to nie wiem po co. Chyba kiedyś się tak robiło, chcąc okazać szacunek. Po oczach widziałem, że też wczoraj balował. Głęboki wdech i mogę wchodzić do szatni. -Witam panowie!- trochę za późno się zorientowałem, że coś jest nie tak. Wmurowało mnie. Zapach perfum, nowych butów, nowych koszulek zbił mnie z tropu i zanim się otrząsnąłem usłyszałem: -Coś nie tak?- starszy facet chyba po piędziesiątce uśmiechnął się i czekał na odpowiedź. -Nie, nie, nie, wszystko w porządku, chyba pomyliłem szatnie. -Chyba rzeczywiście. Wyszedłem. Tym razem dobrze trafiłem. Smród dymu papierosowego i potu tylko mnie w tym utwierdził. -Otwórzcie okna. Z kim gramy dzisiaj?-pytanie skierowałem do wszystkich licząc, że przynajmniej jedna osoba mi odpowie. Cisza, wszyscy patrzą na mnie z wyrzutem, jakbym miał być wszechwiedzącym. -Odpowiecie mi?-zaczynałem tracić cierpliwość. -Trenerze, jeśli wolno.-kapitan podniósł się i zaczął mówić.-W imieniu całej drużyny, nie żebym tylko ja miał takie zdanie.-zerknął na mnie, może myślał, że go zdzielę w łeb. -No mów, mów. Chętnie posłucham co mi macie do powiedzenia. -To znaczy, chodzi o to, że, my jako cała drużyna..-urwał, znowu spojrzał na mnie -Tak rozumiem Czesiek, cała drużyna. Ty tylko mówisz. Rozumiem. Mów śmiało, nie ugryzę cię. -No więc własnie. Już mówię o co chodzi... -Chyba prędzej wygramy ten puchar niż ty coś powiesz.-Odwróciłem głowę. To był Maciek. Mój ulubieniec, to on powinien być kapitanem, ale za często ma kontuzje i dlatego więcej go nie ma na boisku niż na nim jest. -Witek, chodzi o to że Cię nie ma. Nigdy nie przychodzisz na czas. Zawsze pijany, albo na kacu. Ogarnij się. Pomóż nam, chcemy cię jako trenera, a nie jako mentora, który ma coś mądrego do powiedzenia, tylko wtedy kiedy ma dobry dzień. Nie wiesz co się dzieje w klubie, z kim gramy ani o co. -Wiem chłopaki. Wiem, jestem trenerem widmo. No takie życie, ale obiecuje wam, że tych lalusiów z szatni obok rozniesiemy. Czekajcie tylko. Wyszedłem i skierowałem się do pomieszczenia obok. Zapukałem. -Proszę.- usłyszałęm zanim wszedłem do środka, znów ten zapach bogatego klubu, zaczęło mnie mdlić. -Witam ponownie, przepraszam że poznaliśmy się w tak niefortunny sposób, Witek.-przedstawiłem się z najpromienniejszym uśmiechem na jaki tylko mogłem się zdobyć w tej szatni pełnej rozkapryszonych panienek i podałem mu rękę. -Nie szkodzi Witku, Antoni-odwzajemnił uśmiech i uścisnął mi dłoń.-W czym mogę ci pomóc? -Mam pewien problem. Chodzi o moich piłkarzy. Wie pan jacy są młodzi chłopcy z małych klubów.-spojrzałem na niego wzrokiem ojca rozmawiającego z ojcem uśmiechnął się, a ja kontynuowałem.-Jeden z moich podopiecznych urządził wczoraj wesele, pomimo moich zakazów. Okazali brak profesjonalizmu. Tacy są piłkarze ze wsi. Dla nich najważniejsze jest tu i teraz, nie to o co będą walczyć jutro. Dlatego chciałbym pana poprosić o przełożenie meczu.-Antoni popatrzał na mnie jak patrzy się na bezdomnego. Trochę współczucia, trochę smutku, trochę nienawiści i trochę pogardy. -Witek, rozumiem, że twoi chłopcy są pijani. -Niestety tak.-wysiliłem się na minę pełną złości, rozgoryczenia i smutku. -To jest puchar krajowy, a nie liga podwórkowa. -Rozumiem pana uzasadnioną złość, ale to nie są profesjonaliści. W porównaniu do pana piłkarzy to... Właściwie nie mogę ich porównywać. Sam pan widzi. -No dobrze, zgadzam się na przełożenie meczu, ale pod warunkiem, że dzisiaj zrobimy trening u was. Plus przysługa w przyszłości. -Panie Antoni, nawet nie wie pan jak jestem panu wdzięczny. Z boiska korzystajcie do woli.-na pożegnanie podałem mu rękę i wyszedłem. Teraz jeszcze tylko trzeba się dowiedzieć kto to. Drzwi z szatni zaskrzypiały pod naporem mojego ramienia. Wszystko w tym klubie jest do wymiany. Łącznie ze mną. -Dobra chłopaki. Mamy jeszcze jeden dzień. Ich trener zgodził się na przełożenie meczu na jutro. Dzisiaj trenują u nas, dlatego Czesiek weźmie kamerę i nakręci ich trening. Aha, i jeszcze nie powiedzieliście mi co to za drużyna. -Orzeł.-Maciek spuścił głowę.-W pełnym składzie.-Orzeł to drużyna z pierwszej, najmocniejszej ligii. Nie są najlepsi, ale też nie są najgorsi. Miejsce dziesiąte na osiemnaście doskonale to obrazuje. -Orzeł srorzeł. Dzisiaj zbiórka o osiemnastej.-wyszedłem z szatni i wybrałem numer mojego asystenta, Bartosza. -Siema Bartek. Żyjesz? -Czeeeeeść-chyba jeszcze spał. -Potrzebuje płytę z czterema ostatnimi meczami Orła. -Trochę na to za późno. Nie wiem czy wiesz, ale możesz właśnie ich obejrzeć na żywo na naszym stadionie. -Przełożyłem mecz na jutro. A, właśnie, skontaktuj się z sędziami i daj im znać, żeby nie było tak jak ostatnio. -Jasne, jasne. A tą płytę to skąd mam ci wytrzasnąć? -Możesz nawet wyczarować, ale ma być u mnie na biurku za piętnaście minut.-rozłączyłem się, chociaż wiedziałem, że będzie jeszcze miał coś do powiedzienia. Bartosz przyniósł płytę po czterdziestu minutach, ale i tak byłem mu wdzięczny. -Dzięki.-burknąłem biorąc od niego płytę. Włożyłem ją do laptopa. Oglądałem w przyspieszonym tempie, a akcje którym musiałem się przyjrzeć puszczałem kilka razy. Kiedy skończyłem oglądać ostatni mecz spojrzałem w notatki. Całkiem owocne. Zabrałem się do konstruowania taktyki. Wybrałem skład i ktoś zapukał do drzwi. -Wejść.-krzyknąłem -Witek, już osiemnasta.-Maciek przyszedł mnie poinformować. -Okej, już idę.-pozbierałem notatki, rysunki i wyszedłem.
O dwudziestej drugiej podniosłem donicę i wyciągnąłem klucz. Włożyłem go do zamka i przekręciłem. Drzwi ustąpiły. Byłem tak zmęczony, że smród i brud mi nie przeszkadzały. Nie przeszkadzały mi też latające po mieszkaniu muchy. Poczłapałem do łazienki i spojrzałem w lustro. Zobaczyłem znajomą twarz obcej osoby. Facet po trzydziestce, który dawno nie był u fryzjera i na dodatek powinien się ogolić. Przekrwione i opuchnięte niebieskie oczy, czarne, tłuste włosy, trochę odstające uszy, wszystko składało się na wygląd, nieprzeciętny wygląd. Poznane panie często chwaliły moją urodę, ale czymże jest uroda w obliczu upływającego czasu. Facet w lustrze ze smutkiem pokręcił głową i zaczął się golić. Odświeżony wyszedłem z łazienki. Teraz tak naprawdę dotarło do mnie w czym ja żyję. Niepozmywane naczynia walające się po całym domu, resztki jedzenia, nadpalone zasłony w oknach, wypalony dywan, klejąca się podłoga, pęknieta szyba w oknie, obrzygany stół, wszędzie pełno niedopałków i pustych paczek po fajkach. Wszędzie walały się puste butelki po wódce, piwie, spirytusie i winie. Wziąłem śpiwór, dwa piwa i poszedłem na dach. Otwarłem piwo. Lubiłem sobie tak siedzieć na dachu, patrzeć w gwiazdy i myśleć. Otuliłem się szczelniej śpiworem bo zaczynało mi być coraz zimniej. Dokończyłem piwo i zacząłem dumać. Coraz bardziej pogrążałem się w swoich myślach. Ciężko być dobrym człowiekiem. Chciałbym pozostawić jakiś ślad na ziemii po sobie. Nie tylko urodzić się i umrzeć. Nie chciałbym żeby moje życie nie było warte wspomnienia.
Następnego dnia obudził mnie wschód słońca, a przywitało zimno. Pozbierałem puste puszki i poszedłem do mieszkania. Mecz był dopiero o dziewiętnastej. Miałem jeszcze sporo wolnego czasu. Wziąłem się za sprzątanie. O dziesiątej zadzwoniłem do Bartka i powiedziałem co chłopcy mają potrenować przed meczem i zapisać kto spisał się najlepiej. Po piętnastej mieszkanie wyglądało jak mieszkanie a ja w końcu doprowadziłem się do porządku i wyglądałem jak człowiek. Pomyślałem więc o jedzeniu, ale lodówkę miałem pustą, tak samo jak portfel. Znowu wykręciłem numer do Bartka, znam go lepiej niż swój. -Cześć Bartusiu.-słodycz w moim głosie zachęcała do rzygania. -Chcesz pożyczyć kasę, czy wpaść na obiad?-takie momenty udowadniają mi, że dobrze wybrałem asystenta. -Będę za dziesięć minut. Z uśmiechem na twarzy niemal wybiegłem z mieszkania, a klucz jak zwykle zostawiłem pod donicą.
Razem z Bartkiem o godzinie siedemnastej trzydzieści byliśmy na boisku i dyskutowaliśmy, od obiadu, o tym czy właściwie dobrałem zawodników. -Mówię ci, Robert się zesra. Nie da rady, kiedy tylko zobaczy tych z Orła to narobi w gacie. Za młody jest. -Robert będzie dobry. Młody z polotem się przyda. Nie będzie dalej orał tych schematów, bo ich nie zna. Zagra podwórkową piłkę. -No właśnie! No właśnie! O tym mówię, brałeś coś Witek? Poważnie się pytam, bo się o ciebie boję. -Bartek, nie musisz się ze mną zgadzać. Wychwyciłem wczoraj kilka słabości Orła i wiem co robię.-widziałem, że Bartek nie ma siły i chęci do prowadzenia dalszej dyskusji. O osiemnastej zaczęli sie schodzić moi zawodnicy. Stałem przy nich w szatni. Rozmawialiśmy o wielkiej piłce, o tym że piłka jest jedna, a bramki są dwie. Nie ma rzeczy niemożliwych. -Dobra chłopaki! Teraz mnie słuchajcie. Rysiek wyłącz telefon.-spiąłem się w sobie. Dużo mówiłem i gestykulowałem. Odpłynąłem do innego świata. Zatraciłem się w mojej mowie, a kiedy skończyłem zauważyłem u niektórych wilgotne oczy. Uśmiechnąłem się do nich i wyszedłem na boisko. Taktyka okazała się sukcesem. Orły odjechały pokonane. Pierwszy raz od naprawdę długiego czasu mogliśmy świętować zwycięstwo i to całkiem przyzwoite, bo mecz Piechura z Orłem zakończył się wynikiem 4:0. Prezes po meczu przyszedł do szatni. -No, no, no.... Panowie, nie wiedziałem, że drzemie w was taki potencjał. Kto to widział, żeby drużyna trzecioligowca dosłownie zniszczyła Orła. Brawo! W nagrodę organizuję małe party w remizie. Zapraszam wszystkich!-i wyszedł. Wiedziałem, że będzie to ciężka noc i następny dzień i kolejna noc i tak dalej. Po drodze do domu wstąpiłem do sklepu. Za premię którą otrzymałem zaraz po meczu kupiłem sobie coś do jedzenia i zero siedem. W domu umyłem się i włożyłem na siebie czarne spodnie, białą koszulę i krawat. Uczesałem się i wyszedłem. W drodze do remizy widziałem spojrzenia kobiet, chętnych na drinka ze mną. Wszedłem do remizy. Przywitał mnie ukochany pan prezes. -Witeeeeeeeeeek!!! Chodź no tu, niech cię uściskam. Pięknie się dziś spisałeś, naprawdę. Nie lubię nikogo chwalić, ale ty wyjątkowo na to zasłużyłeś. -Dziękuję panie prezesie.-przytulił mnie mocno. Czułem alkohol, musiał już być wstawiony. Nie było czasu do stracenia, chwyciłem za kieliszek i ruszyłem w kolejną pijacką podróż.
Obudziłem się rano, a właściwie to już nie było rano. Spojrzałem na zegarek obok, który wskazywał 12:13. Poczułem ból w nodze. Odwróciłem się i zobaczyłem kobietę w swoim łóżku. Zrobiło mi się niedobrze, ale jakoś powstrzymałem się przed zwymiotowaniem na nią. Miałaby niezapomnianą pobudkę. Nie mogłem ocenić jej wyglądu czy wieku, bo leżała tyłem do mnie. Na szczeście kupiłem wczoraj wódkę. Nalałem sobie i odpaliłem papierosa. To był mój żywioł. Niektórzy lubią jeździć na nartach, inni wolą grać w nogę, a moim sportem było picie. Piłem kiedy się dało; kiedy miałem czas, pieniądze, albo alkohol. Często zastanawiałem się co stałoby się gdybym wziął się za siebie i starał się żyć jak najlepiej. Ale z drugiej strony co to znaczy żyć najlepiej? Jeśli podoba mi się picie i moje życie to chyba można to nazwać życiem jak najlepiej? Czasami gubię się w tym wszystkim, bo też mam marzenia, których nie spełnie żyjąc tak jak żyję. Chciałbym wyjechać na wakację. Gdzieś daleko, jak najdalej. Dziwne jest to co się dzieje, niby należy się cieszyć tym co się ma, ale zawsze człowieka ciągnie do tego czego on sam nie ma. Bo w końcu każdy musi mieć jakiś cel, jeżeli go nie ma to nie ma po co żyć. Filozofia pijacka, która zawsze łapie mnie po imprezie nie daje mi spokoju i często zatracam się w niej na długie godziny razem z moją drugą połówką, czyli w tym wypadku z 0,7. Chyba jakoś o trzynastej nieznajoma się obudziła i spojrzała na mnie z uśmiechem. -Obudziłaś się...-nic innego nie przyszło mi do głowy. To przez tą wódkę, podobno alkohol szkodzi na mózg. -Nooo, jak widać.-jak też było widać miała na sobie tylko majtki. Wstała nie zakrywając się kołdrą i zajrzała do lodówki.-Coś tu pusto masz. -Wczoraj robiłem zakupy, więc proszę kochana nie opowiadaj mi bzdur.-nie zrobiła na mnie najmniejszego wrażenia swoją nagościa, widywałem lepsze. -Usmażyć ci jajka...?-uśmiechnęła się do mnie wyzywająco i czekała aż jej odpowiem tekstem z filmu. Nie byłem w nastroju. -Usmaż. Po śniadaniu chciała zostać, ale powiedziałem, że muszę przeprowadzić trening i poszedłem, a ona razem ze mną. Rozstaliśmy się pod monopolowym, bo poszedłem po sok do wódki. W sklepie wybrałem numer do prezesa. -Dzień dobry panie prezesie. -A witam, witam naszego najlepszego trenera. Czym mogę służyć? -Jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze. -Witek, Witek... Niedawno była wypłata, a wczoraj dostałeś premię. -Panie prezesie, ostatnio poznałem piękną pannę... -Aaaaa, już wszystko rozumiem. Wpadnij do mnie za chwilkę. -Do domu, czy do biura? -Do biura. -Dobrze, to do zobaczenia za chwilkę. -Do zobaczenia.-rozłączył się, a ja kupiłem tabliczkę czekolady i gumy do żucia. Czułem się jak nastolatek, który boi się, że rodzice go nakryją. Pożarłem tabliczkę czekolady w minutę i zacząłem żuć gumę, owocową. Dzień był słoneczny, prawie jak każdy, ale prognoza pogody zapowiadała deszcze. Nie lubiałem jesieni, a ona właśnie nadchodziła. Zadzwonił telefon. -Halo? -Halo. -No halo. -Haal.. Aha no tak.-to był Czesiek.-Panie trenerze, czy dzisiaj jest trening? -Nie. -Ale jak to? -Nie ma i już. -Ale.. -Dzisiaj macie wolne po wielkim zwycięstwie. Idźcie i świętujcie. -Aha. Dziękuję. -Nie ma za co.-rozłączyłem się. Denerwował mnie ten Czesiek. Siostrzeniec prezesa, najchętniej zdjąłbym mu tą opaskę kapitana i dał komukolwiek innemu. W końcu dotarłem do biura prezesa, byłbym wcześniej gdybym miał auto albo skuter albo chociaż rower. Zapukałem. -Wejść.-po otwarciu drzwi moim oczom ukazał się imponujący gabinet. Dawno tu nie byłem, może nawet wcale, nie pamiętam. Dywan był miękki i puszysty, zawsze taki chciałem mieć, ale kosztował majątek, dlatego nigdy go sobie nie kupiłem. Wszystkie meble były z ciemnego drewna, pewnie były równie drogie co dywan, okno za biurkiem prezesa wychodziło na plac budowy. Sam prezes siedział na olbrzymim fotelu ze skóry. Cały pokój wyglądał naprawdę przepięknie. Pachniało w nim drewnem, takim kominkowym. Nie mam pojęcia dlaczego, może prezes używał jakiegoś odświeżacza powietrza. Bardziej zainteresował mnie jednak plac budowy. -Co tam się buduje? -Nie SIĘ buduje, tylko my budujemy. Nowy stadion. -Jak to nowy stadion? -Mamy nowego sponsora. -Od kiedy? -Oj Witek... Nie pracujesz tu od wczoraj to chyba powinieneś to wiedzieć. -Umknęło mi. -Niestety bardzo wiele rzeczy ci umyka. Nie może tak być. -Wiem panie prezesie, już się zaczynam poprawiać, od wczoraj. -Tak, tak. Wczoraj dałeś popis trenerskich umiejętności. -Dziekuję, jednak niestety nie przyszedłem tu na pogawędkę. Czeka na mnie pewna panna. -Ah, no tak, zapomniałem. Do tej rozmowy jeszcze wrócimy. -Tak, oczywiście. -Ile chcesz?-zanim zdążyłem się zastanowić wcisnął mi do ręki plik banknotów.-Nie należy oszczędzać na kobietach. Nasz nowy sponsor inwestuje w nas naprawde spore pieniądze, Witek. Nie chcemy go stracić, prawda?-Zszokowany spojrzałem na gruby plik. -Nie chcemy. -Weź się w garść Witek. -Oczywiście panie prezesie. -Trzymaj się.-po wyjściu z
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil edekmiszcz
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…