Wróć do katalogu

"A mój statek przypłynie na pewno..."

Opowiadanie sprzed kilku lat, poprawione. Ze wszystkiego, co kiedykolwiek napisałam, to nadal podoba mi się najbardziej :)

swobby, opublikowano , 15 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

{font:verdana}Lekka, przesycona solą bryza muskała moją twarz, głęboki pomruk Oceanu wypełniał uszy. Przede mną aż po sam horyzont rozciągał się nieskończony bezmiar wód, nad nim zaś równie niezmierzone niebo o pięknym, szafirowym odcieniu. Promienie słońca padały niemal idealnie pionowo na śnieżnobiałą plażę i powierzchnię wody. Było ciepło.

Siedziałem, jedną ręką obejmując złączone kolana i opierając na nich głowę, drugą zaś leniwie wypisując na mokrym piasku dziwaczne zawijasy, szybko zmywane przez większe fale. Miałem przemoczone buty i siedzenie, ale nie dbałem o to – czasem przyjemnie jest nie reagować na nic. Prawdę mówiąc, nie wiedziałem nawet, jak długo trwałem w takiej pozycji, czy to miało zresztą jakieś znaczenie? Z trudem przychodziło mi przypomnienie sobie, że jednak na coś czekałem. Tak, czekałem na statek. Jak rozbitek na bezludnej wyspie.

Czekałem… Zacisnąłem mocniej powieki, pod nimi pojawiały się kolorowe plamy i rozbłyski, zaś policzkiem

dotykałem miękkiego, puchatego koca, emanującego ciepłem. Na głowę miałem zarzuconą koszulę dla ochrony przed słońcem. Starałem się nie myśleć o niczym, lecz było to bardzo trudne – w pobliżu słyszałem piski i okrzyki dzieci.

Poczułem delikatne muśnięcie na gołych plecach.

- Zobacz, co robi Kalinka – szepnęła mi do ucha Marina głosem nabrzmiałym śmiechem.

Niechętnie podniosłem się na łokciu i spojrzałem w stronę morza. W odległości około dziesięciu metrów od nas na złocistym piasku siedziała moja najmłodsza córeczka, pracowicie oklepując pulchnymi rączkami nieforemną bryłę. Uśmiechnąłem się mimo woli, widząc, jak Kalinka bierze w piąstkę grudkę piachu i stara się umieścić ją na samym szczycie budowli, nie podnosząc się z miejsca. Maksymalnie skupiona, nie dostrzegała naszego zainteresowania.

- Popatrz, jak szybko się uczy – szepnęła Marina, patrząc na córkę z miłością. – To niesamowite!

- Dorasta – mruknąłem. Sam czułem się dziwnie. – To normalne – dodałem, by pokryć zmieszanie. – Tylko patrzeć, jak Kalinka pójdzie do przedszkola, a Marek dostanie się na politechnikę.

- Ach, nie przypominaj mi! – westchnęła błagalnie Marina. – Wtedy już żadne nie zostanie ze mną w domu.

- Tylko do południa.

- Ale to już nadto. – Długo patrzyła na dzieci grające w piłkę plażową. Na ich ciałach ślizgały się figlarnie promienie zachodzącego słońca, na tle rozmigotanego morza sylwetki zdawały się być niemal idealnie czarne. – Jak myślisz, kim zostaną w przyszłości?

- Na pewno spełnią własne marzenia – odpowiedziałem bez namysłu. – Jeśli tylko będą wierzyć w ich moc…

Nie powiedziała nic, patrzyła na mnie z zagadkowym uśmiechem. Znała mnie zbyt dobrze.

- To jest naszym marzeniem, prawda? – zapytała.

Objęła mnie za szyję, nachyliła nade mną. Z jednej strony jej twarz pokrywała cieniutka warstewka piasku, musiała zdrzemnąć się i zsunąć z koca – wcześniej. Widziałem z bliska rozchylone wargi, w nozdrzach czułem powietrze przesycone solą.

Wtedy pomiędzy nas wpadła plażowa piłka. Zostaliśmy otoczeni przez dzieci. Marina oddała im piłkę, a gdy pobiegły, wstała i otrzepała się z piasku.

- Chodź, zagramy z nimi.– Złapała mnie za rękę.

- Nie mam ochoty, dzięki – mruknąłem, zamykając oczy. Pragnąłem o niczym nie myśleć, usnąć w błogim spokoju.

Ale Marina nie pozwoliła mi na to. Pobiegliśmy razem wzdłuż brzegu morza, nasze stopy obmywała morska piana.

* * *

Otworzyłem oczy, spomiędzy palców spojrzałem na Ocean. Słońce opuściło się nieco, upał zelżał. Fale monotonnie uderzały o brzeg. Zaśmiałem się w duchu – teraz miałem tyle upragnionego spokoju i to w najpiękniejszym miejscu, jakie pamiętałem. Niczym niezmącona cisza Oceanu.

Lecz wtedy usłyszałem za sobą ciężkie kroki. Obejrzałem się zdumiony.

- Ty też tutaj? – uśmiechnął się młody mężczyzna. Miał na sobie zwyczajne spodnie i hawajską koszulę, był boso. Nogawki miał przesiąknięte wilgocią.

Nie pytając o zdanie usiadł obok mnie, obejmując kolana. Z bliska jego twarz wydała się jeszcze bardziej delikatna, prawie dziewczęca.

- Jak długo tu jesteś? – zapytał.

- Nie wiem – odpowiedziałem po długim namyśle. Spojrzałem na niego. – Ty też lubisz to miejsce? – wypaliłem bez zastanowienia. Wydawało mi się, że powinienem o to zapytać.

Nieznajomy uśmiechnął się szeroko.

- Można tak powiedzieć. Wiążę z nim pewne wspomnienia. Ty pewnie też?

Pokiwałem niechętnie głową, patrząc na zawiłe esy-floresy kreślone moim palcem.

- Możesz mi o nich opowiedzieć, oczywiście jeśli chcesz. I tak nie mamy nic innego do roboty, prawda?

Wzruszyłem ramionami. Głowa ciążyła mi, oparłem ją o przedramię jak do snu. W pewnym momencie palec zatrzymał się, uprzednio wyżłobiwszy głęboki rów. Patrzyłem bezmyślnie na szczerbę, nie zabierając ręki. Czułem

pod ręką chropowatą powierzchnię skalnej ściany. Otaczała mnie nieprzenikniona mgła, drugą ręką trzymałem się kurczowo liny owiniętej w pasie. Kroczyłem powoli i niepewnie.

- Szybciej, tato! – zawołał Marek gdzieś z góry. – Jesteśmy już na półce!

Głos syna, wielokrotnie wzmocniony, przyprawił mnie o drżenie.

- Tylko uważaj na siebie! – odkrzyknąłem, dzielnie maskując lęk. – Czekaj tam na mnie, idę do ciebie!

Miałem bardzo złe przeczucia. Trzej chłopcy stoją gdzieś zupełnie bez opieki, a ja nawet ich nie widziałem, co więcej poważne trudności sprawiało mi dotarcie do nich. Zacząłem żałować, że dałem się namówić na tę wyprawę. Miała to być przyjemna wycieczka, czas spędzony z synem i jego dwoma kolegami, a tu coś takiego…

Podążałem krok za krokiem przed siebie, zupełnie nic nie widząc. Teraz bałem się naprawdę, choć byłem zabezpieczony. Ale przecież wszystko mogło się zdarzyć…

- Uważaj, tato! – usłyszałem głos syna ponad głową. Spojrzałem w górę i zobaczyłem wyciągniętą w moją stronę rękę. – Jest tutaj kilka stopni. Weź mnie za rękę, pomogę ci wejść.

Patrzyłem na uśmiechniętą twarz syna i zrozumiałem, że cały czas obserwował mnie. Że tak naprawdę byłem bezpieczny i nic złego nie mogło mi się stać. Jednak nogi nadal miałem jak z waty.

Wyciągnąłem dłoń. Marek chwycił ją mocno i pewnie podciągnął mnie do góry. Częściowo o własnych siłach, a częściowo dzięki synowi wdrapałem się na półkę.

* * *

- To prawda, trzeba umieć zaufać sobie nawzajem – powiedział wolno towarzysz, gdy opowiedziałem mu przygodę w górach.

Uśmiechnąłem się nieco sztucznie – usta dość opornie ułożyły się w odpowiednim grymasie.

- Zawsze miałem zaufanie do syna – powiedziałem, patrząc, jak słońce znika za chmurami – ale mimo to uważałem za głupstwo ryzykować niepotrzebnie własnym życiem. Głupio jest umierać z tak błahego powodu.

- Śmierć nie jest głupia – odparł towarzysz, nie patrząc na mnie. – Umrzeć można zawsze, w każdym momencie. Najgorzej jednak jest umrzeć, wcale o tym nie wiedząc.

Nerwowo przełknąłem ślinę.

- Tak jak my?

- Nie, my jeszcze nie umarliśmy. Ale jesteśmy blisko. Szkoda tylko, że ten moment przegapimy.

- Dlaczego? – spytałem zdumiony.

Roześmiał się, ubawiony.

- Przecież nie będziemy tu siedzieć cały dzień!

Spojrzałem ponuro przed siebie.

- Ja się stąd nie ruszę.

Kątem oka dostrzegłem, jak uśmiechnął się z politowaniem.

- Rozumiem. Czekasz na statek, tak?

Nie odpowiedziałem, nie miałem na to ochoty. Tamten też umilkł – może zrozumiał mnie, a może pomyślał, że usnąłem. Z głową wciśniętą w kolana starałem się nie myśleć

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych